TURNÉE NOWE HORYZONTY 2016

WARSZAWA, KINO MURANÓW: 8-14 stycznia 2014

Nie ma co ściemniać: nie lubimy tego przeglądu. Nudne te filmy są i przeciągane do granic możliwości.

Raz na jakis czas jest coś lepszego, ale i tak nie warte męki siedzenia w niewygodnym Muranowie.

Dlaczego więc chodzimy na ten przegląd?

Bo tak ....

Widzę, widzę

Austriacki thriller debiutantów

Austriacki film „Widzę, widzę” w reżyserii i na podstawie scenariusza Severina Fiali i Veroniki Franz to chyba najbardziej przystępne (acz momentami drastyczne) dzieło dla przeciętnego widza. Az trudno uwierzyć że twórcy debiutują tym filmem, bo jest zrealizowany bardzo sprawnie z dobrym klimatem i trzymanym napięciem. Momentami przypomina nawet genialne „Funny GamesMichaela Haneke.

 

Zaczyna się niewinnie od zabaw dwóch chłopców, najprawdopodobniej braci. Coś nie tak jest jednak z ich matką, a przynajmniej z kobietą u której mieszkają, bo ma ona obwiązaną głowę i w ogóle jakoś dziwnie się zachowuje. Film całkowicie zmienia swoją sielankową formę po ujawnieniu twarzy kobiety. Naprawdę robi się emocjonująco, bo chłopcy nie rozpoznają w kobiecie swojej matki i za wszelką cenę (powiedzmy szczerze do przesady) próbują z niej wydusić miejsce pobytu ukochanej rodzicielki.

 

Rewelacyjna scena to przyjazd do domku akwizytatorów z Czerwonego Krzyża, aż się chce wołać do ekranu żeby dokładnie sprawdzili dom i nie odjeżdżali bez upewnienia się czy wszystko jest w porządku.


Pod koniec scenarzyści fundują widozm zaksoczenie (są krytyce którzy uważają że rzewidywalne, ale dla mnie jednak zaskakujące) i może trochę zbyt trywialne zakończenie.

Warto obejrzeć, ale kilka razy trzeba wstrzymac oddech (uff klej na ustach ...).

 

Tysiąc i jedna noc

Portugaliski kryzys w 6godzinnym nawiązaniu do Szeherazady

Sześciogodzinne dzieło w reżyserii w reżyserii Miguela Gomesa dotyczy kryzysu ekonomicznego w Portugalii i planu oszczędnościowego (podobno pozbawionego empatii do społeczeństwa, w wyniku którego społeczeństwo zubożało) przeprowadzonego w latach 2013/2014 roku: wysokie bezrobocie, brak perspektyw, bieda i rozczarowanie. Reżyser już nie wnika co byłoby bez planu oszczędnościowego: tak sobie krytyukje jak typowy lewak.

 

Specyfika filmu odnosi portugalską tragedię do opowiadań Szeherezady (która jak wiadomo przerywała swoją opowieść w najciekawszym momencie żeby uniknąć utraty życia z rąk zaciekawionego małżonka), której to opowieści przenoszone są na ziemię kryzysu portugalskiego. Jaki ma to związek trudno dociec, ale taka wizję miał reżyser, nie ma co z nią dyskutować.

 

Pierwsza część trylogii pod tytułem „Niespokojny” to:

a) Bbnkrutująca stocznia w Portugalii (aczkolwiek jakby nie napisy na murach, to można byłoby sytuację przyrównać do polskiego kryzysu branży stoczniowej: brak zamówień, trudna sytuacja ekonomiczna, niezadowoleni pracownicy)

b) opowieść o preparacie na powiększanie penisów (obrzydliwy fragment)

c) gadający kogut wieszczący tragedię,

d) podpalaczy

e) wybuch wieloryba

f) operację w śmierdzącym wnętrzu (chyba tegoż wieloryba)

g) trzy opowieści portugalskich bezrobotnych.

Trochę tego za dużo, ale przynajmniej film jest w miarę żywy jak na produkcje tego typu.

 

Druga część nosi tytuł „Opuszczony” (też trudno wywnioskować czemu) to:

a)  opowieści o człowieku bez flaków (finalnie aresztowanym i osadzonym w celi 2 na 2 metry),

b) rozprawie sądowej prowadzonej przez sędzinę (zaczyna się od telefonu jej rozdziewiczonej córki, a potem absurdalne tematy rozpraw, z których chyba najciekawszy jest wątek Japończyka, który zakochał się w Portugalii, ale został wydalony)

c) małym, białym psie, który najprawdopodobniej jest reinkarnacją. Ten ostatni wątek  jest najbardziej rozbudowany bo przedstawia również krótkie historyjki mieszkańców bloków (np. brazylijskie nudystki, podglądanie przez dzieci sąsiadów, obsikana winda).

 

Trzecie część pod tytułem „Oczarowany” nareszcie daje oddech od tej biednej (dosłownie) Portugalii. Skupiamy się na czasach Szeherezady.

Jej sytuacja jest co raz trudniejsza, bo ileż można zwodzić małżonka-mordercę swoimi opowiastkami (i tak dziękować że opowiadała trochę ciekawsze niż Gomes w swoim filmie, bo nie przeżyłaby pierwszej nocy). Jej ojciec też zaczyna co raz bardziej się martwić, szczególnie że sam wspomina zmarłą małżonkę. Bardzo dobra jest scena rozmowy Szeherezady z ojcem na młyńskim kole – czyli takie uderzenie we współczesność.

 

Z czasów Szeherezady i wydarzeń koło Bagdadu pojawiają się również nowe wątki. Okazuje się że w Szeherezadzie się kocha niezwykle bogaty poszukiwacz skarbu, który odkrył wielki majątek. Później niezwykła sekwencja o przystojnym chłopaku, który ma taki „potencjał” że już jest ojcem 200 dzieci, ale poznajemy go jak akurat dostaje "kosza".

 

To najlepsze 40 minut z całych 6 godzin: super muzyka (jest nawet heavy metal, ładne zdjęcia, młode ciała, nie głupie dialogi).

 

Ale niestety wracamy do meganudnej opowieści portugalskich. Przez kolejną godzinę reżyser katuje nas historią hodowców ptaków, a konkretnie mających zdolności śpiewackie ziąb (zięby – zagwozdka jak to odmieniać).

 

Cała seria kończy się samotną, kilkuminutową wędrówką faceta z walizką. Beż żadnej puenty, podsumowania, określenia celu powstania – bądź co bądź sześciogodzinnego molocha. Szeherezada dopowiada do 530 nocy – nie wiem czy nie będzie sequela …

 

Jeszcze na koniec reżyser dedykuje swój film 8 letniej córce, wierząc że coś sobie z niego w dorosłości wybierze. Mocno wątpię. Szybciej się go wyprze.

 

Osobiście puszczałbym na złość widzom ten film jako jedną całość. Niech się wymęczą te 6 godzin, zobaczymy jak będą zadowoleni zwolennicy tego typu kinematografii.

Pasolini

80 minut nudy przedzielonej seksem

Nuda jakich mało, ale jak ktoś lubi filmy Pasoliniego to będzie zachwycony.

Dla mnie litość bo trwa tylko 80 minut i co najmniej dwie sceny budzą ze snu (seks zbiorowy na rynku i brutalne potraktowanie homoseksualistów na pustkowiu).

Lucyfer

Z nieba do piekła w rybim oku

Żeby nie było za łatwo, to film Lucyfer (mocno mnie zachęcił tytuł tego filmu – uważam że jest mocny) ma formę oglądania przez lunetę: takie rybie oko od początku do prawie samego końca każe widzowi wpatrywać się w ekran (zaprocentował tym razem zwyczaj siadania w pierwszy rzędzie – jak Wody nie ma).

 

W tym okręgu raz widzimy zwykłą akcję (fabułę, oczywiście mało zrozumiałą), a momentami zamienia się nam w taką śnieżną kulę, w której kręcą się postacie i obrazy. Niezrozumiałe to oczywiście i trudne do zrozumienia, ale może reżyser jakąś wizję miał.

 

Dopiero po seansie sobie przeczytałem o co chodziło: to taka w trzech aktach droga tytułowego anioła z nieba do piekła. Dużą część czasu spędza na ludzkim padole, gdzie trochę zamota i spotka różne postacie.

 

Żeby nie było, są dwie dobre sceny – obie dotyczące przejścia do nowego świata. Najpierw bardzo fajnie przedstawiono jak stary dziadek dostaje się do Królestwa Niebieskiego (musi tylko zostawić maczetę, ma jeszcze piórka dla anioła), a potem u kresu życia na zbiornikiem wodnym staje kobieta.

 

Lucyfer wygrał wrocławski festiwal.

Dlaczego mnie nie dziwi że akurat ten film najbardziej wymęczył?

Please reload