Klub Komediowy feat. Grzegorz Kasdepke

08/27/2019

Barka Wisława

Na okres wakacyjny Klub Komediowy wychodzi ze swojej piwnicy i dociera nad Wisłę. Ale w tym roku nie jak w latach poprzednich na ogólnie dostępny Plac Zabaw, lecz na dolny pokład okolicznej barki Wisława. Powoduje to, że jest mało miejsca, no i impreza jest biletowana – w dodatku nie tak łatwo zdobyć wejściówki. Przyszło wiec z pokorą przyjąć miejsce stojące z wdzięcznością że wyluzowany pan na wejściu w ogóle wpuścił. Ale warto było.

 

Smaczku akurat temu wieczorowi nad Wisłą dodała poranna awaria oczyszczalni ścieków Czajka - nie wszyscy wiedzieli że to dużo dalej i uważnie przyglądali się tafli rzeki, jednocześnie czujnie powąchując. Przynajmniej dopóki, z tradycyjnym dla KK opóźnieniem, nie wyszedł człowiek, który przykuł całą uwagę.

Grzegorz Kasdepke jest autorem bardzo popularnych książek dla dzieci. Podczas swojego występu opowiedział wiele anegdot ze spotkań ze swoimi czytelnikami. A jak wiadomo nikt tak jak dzieci nie potrafi celnie zripostować, czy też spuentować. Było więc śmiesznie już na etapie monologu zaproszonego gościa. Może jedynie niepotrzebnie czytanego z kartki.

Konwencja spektaklu polega na krótkich scenkach inspirowanych opowieściami bohatera spektaklu. Tym razem Klub Komediowy w bardzo silnym, może nawet najsilniejszym składzie. Było tak dobrze, że sam gość zorientował się iż powinien trochę mniej gadać. Tematyka dotykała głównie spotkań literackich, wulgaryzmów, samodzielności dzieci (był sześciolatek, który skończył w więzieniu).

 

Ciekawostką wieczoru była opowieść o książce „Zaskórniaki” – takim elementarzu ekonomicznym na potrzeby dzieci, który Kasdepke napisał z nikim innym jak z Ryszardem Petru, jeszcze jak ten nie planował zaangażowania politycznego.

 

Widownia pełna i zadowolona. Nawet w przerwie nikt nie wyszedł, mimo że było cokolwiek duszno, a przede wszystkim ciasno. Wydaje się, że na letnie spektakle przestrzeń otwarta lepiej się sprawdza. Z drugiej strony na Wisławie Klub Komediowy może sobie w lecie dorobić dzięki sprzedaży nie tanich (30 zł) biletów. Frekwencje ma zapewnioną, jak widać nawet w dni, w których istniała obawa że ze strony rzeki będzie cokolwiek śmierdzieć.

Warsaw Impro Festival 2019

06/15/2019

10-16 czerwca 2019

Trzecia edycja festiwalu teatrów improwizacji. Prawdziwe święto tego wciąż niedocenianego rodzaju sztuki. Do Warszawy zjeżdżają przedstawienia z całego świata plus wszystkie szanujące się zespoły krajowe – jak się okazuje nie tylko w Warszawie występuje w tej działce spora aktywność.

 

Jest to więc okazja obejrzenia aktualnego stanu krajowych grup improwizatorskich i porównania do poziomu występów zagranicznych zespołów. Ale także sposobność nawiązania kontaktów pomiędzy artystami, organizatorami szkół improwizatorskich i widzami. Jedna wielka impreza i zabawa, co oddaje charakter tego rodzaju teatrów - tworzonych przez ludzi młodych, z pasją, wyobraźnią, nie skalanych jeszcze walką o teatralną sławę.

 

Obecność grup zagranicznych powoduje, że połowa spektakli prezentowana jest w języku angielskim. Improwizacja po angielsku wypada bardzo ciekawie, jednak wymagana jest dobra znajomość języka, bo jednak w spektaklach wykorzystywanych jest wiele specyficznych powiedzeń, czy też idiomów. Zagraniczni goście wytrwale znosili także polskie spektakle. Bo improwizacja to nie tylko tekst, to także mimika, gesty, choreografie.

 

Ciekawym elementem festiwalu jest konferansjerka. Oprócz organizatorów zaangażowano także samych artystów, w tym również zagranicznych. Często zapowiedzi były spektaklami samymi w sobie.

 

Festiwal wyrobił sobie dobrą markę. Bardzo dobry marketing, widoczne plakaty, dbałość o media. Organizacja poprawna. Dobrym pomysłem było wykorzystanie kina Muranów, trochę mniej komfortowo, ale za to klimatycznie w ciasnej piwniczce Resortu Komedii. Festiwal akurat przypadł na tydzień upałów, co było problemem w nieklimatyzowanym Resorcie.

 

Frekwencja - bardzo dobra, chociaż można było odnieść wrażenie że większość stanowili sami artyści, czy też najbliżsi znajomi improwizatorów.

 

Czwartek, 13 czerwca godz. 20.00. Kino Muranów

Polskojęzyczny występ trzech grup. Ale z konferansjerką rumuńskiej Delii Riciu z popularnej grupy Jinx – ładnej dziewczyny, nie znającej języka polskiego. To uatrakcyjniło ten rdzennie polski występ.

 

Radio Resort, czyli zespół z Resortu Komedii wystąpiło w statycznym, acz ciekawym tekstowo konwencji audycji radiowej. Widać dużo doświadczenie w tym formacie.

 

Następnie wystąpił Piotr Sikora z aktorem Oskarem Hamerskim. Ten drugi mówił autentycznymi tekstami ze sztuk teatralnych, a ten pierwszy próbował do tego dopasować swój tekst – nie znając pierwowzorów. Bardzo ciekawy pomysł, a dzięki dobrym pomysłom wyszło przezabawnie.

 

Na zakończenie tryptyku publiczność rozgrzała muzycznie i folklorowo warszawska grupa Baby ze wsparciem zespołu ludowego Stara Śpiewka.

 

Czwartek, 13 czerwca godz. 22.15. Resort Komedii

Wieczorny spektakl w gorącej i dusznej salce Resortu Komedii. Wystąpiły aż cztery grupy.

 

Na początku mieli wystąpić Krzysztof i Michał z Krakowa. Ale Krzysztof się rozchorował, Michał więc dobrał sobie Piotra sikorę i jednak zagrał. Wyszedł spektakl o miłości homoseksualnej w zespole rockowym. Trochę podejrzane, ale zabawne i może nawet życiowe.

 

Chwilę później na malutką scenę wpadli Foka i Zając, czyli znani warszawskiej publiczności Marta Podobas i Łukasz Zajączkowski. Skupili się na wakacyjnym pobycie mężczyzny z problemem wieku średniego i wciąż atrakcyjnej żony podrywanej przez innych wczasowiczów.

 

Po przerwie na wywietrzenie wystąpiły dwie wspaniałe dziewczyny: Adrianna Płonka i Agata Szabłowska, czyli grupa Szabłonka.

 

A wieczór zakończył anglojęzyczny występ ukraińskiego Serzh Velychanskyi, który wykazał się znajomością warszawskich zabytków.

 

Piątek 14 czerwca godz. 18.00 – Kino Muranów

Po angielsku wystąpiła rumuńska grupa Jinx ze wspomnianą już Delią Riciu, a następnie berlińska, a tak naprawdę to wielonarodowa, grupa GLB.

 

Piątek 14 czerwca godz. 22.15 – Kino Muranów

Piątkowy wieczór. Prawdziwe oblężenie knajpy na Bielańskiej – po piwo była godzinna kolejka. Na dole też komplet, ale duszność w pomieszczeniu wymiatała wielu śmiałków. Szczególnie anglojęzycznych, bo pierwsze dwie grupy zagrały po polsku.

 

Na pierwszy ogień poszła warszawska grupa The Musicals, która na zbyt małej scence musiała pomieścić swój bardzo ciekawy występ.

 

Po nich bez przerwy na wywietrzenie sali wystąpiły Herclekoty ze spektaklem na motywie utraty dziewictwa w Krakowie.

 

Na trzeci ruszt, dosłownie bo było już gorąca niemożebnie, wystąpiła niemiecka grupa Skeleton Brains wyróżniająca się ciekawymi koszulkami oraz obfitą gestykulacją, co w takich warunkach nie było łatwym zadaniem.

 

Nareszcie przerwa, a przed północą prawdziwe oblężenie piwnicy. Zapowiedziała się bowiem wrocławska grupa Slavic Party 24/7. To było wydarzenie całego WIFe. Powiedzieć, że wjechali na pełnej kurwie, to nic nie powiedzieć. W pierwszej części zainspirowani zakończeniem sprzedaży piwa Piast rozprawili się z polskim rynkiem sklepów spożywczych. A w drugiej części przeszli na angielski zapraszając Craiga Cackowskiego z grupy Orange Tuxedo doprowadzając go do ciąży oraz konsumpcji (początkowo picia) tatara.

Dość powiedzieć, ze w trakcie występu poszło nie tylko kilka puszek piwa, ale nawet obalono 0,7l wódki – z pomocą publiczności. Nikt nie narzekał, że wieczór zakończył się o godzinie pierwszej w nocy, a z widzów pot lał się niczym strumyczek z ostatniej puszki Piasta.

 

Sobota 15 czerwca godz. 18.00 – Kino Muranów

Spektakl dwóch polskich, warszawskich, dobrze znanych grup.

 

Klancyk dostał jako inspiracje „Zwierzenia kaskadera” i zagrał spektakl oparty na motywie zniszczenia amerykańskiego Hollywood przez rosyjskiego agenta. Pojawiła się nawet łódzka filmówka i przeróbka najpopularniejszych filmów Andrzej Wajdy. Spektakl zakończony wystrzeleniem z armaty, co zaowocowało przebrnięciem Piotra Sikory przez połowę do pełna wypełnionej widowni kina Muranów.

 

Jeszcze większa integrację wzbudził popularny z Klubu Komediowego Musical Improwizowany. Spektakl zakończył się wspólnymi śpiewami, a wykonawczynie były szczęśliwe jak mało kiedy.

 

Sobota 15 czerwca godz. 20.00 – Kino Muranów

Po krótkiej przerwie sobotni wieczór w Muranowie w ramach „konkursu formatów” wypełniła rywalizacja teatrów improwizowanych”, które walczyły o całkiem przyzwoite nagrody pieniężne i przychylność jury oraz publiczności, która przy wejściu dostała karteczki do głosowania. Wystąpiły trzy polskie ekipy: Krystiofons z Wrocławia, Arnold Improv z Warszawy (z Agnieszką Pruc w spektaklu z cyklu „efekt Motyla”), Impy z Warszawy oraz berliński gość Rollercoasters: Musical Improv.

 

Wieczór sobotni zakończyła impreza w Resorcie Komedii. Pewnie do białego rana.

 

Niedziela 16 czerwca godz. 20.00 – Kino Muranów

Anglojęzyczne występy zakończyła grupa Orange Tuxedo, czyli Craig i Carla Cackowscy. Po występie Carla otrzymała tort i odśpiewane stolat. A organizatorzy podziękowali wszystkim, którzy przyczynili się do wzorowej i entuzjastycznej organizacji całego Festiwalu.

 

Niedziela 16 czerwca godz. 22.15 – Resort Komedii

Festiwal zakończył spektakl w Resorcie Komedii, przy wyraźniej mniej licznej frekwencji.

 

Warszawski Bożydar skupił się na nieodgadniętych meandrach tras wykreślanych przez kierowców Ubera.

 

Ula i Patryk z Zielonej Góry – tam tez jest świat improwizacji, dopuścili się odtworzenia historii morderstwa w serwerowni.

 

A cały festiwal zakończyła warszawska grupa Bloody Mondays.

 

I tak zakończyła się tygodniowa dawka improwizacji. Świetna impreza. Do zobaczenia za rok.

Hurt Luster na wiosnę

03/27/2019

Dom dla snobów

Kobiece trio improwizacyjne doczekało się już najwyraźniej stałej grupy swoich fanów, bo piwnica w Resorcie Komedii wypełniła się szczelnie.

Co jest fajnego w Hurt Luster to, że: nie ma żadnych rozgrzewek, inspiracji, przerw. Dziewczyny wychodzą i przez pełną godzinę grają kilkuwątkowy spektakl z zmianami ról, ciekawymi pomysłami, podszyty absurdem sytuacyjnym, ale także uważną obserwacją rzeczywistości.

 

Tym razem punktem wyjścia był projekt architektoniczny tworzony przez trzy bohaterki, w tym jedną uwielbiającą wtłaczać do projekt kostiumów chomiki. Budynek przeznaczony dla snobów zawierał pomysłowe rozwiązania, jak przezroczyste pomieszczenia intymne, sztuczną zimę, czy też podpiwniczenie z niewolnikami. Akcja przeniosła się do rozmowy małżonków warstwy wyższej, którym kończył się właśnie dwuletni kontrakt małżeński. Ukazano również interakcje służby: gdzieś na dole w kuchni ktoś przygotowuje obiad, jedna osoba jest niemową, a co godzinę następuje obowiązkowe biczowanie. Pojawił się także motyw tuszy, która wychodzi z ciała przybierając ludzką postać – tutaj udał się świetny motyw, gdy w odpowiednim momencie otworzyły się drzwi wejściowe jakby wyimaginowana postać wyszła z sali. Osobnym wątkiem było stowarzyszenie squatersów, które aktywnie szkoliło nowych członków.

 

Widać zgranie i inwencje twórczą dziewczyn. Pomimo już długiego okresu wspólnego grania nie brakuje im zapału do tworzenia tego spektaklu. Publiczność miała dużo dobrej zabawy. Może nawet lepszej niż piętro wyżej, gdzie trwały huczne urodziny. Jeżeli czegoś zabrakło to może nawiązania do tytułowego przyjścia wiosny.

Hulaj po warszawsku z Wojciechem Kacperskim

01/29/2019

Resort Komedii

Na wstępie prośba do czytelników poniższego tekstu o dyskrecję. Organizatorzy zapewniali gościa, że wszystko pozostanie w murach piwnicy przy Bielańskiej, pewnie nie będąc świadomym, że jest jeden jedyny serwis, który relacjonuje występy teatrów improwizatorskich.

 

Hulaj po warszawsku” jest ciekawą inicjatywą, zapoczątkowaną jeszcze w Klubie Komediowym, zapraszania ciekawych gości związanych z Warszawą, których opowiastki są inspiracją dla artystów. Wojciech Kacperski taką osobą niewątpliwie jest: przewodnik warszawski, pracownik Biura Architektury, autor odnowionego budynku Zodiak. Do Resortu Komedii przyszedł w odpowiednim dla warszawskiego klimatu ubiorze, z charakterystycznym kaszkietem. Czuł się bardzo swobodnie, mimo że podczas zapoznania z widownią zbił przez przypadek szklankę. Historie miał ciekawe, jedyny mankament to że czytał je z ekranu tableta. Szkoda, bo jak odkładał urządzenie elektroniczne i mówił z głowy, dodatkowo gestykulując - wypadał dużo lepiej.

 

Historia numer 1 – strzeżone osiedle

Pan Wojciech opowiedział o przypadku, gdy na jednym z warszawskich osiedli strzeżonych nastąpiło o północy wyłączenie prądu. Ludzie mieli problem żeby się wydostać, bo nawet drzwi na elektryczne zamki się poblokowały.

Improwizatorzy rozpoczęli od jednej z najlepszych tego wieczora scenek, którego atutem były role domowego robota odgrywanego przez Martę Iwaszkiewicz oraz inteligentnego mieszkania odgrywanego przez Jaśka Wasilewskiego – pełny słowotwórstwa dobrze zagrana interakcja. W scence było również nawiązanie do serialu „Seks w wielkim mieście”.

Druga scenka, mniej udana, dotyczyła pary artystów, którzy od kilkunastu lat nie wychodzili poza zamknięty obszar osiedla strzeżonego. Pretekstem do przełamania się ma być spacer z psem, którego odegrał Piotr Gasik.

 

Historia numer 2 – centrum miasta

Kacperski tym razem przeczytał (niestety, a nie opowiedział), rozważania o tym, czym jest centrum Warszawy.

Improwizatorzy przenieśli akcję do Krakowa, gdzie utkali opowieść o niekompetentnych miejskich przewodnikach, zakończoną suspensem z odnalezieniem ojca.

Druga scenka dotyczyła imprezy typu „silent music”, która odbyła się najprawdopodobniej w BarStudio.

Do tej inspiracji udało się zagrać jeszcze trzecią scenkę, bardzo groteskową dodatkowo. Dotyczyła nowo zatrudnionego urzędnika w Warszawie kochającego miasto Lubiąż. Doprowadziło to do prawdziwej rewolucji, także w zakresie nazw ulic i stacji metra.

 

Historia numer 3 – komunikacja

Najsłabsza historia i najsłabsze scenki, żartobliwie oddające nowe mody na poruszanie się po mieście: rowery, hulajnogi itp. Szacunek dla Jaśka za przeczołganie się po scenie – ubranie pewnie było do prania.

 

Historia numer 4 – ulubiony budynek

Pan Wojciech wybrał oczywiście Pałac Kultury i Nauki. Przy okazji nawiązał do pomysłów o wyburzenie, zastanawiając się, czy jakby jednak Stalin podarował nam metro to również byłyby głosy o na przykład zasypanie. Świetnie to wykorzystali improwizatorzy znakomitą scenką, w jednak zbudowanym metrze, pełną inwektyw odnośnie tego daru przywódcy radzieckiego, odnosząc się nawet do jego narządów płciowych.

Druga scenka dotyczyła samego procesu budowania i potrzeby kontaktu (również seksualnego) po okresie wojny.

Pierwsza część – stosunkowo przydługawa zakończyła się zasłużoną przerwą.

 

Historia numer 5 – symbol Warszawy

Pan Wojciech uznał, że jest nim warszawska syrenka, pomimo konkurencji ze strony kaczki i bazyliszka. Zauważył również, że mimo atrybutów w postaci miecza i tarczy, coś słabo broniła miasta, które zostało dwukrotnie doszczętnie zniszczone.

Artyści to umiejętnie wykorzystali w scence z pojawieniem się nowej konkurentki z Kopenhagi (ta nie była zniszczona) oraz z wydelegowaniem bazyliszka do Łomży, a kaczki do Brukseli.

 

Historia numer 6 – śnieg

Motyw śniegu zaczerpnięty został z jednej powieści Tyrmanda.

Artyści zagrali odśnieżanie na Powiślu zakończone atakiem nożownika … i to słabo wypadło, jednak ostatnia tragedia jest zbyt świeża – Piotr Gasik chyba się nawet zorientował, że przeforsował.

 

Historia numer 7 – zmiany

Pan Wojciech zauważył, że to dobrze gdy w mieście jeszcze jest wiele do zrobienia, a występujący na scenie wykorzystali to do wizji zrobienia go Prezydentem miasta, który dokonał już wszystkiego, poza spłodzeniem potomka. Na chwilę akcja tez przeprowadziła się do Krakowa – jak widać w Warszawie nie mogą obyć się bez porównań do … prawdziwej stolicy Polski.

 

Historia numer 8 – #10YearsChallenge

Już bez improwizacji (bo pierwsza część wyeksploatowała Hulaja) Kacperski przeczytaj jeszcze spostrzeżenia o akcji 10 Years Challenge.

 

Cały występ zakończył tort urodzinowy dla Wasilewskiego i odśpiewane tradycyjne sto lat.

 

Spektakl udany, Kacperski się sprawdził (oprócz tego czytania z tableta). Martwi jedynie słaba frekwencja, ale padał jak u Tyrmanda śnieg, więc może dlatego warszawiacy nie przybyli tłumnie.

Hurt Luster zimowo

12/11/2018

Przedświątecznie

Wieczorna (godz. 21.15) improwizacja w Resorcie Komedii. Wokoło ludzie wracający z przedświątecznych imprez „pracowych”, a w piwnicy przy Bielańskiej znana kobieca grupa Hurt Luster, czyli Marta Iwaszkiewicz, Aleksandra Markowska, Joanna Pawluśkiewicz, w spektaklu zatytułowanym „Hurt Luster zimowo”. Frekwencja przyzwoita - około 20 osób (odliczając pracowników, którzy również mieszają się wśród widowni), czyli tak mniej więcej połowa salki.

 

Występ improwizatorski Hurt Lustera ma kila odmiennych cech tradycji improwizatorskiej, o których warto wspomnieć. Dziewczyny rezygnują z tego co dla wielu jest głupawe: pytań kto jest pierwszy raz ma improwizacji, rozgrzewki, a przede wszystkim nie ma przerwy. Nie biorą również inspiracji. Ogólnie kontakt w publicznością jest niewielki, chociaż reakcje były bardzo żywiołowe.

 

Dziewczyny nie mogły uniknąć tematyki przedświątecznej. Rozpoczęło się więc od przygotowań do świąt: dekoracje, ozdoby, prezenty. Trzy kobiety wykonujące te przygotowania ręcznie, przy okazji sobie rozmawiając na tematy z pozoru ludzkie, ale często abstrakcyjne. Pojawiają się żarty z bombek BGŻ (bank żywnościowy – z bankomatów wychodzi żywność, czyli takie food drive), reniferów (Rudolf z czerwonym nosem w rzeczywistości jest kobietą, stąd nowa nazwa na określenie żeńskiej menstruacji), a także rozmowa o byłym partnerze jednej z nich. Akcja przenosi się na rodzinne przyjęcie przed wigilijne. Rodzice przychodzą do córki kilkanaście dni przed świętami, a ta zdradza im swój romans z mocno podstarzałym profesorem – Krzysztofem. Ten motyw pozostaje wiodącym w całym występie. Na chwilę jeszcze przenosimy się na sylwestrowa imprezę z DJ-em (nie ma uwag do DJ-a), gdzie uczestniczki są bliskie ataku paniki. Kluczowa scena to jednak wizyta zapoznawcza  rodziców u Krzysztofa. Tam ujawnia się wiele osób, w tym mocno seksualne córki profesora (Emmanuel), a nawet rzeźba. Hurt Luster gra na raz kilka postaci, co rusz się zmieniając rolami: robią to znakomicie, chociaż trudno się w pewnym momencie już w tym połapać.

 

Świetny, pomysłowy, godzinny występ. Hurt Luster już na tyle długo gra ze sobą, że widać zgranie, a i pomysłów nie brakuje. Wyrobiona improwizacyjnie publiczność była najwyraźniej usatysfakcjonowana.

Impro Obrzydliwości

11/27/2018

Abstynencja od masturbacji i odkładanie owoców

Mocna rzecz. Wyjątkowo trudna dla wykonawców. Bo zakres tematów trochę ograniczony: seks, przekleństwa, przemoc, molestowanie, gwałty, śmierć. I poza tym trzeba wykazać się inwencją.

Już sama rozgrzewka dosyć mocna – patrzenie publiczności w oczy z wyborem obiektu seksualnej zabawy w nocy.

 

Wykonawcy biorą od publiczności inspiracje. One akurat nie mogą być kontrowersyjne, padły: kątomierz, żyrandol, wiatraczek, smakołyk, porzeczka, trzynastozgłoskowiec, warcaby, przebiśnieg, dzbanek, drukarka. Nie zawsze przebieg odpowiada inspiracji, ale często tak.

 

Elementy obrzydliwości szybko powszednieją, improwizatorzy więc muszą dać od siebie coś więcej. A to fajny żart miedzy przebiegami o tym że grają również dla dzieci, a to stonowanie nastroju obietnicą, że takie impro tylko raz na miesiąc.

 

Udało się w scenkach zawrzeć dwa znakomite motywy. Pierwszym z nich była rozmowa w parku mężczyzn, którzy wstrzymują się na próbę przez miesiąc od masturbacji. Takie wyzwanie. Ciekawe, czy aktorzy wiedzieli o autentycznym przypadku gościa, który dzielił się wrażeniami w takiej studniowej abstynencji.

Drugim ciekawym motywem było odkładanie porzeczek na plantacji. A następnie rozmowa z królową owoców.

Ciekawie wyszło także nawiązanie do wspólnej gry komputerowej.

 

Ogólnie – bardzo ciekawy, ale trudny i dla aktorów i dla publiczności, pomysł. Generalnie to chyba wszyscy byli przygotowani, więc w przerwie wyszło ledwie kilka osób, a reszta wyglądała na odporną. Motywy z brakiem masturbacji i odkładaniem owoców na krzaczek – genialne.

 

Niestety wykonawcy nie zgodzili się na wykorzystanie zdjęć ze spektaklu (nie dziwne w tym przypadku), a więc tylko plakat.

Stypa

03/06/2018

Zamek wersalski

Najwyraźniej przynoszę frekwencyjnego pecha. Nawet się obawiałem, czy ktoś oprócz mnie przybędzie, bo w godzinie spektaklu byłem sam. Zebrało się ostatecznie 6-7 osób (jedna z obsługi), grupa przywitała wszystkich jak VIP-ów i w trzyosobowym składzie zagrała jedną scenkę. Inspiracja padła z obsługi: „Zamek wersalski”.

Improwizatorzy wcielili się w trzy osoby (nie było tym razem żadnych zamian, ani podwójnych ról):

  • Hrabina, arystokratka, związana z królem

  • Klaun z małym przyrodzeniem

  • Doradca wojskowy króla

Ich zmartwieniem było początkowo zbliżający się dzień „kto dzisiaj zostanie zabity”. Udało się jednak w bardzo ciekawy sposób rozbudować rolę: doradca wydał rozkaz unicestwienia ostatnich Rzymian, a hrabina okazała się ostatnim rzymiańskim dzieckiem, dzięki czemu powstał pomysł odbudowy Cesarstwa, tylko – nie wiedzieć czemu – nikt z arystokratką nie chciał uprawiać seksu. Dziewczyna co prawda pozbyła się gorsetu i paradowała nago (niestety tylko w wyobraźni), ale nie stanowiła wabiku dla mężczyzn. Najważniejszy był bowiem honor, a bohaterowie nawet postanowili rozszerzyć go o trzyhasłowe powiedzenia typu: humor, honor, homar – aluzja wiadoma.

Przede wszystkim przekonuję się do dłuższych improwizacji, ta trwała około 40 minut. Improwizatorzy błysnęli wiedzą o zwyczajach na dworze królewskim i wielokrotnie przytomnie spuentowali. Mniej było nawiązań do teraźniejszości, ale to akurat dobrze. Pomysłów było wiele – to na plus. Aktorsko też dobrze, chociaż dziewczyny powinny bardziej zapanować nad swoim śmiechem. Aczkolwiek przy sześcioosobowej publice trudno było zapanować nad takimi detalami, bo sam klimat był trochę groteskowo.

Po cichu liczyłem na jeszcze jedną scenkę po przerwie, ale jednak grupa stwierdziło że tym razem wystarczy.

Spektakl w ciemności

02/17/2018

Kojoty na dzikim zachodzie

Bardzo ciekawy pomysł improwizatorski. Otóż cały spektakl toczy się przy zgaszonych światłach, w zupełnej ciemności.

Pora odpowiednia – bo wieczorna. Zespół z Klubu Resort, co raz odważniej konkurującego z Klubem Komediowym. Frekwencja przeciętna, ale że nic nie było widać to nie miało większego znaczenia.

Inspiracją było słowo "kojot", a aktorzy poszli w kierunku opowieści rodem z Dzikiego Zachodu: dyliżans wiozący do Pensylwanii przemienną żonę napotyka niespodziewaną przeszkodę. Młode małżeństwo napada banda, na która dla odmiany czai się stado kojotów. A w samej Pensylwanii też problemy – pożary.

Bardzo trudne warunki do improwizacji, bo nawet nie ma kontaktu wzrokowego. Aktorzy wprowadzili trochę za dużo postaci (i wśród bandy i kojotów), z trudem się w tym połapali. Ale cała historia dość spójna, chociaż bardzo trudno jest bez kontaktu wzrokowego (odchodzi połowa improwizatorskiego aktorstwa poprzez robienie min, interakcji postaci, gesty) podtrzymać zainteresowanie. Wymusza to skrócenie sceny, która trwała mniej więcej pół godziny. Chyba należało się pokusić o drugą cześć po przerwie, żeby spektakl był pełniejszy.

Ale ogólnie – ciekawe doświadczenie.

Centralna Spółdzielnia Komediowa / Afront

02/07/2018

Olimpiada matematyczna w Pcimiu

Dużo nowości. Przede wszystkim nowe miejsce. Żurawia 22. Zagwozdka z trafieniem, bo trzeba wejść w podwórko, a następnie do lokalu (Klub Boho) wyglądającego na zamknięty. A nawet tam jeszcze nie byłem pewny – bo zejście do piwniczki mało widoczne. Dalej już prosto, jak przystało na teatr improwizowany: schodki, piwniczka, niewielka widownia. Krzesła trochę niewygodne – typu kinowe z lat 70-tych ubiegłego wieku. Nazywa się to: Centralna Spółdzielnia Komediowa i jest tam sporo wydarzeń: głównie impro i stand-upy. Jaki cudem tam jeszcze nie zawitałem – nie wiem, ale nawet nie miałem świadomości istnienia tego miejsca.

Tym razem wystąpiła Grupa Improwizatorska Afront związana bardziej z klubem przy ulicy Lubelskiej. Byłem przekonany, że już gdzieś widziałem, ale skrupulatnie sprawdziłem i jednak to też była nowość tego wieczoru.

Frekwencja niestety nie dopisała: zjawiło się jeden 9 widzów. Ale dziewczyny (były trzy, a chyba grupa liczy cztery) zupełnie się tym nie zraziły. Nie tylko dziewczyny, bo w grupie jest również mężczyzna, który – to kolejna nowość tej improwizacji – przez cały spektakl przygrywa muzycznie. Co bardzo urozmaica przedstawienie.

Dziewczyny zaczęły od rozgrzewki dla tej nielicznej publiki. Zaczęło się od standardowych pytań o znajomość improwizacji i wykrzykiwania swoich imion. Później był bardzo ciekawy pomysł z aktywnością fizyczną poprzez odbijanie baloników. I to też było bardzo fajne.

Jeszcze krótka rozgrzewka wokalna ze zmienianiem słów i dopowiadaniem i można było przejść do inspiracji. Dziewczyny wykorzystały karnawałowy okres i Tłusty Czwartek. Od publiczności padły następujące hasła: olimpiada matematyczna, pogrzeb, Pcim i western. Z tego powstał spektakl.

Główny wyróżnik to czas trwania. Najczęściej improwizatorzy zamykają dany wątek w kilkanaście minut. Afront zrobił na podstawie podanych inspiracji godzinny spektakl, z pomysłowym, zamkniętym w sobie scenariuszem (oczywiście zaimprowizowanym). Dziewczyny grały po dwie role: była więc potencjalna uczestniczka olimpiada i jej matka, sołtys i sekretarka oraz dwóch adoratorów-wieśniaków. Przebieg fabuły oczywiście absurdalny, ale utrzymany w ryzach. Dziewczyny nie przesadzały z absurdem i to był dobry pomysł pozwalający utrzymać tempo. Aktorsko wypadły bardzo dobrze. Trochę obawiałem się, czy zostanie wykorzystana inspiracja pogrzebu, ale w końcówce się udało.

Nie wiem jakie jest miejsce Afrontu na mapie grup improwizacyjnych, wyglądają na bardzo niezależny zespół, z wieloma własnymi pomysłami. Udało im się zagrać dobry spektakl, pomimo klapy frekwencyjnej, a to też duża umiejętność. Przyzwyczajony do Klubu Komediowego i Resortu z dużą przyjemnością spędziłem ten wieczór. Poza tym odkryłem nowe miejsce – ta knajpka Klub Boho ma swój klimat

Scena Resort

12/26/2017

Zespół stresu poświątecznego

Druga wizyta w Resorcie i zaskoczenie frekwencyjne. Lekko spóźniony wpadam w połowie rozgrzewki i cóż widzę? Pełną salę. W porównaniu do poprzedniej wizyty to szok. Może dlatego, że tego dnia przedstawienia odwołał Klub Komediowy. A może Resort zaczyna zyskiwać równa popularność. Cały czas zastanawiam się, czy pomiędzy tymi scenami jest rywalizacja, czy współpraca, muszę kiedyś podpytać.

Inspiracjami tym razem traumy świąteczne i bardzo ciekawe, rozwinięte opowieści widzów. Była więc dieta, zalana łazienka, wujek myśliwy, prezenty dla chrześniaków, nudne polityczne rozmowy. Ale wszystkim przebił gość, który został zaproszony na wigilię przez kobietę z dzieckiem, którą mąż zostawił, ale nie powiedziała mu że mąż również wpadnie.

Było interesująco, chociaż moim zdaniem zbyt dużo osób na scenie. I chyba trochę za długie improwizacje. Ale kilka ciekawych fragmentów się trafiło.

Resort Komedii

12/03/2017

Stypa

Zupełnie nowe miejsce dla improwizatorów. Nie wiem na ile konkurencyjne, a na ile uzupełniające do Klubu Komediowego. Klub resort działa prężnie, praktycznie codziennie coś ciekawego się dzieje. Komunikacyjnie miejsce jest znakomite, ale wyposażenie bardzo ubogie: schodzi się z pubu do malutkiej piwnicy, gdzie jest widownia na góra 70-80 osób. Może trafił na gorszy dzień, ale w poniedziałkowy wieczór przyszło ledwie kilkunastu, a więc niewiele więcej niż występujących na scenie.

Całość ogarnia Agnieszka Matan, znana z Klubu Komediowego.

Stypa odnosiła się do tej tytułowej tradycji, ale inspiracją widzów została przeniesiona do specyficznych miejsc: w pierwszej części do sauny, a w drugiej do poczekalni na lotnisku. Chyba ta druga było odrobinę bardziej udana, szczególnie motyw obaw przed lataniem.

Zapewne będę częściej wpadał do Resortu, i może to jedynie przypadek że trafiłem na słabsze przedstawienie.

Ab Ovo Teatr Improv

10/21/2017

SPATiF

Jedna z pierwszych warszawskich grup improwizacyjnych "Ab Ovo Teatr Improv" wystąpiła w miejscu, w którym byłem pierwszy raz. SPATiF, gdzie powstał nowy klub przy Alejach Ujazdowskich. Jest barek i mała sala na około 100 osobową widownię.

Ab Ovo dotychczas kojarzyli mi się z kinem Luna, gdzie często występowali. Raz byłem z Wodą i średnio mi się podobało (Wodzie, która nie lubi impro - w ogóle), w porównaniu do grup z Klubu Komediowego. Teraz muszę przyznać, że albo wówczas mieli słabszy dzień, albo tak się rozwinęli. Ponieważ występ w SPATiF był znakomity, najlepsze impro jakie w życiu widziałem. Świetna ponad dwugodzinna zabawa.

Dużo było nowych, przynajmniej mi nie znanych pomysłów, a samo wykonanie - rewelacyjne.

Przebojem były tak zwane spotivy, czy pewna gra słów w odniesieniu do nazwy lokalu i popularnego muzycznego serwisu internetowego. Było przebój Lennona pod wybranym przez publiczność motywem „Graniastosłup”, ale system rozwaliła kobieta z publiczności, która wykonała spotifa pod „Jolka, Jolka pamiętasz” o … jamniku.

Z uwagi na tytuł występu „Publiczność rządzi” widzowie na początku napisali na kartkach swoje teksty, które kilkakrotnie były wykorzystane w kolejnych numerach, np. o pajęczynie albo wizycie na Wyspach Zielonego Przylądka.

Ale prawdziwym czadem był numer wystawiony na bis. Otóż nie świadomy aktor miał wytłumaczyć swoje spóźnienie (na występ Eurowizji) naprowadzany jedynie gestami. Publiczność wybrała następujące przyczyny: budzik zalany kawą (kawa Lavazzo miała pomoc, ale się nie udało), samochód przeniósł się w czasie (tutaj wyszło znakomicie) oraz napotkany Louis de Funès (skrzydełko czy nóżka na obiad? – pomogło).

Ogólnie – znakomita zabawa, pełna sala, gratulacje dla zespołu.

Please reload