"Miś Bamse i miasto złodziei" - lis to zło (ocena 6/10)

Bardzo sympatyczna, szczególnie w zalewie głupich i mało edukacyjnych, animacja, zarówno w klimacie jak i realizacji przypominająca bajki z lat 80-tych (czyli mojego dzieciństwa), typu: Miś Colargol, Pszczółka Maja itp.

 

Miś jest dobry i dzięki właściwościom miodu przygotowywanego przez babcię udaje mu się wszystkich, nawet najgorszych bandziorów, przeciągnąć na dobrą stronę odpowiednio wynajdując zajęcia w świecie uczciwych ludzi. Dzięki temu miasteczko i las pozbawione jest problemów, a jak się coś złego wydarzy to wszechobecny miś wypije garnuszek miodu i nawet lecący w przepaść autobus z awarią hamulców wyłapie.

 

Ale w bajkach, prawie jak w polityce, znajdzie się jakiś lis, czyli rudy to znaczy czarny charakter, któremu to nie będzie w smak. Intryga zmierzająca do przywrócenia złych cech dawnym złodziejom, jak wiadomo od początku, i tak spali na panewce. Bamse musi się jednak trochę nagimnastykować. Szczególnie, że jest problem z podażą magicznego miodu.

 

Z całego filmu najbardziej jednak spodobała mi się postać ekscentrycznego wynalazcy (na przykład wynalazł taką maszynę, która pokazuje jak teleskop dowolne miejsce na świecie), przypominającego wyglądem i stylem życia Filipa z Pszczółki Mai. Co prawda ot jego urodziny będą pretekstem do niecnego planu lisa (nie Tomasza), ale za to przyczyni się do neutralizacyjnego złego zwierzaka.

 

Można zrobić animację, w której dobro jest wyraźnie oddzielone od zła? W której nawet przez moment nie ma wątpliwości po której stronie dzieciak powinien się opowiedzieć? Można jak się okazuje nie tylko w latach 80-tych, ale także współcześnie, czego Miś Bamse jest dowodem.

"Kacper i Emma jadą w góry" - NiVarto (ocena 3/10)

Jedna z najbardziej irytujących serii, którą dystrybytor Vivarto (moja techniczna nazwa „nie warto”) promuje w polskich kinach. Tym razem dzieciaki kończą rok szkolny i wybierają się na wakacje ze swoimi opiekunami.

Film skupia się na mamie Emmy, która po śmierci męża może podczas wakacyjnej wyprawy znaleźć nową miłość. Czy tak można to dylemat, który twórcy zarzucają widzom.

Jest jeszcze wątek rodem z Toy Story bodajże 3, o zabawkach które obawiają się opuszczenia po dorośnięciu swoich opiekunów. Niestety tchórzliwego lwa i zaradnej króliczki jest w tym filmie co kot napłakał. A to pluszaki najczęściej ratowały te sztywne produkcje.

Szczerze współczuje współczesnym dzieciakom bajek na tym poziomie. My mieliśmy pszczółkę Maję i sympatycznego misia Uszatka.

"Mikołaj nieświęty" - VII. Nie kradnij (ocena 5/10)

Przeciętny film familijny (chyba familijny, w każdym razie z punktu widzenia dziecka), który miał wejść do polskiej dystrybucji, ale w końcu wylądował jedynie w tivi.

 

Motyw ograny: złodziej (w dodatku jedynie na przepustce) pod wpływem chłopca, traktującego go jak Świętego Mikołaja, zmienia się i wraca na ścieżkę prawa i sprawiedliwości, czyli trafia do uczciwej roboty (co prawda w supermarkecie, więc nie wiadomo czy do końca uczciwej). To niestety cała fabuła tego filmu, któremu brakuje lekkości, humoru i luzu. A i edukacyjnie jest średnio. Mimo wszystko pomoc mikołajowi w procederze kradzieży może zbyt niebezpiecznie wpłynąć na psychikę dzieci. No chyba, że to jednak nie jest film dla dzieci i coś mi się pomieszało.

"Pan Żaba" - Dyrektor Bocian (ocena 3/10)

Film familijny, który próbuje nas (tudzież naszych milusińskich) przekonać że żaba to najsympatyczniejsze stworzenie na ziemi, natomiast wcieleniem wszelkiego zła są bociany. Jako osoba z rodowodem ze wsi Boćki (koło Bielska Podlaskiego) nie mogą zaakceptować takiego przekazu ....

 

Zosia (org. Sita) przygotowała na lekcję biologii prezentacje o żabach. Niestety stanęła ona pod znakiem zapytania z powodu przebitej opony w rowerze. Dziewczynka ma skomplikowaną drogę do szkoły - musi zdążyć na prom. Na szczęście z opresji ratuje ją sympatyczny nauczyciel biologii Pan Fraus. Jednak już podczas lekcji pan przestaje być sympatyczny - zieleniej, zaczyna wydawać dziwne dźwięki. Okazuje się, że na dźwięk wyrazu żaba rzeczony nauczyciel zmienia się w to stworzonko. Ma taka przypadłość od dziecka i niewiele może zrobić. A i powrót do ludzkiej postaci nie jest prosty - bajkowy pocałunek w każdym razie nie działa. Osobiście gdybym miał taką "przypadłość" wybrałbym inny przedmiot do nauczania niż biologia, ale twórcy filmów familijnych z Beneluxu (uparcie wprowadzanych do polskich kin studyjnych) mają swoja logikę.

 

Nie tylko sensu brakuje w tym filmie, ale nawet odrobiny uroku. Twórcy próbują ratować się "kalkami" - można odkryć nawet scenę z filmu "Stowarzyszenie umarłych poetów". Niestety klimatu to nie dodaje, wprost przeciwnie im dłużej tym bardziej jest żenująco. Dorosłych "Pan Żaba" zanudzi, dzieci nic nie nauczy, a mieszkańcy Bociek powinni złożyć zażalenie do prokuratury o wprowadzanie takiego kiczu do polskich kin.

"Zając Max ratuje Wielkanoc" - złota pisanka (ocena 3/10)

W sumie chwała dystrybutorowi, że przynajmniej na tyle się ogarnął i wcisnął tą słabiutką produkcję w okresie wielkanocnym, a nie np. bożonarodzeniowym. Ale już nie wiedział, że jednolite pomalowane jajka to nie pisanki, a kraszanki.

 

Niemiecka animacja jest zwyczajnie słaba, brakuje jej pomysłów i tylko najmłodszych może porwać swoim niewątpliwym nasyceniem kolorów. tylko czy powinna? W takich filmach bowiem najważniejszy jest walor edukacyjny. A tutaj punktem wyjścia jest zając, który wraz z lumpami trudni się drobną kradzieżą. Oczywiście - wyjdzie na ludzi. Trafi do szkoły będącej bardziej obozem przetrwania i tam dzięki współdziałania zapobiegnie złym lisom. No cóż, niech dzieciom pozostanie wrażenie, że lisy to obłudne i złośliwe zwierzątka, może przynajmniej jak dorosną nie będą ufać jednemu z polskich dziennikarzy.

 

Osobiście animacja mocno mnie zirytowała, a nawet zanudziła, co biorąc pod uwagę 72 minutowy czas trwania jest sztuką większą niż wyprodukowanie ładnej kraszanki. Nawet złotej.

"Sonia" - borsuki (ocena 2/10)

Już sam fakt, że film o klimacie bożonarodzeniowym wchodzi na ekranu przed Wielkanocą dużo mówi o wyczuciu dystrybutora.

Nie powinien wejść w ogóle tak naprawdę, bo nie ma żadnej wartości edukacyjnej, a co chyba najgorsze - jest zwyczajnie nudny.

 

Sonia to 9 letnia Szwedka. Do jej szkolnej klasy dołącza nowa koleżanka Celestyna - ruda, z miejsca nie lubiana. Sonia z niewyjaśnionych widzom przyczyn z miejsca postanawia spędzić swój pierwszy raz z rudą. To znaczy pierwszy raz przenocować poza własnym domem. Celestynów, jak się okazuje słusznie jest nielubiana. Nie grzeszy w każdym razie gościnnością i nawet nie pozwala koleżance spać w swoim łóżku. Co gorsza - w środku nocy znika. Osamotnioną tytułową bohaterkę czeka więc przerażająco traumatyczna noc nie we własnym domu. Za wiele pomysłów, poza gadającymi borsukami, twórcy nie mają. Może to i lepiej.

 

 

Recenzenci próbują się doszukać w tym gniocie wartości. Że go niby dobrze pokazać dzieciom świat odmienny od oczekiwań. Osobiście mam traumatyczne przeżycie z seansu Misia Coralgola, które problemami tak się przejąłem, że nawet szczęśliwy finał mnie nie udobruchał. I po 40 latach pamiętam to przeżycie. Może dlatego takiej Soni rodzicom bym nie polecał. Chyba, że sami chcą zobaczyć upadek kina dla dzieci.

 

 

Nie brak też w tym filmie rzeczy obrzydliwych. Pierdzenie psa jeszcze może ujdzie. Ale dialogi typu: "moja babcia chodzi na basen. A moja wyjmuje zęby" są wyjątkowo niesmaczne i tylko wystawiają świadectwo twórcom.

 

 

Na szczęście film ma ograniczoną dystrybucję i pewnie nawet przypadkiem trudno na niego wpaść. I całe szczęście.

"Wilk w owczej skórze" - piękna Diana (ocena 4/10)

Chyba jedna z najsłabszych animacji ostatnich lat.

Kiepska fabuła, niesympatyczne postacie, zdawkowe dialogi, braki scenariuszowe, sztampowa animacja.

Za tym filmem stoją Rosjanie, chociaż przy polskim dubbingu trudno to wyczaić. Niestety do "Wilka i zająca" dużo, oj bardzo bardzo dużo. Może podobać się jedynie znakomicie ukazana piękność w świecie wilków. Szczególnie ta wilczyca jest urodziwa.
 

Fabuła

"Szary" - szary wilk. Kocha się w wilczycy. Ale jak to w związku - kobieta wilczyca chce żeby się zmienił. No to się zmienia. Akurat w złym momencie, bo jest kandydatem na przywódcę stada. Równolegle owieczki boją się zmian w obozie wilków, bo może to zagrozić ich egzystencji.

Zamiana

Stary motyw z zamiana ciała niestety zupełnie tutaj nie zdaje egzaminu. Fabuła jest zwyczajnie słaba, dialogi monotonne, poczucia humoru jak na lekarstwo. Animacja co prawda przyzwoita, ale tylko żeby pokazać kilka ładnych obrazków. Efekty specjalne na poziomie wspomnianego "Wilka i zająca" sprzed 30 lat. 3D prawie nieobecne.

Recenzje

Mało kto w ogóle zdecydował się napisać o tym żałosnym filmie, ale oceny są zbieżne, czyli słabe:

  • sama historia nie wykorzystuje w pełni zawartego w pomyśle potencjału, zbyt chętnie polega na zasiedziałych stereotypach i jest dość chaotyczna

  • dzieciom pewnie się spodoba, ale gołym okiem widać jej niedostatki

  • twórcom brakuje odwagi i wizji, która pozwoliłaby choć na chwilę wyjść z wytartych dramaturgicznych ścieżek, okazuje się przez to filmem wtórnym i męcząco nieśmiesznym

"Wrota Bohaterów" - gry komputerowe, Azja i Luc Besson (ocena 5/10)

Taka piątkowa zupa jarzynowa: wszystko co została z tygodnia wrzucono do gara, wymieszano i podano na talerzu.

Jest i klimat azjatycki i kino sensacyjne, i trochę poczucia humoru, i akcja opartach na grach komputerowych.


Właśnie grą komputerową się zaczyna. Nastolatek zamiast odrabiać lekcję siedzi nad kompem. Matka go strofuje, bo mają kłopoty finansowe i jedyną szansą na studia są dobre stopnie skutkujące stypendium. Jack wkrótce będzie miał jeszcze większe problemy. Do jego świata trafia bowiem ekscentryczna księżniczka, której nawet dotknąć nie można. Dziewczyna się jednak trochę wdraża, głównie po wizycie w centrum handlowym. Ale ten wątek nie jest pociągnięty: bo to Jack trafia do azjatyckiego świata, gdzie z pomocą wojownika, który nie umie pływać ruszą w pomoc porwanej dziewczynie. Oczywiście już zakwita uczucie (księżniczka naprawdę jest kobieca) i to główna motywacja chłopaka. Ta podróż nawet zaczyna być humorystyczna, ale głównie naszpikowana mocnymi scenami akcji. Najczęściej ofiarami są nie wiadomo czemu kobiety: a to czarownica warząca zupę (pewnie jarzynową), a to leśne syreny kanibalki.

I w tym właśnie tkwi problem tego filmu, bo nie wiadomo do kogo jest skierowany. Wygląda na kino młodzieżowe, ale niektóre sceny są zwyczajnie okrutne, nie mówiąc już o tekstach: "a niech gwałcą i plądrują".

Fabuła jest oczywiście przewidywalna i może nie najmądrzejsza. Ogląda się to jednak bez większego bólu. Tyle, że młodzieży bym nie namawiał, a starsi jak chcą pooglądać nawalanki też mają lepsze rzeczy do wyboru.

Film wchodzi do dystrybucji w bardzo ograniczonym zakresie. Może w telewizyjnej formie będzie bardziej strawny. Chyba Luc Besson, który kryje się za tym pomysłem już zupełnie nie ma co do roboty.

"Ozzy" - wielka ucieczka (6/10)

Bardzo sympatyczna animacja, z prostą, wtórną i przewidywalną fabułą - czego nie ukrywa, a nawet uwypukla.
Sympatyczni bohaterowie, mądre przesłanie. Może nie dla najmłodszych, bo jednak miejsce akcji trochę specyficzne.

 

Ozzy jest sympatycznym i mądrym pieskiem - potrafi nawet pozować do obrazu. Mieszka sobie w domku jednorodzinnym na przedmieściach. Ma wspaniałą rodzinę: dziewczynkę i rodziców. Trochę psotnik i raczej tchórz. Rano psią okolicę terroryzuje bowiem roznosiciel gazet ze swoim buldogiem. Nikt nawet nie myśli żeby się przeciwstawić.
 

Rodzina wybiera się na miesięczny wypad do Japonii. Problem w tym, ze Ozzy'ego nie mogą zabrać. Nikt ze znajomych nie kwapi się do pomocy. Przypadkowa reklama telewizyjna wiedzie naszego bohatera do luksusowego psiego sanatorium. Pan musi co prawda słono zapłacić, ale zapowiada się uroczy miesiąc. Jeszcze smutne pożegnanie i wakacje z obcymi.
 

Nie trzeba oglądać zwiastuna, żeby domyśleć się co będzie dalej. Ale nie o zaskoczenie tutaj chodzi. To po prostu zwykła opowieść garściami czerpiąca z najlepszych filmów gatunku ("Wielka ucieczka", "Skazani na Shawshank"). Twórcy nawet się z tym nie kryją, chyba specjalnie zrzynają najbardziej znane motywy.


Animacja jest kolorowa, dynamiczna, ma rozsądną fabułę, bohaterowie są sympatyczni - za wyjątkiem tych którzy sympatyczni być nie mają. Jedyny feler to akcja w więzieniu - nie wiem czy wszyscy rodzice to zaaprobują. Ale wydaje mi się, że twórcy nawet z tego pomysłu wychodzą obronną ręką.
 

"Wielka przygoda Molly" - Edison (ocena 4/10)

Taki dziecinny film. Do lat 5 - to góra.

A nawet ma pozytywne recenzje TUTAJ - może dlatego że to Nowe Horyzonty.

 

Ciąża, rodzicielstwo, poród - wyprawa na tajemniczą wyspę, gdzie rodzi się dzieci. Trzeba przyznać, że trochę jest to tematyka prorodzinna - co w przypadku produkcji promowanych przez środowisko skupione wokół Nowych Horyzontów regułą nie jest.

Film niby jest kolorowy, ale to wszystko co można dobrego powiedzieć o jego realizacji, która jest taka niechlujna. Może jakbym był dzieckiem to bym wyszedł z kina usatysfakcjonowany, teraz ma za wysokie oczekiwania ...

"Balerina" - walka jak w korporacji (ocena 4/10)

Mógł być taki piękny piruet, a wyszło jak w potrójnym axlu Grzegorza Filipowskiego - lądowanie na tyłku.

Wystarczająco się wyżyłem na tym filmie TUTAJ, więc skrótowo.

Para dzieci ucieka z domu dziecka i dociera do Paryża gdzie realizują swoje marzenia: dziewczyna o karierze tanecznej, chłopak o wynalazkach. Wszyscy wokół im przeszkadzają, bo świat jest okrutny, ludzie złośliwy, praca katorżnicza i w ogóle wszystko się zawsze układa nie po myśli. takie przesłanie dla młodych dzieci. A mogła być to piękna animacja o tańcu, muzyce i spełnianiu marzeń.

"Królowa Śniegu 3: Ogień i lód" - plagiat wodaiogien (ocena 4/10)

Liczymy, że twórcy tej słabej pod każdym względem animacji przynajmniej odpalą nam jako pomysłodawcom zestawienia wodyiognia część dochodów z dystrybucji ...

Chociaż można się obawiać, czy będą one wysokie, bo ogląda się to z rosnącym rozdrażnieniem. Zarówno warstwa scenariuszowa, jak i realizacyjna pozostawia bardzo dużo do życzenia.
 

Fabuła

Ciężką było coś wymyślić rozsądnego, bo rodzeństwo już pokonało tytułową Królową Śniegu i powinno sobie żyć zbierając kas z tantiemów od ich historii. Tymczasem musza jeździć po całym kraju i otrzymują marne grosze. Zaczynają odczuwać również brak rodziców. Stąd zamiast chwały po zlikwidowaniu złej królowej zaczyna im doskwierać bieda i zły nastrój. A jak wiadomo, jak komuś jest źle to zrobi coś, przez co będzie mu jeszcze gorzej.

Realizacja

Cały film jest jakiś ciemny. Animacja jest niespecjalna i bardzo nierówna. Jest tam powrzucanych wiele różnych elementów, ale nie ma jednolitego stylu, o klimacie już nawet nie wspominając. Nad 3D trochę popracowano i kilka razy są fajne efekty, ale można je policzyć na palcach jednej ręki.

Dzieci

Niby film może spodobać się młodszym widzów, którzy nie dostrzegą bezsensu fabuły. ale znowu jest zbyt dużo scen mrocznych i często brutalnych. Zupełnie nie wykorzystano tak sympatycznych w poprzednich częściach drugoplanowych ról zwierzątek, chociażby genialnego komediowo trolla Orma.

Zamknięta Górczewska

Tak naprawdę to nawet nie wiadomo, czemu ten film jest aż tak irytujący. Bardzo możliwe, że na jego odbiorze odbiła się męka w dojechaniu do Multikina w Wola Park, która przez budowę metra zajęła mi dłużej niż cały seans. Stąd jakoś jednoznacznie nie mogłem odnaleźć powodów, dla których seans tak bardzo mnie wkurwił. Czas więc na recenzje, które są niestety nieliczne (czyli nikomu nawet nie chciało się iść na "trójkę") i także raczej negatywne, chociaż pierwsza jest bardzo pozytywna:

Malownicze animowane krajobrazy, wyrazista oprawa muzyczna, urocze rysunki bohaterów i trzymająca w napięciu akcja spodoba się wielu dzieciom, a może nawet dorosłym Iwona Pacholec

Pozostałe trzy są już bliższe moim odczuciom:

  • nie ma oryginalności, niewykorzystany wydaje się potencjał antagonistycznych sił, nie imponuje również od strony technicznej - Konrad Pytka z Interii

  • akcja pędzi najczęściej wbrew logice, przez humor twórcy rozumieją slapstick w czystej postaci, a wychowawczy zamysł gdzieś zniknął, scenarzyści najwyraźniej sami nie mogą się w tym wszystkim połapać - Piotr Gruszkowski z cojestgrane

  • nie jest przykładem uniwersalnego kina familijnego, bawiącego na równi wnuczków i dziadków - Jakub Popielecki z Filmwebu

"Magiczne święta" - interpretatorka snów (ocena 3/10)

Norweski film familijny uwłaczający inteligencji widza.

Już produkcje prezentowane w telewizyjnym Teleranku cechowały się wyższym poziomem realizacyjnym.

Fabuła

Akcja tego filmu dzieje się na dwóch polach: realnym oraz fantastycznym. I ten realny zasługuje na wzmiankę głównie przez sytuację rodziców głównej bohaterki: mama policjantka zarabia na życie, a ojcu idzie słabo własny biznes. Generalnie muszą stawić czoła problemom finansowymi, co jest źródłem dialogu dobrze oddającego poziom tej produkcji: "chcecie powiedzieć że jesteśmy biedni? nie, tylko nie mamy pieniędzy".
Dodatkowo mama w policyjnej pracy ma swojego absztyfikanta i w połączeniu z problemami finansowymi stawia to pod znakiem zapytania ciągłość małżeństwa. Z tego tematu można by zrobić przyzwoita fabułę, nie wiem czy dla dzieci, ale tutaj stanowi tylko zapchajdziurę.

Rycerze

Głównym motywem tej opowieści jest jednak świat, do którego można dotrzeć tajnym przejściem (zamkniętym zresztą). A tam też się nie dzieje za dobrze. Dlaczego to już trudno się zorientować, bo śledzenie tej nielogicznej fabuły momentami sprawia aż ból. Człowiek bardziej marzy żeby się skończyło, a nie żeby coś wyjaśniło.

Realizacyjnie

Pastwić się można długo nad tą produkcją, ale raczej nie ma po co, bo dystrybucja jest ograniczona i zupełnie niezrozumiała (sam siedziałem jak to często bywa w warszawskiej Lunie). W telewizji jeszcze to jakoś ujdzie i może nawet jakieś dziecko wysiedzi na tym gniocie.

Recenzje

Aż dwie, czyli ci co muszą o wszystkim napisać (jak ja):

  • Wyborcza: Wraz z kolejnymi odwołaniami do wydarzeń sprzed paru lat widz może się poczuć zdezorientowany – bo kto z nas oglądał telewizyjny serial o perypetiach rodzeństwa w Dolinie Rycerzy?

  • Filmweb: Emocjonalny chłód z jednej strony i klaunowanie z drugiej zabijają dynamikę tej - już i tak dość wątłej - historii. Wszelkie zwroty akcji, wszelkie charakterologiczne wolty wypadają fałszywie, niezasłużenie.

"Wiplala" - biedny kot (ocena 5/10)

Całkiem miło się to ogląda, chociaż wielkiej wartości nie przedstawia.

Produkcja holenderska z 2014 roku.

Dystrybucyjnie zupełnie niepotrzebna - pokazywana na pojedynczych seansach (Warszawa: Praha i Luna). Do telewizji w ramach "Teleranka" (wiem, pewnie już nie ma tej kultowej audycji) jak znalazł.

Amsterdam

Trzyosobowa rodzina: 9-letni Johannes, jego siostra, oraz wiecznie zajęty i nie radzący sobie z wychowaniem ojciec. Mieszkają w Amsterdamie w charakterystycznym dla tego miasta domku.

Krasnal

"Nie jestem krasnalem" podkreśla mały stworek, który pojawia się w kuchni. Znajomość z Johannesem zaczyna słabo, bo od unieruchomienia kota. Potem jest jeszcze gorzej. Wiplala ma magiczne zdolności, ale duży problem z odczarowaniem. Stąd cała rodzina, nie tylko kot, a już za niego wkurzył - każdego kochającego koty widza - Wiplala, ma poważne problemy.

Realizacja

Cudów w tym filmie nie wymyślono, to taka trochę wersja filmów typu SPOILER: "Kochanie zmniejszyłem dzieciaki". Ogląda się to sympatycznie, Wiplala jest nawet fajny, pomysłów brakuje, albo są wtórne, wartości wychowawczej w tym wielkiej nie ma - poza tym że ojciec odkrywa potrzebę zainteresowania dziećmi.

Gdzie jest Dory? – z choroby się śmiejecie?

Dory była w mojej ocenie najsłabszym elementem znakomitej i utytułowanej animacji „Gdzie jest Nemo”. Niestety twórcy w próbie kolejnego skoku na rybią kasę postawili na ta postać. Jako nie śmieszy mnie naśmiewanie się z choroby krótkotrwałej pamięci, stąd od razu byłem negatywnie nastawiony do tej kontynuacji.


Ale i tak efekt końcowy przerósł – niestety negatywnie – moje obawy. Film jest zwyczajnie słaby, bez pomysłu i jedynie powiela pomysł z pierwowzoru przemierzania wód w poszukiwaniu ukochanych osób. Brakuje świeżości, poczucia humoru i jakiegokolwiek zaskoczenia. Nie ma również nowych postaci, a sama Dory jest słabiutko, chociaż trochę jej szkoda ze względu na doskwierająca przypadłość.

Chcesz zabrać dzieciaka do kina – polecam BFG.


Jedyne co warte obejrzenia to film, który jest puszczany przed animacją: „Pisklak”. Kilkuminutowa urocza historia o pierwszej próbie zdobycia pożywienia przez małego ptaszka nad morzem. Urocze.
 

ZWIASTUN

KINOMANIAK (ma inne zdanie)

Phantom Boy

Phantom Boy był w polskich kinach jedynie formalnie, wszystkiego jedno kino (Praha) na pojedynczych seansach. Ale bardzo zachęcała pewna Gazeta w swojej recenzji.

I faktycznie trzeba przyznać, że jest to ciekawy film. Ambitny policjant, którego wszędzie pełno, a jest zupełnie lekceważony przez swojego przełożonego ulega wypadkowi ląduje w szpitalu. Poznaje tam chorego chłopca, który ma niezwykłą zdolność. Okaże się ona przydatna, bo w mieście szaleje przestępca, którego zagrożenie docenia jedynie ten wyśmiewany przez kolegów gliniarz.


Głównym atutem filmu jest przedstawienie zdolności chłopca, co ma wymiar duchowy, a nawet religijny. Jest to bardzo subtelnie przedstawione i ma w sobie magiczny wymiar. Akcja jest wartka i interesujący, swobodnie zabrałbym dziecko na ten obraz. Może jedynie animacja jest za słaba i momentami widać jej niedostatki. Ale ogólnie trzeba pochwalić zarówno film, jak i trafną recenzję GW.

Dzielny kogut Maniek

Problem finansowy gospodarstwa. Kury biorą sprawy w swoje ręce. Wystawiają emerytowanego boksera koguta do wali bokserskiej za dużą kasę. Ale organizatorzy nie zgadzają się na weterana. Musi walczyć młody Maniek, który nie ma żadnych szans. SPOILER: ostatecznie wygrywa. ZWIASTUN

To o tyle specyficzna animacja, bo meksykańska. I ma wiele cech zupełnie nie przystających dla polskich widzów. Małe piwo, że opowieść jest nielogiczna i mało wciągająca. Gorzej że film jest stosunkowo brutalny. Ta końcowa walka ma w sobie więcej z Rocky’ego (przy zachowaniu proporcji artystycznych), niż z uroczych historyjek rodem z Disneya. W dodatku między rundami chodzi prezentująca zbyt dużo w kontekście widza małoletniego typowa meksykańska dziewucha.

Jak ktoś weźmie na ten film dzieci – to na własną odpowiedzialnością (znowu GW się ze mną zgadza: TUTAJ). Jak ktoś pójdzie sam – to ma nie po kolei w głowie …

Animacji nie ratuje również polski dubbing, który usilnie próbuje bawić się skojarzeniami z jajami. Już bym wolał to cos obejrzeć z napisami. Na dokładkę film trwa 99 minut, a na taki film 80 to górna granica.

Jak Wam dziecko po filmie nie będzie chciało jeść jajecznicy, to się nie zdziwcie.

Ratchet i Clank

Opis tego filmu można spokojnie przekleić z Wikipedii, bo i tak fabuła jest miałka i niewarta trudu samodzielnego opisywania:
„Po zdewastowaniu własnej planety, złoczyńca Drek wraz z armią posłusznych mu Blargów wyrusza na podbój kolejnych światów. Nieoczekiwanie na jego drodze staje para najbardziej zdumiewających bohaterów, jakich kiedykolwiek widział kosmos. To przedstawiciel legendarnej rasy Lombaxów – Ratchet oraz jego wierny druh Clank – mały robot o wielkim sercu i potężnym intelekcie. Aby ocalić wszechświat, Ratchet i Clank dołączą do Strażników Galaktyki, wyjątkowej grupy dowodzonej przez samozwańczego superbohatera – Kapitana Qwarka. Razem zrobią wszystko, by powstrzymać Dreka przed podbojem malowniczej Galaktyki Solana. A przy okazji odkryją, czym są przyjaźń, honor i prawdziwa odwaga.”


Pierdu, pierdu od dystrybutora. Film jest słabiutki, akcji tam tyle co kot napłakał, a interakcje pomiędzy bohaterami są niezauważalne. Jak się uważnie śledzi fabułę to wszystko jest w 100% przewidywalnie. Aczkolwiek nie tak łatwo czuwać, bo można usnąć.


Dla dzieci też nie ma zbyt wiele atrakcji, a potencjał jaki stwarza tematyka kosmiczna zupełnie niewykorzystany. Jedyny mały plusik to ten robocik Clank, który jest w miarę sympatyczny, i chyba nie zasłużył sobie na udział w tak słabej animacji.


SPOILER: wszystko dobrze się skończy i planeta wraz z bohaterami przetrwa.

ZWIASTUN

Najlepsze przyjaciółki

Ten film familijny ma jedną zaletę i całą masę wad. W skrócie chodzi o to że dziewczynka dostaje od swojego ojca, który rozwiódł się z matką i tylko ją odwiedza, jajko, z którego wykluwa się kaczuszka. Jednak w momencie wyklucia świadkiem była niepełnosprawna koleżanka, i według słów taty to ona powinna opiekować się biedną kaczuszką.

ZWIASTUN


Zaletą filmu jest właśnie ta kaczuszka – jest urocza, a jak grozi jej zatoniecie w wannie – naprawdę wbijamy z przerażeniem wzrok w ekran.
Co do wad to można niby obdzielić kilka produkcji. Fabuła jest nielogiczna, dialogi nieżyciowe, aktorzy gorsi niż w produkcjach telewizyjnych, zdjęcia niechlujne, muzyki – brak. Same klęski. Momentami ten film wręcz męczy fizycznie.


Ale najgorsze, i co najważniejsze zupełnie nieedukacyjne, jest ukazanie dorosłych, jako osobników niesympatycznych, momentami wręcz opryskliwych i niegrzecznych. Jak tutaj zabrać dziecko na film, w którym sąsiad jest wrednym typem, a rodzice nie rozumieją dzieci?

 

Karlsson z dachu - gruboskórny gówniarz

Kino Muranów lubuje się we wprowadzaniu takich filmów na poranek dla dzieci. Data ważności już dawno upłynęła, film ma wątpliwe wartości artystyczne, dla dzieci jest zwyczajnie brzydki, ale łączą te pokazy z warsztatami plastycznymi dla dzieci i psychologicznymi dla rodziców i wypełniają misję Kina dla Leminga. Oczywiście wtóruje im Gazeta dla Lemingów (RECENZJA) i tak wspólnie wspierają słabiznę. Chociaż akurat tym razem nawet oni dostrzegają braki.

 

Karlsson z dachu” to skandynawski film familijny z 2012 roku oparty na popularnych książkach Astrid Lindgren. Główny motyw jest podobny do innego filmu – „Hokus-pokus, Albercie Albertsonie”, czyli chłopiec chce na urodziny psa. Rodzice nie chcą, i w zamian dzieciak zaprzyjaźnia się z latającym grubaskiem.

 

O ile w książce może to zagrało, o tyle w filmie twórcy popełniają podstawowe błędy. Po pierwsze tytułowy Karlsson jest tak antypatyczny, że ciężko wynieść z filmu jakieś pozytywne wartości. Z ekranu płynie pochwała grubiaństwa, niegrzeczności, kłamstwa, łakomstwa, a nawet podkradania. Rozumiem co prawda, że po filmie na warsztatach psychologicznych rodzice się dowiedzieli dlaczego warto w filmach dla dzieci ukazywać takie postawy, ale i tak mnie nie nic nie przekona czy przypadkiem dziecko nie zaczerpnie z filmu właśnie tych złych postaw.

 

Drugi problem to taki, że film jest bardzo kiepskiej jakości. Nawet z kolorami jest tutaj problem. Historia jest słabo opowiedziana, dialogi pozbawione są humoru, a intryga tak przewidywalna, że nawet kilkuletnie dziecko przy swojej wyobraźni mogłoby wymyśleć więcej ciekawych motywów.

 

Na szczęście te filmy są pokazywane jednorazowo w Muranowie, więc nie ma potrzeby zniechęcać. A rodzice, którzy chcą wychować swoje dzieci w duchu propagowanym w ośrodkach zbliżonych ideowo do Kina Muranów i tak to zrobią.

Złoty Koń - mroczno

Złoty Koń to animacja wyprodukowana w koprodukcji aż czterech krajów: Danii, Luksemburgu, Łotwy i Litwy. Już to zestawienie budzi obawy, a fakt że film powstał w 2014 roku, a dopiero w marcu 2016 roku trafił do kilku kin sygnalizuje że nie będzie dobrze. I niestety te prognozy w żaden sposób nie zostały w trakcie seansu rozwiane.

TRAILER

Przede wszystkim film nie jest przystosowany dla dzieci. Animacja jest słaba, wieje chłodem i ciemnością z ekranu, postacie są zupełnie nie interesujące, a sama fabuła do kitu. Dialogi też nic ciekawego nie przestawiają, nie ma ani poczucia humoru, ani jakiś rozsądnych mądrości życiowych mogących przydać się młodemu pokoleniu, a dorosłym umilić siedzenie w fotelu.

 

Ogólnie wszystko jest oparte na próbie wydobycia ładnej dziewuchy z jakieś lodowej góry. Może to zrobić tylko ktoś o czystym sercu, więc jak można się domyślić nikomu się nie udaje. Zresztą od samego początku wiemy kim będzie ten szczęśliwiec, akurat traktowany jako największa niezdara. Ale z pomocą złotego konia pewnie  mu się to uda, tylko szkoda że nawet najbardziej nierozgarnięty widz domyśli się tego po kilku minutach animacji, trwającej trudne do wysiedzenia 80 minut.

 

Jedna scena w tym filmie jest tylko przyzwoita, ale też chyba zbyt trudna dla młodego widza. Umierający ojciec i zacięcie walczący o schedę po nim gruboskórni synowie. Ta jedyna scena budzi jakieś emocje i jest całkiem dobrze przedstawiona. Na resztę już pomysłów zabrakło.

Robinson Crusoe - dobra zmiana

Filmy w technice 3D stają się powoli zakałą kina. Najczęściej jest to jedynie sposób na pozyskanie od widza tych dodatkowych kilku złociszy. Od widza, który później siedzi w tych niewygodnych okularach przez nie tak krótki okres czasu i nie dostaje żadnych dodatkowych efektów. To czy warto iść na wersję 3D powinno być elementem recenzji, bo często dużo lepiej obejrzeć wersję tradycyjną. A już prawdziwym zatrzęsieniem jest używanie wersji 3D w animacjach dla najmłodszych. Dodatkowo dzieci jeszcze mniej chętnie siedzą w tych okularach, więc twórcy jak już decydują się na 3D to mogliby coś proponować w zamian, a nie tylko słabe wrażenie głębi.

 

Animacja „Robinson Crusoe” jest tutaj chlubnym wyjątkiem. Już po 5 sekundach – świetna scena głębi w morskiej perspektywie – rozwiewa ewentualne wątpliwości, czy wybór wersji z okularami był słuszny. Przez cały film jest rewelacyjnie pod tym względem, co chwila jest dobre 3D, albo coś lecącego w oczy. O to właśnie chodzi, co polecam wziąć do serca innym twórcom.

 

O ile efekty 3D przekonują od razu, o tyle sama animacja wymaga trochę więcej czasu. Ogólnie pomysł żeby na historię Robinsona Crusoe spojrzeć z punktu widzenia zwierząt jest trochę karkołomny, ale w efekcie udany. Głównym czynnikiem sukcesu jest przedstawienie zwierzątek. Nie da się ich nie pokochać. Główną postacią jest narrator-ptak. Wesoła papuga jest bardzo żywiołowa i koniecznie chce się dowiedzieć, czy istnieje jakiś inny świat, poza bezludną wyspą. Papuga tutaj dominuje i jest urocza, ale nie ona skrada serca. Rewelacyjne są pozostałe zwierzątka: leciwa koza żarłok, kameleon – naprawdę mistrz w swoim fachu, jeżozwierz, tapirzyca z widoczną nadwagą i najbardziej sceptyczny do przybycia Robinsona ptak zimorodek.

 

Sukces animacji to także, a może przede wszystkim, czarne charaktery. Są nimi kocury, które naprawdę budzą popłoch. Poza tym, że jako miłośnik kotów trochę smutno się z tym pogodzić (a nawet w pewnym momencie można mieć nadzieję na przejście na jasną stronę mocy – płonne niestety), to trzeba przyznać że pomysł i prowadzenie postaci kocurów jest wzorowe. Nadaje to filmowi tempa i dramaturgii.

 

Pozytywnie zaskakuje również sam Robinson Crusoe. Ukształtowanie go jako trochę fajtłapowatej i zagubionej ofiary jest strzałem w dziesiątkę. Na samej wyspie początkowo zwierzęta podchodzą do niego nieufne (jeszcze czarną PR robią tutaj kocury), ale jak już się dograją to szybko będą widoczne efekty dobrej zmiany dla wszystkim (autentyczny pomysł trzymającego poziom, ale nie nachalnego polskiego dubbingu).

 

Film jest kolorowy, bardzo ładny plastycznie, żywy i pomysłowy. Głownie to produkt dla młodszych widzów, ale i rodzice powinni być zadowoleni. Bardzo miła niespodzianka, bo nie zawsze animacje trafiają w punkt. To kolejny udany produkt wielokrotnie nagradzanego Bena Stassena, widać że twórca ten trzyma wysoki poziom. Nawet dosyć karkołomny pomysł z robinson Crusoe, który zamiast Piętaszka ma do towarzystwa grupkę uroczych zwierząt wypala w 100%.

 

Jak ktoś jeszcze nie był, biegiem z dzieciakami do kina. Jak nie, to pewnie warto również obejrzeć już w wersji „domowej”. Tylko tego wizerunku kotów żal. Nasz Feli nie ma w sobie nic z tego zła animowanych kocurów, no prawie nic ….

Zwierzogród - chomiczówka

Zwierzogród” to animacja bardzo sympatyczna, z niegłupią fabułą, z interesującymi postaciami, z ciekawymi rozwiązaniami, z dużym poczuciem humoru i z mądrym przesłaniem (największe gnidy pracuje w Urzędzie Miasta).

Osobiście tylko irytowały mnie te, znane już ze zwiastuna, leniwce, bo zbytnio przypominały mi polskich urzędników, albo niektórych moich kolegów z kariery zawodowej.

 

Główna bohaterka bardzo fajny, i pomysł jej kariery w policji też super. Ekstra było jak wlepiała ten mandaty z sumiennością warszawskiej straży miejskiej. Może trochę mniej przypadł mi do gustu jej pomagier, ale ujdzie. Fajny też szef policji. No i baranek z Urzędu.

 

Ogólnie oglądało się dobrze, chociaż nie zapamiętałem podobno najśmieszniejszego motywu w metrze.

Misiek w Nowym Jorku - a mógłby pojechać na lotnisko w Radomiu

Pierwszy problem z animacją „Misiek w Nowym Jorku” to polski tytuł, który jest mylący. Bo Nowego Jorku jest w tym filmie tyle co Radomia.

 

Ale podstawowy zarzut do tej animacji - to fabuła, bo jest ona tak bezsensowna, że aż szkoda pisać. W każdym razie Arktyka gdzie mieszka misio jest zagrożona, bo jakiś deweloper chce tam budować domy, a nasz misio żeby ratować sytuację rusza do NJ żeby uwolnić swojego dziadka.

No słabe.

 

Niewiele lepiej jest w sferze dialogowej. Nie za bardzo interakcje bohaterów wnoszą cokolwiek, sa na siłe chyba tylko śmieszne, a tak naprawdę śmieszne w ogóle nie są. Główny bohater jest taki sobie, można na niego popatrzeć, ale jakieś wielkiej sympatii nie wzbudza.

 

Trochę film ratuje trójka lemingów towarzysząca (też nie wiadomo po co) misiowi w wyprawie, która momentami daje czadu aż do przesady. Na szczęście Misiek już zginął z polskich kin, więc nie ma po co zniechęcać, a w domu jak ktoś obejrzy to świat się nie zawali, bo bywają gorsze i głupsze animacje.

Tajne agentki Barbie - kalka

Trójka Barbie doskonali się w tym filmie w gimnastyce (sportowej), właśnie z trudem kwalifikuje się do zawodów, bo niespecjalnie im wyszła megatrudna akrobacja.

 

Tym czasem świat ma większy problem – ktoś kradnie diamenty mimo zabezpieczenia. Musi dysponować nadludzkimi zdolnościami artystycznymi. Co gorsza skradzione diamenty mają umożliwić uruchomienie aplikacji skrajnie niebezpiecznej dla ludzkości.

 

Co mają z tym wspólnego nasze Barbie? Otóż ciocia dziergająca sweterki na drutach okazuje się szefową agencji agentów i biorąc pod uwagę zdolności gimnastyczne angażuje nasze dziewczyny.

 

Film niestety nie tylko nawiązuje do innych, fabularnych obrazów tego gatunku, a wręcz czerpie garściami z nich w sposób tak bezczelny, że aż żenujący. W zasadzie i poszczególne sceny i cała fabuła, i muzyka i charakteryzacja żywcem przypomina inne filmy. Ogląda się to z irytacją i zmęczeniem. Zresztą od razu wiadomo jak się skończy, a cienkie w talii Barbie są mocno irytujące.

 

Film próbują ratować elektryczne zwierzaki (piesek i kotek), ale też to słabo wychodzi (nie tak słabo jak robot z najnowszych Gwiezdnych wojen – ale i tak kiepściutko).

 

Fatalne są ciągłe podteksty erotyczne, młody naukowiec w sposób tak nachalny faworyzuje jedną z dziewczyn, że nie sposób nie patrzeć na ten wątek z obrzydzeniem.

 

Oczywiście formuła filmu dla dorastających dziewczynek rozkochanych w lalkach jest zachowany, więc im się pewnie i ta wersja spodoba. Ale nikomu więcej.

"Operacja Arktyka" - himalaje absurdów

Operacja Arktyka już kilka razy miała wchodzić do repertuaru, ale jakoś dziwnie premierę przekładano. Teraz w końcu jak weszła to wyświetlana jest tylko w jednym kinie i to na rannych seansach. Zastanawiające czego dystrybutor się wstydził. Okazało się że jednak miał i to niemało.

 

Trójka dzieci przypadkiem zostaje zostawionych samotnie na bezludnej wyspie blisko koła biegunowego. Jedyne ich schronienie to drewniana chatka mocno atakowana przez śnieżne wichury. Dorośli zupełnie nie mają pomysłu gdzie się podziała zguba i raczej szukają w norweskim miasteczku.

 

Skala idiotyzmów i absurdów w tym filmie jest porażająca. Jeszcze można przeżyć same okoliczności wyprawy dzieciaków na wyspę – teoretycznie przy bezmyślności młodych i braku sumienności dorosłych mogło się zdarzyć. Ale sam pobyt na wyspie przekracza już jakiekolwiek granic prawdopodobieństwa ludzkich postępowań.

 

Zacznijmy od dorosłych: zginęła trójka dzieci, a nikt nie bada gdzie ich ostatnio widziano, z kim rozmawiali (po kilku miesiącach gość z lotniska sobie przypomina że byli blisko helikoptera). Pewnie wystarczyłby pierwszy lepszy pies policyjny, który wyniuchałby że ślad urywa się na lądowisko.

 

Jeszcze lepiej (gorzej) jest na samej wyspie. Dzieciaki znajdują schronienie w tej małej chatce, ale mają sporo możliwości: są zapasy jedzenia, jest nawet radio (co prawda nie działa), jest łóżko, koce, ciepłe ubrania, jest pamiętnik poprzedniego mieszkańca. Rozumiem że to dzieciaki ale w takiej ekstremalnej sytuacji cień rozsądku powinny zachować. Oczywiście to nie dzieci wina że się zachowują tak jak się zachowują, ale twórców tego idiotycznego scenariusza.

 

Początkowo moją faworytką jest młodsza dziewczynka o imieniu Ida (ona raczej oskara nie dostanie). Już sam fakt że śpi w okularach (błagam… nikt nie śpi w okularach) jest przygrywką. Potem odstawi mega numer z radiem (ich największą nadzieją). Ale co tam nie idą szukać zgubionego radia, tylko zajmują się czymś innym – a dopiero po kilku tygodniach z odległości kilometra w chatce niby słyszą radio (które zresztą nie działa bez baterii).

 

Później palmę głupot przejmuje chłopiec pozbawiając całą trójkę zapasów jedzenia. I jak się wydaje że już gorzej być nie może do akcji wkracza najstarsza dziewczynka, która powinna być najrozsądniejsza. Sposób na uratowanie całej trójki na jaki wpada jest tak idiotyczny że aż boli jej głupota. Wyobraźcie sobie że po cienkim lodem paraduje ona z ciężkim karabinem, który jest jej potrzebny żeby dotrzeć do zagubionego radia – nie wiem może chciała otworzyć otwarty ogień do transformatorów – nie dziwne że lód pod taką idiotką się załamał.

 

Jest jeszcze pies (ładny), który początkowo beztrosko jest karmiony przez dzieciaków (a co tam ograniczone zapasy jedzenia), ale jak przyjdzie konfrontacja z niedźwiedziem to zostawiają go na zewnątrz.

 

No w sumie to powinno się kibicować żeby ten sympatyczny miś polarny zjadł wszystkich łącznie z twórcami tego filmu. Niestety zakończenie jest kolejnym absurdalnym pomysłem zrodzonymi w głowach norweskich twórców.

Trzymać się z daleka od tego filmu.

 

Na Festiwalu Filmów dla Dzieci i Młodzieży KinoJazda film pt. "OPERACJA ARKTYKA"  otrzymał wyróżnienie w kategorii filmów pełnometrażowych.

Jury dziecięce doceniło film “za piękne krajobrazy, trzymającą w napięciu akcję oraz ciekawe dialogi."

Z tymi krajobrazami jestem skłonny się nawet zgodzić.

"Hokus-pokus, Albercie Albetsonie" - można kraść?

Hokus-pokus, Albercie Albertsonie” pokazywany w kilku kinach w Polsce to przerobiony na film fabularny odcinek przygód przedszkolaka oparty na książkach Gunilli Bergströ.

Niestety telewizyjność i serialowość tego filmu widać bardzo wyraźnie i zupełnie nie pasuje on do dystrybucji kinowej. Ale że Gutek Film promuje tego typu propozycje (wątpliwej jakości i wątpliwej wartości edukacyjnej) dla młodego widza, to film zagościł w repertuarze kina Muranów.

 

Albert ma poważny problem, bo bardzo chciałby mieć psa. Niestety surowy ojciec wciąż uważa go za zbyt młodego i nieodpowiedzialnego sprzeciwiając się sprawieniu chłopakowi urodzinowego prezentu w postaci wesołego czworonoga. Albert naprawdę stara się wykazać, a pomaga mu w tym sąsiad (starszawy pan robiący różne magiczne sztuczki) posiadający już sympatycznego psiaka. Nasz bohater opiekuje się cudzym pieskiem, zaprzyjaźnia z nim i sumiennie wypełnia obowiązki (spacery, sprzątanie po psie).

 

Sama fabuła może nie jest groźna, po części uczy dzieci odpowiedzialności i mądrości życiowej. Niestety jest w tym filmie jeden kontrowersyjny fragment: Albert chcąc samemu uzbierać na zakup psa ucieka się do kradzieży pieniędzy (co prawda uważa je za wyczarowane z jego głowy, ale jednak zabiera cudzą własność), co powoduje daleko idące konsekwencje. Twórcom filmu niespecjalnie udaje się wybrnąć z tego wątku w sposób edukacyjny i obawiam się że w głowach niektórych maluchów pozostanie że jak się czegoś bardzo chce to można po prostu podprowadzić komuś innemu. Raczej słabe edukacyjnie.

 

Dla rodziców ten film to żadna rozrywka, jedynie mogą obserwować czy przypadkiem z ekranu nie sączą się treści niespecjalnie przeznaczone dla trudnego procesu wychowywania. Jak oglądam takie produkcje to z rozrzewnieniem wspominam bajki i poranki telewizyjne ze swojej młodości, bo ich poziom stał na niebotycznie wysokim poziomie w porównaniu do familijnej promocji takich dystrybutorów jak Gutek Film.

 

Żeby nie potępiać w czambuł warszawskiego kina Muranów trzeba podkreślić świetną organizację porannego pokazu dla dzieci. Przed samym filmem wystąpił iluzjonista (Konrad Modzelewski), który przez pół godziny zabawiał dzieciarnię dając naprawdę dobry występ (motyw ze sznurkiem zdumiał nawet dorosłych). Dowcipny i sprawny pokaz rozbudził dzieciaki i na pewno był lepszym pomysłem niż prezentację tego przeciętnego norweskiego filmiku.

"Fistaszki - wersja kinowa" plus rewelacyjna "Kosmiczna wiewiórstrofa"

Przed właściwym filmem, wyświetlana jest znakomita krótkometrażowa dawka nowych przygód wiewióra z Epoki Lodowcowej i pogoni za orzeszkiem. Tym razem galaktyka będzie zagrożona. Dla tego filmu warto przemęczyć cały seans Fistaszków.

 

 

Główny bohater Charlie Brown zauracza się w nowo przybyłej do okolicy i do szkolnej klasy rudej piękności. Niestety dostaje mocnego doła, jaki to jest beznadziejny i nie ma śmiałości okazać dziewczynie uczuć. Punkt wyjścia do filmu całkiem dobry (wielu pewnie zna taką sytuację z autopsji), ale pomysłów wystarczyło może na 20 minut.

 

W zasadzie najlepszą częścią jest lektura ogromnego wydania „Wojny i pokój”. Momentami dorosłego widza fabuła może raczej irytować i nużyc. Brakuje inteligentnych dialogów, nie ma efektów 3D, wątki są słabo posklejane (konflikt psa z czerwonym baronem słabiutki), motywacje bohaterów zupełnie irracjonalne.

 

Odmiennie ma się sprawa z młodszym pokoleniem. Animacja jest kolorowa, akcja wartka, postacie ciekawe – dzieciaki klaskają, śmieją się, podskakują na krzesełka. Także to taki film do 6 roku życia. Znudzeni rodzice mogą po obejrzeniu wiewióra uciąc sobie drzemkę.

 

Ciekawostką jest, że twórcy dubbingu wrócili już do koncepcji 8 lat podstawówki i 4 liceum – dobra zmiana już weszła na ekrany kreskówek.

"Sawa. Mały wielki bohater" - ładna animacja, słaba fabuła

„Sawa. Mały wielki bohater” to historia 10 letniego chłopca, który staje przed wyzwanie uratowania swojej matki i całej wioski przed kolorowymi, ale nieprzyjaznymi wilkami. W tym celu wyrusza na wyprawę, w której towarzyszyć mu będą biały wilk, córka szamana, trudny do zidentyfikowania stworek, mądraliński facet z francuskim akcentem i komarem na ramieniu. Celem wyprawy jest wielki mag, który może uratować sytuacje, ale na drodze stana jeszcze małpy dowodzone przez trzygłową przywódczynię.

 

Film jest bardzo plastyczny, niezwykle kolorowy, stwory są mocno udziwnione – wizualnie ta animacja powinna się dzieciom – szczególnie młodszym spodobać. Na dobrym poziomie jest również realizacja – akurat nie ma już w Polsce wersji 3D, ale możliwe że w trójwymiarze odbiór jest jeszcze lepszy.

 

Niestety mimo tego film rozczarowuje z kilku powodów.

 

  1. Akcja jest mocno wydumana, zabrakło ciekawych pomysłów, a bitwa z małpami jest jakby żywcem ściągnięta z fabularnych ekranizacji Tolkiena. Słabiutkie są dialogi, czasami to trudno zgadnąć jaką motywację mają bohaterowie.

  2. Postacie – mimo że kolorowe – są mało ciekawe. Sam Sawa niespecjalnie budzi sympatie, biały wilk poza tym że jest biały to nic wielkie, a już akcent napotkanego nibyfrancuza wręcz irytuje. Chyba najlepiej wypada mag (mała niespodzianka) pod koniec filmu, ale jest wszystkiego minutę na ekranie.

  3.  Film jest zupełnie pozbawiony humoru. Dialogi są sztywne, poszczególne sceny raczej ponure, nie ma ani odrobiny luzu, aluzji dla dorosłych. Pociechy może nacieszą się piękną animacją, ale rodzice już będą mieli trudności żeby się nie zdrzemnąć. Polski dubbing też jest słabiutki.

 

Ogólnie twórcy Sawy zdecydowanie postawili na wartości wizualne i za to można ich pochwalić. Natomiast pod względem fabuły, scenariusza, dialogów film jest niestety bardzo, ale to bardzo słabiutki.

"Kacper i Emma - magiczne święta" - hejt na rybę w galarecie

Dystrybutor Nowe Horyzonty na siłę wprowadza na polskie ekrany (w zasadzie głównie do warszawskich kin Muranów i Praha) cykl opowieści o dwójce skandynawskich przedszkolaków. Poziom tych produkcji jest fatalny, są to filmy na upartego do obejrzenia w porankach telewizyjnych, ale fatygować na to pociechy do kina to już gruba przesada. Ale Gutek Film zawsze kierował się inną logiką, przez co na kinowe ekrany wchodzi już trzeci odcinek przygód Kacpra i Emmy.

 

Tym razem problemem są zbliżające się Święta Bożego Narodzenia. Raz że atmosfera nie jest świąteczna, nawet nie ma śniegu. Dwa że dziadek Emmy postanowił wyjechać na święta ze swoją przyjaciółką. Dzieciaki mają więc sztuczne problemy i stają na głowie żeby stworzyć taką atmosferę, która zachęci dziadka do pozostania. Co prawda mogłyby go po prostu poprosić o to, ale wolą preparować sztuczny śnieg i wrzucać mu fasolę do zupy.

 

Sam dziadek też w końcu strzela focha, w efekcie mało kto jest zadowolony z tych całych świąt. Nie wiem co w tym jest edukacyjnego dla dzieci, ale może fachowcy od Gutka są mądrzejsi.

Ale najbardziej dostało się nie wiadomo czemu rybie w galarecie. Naprawdę można nie lubić tej potrawy?

 

Uroku filmom o Emmie i Kacperku mają dodawać ich maskotki: rezolutny króliczek i strachliwy lew. Ale akurat w tym odcinku też specjalnie się nie wyróżniają.

 

W efekcie wysiedzenie w kinie na tej beznadziei jest nie mniejszym wyzwaniem niż przedświąteczne wigilie służbowe.

Święty Mikołaj dla wszystkich. Tylko dla najmłodszych

„Święty Mikołaj dla wszystkich” to nietypowa na polskich ekranach kin propozycja dla najmłodszej widowni. Animacja ta pochodzi z Beneluxu (z Belgii i Holandii) i ma typowo depresyjny klimat tego rejonu.

Fabuła oparta jest na dążeniu grupy zwierzątek do otrzymania prezentów mikołajkowych. Uznają one za wysoce niesprawiedliwe nie uwzględnienie ich na liście Świętego Mikołaja i w ramach reklamacji wyruszają na wyprawę aby osobiście złożyć zażalenie. Jak dla mnie słaba fabuła, bo osobiście zawsze kupuje wszystkim domowym zwierzątkom (oprócz rybek) prezenty pod choinkę.

 

Belgijsko-holenderska animacja jest przeznaczona wyłącznie dla najmłodszego pokolenia. Zwierzątka są milusińskie, dialogi proste, akcja nieśpieszna. Niestety dla starszych dzieci, a już dla dorosłych, film jest zwyczajnie nudny i nużący. Nawet to że trwa niewiele ponad godzinę nie ratuje sytuacji.

 

Na marginesie sprowadzonej z Beneluxu animacji warto uzmysłowić sobie pustynie kulturalną w zakresie bajek dla najmłodszych rodzimej produkcji. A mamy takie tradycje: Miś Uszatek, Bolek i Lolek i Pszczółka Maja były kopalnią świetnych pomysłów i wzorem do wychowywania młodego pokolenia. Dzięki tym bajkom wyrośliśmy na tak mądrych ludzi jakimi niewątpliwie jesteśmy. I skromnych …

Dobry Dinozaur. Rodzinne kręgi

Gdzieś w kosmosie jedna asteroida uderza w drugą, która obiera kurs na planetę zamieszkałą przez dinozaury. Na planetę Ziemia. Dinozaury spokojnie sobie skubią trawkę, gdy nad głowami ze świtem przelatuje im jakiś świecący obiekt. Kometa o włos mija planetę i stadko dinozaurów spokojnie wraca do konsumpcji nie wiedząc że niewiele brakowało żeby cała egzystencja ich gatunku zakończyła (przynajmniej do powstania Parku Jurajskiego) żywot.

Co prawda teza o kosmicznych przyczynach obalenia rządów dinozaurów na Ziemi została obalona (patrz) to jednak od początku twórcy filmu „dobry dinozaur” idą po łatwiźnie.

 

Wiele lat później szczęśliwie żyjąca sobie rodzina zielonych dinozaurów wpatruje się w jajka oczekując przyjścia na świat potomstwa. Z trójki nowych dinozaurów ten ostatni jest tak malutki że ledwo wydostaje się z jajeczka. I to on będzie bohaterem dalszej części opowieści.

 

Ziemia jest zamieszkiwana przez wiele różnych zwierząt, z których dinozaury wydają się rasą dominującą – aczkolwiek nie do końca bezpieczną. Jest również rasa ludzka, jeszcze poruszająca się bardziej na czterech kończynach, komunikujące się za pomocą wycia i węchu. I właśnie nieokrzesane ludzkie dziecko, w zachowaniu bardziej przypominające małego pieska, stanie się kompanem naszego dinozaura fajtłapy.

 

„Dobry dinozaur” jest ładnie zrealizowanym, kolorowym, logicznym i momentami sympatycznym filmem. Niestety ma tyle wad, że zabranie dziecka do kina wiąże się z ryzykiem.

 

Podstawowym problemem filmu jest grupa docelowa. Kolorowa animacja i nieskomplikowana fabuła wskazuje że jest nim raczej widz młodszy. Niestety jest wiele fragmentów jak na mój gust zbyt strasznych, a niektóre sceny bym nawet zakwalifikował jakie drastyczne (np. odgryzanie łba żywego zwierzątka) – może niektórzy rodzice lekceważą w obecnych czasach wpływ takich filmów na psychikę młodego człowieka, ale ja tam z dzieciństwa pamiętam do dziś jak płakałem gdy Miś Colargol dostał oklep. Kiepski jest też motyw narkotycznych wizji, a także pojawienie się ducha ojca dinozaura nie wydaje mi się odpowiednia dla najmłodszych.

Dla starszego dziecka znowu ten film jest zbyt prostolinijny, w zasadzie niewiele się w nim dzieje – zwierzątka sobie podróżują, mają tam po drodze jakieś przygody, ale ogólnie to nie ma zbyt dopracowanej fabuły. Ot takie przewidywalne potyczki z innymi mieszkańcami planety Ziemia.

Dorośli to już zupełnie nic nie znajdą w „Dobry dinozaur” bo dialogi są przeciętne, pozbawione częstych w innych animacjach aluzji, które potrafią bawić rodziców bardziej niż ich pociechy.

 

Najbardziej kontrowersyjna w mojej ocenie jest prezentacja rasy ludzkiej. Można co prawda tłumaczyć to wczesną fazą rozwoju, ale wydaje mi się że ukazanie ludzi jako pozbawionych umysłu istot opartych o zwierzęce instynkty i zachowania jest mało wychowawcze i słabo wpisuje się w model wychowywania w końcu ludzkich dzieci.

 

Ale jest w tym filmie jeden świetny motyw, szkoda że sprowadzony jedynie do dwóch scen. Mały dinozaur i mały Bąbel leżąc sobie wieczorem wizualnie za pomocą patyków i piasku przedstawiają swoje rodziny: tęsknotę i ból z powodu straty bliskiego. Te kręgi rodzinne puentują film rozdzielając głównych bohaterów, ale stanowią pozytywny akcent tego filmu. Szkoda że nie dominujący, bo może odczucia po seansie byłyby dużo bardziej pozytywne.

Rabusie fistaszków. Uczymy dzieci kraść?

Film mający być przeznaczony dla dzieci zaczyna się od wyjścia z więzienia i wizyty w nocnym klubie. Później jest niewiele lepiej.

 

Twórcy filmu – aż trudno uwierzyć że to ta sama ekipa od Shreka – garściami zrzynają z popularnych filmów fabularnych od organizacji napadów. Wkręcają do tego jeszcze wątek ekologiczny – niedobrzy ludzie zabrali wszystkie orzeszki żeby produkować maść do pięt – i teraz biedny przestępcy ze świata zwierząt mają usprawiedliwienie dla swojej złodziejskiej działalności.

 

Trzeba przyznać że film jest kolorowy, wizualnie może się spodobać. Ale raczej wątpię żeby komuś spodobała się fabuła – zarówno motyw przewodni, jak i dialogi stoją na bardzo niskim poziomie.

 

Animacja jest raczej przeznaczona dla małych dzieci, a treść powinna być od 15 lat – więc komu tu polecać tą zupełnie nieudaną animację?

Hugo i łowcy duchów. Nie dla dzieci

Hugo i łowcy duchów to film (chyba) dla młodszego pokolenia. Bohaterem jest tutaj rezolutny 11latek, który pewnego razu natrafia na zielonego, sympatycznego duszka w formie uformowanego kisielu. Nie wiedzieć czemu postanawia go unicestwić, a że nasz zielony kiciel boi się muzyki Beethovena, soku pomarańczowego (nie wiadomo czemu), czerwonego koloru i miedzianych garnków nie jest to zadanie trudne. Okazuje się jednak że to nie Hugo jest prawdziwym zagrożeniem, i Tom wraz z Hugo oraz niesympatyczną pogromczynią duchów Parzydło muszą stawić czoła zlodowaceniu. Fabuła jak fabuła jeszcze ujdzie.

 

Ale Tom jest mało sympatyczny i gra jak tyczka, Parzydło jest drętwa i wnerwiająca, a sympatycznego Hugo jest zdecydowanie za mało na ekranie. W efekcie film jest małą męką bo trudno komuś tutaj kibicować (agenci z wydziału pogrmoców duchów to już zupełni nieudacznicy).

Może dzieci to przeżyją, szczególnie jak polubią Zielonego, ale i tak chyba jest to mocno słabe.

 

Ogień nie zna się na współczesnym wychowaniu dzieci, ale film w którym główny bohater jest zaczepiany na ulicy przez kobiety lekkich obyczajów wydaje się mało edukacyjnym pomysłem. Ku przestrodze - omijajcie kina.

Piotruś. Wyprawa do Nibylandii. REWELACJA

Jedną z lepszych premier tego roku dla najmłodszej widowni jest film "Piotruś. Wyprawa do Nibylandii" w reżyserii Joe Wrighta.

 

To niezwykłe, widowiskowe i wciągające kino familijne... nie tylko dzieci, ich rodzice również będą się bardzo dobrze bawić."Czasem przyjaciela poznajemy jako wroga... a wroga jako przyjaciela" to myśl przewodnia filmu i jakże mądre słowa.

 

"Piotruś. Wyprawa do Nibylandii" to nieco inna wercja dobrze znanej i wielokrotnie ekranizowanej powieści "Piotruś Pan" autorstwa szkockiego powieściopisarza i dramaturga J.M. Barriego - moim zdaniem bardzo dobra.

 

Historia chłopca pozostawionego w przytułku, prowadzonym przez bezduszne siostry zakonne z odrażającą i zachłanną siostrą przełożoną, od początku wciąga i budzi emocje. Los pozostawionych tam dzieciaków nie pozostawia nas obojętnymi. Niemiła i wręcz przygnębiająca atmosfera przytułku i trudy życia potęgowane są przyz odpowiednie zabiegi operatorskie.

Pewnej nocy Piotruś w raz z innymi chłopcami zostaje porwany do Nibylandii, w której poznaje swoją historią i przeznaczenie.

 

Oszałamiające efekty specjalne (szczególnie w wersji 4D), świetna ścieżka dźwiękowa, montaż - to wszystko składa się w miłą dla oka i ucha całoć. Obsada filmu też jest na wysokim poziomie - Hugh Jackman w roli Czarnobrodego; Rooney Mara w roli Tygrysiej Lilii; Garrett Hedlund w roli Hooka).

 

Polecam, ponieważ jest to dobry, zabawny, mądry i poruszający film dla całej rodziny.

Please reload