Miłość szuka mieszkania

Teatr EKIPA

Premiera niezależnej grupy teatralnej EKIPA w, przeżywającym wciąż duże problemy, Teatrze WARSawy. Reklamowana jako komedia z getta jest adaptacją tekstu Jerzego Jurandota, z którym to związana jest ciekawa historia: autor w czasach okupacji zakopał tekst w ziemi, aby przetrwał wojenną zawieruchą. Dopiero ostatnio został zarchiwizowany przez Żydowski Instytut Historyczny.\

Do małego pokoiku wynajmowanego przez właścicielkę postury radzieckiego zapaśnika wprowadza się młode, jednodniowe małżeństwo: pedantyczna żona i beztroski skrzypek. Ich radość z własnego kąta szybko psuje nowy dokwaterowany lokator - urzędnik, a chwilę później jego żona – artystka, przy okazji stara „znajoma” skrzypka. W mieszkaniu pojawia się również alkoholik, jego sympatia, a także zbierający składki przewodniczący gminy żydowskiej.

Pewne obawy mogło budzić umiejscowienie akcji w żydowskim getcie, do którego nastrój komediowy raczej nie pasuje. Jednak tekst jest na tyle uniwersalny, że nie ma żadnego dyskomfortu. Może nawet dużo lepiej pasowałby do innych, mniej dramatycznych okoliczności, na przykład polskich problemów lokalowych po zakończeniu wojny. Nie ma tutaj śmierci, prześladowań faszystowskich, umierania z głodu – jest co prawda bieda i trudne warunki, ale nie aż tak dramatyczne jak w najgorszym okresie funkcjonowania getta. Poza tym jest miłość, a nawet kariera, interesy, imprezy. 

Komedia z farsy mieszkaniowej – dwie pary w jednym pokoju, skręca w farsę małżeńską. Szybko bowiem okazuje się że pary pedantka-skrzypek i urzędnik-piosenkarka do siebie zupełnie nie pasują, a skok w bok jest nieunikniony. 
Co ważne - autor trzyma intrygę w ryzach, dzięki czemu pozostaje lekką komedią, a nie przerysowaną szaloną farsą – która raczej by tutaj nie pasowała. To klimat bliższy Barei, niż twórcom amerykańskich komedii pełnych omyłek. A więc bardzo bliski polskiemu widzowi, stąd oczekiwania pozytywnego odbioru. 

O ile sam tekst nie ma może zbyt oryginalnego podkładu komediowego, o tyle uzupełnia go znakomite aktorstwo. Kilka ról jest wręcz ekscytujących. Na plan pierwszy wysuwa się pozornie drugoplanowy właściciel (właścicielka) mieszkania, która nawet przechodząc próg (do lokalu wchodzi się z ... szafy) przekazuje całą swoją komiczną posturę. Świetna rola Pawła Ferensa. Z ról kobiecych wyróżnia się żona-pedantka odgrywana przez Dagmarę Bąk, która świetnie operuje mimiką i sposobem poruszania. Wyróżnia się także komediowo Sławomir Doliniec nadając tempo i ekspresję w drugiej części spektaklu. 

Duże słowa uznania dla Moniki Gościniak odpowiedzialnej za scenografię i kostiumy (świetnie zresztą ubranej na premierze). Dobór rekwizytów, mebli i ubiór powoduje, że atmosfera żydowskiego przybytku z okresu wojny (może nawet bardziej przedwojenny) jest bardzo wiarygodnie oddana. 

Jedyny problem to słabe marketingowe przebicie Teatr WARSawy. Szkoda byłoby, gdyby tak sympatyczny, pomysłowo zrealizowany, świetnie zagrany spektakl umknął uwadze warszawskiej widowni teatralnej.

Wojna to tylko kwiat

Przepiórska jako korepondentka wojenna

Dzień przed imieninami Agnieszki odwiedziliśmy Teatr WARSawy w celu obejrzenia najnowszego (trzeciego z kolei) monodramu wykonywanego przez właśnie Agnieszkę Przepiórską. I faktycznie to właśnie Agnieszka była gwiazdą wieczoru. Jest zdolności zarówno komediowe (Pożar w Burdelu), jak i dramatyczne (tryptyk monodramów w WARSawie) są godne podziwu.

 

Najnowszy monodram to przeżycia reporterki wojennej, która po powrocie do kraju, do rodziny nie potrafi wyrzucić z siebie przeżytego i obejrzanego na własne oczy koszmaru wojny. Zgrabne przedstawienie, urozmaicane obrazami filmowymi, zdjęciami, zmianą scenografii, mocną muzyką i światłem. Może trochę za krótkie. Może trochę oderwane od codziennych problemów Polaków, ale w końcu wojnę mamy za progiem (Ukraina), a i w przypadku poprzednich konfliktów mieliśmy relacje na żywo (a też ktoś to musiał relacjonować, tragiczny przypadek Milewicza nie wziął się sam z siebie).

 

Dobre, dynamiczne, niedługie i ciekawe przedstawienie.

Ofiara

Niewpuszczona Gosia

Wpływ na ocenę spektaklu „Ofiara” w Teatrze WARSawy (jak do tej pory jednym z ulubionych naszych teatrów) mogło mieć minutowe spóźnienie i niewpuszczenie na widownię Gosi. Zupełnie niezrozumiałe argumenty pań z obsługi: skrzypiąca podłoga, rozpoczęte przedstawienie …

Fakt przedstawienie się zaczęło, a spóźniać się nieładnie jest, ale trochę trzeba mieć wyobraźni, bo w zabieganej Warszawie, z fatalnie działającą komunikacją miejską i brakiem miejsc parkingowych każdemu może się zdarzyć.

Początek przedstawienia miał miejsce w głębi scenie, przyciemnione światła na pewno nie pozwalały, żeby spóźnialska była nawet zauważona przez aktorów. Podłoga nie skrzypiała, a jeśli już to jakoś nikomu nie przeszkadzało, że w połowie spektaklu jedna osoba wyszła do ubikacji i niepokojona wróciła na widownię, ktoś wyszedł odebrać telefon, a jeszcze ktoś udał się do domu (może mu się tak podobało jak mnie), a ktoś inny musiał wyjść z powodu kaszlu zapewne z uwagi na zapach scenografii.

Słabo teatr dba o widza, a pół widowni puste. Nawet dobre spektakle nie przyciągają na rynek Nowego Miasta kompletu. A jak przyjdzie do wyrzucenia WARSawy z tej lokalizacji to będzie płacz na całe miasto. Może najpierw warto zacząć szanować widza?

 

 

Sam spektakl to interakcja dwóch postaci: Żyda i bezdomnego antysemity. Spotykają się na odległej od widowni ławeczce (wtedy Woda spokojnie mogła zasiąść na widowni) i rozpoczynają dłuższą, niespecjalnie przyjazną znajomość. Sama fabuła sztuki jest już mało interesująca, a ciągłe poruszanie strun antyżydowskim mocno naciąganie.

Niestety oprócz fabuły także pozostałe elementy spektaklu są słabe. Aktorzy grają na jednej minie, w dodatku z fatalną dykcją: siedząc w pierwszym rzędzie (z zajętym dla Wody miejscem) nie słyszałem wielu tekstów – fakt że obecnie w wielu teatrach jest już system mikrofonów nie usprawiedliwia nikogo. Scenografia jest jednostajna, spektakl nie ma żadnego tempa, żadnej dynamiki. Jest po prostu nudny jak flaki z olejem, a ciągnie się bez przerwy blisko dwie godziny.

 

Jakim cudem tak słabe przedstawienie wyszło spod ręki Adama Sajnuka, którym się ostatnio zachwycałem po realizacji przedstawienia Barbarzyńcy, nie jestem w stanie pojąć.

Please reload