"Ave Cezar" - taka piękna katastrofa


Po ataku chorobowym i dłuższej nieobecności w kinie wybraliśmy film, który zdawał się być pewniakiem, aby miło spędzić czas. „Ave, Cezar” - najnowszy film braci Coen był pewniakiem. Zawsze ich filmy cechowały świetne scenariusze, oparte na poczuciu humoru i sceptycznym (acz trafnym) cynizmie w ocenie rzeczywistości.


Tym razem na tapecie znalazła się branża filmowa. Mamy tutaj kilka wątków i kilka filmowych produkcji.

Główny wątek jest oparty na postaci Eddie Manix (Josh Brolin) pracownika wytwórni filmowej, którego poznajemy (i żegnamy się z nim zresztą też) w konfesjonale podczas spowiedzi, której poddaje się minimum raz na dobę. Jego zadaniem zawodowym jest rozwiązywanie szeregu nieprzewidzianych zdarzeń stojących na przeszkodzie ustalonemu procesowi pracy filmowej.


Problemy są różnorakie:

  1. Porwanie przez komunistów aktora (George Clooney) z filmu o nawróceniu rzymskiego żołnierza z okresu ukrzyżowania Chrystusa.

  1. Przeszkadzająca plotkarska prasa utożsamiona w postaci bliźniaczek granych przez Tildę Swinton

  1. Zajście w ciążę gwiazdy filmowej – Scarlett Johansson

  1. Mającego problemy z własną seksualnością reżysera Laurence’a Laurentza (Ralph Fiennes)

  1. Irytującego acz wysportowanego gwiazdora westernów (Alden Ehrenreich)

Fabuła więc na pierwszy rzut oka mogłaby mieć ręce i nogi. Problem w tym, że przepisałem ją z różnorakich recenzji, bo w trakcie seansu nie „zajarzyłem” nic. Ale to zupełnie nic. Ten film jest tak koszmarnie zrealizowany, jest chaotyczny, niespójny, źle zmontowany, z męczącymi dialogami, że wprost nie da się go oglądać, ani tym bardziej wnikać w fabułę. Napisać, że jest źle, to nic nie pisać.


I co z tego że są ładne zdjęcia, świetna muzyka, a aktorzy (plejada gwiazd) próbują jakoś podołać temu karkołomnemu zadaniu. Ave Cezar zupełnie nie nadaje się dla szerokiej widowni i jestem pewien że nie jesteśmy jedyni, którzy przecierali oczy ze zdumienia, co to za szmirę spłodzili bracia Coen.

No dobrze, oddajmy Cesarowi co cesarskie, jest jedna dobra scena: przedstawiciele czterech religii konsultują scenariusz filmu religijnego. Jest ona trochę za późno, bo już znudzony widz marzy o wyjściu z kina, a nie łapaniu dialogów, ale trzeba przyznać że jest ona pomysłowa i z w miarę śmiesznym dialogiem.



To tyle. Omijajcie ten film w kinach – to naprawdę dobra i troskliwa rada (może lekko spóźniona, ale pomocna). Inni recenzenci doszukują się w tym filmie sensu i dziwią dlaczego okazał się klapa w USA. Trudno żeby nie był klapą, jak jest tak koszmarnie nieudolnie opowiedziany.

Ostatnie posty
Search By Tags
Nie ma jeszcze tagów.
Follow Us
  • Twitter Social Icon