I odpuść nam nasze długi

Stuhr uradowany Trzaskowskim

Rafał Trzaskowski w pierwszej turze wygrywa wybory na Prezydenta Warszawy, a Laudyn z Jerzym Stuhrem otwierają ostatni seans tegorocznego 34 warszawskiego Festiwalu Filmowego. Co ciekawe frekwencja jest stosunkowo mierna. A film ciekawy, co prawda trafia na platformę filmową, chyba tylko w Polsce ma regularną dystrybucję (równoległą z prezentacją festiwalową). 


Bohater, który ma problem z długiem, jeszcze po wyrzuceniu go z pracy przez nieludzkiego kierownika zmiany wózków widłowych, oferuje specyficznej firmie windykatorskiej swoje usługi. Odbywa więc staż z wieloletnim pracownikiem. Metody stosowane przez windykatorów nie należą do standardowych, ale za to są nad wyraz skuteczne.


Nadspodziewanie ciekawa tragikomedia. Ma pewien problem z kompozycją scenariusza, ale w pamięci pozostają lepsze sceny. Dobre zakończenie tegorocznego, udanego Festiwalu. 


Do zobaczenia za rok. Oby!

Delegacja

Grand Prix

Zawsze tak jest, że zwycięzca festiwalu nam umknie. Lubimy więc pomysł pokazywania w ostatnim dniu nagrodzonych na specjalnych seansach. W tym roku nadrabiamy tym samym albańskiego laureata Grand Prix. Jak zwykle mamy mieszane uczucia o gustach jury.


Albania 1989 rok. Więzień polityczny jest transportowany do stolicy kraju, w nieznanym celu. Wszystko jednak wygląda, że odwilż w krajach socjalistycznych zakończy również jego więzienną gehennę. Wspólna droga z nadzorcami to okazja do ciekawych rozmów, także z napotkanymi ludźmi.


Kameralny film, który niczym szczególnym się nie wyróżnia. Gdyby nie werdykt jury zapewne przeszedłby bez rozgłosu. A tak to może pojawi się nawet w kinach. Niewątpliwą zaletą na tym etapie Festiwalu jest krótki czas trwania. Pozostał jednak pewien niedosyt.

Irina

Bułgarska surogatka

Decydujemy się na szybkie żarcie, przez co jemy najgorszy obiad przez cały Festiwal: zimne hamburgery, niedobre frytki. Trochę nam to psuje i tak kiepski, ze względu na zmęczenie i oglądanie w 10 dni 60 filmów, humor. A przed nami jeszcze nagrodzone filmy – to często poważne wyzwanie, i zamknięcie.


Dzielimy się na podgrupy. Gosia idzie na nagrodzony grecki „Jej droga”, który ja już widziałem – więc idę na bułgarski „Irina”. Wygląda na podobne – kobiece kino moralnego niepokoju.


Bohaterka zaczyna od stwierdzenia, że ma wszystkiego dość i chce umrzeć. Po czym traci pracę, nakrywa męża zdradzającego ją z siostrą, po czym mąż ulega wypadkowi, który unieruchamia go do końca życia. Dziewczyna próbuje nawet prostytucji, ale trafia na interesujące ogłoszenie prasowe mogące uratować jej sytuację finansową. Tyle, że również stosunkowo kontrowersyjną. 


Stonowane kino. Przeciętne aktorstwo – nagroda dla odtwórczyni głównej roli zdecydowanie chybiona, już dużo ciekawsza rola drugoplanowa kobiety, która chce mieć dziecko. Kilka dobrych zwrotów akcji, ale końcówka już nie przekonuje. Film, który raczej nie pojawił się w kinach, typowo festiwalowy. Do obejrzenia, ale bez rewelacji.

Harvie i magiczne muzeum

Czeska animacja

Po raz ostatni odbywamy tradycyjną drogę z Kinoteki do Złotych Tarasów. Pogoda znowu się poprawiła. W tym roku wyjątkowo była sprzyjająca. Niby się siedzi w kinie, ale to zawsze miło suchą stopą przechodzić pomiędzy seansami. Tradycyjnie w ostatni dzień wybieramy film z Rodzinnego Weekendu Filmowego – raz że lekki, dwa że krótki. Koprodukcja czesko-belgijsko-rosyjska: już samo to jest ewenementem.


Harvie jest maniakiem gier komputerowych, od których trudno go oderwać. Tymczasem budynek, w którym znajdowało się stare muzeum nadzorowane przez jego dziadka jest w niebezpieczeństwie. Doświadczenie z gier komputerowych nieoczekiwanie przyda się w realnej misji, w której nastolatkowi pomoże dziewczyna-kujonka i jego sympatyczny pies. 

 

Wyraziste postacie, stonowane poczucie humory, dobre tempo, przyzwoita animacja. Są może słabsze momenty, a całość jest oczywiście przewidywalna, ale ogląda się dobrze. W Czechach to podobno nawet hit kasowy (najbardziej kasowa animacja wszechczasów!). Dzieciaki na warszawskim Festiwalu też wyglądały na zadowolone. My już trochę zbyt zmęczeni, z ulga przyjmujemy sympatyczne zakończenie.

Diamantino

Prawie jak Ronaldo

Miły prezent od organizatorów na ostatni dzień. Na pierwszy seans puszczają film, który było tej samej porze tydzień temu. Możemy więc trochę więcej pospać, Gosia iść zagłosować w wyborach, i dojechać dopiero na 11. Odwdzięczamy się butonierką dla pań wydających bilety za akredytację.


Kończymy sekcję „Wolny duch” mocnym uderzeniem piłkarskim. Sala numer 4 w Kinotece: bardzo dużo ludzi.

Diamantino to portugalski gwiazdor piłki nożnej. Jego karierę prowadzi ojciec, a zyski z niej chcą czerpać dwie bliźniaczki. Sam bohater ma coś z psychiką, bo w trakcie meczu widzi na murawie wielkie futrzaste pieski. Ale ogólnie serce ma dobre, tyle że jest naiwny. Co wkrótce zostanie wykorzystane. W tle referendum w sprawie wyjścia Portugalii z Unii Europejskiej. 

Śmieszna, zakręcona komedia. Dobrze się ogląda. Przy okazji odkrywa wiele stereotypów o współczesnym świecie: kwestie traktowania celebrytów, uchodźcy, członkostwo w UE. Do dobrego kina dużo brakuje, ale jak na ostatni dzień – na wymęczonego rywala, idealny film na przetrwanie do ostatniego gwizdka Festiwalu.

Ziemia

Współczesny rezerwat Indian

To się musiało zdarzyć. Kino, którego nie trawimy. Minimalistyczne, wolne, przedłużone sceny. Staramy się omijać jak możemy, ale nie zawsze opis wskazuje na tego rodzaju produkcję. A wszystko przez Binoche, której filmu chcieliśmy uniknąć.

Akcja toczy się, oczywiście ślamazarnie, wśród współczesnych Indian zamieszkujących rezerwat. Pewnego dnia otrzymują tragiczną wiadomość o członku rodziny, który został powołany do służby w Afganistanie.

Z całego filmu w miarę strawny jest jedynie motyw odmowy wypłaty pełnej kwoty odszkodowania za śmierć żołnierza. Fajna rola przywódcy, który próbuje przekazać rodzinie wszelkie informacje. Na plus może jeszcze muzyka. Reszta maksymalnie usypiająca.
 

 

 

 

Soledad

Argentynka w Turynie

Mieliśmy dużo problemu, żeby zmieścić ten film w grafiku. A jak się okazało nie do końca było warto. W efekcie nie obejrzeliśmy ciekawie zapowiadającej się „Nancy”.

Historia Argentynki, która w latach 70-tych przybyła do Turynu i związała się z grupą anarchistyczno-terrorystyczną. Początkowo protestowali przeciwko planom budy kolei. Podsłuchane rozmowy skłoniły policję do aresztowań całej grupy.

Słaba narracja, przez co film się dłuży. A opowiada ciekawą historię. Do tego dochodzi zupełnie nie przekonujące aktorstwo. Rozczarowanie.
 

Gala nagród

Albańska "Delegacja"

To jest dla nas zawsze traumatyczne przeżycie. Bo nagrody dostają filmy, których nawet nie mieliśmy w planach.

 

W tym roku wygrała albańska „Delegacja”. Dużo nagród dostała grecka „Jej praca”. Dwie „Irina” na którą idziemy w niedzielę. Oczywiście ze trzy nagrody do azjatyckich Chińczyków i Koreanców.
 

My, Kojoty

Los Angeles

Jemy obiadek w „Pari Pari”. Tam już raczej ostatni raz, bo dostaliśmy niedobrego tatara z zepsutym jajkiem, i jeszcze jak zwykle czekaliśmy 40 minut.


Ja wpadłem na pół godziny, żeby zdążyć na galę, a Gosia zmęczyła cały film.

Historia pary, która przyjeżdża do Los Angeles szukać pracy.

Takie o młodych ludziach, którzy chcą żyć według własnych reguł, ale zderzają się z rzeczywistością.
 

Papa Moll i fabryka czekolady

Szwajcaria = czekolada

Zgodnie z wieloletnią tradycją aktywnie chadzamy na Rodzinny Weekend Filmowy, chociaż w ostatnie dni festiwalowego maratonu odczuwamy zmęczenie. Ale lubimy ten klimat, pełen dzieciaków. A filmy specyficzne. Dobrze, że Gosia nie podłączyła się do ładowania, bo dzieciaki by nie miały lektora ….

Papa Moll – podobno kultowy w Szwajcarii, zostaje sam z dzieciakami i nie do końca sobie radzi.

Szalona fabuła. Nie wszystko odpowiednie dla dzieci. Ale sporo śmiechu.
 

Kitka i Pan Bezsenny

Zazdrość o rodzeństwo

Łotewska animacja. Dłuższa.

Mała dziewczynka jest zazdrosna o nowo narodzonego braciszka. Wraz ze stworkiem, który nie pozwala jej spać obmyśla plan napisania listu do Świętego Mikołaja i wysłania brata z babcią na Księżyc. Kitka opamięta się, gdy usłyszy że tam nie ma powietrza i jej najbliższa rodzina może się udusić.

Całkiem ciekawa fabuła, z problemem powszechnym po narodzeniu rodzeństwa. Nie wszystko może jest edukacyjne, ale mądre dziecko zrozumie.

Animacja wyrazista, kolorowa, chociaż widać że niskobudżetowa.
 

Wtorek w poniedziałek

Zaginiony dzień

Polska krótkometrażowa animacja.

Problem w tym, że po niedzieli przychodzi wtorek, a w poniedziałek mieli wrócić rodzice. Dzieci wyruszają w poszukiwaniu zaginionego dnia.

Nawet ciekawe. Animacja co prawda przeciętna, ale dla dzieci wystarczy.
 

Robot i wieloryb

Namiastka WALL-E

Robot z mechanicznym pieskiem sobie wędruje aż natrafia na wieloryba. I tyle.

Takie sobie, ale animacja fajna.
 

Wędkowanie

Połów na nocniku

Kotek na nocniku łowi rybki, ale głównie wyławia śmieci.

Takie średnie.
 

KUM KUM

Kijanka

Czarna kijanka po odbyciu tańca synchronicznego nie może wydostać się z wody. Musi czekać na kolejny miot.

Sympatyczne, ładnie zaanimowane. Pouczające.
 

Ian

Niepełnosprawność

Bohater jest jakby z kawałków drewienek, rozpada się po zderzeniu z siatką i ląduje na wózku inwalidzkim.

Piękna animacja o potrzebie akceptacji i asymilacji niepełnosprawnych.
 

Na jagody

Pastelowo

Odbieramy bilety w Kinotece na niedzielę i przemieszczamy się na resztę dnia do Multikina. Nadszedł Rodzinny Weekend Filmowy. Zaczynamy od krótkich metraży.

Na początku opowieść o wyprawie na jagody. Krótka, prosta i sympatyczna.

Animacja jakby ktoś rysował farbami pastelowymi.
 

Tacy po prostu jesteśmy

Hazard

Sobota, przedostatni dzień festiwalu. Lekko siąpi. Parkujemy w Złotych za 35 zł, bo nie ma nigdzie miejsca.

Dokument o uzależnieniu od hazardu. Najlepsza scena to jak księgowa rozważa samobójstwo. Wstrząsające również graficzne podsumowanie kasy, którą zdefraudowała.

Kilku naszym znajomym byśmy ten film polecili (ku przestrodze), ale nie chcemy być złośliwi ….

High Life

Takie filmy to na netflixie …

Wielka pompa: pełna sala, obecność Premiera Buzka i Ambasadora Hiszpanii, przemówienia Laudyna i twórców (polska koprodukcja). A film mocno rozczarował.

Mapplethorpe

Pornofotograf

Czterysta osób, czyli zapełnione pół „jedynki”, wybrało się na biograficzny film o Robercie Mapplethorpe. Reżyser przyznał przed seansem, że produkcja trwała aż 15 lat. Mieliśmy ze względu na tematykę obawy, ale jak się okazało złudne.

Obszerna biografia, od poznania Patti Smith, poprzez pierwsze sukcesy i homoseksualne romanse, aż po tragiczną chorobę.

Film zrealizowany w dość szarym nastroju, wiernie oddający życie bohatera. Bardzo dużo odważnych scen, bez pruderii pokazane fotograficzne dzieła Roberta przedstawiające męski obraz homoseksualizmu.
Po seansie spotkanie, ale niestety z braku czasu tylko w języku angielskim.

 

Enderlezi Rising

Kosmiczny seks z gwiazdą porno

Przełazimy szybkim krokiem do Multikina, przy okazji jeszcze omawiając produkcję o gehennie w urugwajskim więzieniu. Gosia wpada tylko na pół godziny, bo inne obowiązki. A film zapowiada się intrygująco: serbskie science-fiction z gwiazdą porno w obsadzie. Jest nawet reżyser.

Astronauta zostaje wysłany na wyprawę w towarzystwie kobiecego androida, który ma mu uprzyjemniać podróż, także seksualnie. Za pomocą takiego prostego tabletu wybiera, co oczekuje od swojej partnerki podróży, której nic nie brakuje z kobiecości, a nawet została stworzona na wzór upodobań bohatera.

Punkt wyjścia bardzo fajny, ale słabo rozwinięty scenariuszowo. Pomysłów zaczyna brakować około 30 minuty, za to nawarstwiają się pytania. Film nadrabia warstwą wizualną, a także … erotyczną – Stoya nie próżnuje, tylko że jak wiadomo filmy pornograficzne to trochę inny segment. Szybko jednak robi się sztampowo, żeby nie napisać że nudno – co już by dyskwalifikowało produkcję sci-fi. Jest to co prawda próba uratowania tego w niedopowiedzianej końcówce, a przede wszystkim w skróceniu filmu poniżej półtorej godziny. Powie ktoś, że na netflixie takich filmów teraz na pęczki i będzie miał rację. Ale zawsze projekcja serbska i z taką gwiazdą zasługiwała na pokaz festiwalowy, czy też dystrybucję kinową (której raczej w Polsce nie będzie).


Dodatkowo bardzo ciekawe spotkanie z reżyserem. Największym szokiem był niski budżet, bo film jednak urzeka warstwą techniczną i wizualną (a Stoya też pewnie za darmo nie grała) oraz krótki czas produkcji.
 

Nocą przez dwanaście lat

Więzienie w Urugwaju

Przechodzimy w Kinotece na interesująco zapowiadający się dramat w ramach Pokazów Specjalnych. Jest reżyser i prawie komplet publiczności.

Historia trzech zakładników, którzy spędzili od 1973 roku 12 lat w drakońskich warunkach, więzieni, upokarzani, głodzeni. Ich gehenna kończy się dopiero po zmianach politycznych w Urugwaju.

Momentami wstrząsający dramat. Ale ma też mankamenty. Gosia się z nimi nie zgadza. Ale moim zdaniem powinno się ograniczyć do jednego bohatera, i odpuścić sobie pretensjonalną końcówkę. Ale ogólnie film pozostawia po sobie wrażenie. Ciekawe są także kariery zakładników po odzyskaniu wolności. Takie drogi życia.
 

Graniczne cięcie

Fryzjerki

Zamiast rozkoszować się Hawaną, poszliśmy obejrzeć dokument o przygranicznym zakładzie fryzjerskim. Miał być zabawny, a był poważny. Przy okazji pierwszy raz w tym roku zakupiłem bilet za 15 zł.

W przyniemieckiej miejscowości, gdzie mieszka 200 osób jest 43 zakładów fryzjerskich - „Pod Niemca”. Jednym z nich jest biznes Pani Haliny, która zatrudnia młodą fryzjerkę Andżelę. Ponieważ klientów nie ma zbyt wiele, większość czasu panie spędzają na rozmowach, rozważaniach, przekomarzaniach.

Bardzo wiarygodny obraz dwóch osobowości, z różnych pokoleń. Niemieckiemu reżyserowi udało się oddać specyfikę interakcji kobiet, a także ich charaktery (nie łatwe). Czasami robi się to dość przygnębiające, ale widać bohaterki nie bały się ukazać własnego ja. Szczególnie ostatnia scena- sylwestrowej kłótni jest dość kontrowersyjna.
Niestety po raz kolejny, z powodu braku czasu, nie zostaliśmy na spotkaniu z reżyserem.

Zanim przypłynie prom

Kuba

Wpadamy na chwilę na film kubański. Jest reżyser z ekipą.

Motyw nawet ciekawy: człowiek przenosi się w czasie i wpada na jeden dzień do Hawany. Miasta kontrastów: pięknych kobiet i nagromadzonych śmieci. Ciekawa również forma, z animacjami i dobrym montażem.

Jednak jawi nam się jako chaotyczny i męczący. Wychodzimy po 20 minutach.
 

Gitary z Carmine Street

Gadaniny w sklepie z gitarami

Pierwszy tegoroczny dzień festiwalowy bez słońca. Za to ze zwycięstwem w nocy Portland TrailBlazers nad Lakers. Dojeżdżamy na ostatnią chwilę, nawet odbiór biletów zostawiamy na później.

Dokument o właścicielach sklepu gitarowego. Dużo gadki, trochę muzyki gitarowej, kilka fragmentów o sposobie tworzenia instrumentu, a na koniec tort w kształcie gitary.

Gosia jest zachwycona, ja jak zazwyczaj przy dokumentach mam wiele wątpliwości.

Na krańce świata

Rzeź w Indochinach

Już bardzo zmęczeni dotaczamy się na ostatni seans do „jedynki”.
Nie byłoby Festiwalu bez filmu wojennego. Nie byłoby bez filmu z Gérardem Depardieu.

Koniec II Wojny Światowej. W Indochinach trwa krwawa rzeź pomiędzy francuskimi żołnierzami i buntownikami. Francuski żołnierz jest świadkiem śmierci własnego brata. Cudem ocalały poprzysięga zemstę na przywódcy wietnamskich bojowników.

Specyficzne, bo wolne, oparte na obrazie kino wojennego. Ciekawe zdjęcia, odważne sceny erotyczne (bohater odnajduje również miłość). Dla nas na tym etapie trochę zbyt męczące i usypiające. Kompletnie niepotrzebna rola Depardieu psuje odbiór całości. Na plus nieoczywiste zakończenie.

Moon Hotel Kabul

Dziennikarz w Kabulu

Po raz pierwszy tego dnia przenosimy się do Multikina na ostatnie dwa filmy.
Ten wyczaiła Gosia, co było świetnym wyborem, ale chyba bardziej przypadł mi do gustu.

Cyniczny dziennikarz publikuje artykuł o śmierci dwóch żołnierzy w Kabulu. Przed wyjazdem spędza jeszcze upojną noc z tłumaczką. Po powrocie okazuje się, że kobieta popełniła samobójstwo. Dziennikarz odkrywa jednak jej ostatnie nagranie każące wątpić w ten scenariusz. Rozpoczyna prywatne śledztwo: jedzie na pogrzeb do rodzinnej miejscowości na pogrzeb.

Intrygująca fabuła. Powolne tempo. Ciekawe aktorstwo. Trzyma w napięciu ten film, a co też ważne pozostawia niedopowiedzenia.

Świat, który uleciał na grzbiecie krowy

Przejście przez dwupasmówkę

Tytuł dłuższy od filmu.

Wariacja na temat próby przejścia na drugą stronę przy nasilonym ruchu drogowym.

Pomysłowe.

Room

Czarno-białe

Animacja krótkometrażowa. Utrzymana w czarno-białej tonacji historia dziwnego faceta zamkniętego w pomieszczeniu, jakby w kosmosie.

Gwiazda Piołun

Mali Klishchi

Mała wioska wysiedlona po awarii w Czarnobylu. Do dzisiaj pozostały tam dwie osoby: starsza pani i jej syn alkoholik. Reżyserka (Ukrainka studiująca na polskiej filmówce) dedykuje ten film własnym dziadkom, którzy zostali ewakuowani.

Uniwersam Grochów

Ostatnie dni kultowego budynku przy Wiatracznej

Ostatnie dni supersamu przy Rondzie Wiatraczna. Przetrwał 40 lat. Ukazani wieloletni pracownicy, ale także ludzie przychodzący sobie posiedzieć, czy też uliczny grajek.


Bardzo ciekawy dokument krótkometrażowy będący świadectwem końca tego kultowego miejsca na mapie Warszawy.
 

Na zdrowie!

Katar

Tym razem celowy podział: Gosię wysłałem na Heavy Trip, a sam pokatowałem się ciekawymi krótkimi metrażami.


Na pierwszy ogień animacja o kichaniu. Fajne i odpowiednie do naszego stanu zdrowia.
 

Numer 37

„Okno na podwórze”

Mieliśmy ponad godzinę czasu, a i tak znowu był problem z obiadem. Tym razem w Kulturalnej na schabowego czekaliśmy 40 minut, aż Gosia zrobiła awanturę. W ramach rekompensaty dostała darmowy deser.

Film z sekcji Wolny Duch, więc wiadomo. Czad. Tym razem gangsterska wersja słynnej historii hitchcockowskiej.

Trochę za dużo zamieszania w końcówce, ale ogólnie warte obejrzenia.
A tytuł zbliżony do naszego licznika obejrzanych filmów. Taka ciekawostka.

Więcej od życia: Kevin Aucoin

Była nawet Cindy Crawford

„Dwie sekundy” przerwy i kolejny dokument.

Historia życia jednego z najznamienitszych makijażystów.

Ciekawe, szczególnie dla zainteresowanych. Za dużo gadających głów. Na plus udział takich gwiazd jak Cher i Crawford.

Szkoła w chmurze

Internet pod strzechy

Czwartek, czyli koniec pełnego tygodnia siedzenia w kinie. Od dzisiaj to już faktycznie z górki. Przekraczamy przy okazji poziom 40 seansów.


Dokument o ciekawym pomyśle edukacyjnym hinduskiego profesora Sugata Mitra opartym na upowszechnieniu edukacji w biedniejszych krajach poprzez powszechny dostęp dzieci do Internetu. Nie do końca się to udało – szczególnie tzw. dziury komputerowe, ale pomysł godny uwagi.

Dokument przeciętny, trochę chaotycznie. Należało skrócić, wyrzucają kilak zbędnych scen.

Zawierał jednak ciekawsze myśli. Jak chociażby taka, że dorośli uczą dzieci na podstawie własnych doświadczeń, a świat się diametralnie zmienił. Albo że nie można wymagać wiedzy z pamięci, gdy każdy ma dostęp do nowoczesnych sposobów uzyskiwania informacji, czyli: „kucie” – nie, wikipedia – TAK.

Łaskotki

Pedofil

Niestety najlepszy film tegorocznego Festiwalu. Niestety, bo temat wstrząsający.


Tancerka Odette trafia do psychologa. Opowiada o traumatycznych przeżyciach z dzieciństwa, które zaważyły na całym życiu: karierze tancerki, skłonności do narkotyków, braku kontaktu z rodzicami, problemach uczuciowych i psychopatycznych.


Nie da się chyba o tym problemie zrobić lepszego filmu, co należy zadedykować wszystkim którzy próbowali, i tylko spłaszczyli temat. Realizacyjnie jest znakomicie z uwagi na rewelacyjny montaż: przeszłość przenika się z teraźniejszością, sceny dialogowe przechodzą w taniec – to prawdziwy majstersztyk.
Rewelacyjnie jest również aktorsko – co ciekawe najlepiej wypadają negatywne postacie.


Wielki film. Podobno w dużej mierze autobiograficzny reżyserki Andréi Bescond. Lepiej jednak żeby nie wygrywał jakiegoś festiwalu publiczności. Nawet braw nie wypadało bić.

Człowiek, który ukradł Banksy'ego

FUCK BANKSY

Nareszcie komplet, czyli prawie tysiąc luda na filmie. Nazwisko Banksy w tytule robi swoje.

 

W Betlejem powstał mur odgradzający zwaśnione strony, coś na wzór muru berlińskiego. Znany artysta miejski przyjechał 10 lat temu i stworzył na nim swoje dzieła, w tym najsłynniejsze obraz legitymowanego przez żołnierza osła. Właściciel ściany postanowił sprzedać to dzieło: wykruszył blok betonu i przetransportował do Europy.

 

Może to efekt wzmożonego kataru, może nieporozumień biletów, a może to po prostu słaby film – bo zmęczył mnie przeokrutnie. Wydawało się jakby trwał trzy godziny. Chaotyczna narracja, brak materiału na pełnometrażowy dokument, brak myśli przewodniej. A nade wszystko za dużo gadania, a za mało faktycznie fascynujących dzieł malarzy graffiti.

Nie zabijaj

Chirurg konta rumuńska służba zdrowia

Z tego co Gosia opowiadała to typowe kino rumuńskie ostatnich lat. Czyli jednostka kontra cały system. Tym razem w szpitalu. Śmierć spowodowana błędami i oszczędnościami. Nikt nie ujawnić nadużyć, nawet rodzice zmarłego nie wnoszą skargi. Także bohater filmu finalnie sobie odpuszcza symboliczną sceną, podobno 10 minutową, niczym Piłat umywa ręce. Pesymistyczna wizja współczesnej Rumunii. Mają się tam z tymi filmowcami, a może po prostu faktycznie jest już tak źle.


Sam film podobno dobry. Pewnie takie typowe wolne kino, z niewieloma dialogami, ale akcja powoli się toczy. Znając upodobania jury może zamieszać w Konkursie 1-2.

Jej praca

Kobieta a kryzys grecki

Wydawało się, że mamy 45 minut, więc udaliśmy się na obiad do „Pari Pari”. W połowie oczekiwania na zamówienie Gosia zorientowała się, że ma rumuński film w Kinotece. Musiała więc lecieć głodna, a i tak się spóźniła – dobrze, że w tym roku wpuszczają spóźnialskich. Ja dostałem dwa drugie dania na kilka minut przed seansem – jadłem na chybcika, a hamburger wylądował finalnie już na kolacji po powrocie do domu.

Nie miałem dużych oczekiwań co do filmu, a tym czasem bardzo miła niespodzianka. Bohaterką jest zakompleksiona kobieta, która dostaje pracę w nowym supermarkecie. Początkowo ma problemy z obsługą jeżdżącego odkurzacza, ale z czasem zdobywa zaufanie biorąc wszystkie zastępstwa i nadgodziny. Zmienia to także jej pozycję rodzinną.

Dobrze poprowadzony dramat ukazujący prawdziwe problemy kobiet w krajach typu: Grecja. To oczywiście wywołało małą feministyczną wymianę zdań podczas spotkania z reżyserem po seansie.

Euforia

Bracia: nowotwór i homoseksualizm

Jakimś cudem na trzeci film trafiliśmy razem. Kojarzył mi się z produkcją rosyjską (która chyba była rok temu na Sputniku). Jednak to dramat włoski wyświetlany w ramach pokazów specjalnych.


Matteo jest homoseksualistą, a jego brat Ettore zakompleksiony i chory na chłoniaka. Może widmo śmierci zbliży ich do siebie?


Przez długi okres pretensjonalny, rozkręca się w końcówce (ładna scena z ptakami). Finalnie jednak zbyt męczący jak na taką porę i zdecydowanie za długi.
 

Szkolny autobus

Reżyser przypłacił zdrowiem

A tymczasem Gosia trafiła na produkcję filipińską z Konkursu Międzynarodowego. Zeznała, że bardzo dobry film.


Przybył nawet reżyser, który po seansie zwierzał się, że po produkcji trafił do szpitala, z którego dopiero co wyszedł. Czyli drogo go kosztowała ta produkcja.
 

Zdecyduj się

Ojciec wychowuje niemowlaka

Prosty fabularnie, ale poruszający dramat męskiego macierzyństwa w ramach Konkursu 1-2. Kolejny przykład, że debiut może zostać znakomicie wyreżyserowany. Najciekawsze chyba jest to, że reżyserem jest kobieta: Estonka Liina Trishkina-Vanhatalo.


Pracujący w Finlandii na budowie Erik dowiaduje się po powrocie na Estonię, że zostanie ojcem. Jego partnerka Moonika jednak nie chce dziecka. Świeżo upieczony ojciec postanawia wziąć obowiązki opieki nad córką samodzielnie, nie spodziewając się jakie to będzie miało konsekwencje.


Idealny dobór scen, świetne aktorstwo, wiarygodne dialogi, a przede wszystkim chemia pomiędzy ojcem a maleństwem. Dodatkowo ciekawy zwrot akcji i otwarte zakończenie. Świetny film. Obawiam się, że nie znajdzie uznania jury ze względu na wyraźnie antykobiecą wymowę. Tak, kobieta też może być wyrodną matką, a często to mężczyzna okazuje się bardziej odpowiedzialny.
 

Zbyt Piękna: Nasze Prawo do Walki

Kubańska bokserka

Połowa festiwalu za nami. Powinno być z górki. A tymczasem środa okazała się pełna pomyłek i nieoczekiwanych emocji.
Dobrze wyposażeni w prowiant (kanapki, napoje) w ostatniej chwili dotarliśmy na poranny dokument.

Opowiadał o perypetiach 39-letniej bokserki z Kuby, gdzie damski boks jest zakazany. Namibii Flores Rodriguez marzy jednak o występie na Igrzyskach w RIO i o medalu dla swojego kraju.

Mamy odmienne oceny tego dokumentu. Gosia była wręcz zachwycona. A moim zdaniem temat nie wykorzystany, bezsensowne sceny nic nie wnoszące typu zakupy w warzywniaku.

Ja jeszcze odbieram bilet po seansie, a Gosia już poleciała do Multikina. I tutaj zrodziło się pierwsze nieporozumienie, bo okazało się że mieliśmy wybrane inne seanse na 11. Gosia myślała, że ja się spóźniłem, a je że Ona gdzieś zaginęła. W efekcie obejrzeliśmy dwa różne filmy. Na szczęście oba dobre.

Barbarzyńcy

Urocza Lily-Rose Depp

Na zakończenie dnia jeszcze jeden pokaz specjalny w głównej sali Multikina. I znowu frekwencja nie powala, a film zapowiadał się ciekawie już biorąc pod uwagę obsadę i zachęcający plakat.

Letni obóz gdzieś na francuskich „Mazurach”. Młodzież głównie zajmuje się wieczornym uprawianiem seksu w samochodach. Jednak powszechny postrach budzi rzekomo grasujący w okolicy lampart. Laura ma chwilowo inne problemy – giną jej intymne elementy garderoby. Jednak gdy zaginie również kolega, której odmówiła seksu podejrzenia padną na nią samą. Jej prywatne śledztwo prowadzi jednak do znanego pisarza Paula, który szwenda się w okolicy.

Pierwsza część filmu jest intrygująca i trzyma ciekawy klimat. Jednak końcowe rozwiązania trochę rozczarowują. Za to świetna Depp trzyma poziom przez cały film i to głównie ze względu na nią warto obejrzeć.

Brawa – bardzo nieśmiałe.

Kto ci zaśpiewa

Zablokowana piosenkarka i jej fanka

Co prawda wtorek, ale pokaz specjalny o godz. 18.30. na głównej sali Multikina. A z frekwencją słabiutko. Czyżby jednak jakiś protest feministyczny? Bo film typowo kobiecy.


Lila Cassen – popularna wokalistka, od 10 lat, czyli od śmierci matki - nie występuje i nie nagrywa niczego nowego. Dodatkowo po wypadku popada w demencję. Jej menedżerka naciska na trasę koncertową, ze względu na topniejący majątek. Tymczasem fanka Lili – Violetta właścicielka klubu karaoke idealnie naśladuje śpiew Cassen. Sama jednak ma problem z dorastającą córkę, która uznaje ją za nieudacznika.


Fabuła jest stosunkowo przewidywalna. Jednak w końcówce zaserwowano kilka zwrotów akcji. Problem w tym, że niepotrzebnie przedłużają one ten bardzo wolny, minimalistycznie zrealizowany film. Kilka razy mógłby się skończyć, a trwa aż do zbyt pretensjonalnego zakończenia.
Mnie osobiście bardzo męczył w końcówce. Gosi jednak się wielce spodobał.

 

Mihkel

Przemyt narkotyków w żołądku

Przechodzimy do Multikina dyskutując o facjacie tytułowego bohatera filmu „Mrzyj, monstrum, mrzyj”. Gosia dostrzega również podobieństwo do męskich organów płciowych.

Docieramy do Multikina na kolejny film z Konkursu 1-2. Jak się okazuje debiutanci robią coraz lepsze produkcje, czego dowodem powstały w koprodukcji Islandii, Estonii i Norwegii dramat o przełożeniu dziecięcej przyjaźni na szemrane interesy w dorosłym życiu.

Islandia jako pierwsza w 1991 roku uznała niepodległość Estonii. Igor i Mihkel byli wówczas zaprzyjaźnionymi dzieciakami, zakochanymi w tej samej dziewczynie. Lata później Mihkel jest szczęśliwym ojcem. Igor załatwia mu interes – trzeba przewieźć walizkę do stolicy Estonii. Na miejscu okazuje się, że zadanie jest o wiele trudniejsze i ryzykowne: przesyłka będzie inna i cel podróży także.

Podobny moty był w popularnym kilkanaście lat temu filmie „Maria łaski pełna”. Scenariusz jest więc przewidywalny, zresztą to bardzo znana sprawa na Islandii. Twórcom udaje się jednak podtrzymać napięcie, w czym duża zasługa dobrych interakcji pomiędzy bohaterami. Pojawia się zresztą jeszcze jedna ważna postać.

Ciekawy, dobrze zrealizowany film, który może dostać jakieś wyróżnienie od jury w Konkursie 1-2.

Po filmie raczej przeciętne spotkanie z twórcami.

Mrzyj, monstrum, mrzyj

Obcięte głowy i potwór z facjatą waginy

Godzinna przerwa, którą pożytkujemy na obiad we włoskiej knajpie i układanie planu filmów na kolejne dni festiwalowe.

Zamiast na turecki „Dom”, którego recenzja sugeruje nudy idziemy na całość – już tytuł znamionuje emocje godne Konkursu Wolny Duch.

Ale i tak niektóre sceny nas szokują. Zaczyna się od poderżniętego gardła, a później jest równie krwawo. W końcówce nawet pojawia się tytułowe monstrum, którego stylizacji nie powstydziłby się Obcy z kosmosu.

Problem w tym, że fabularnie jest wolno i nużąco, w typowym dla kina południowoamerykańskiego klimacie. Dla nas to jednak zbyt wydziwnione kino. Ale szacunek za wynajdywanie takich filmów.

Paul Sanchez powrócił

Hejt na francuską policję, czy komedia kryminalna?

Znowu z wywieszonym językiem przemieszczamy się z Kinoteki do Multikina, żeby zdążyć na kolejny film. Przypominają się czasy, gdy seanse były rozlokowane tak, że trzeba było dojeżdżać komunikacją miejską. Teraz to luzik, w porównaniu do tamtych czasów.

Francuskie kino to zawsze czynnik ryzyka. Nie mamy więc pozytywnych oczekiwań, i niewiele się mylimy.

Prezentowany w ramach konkursu międzynarodowego thriller kryminalny francuskiej montażystki (chyba powinna pozostać przy tym fachu) Patricia Mazuy.

Paul Sanchez zamordował swoją żonę, czwórkę dzieci, i spalił posiadłość. Po 10 latach ponownie pojawia się w okolicy. Śledztwo prowadzi młoda policjantka pod okiem nieudolnego komisarza.

Momentami wygląda to na komedię, bo czynności stróży prawa są dalekie od standardowych procedur. Gorzej jak to groteska na francuską policję. Gatunkowo film jest niespójny, wyraźnie szwankuje właśnie reżysersko. Są ciekawsze momenty, dzięki czemu ogląda się bezboleśnie – no chyba że to 24 film w przeciągu 5 dni.

Cyrk Rwanda

Czeska Afryka

Wtorek. Już nawet prowiantu nam brakuje. Gosia musiała przed pierwszy filmem lecieć po kanapki.
Pogoda bez zmian – bynajmniej nie kinowa. Parkujemy – płacimy za cały dzień, ruszamy do Kinoteki i odbieramy bilety na kolejny dzień.
Dzień jak co dzień, czyli rozpoczynamy od dokumentu. Moim daniem znowu kiepskiego, ale Gosi się podobał ze względu na tematykę.


Czeski cyrkowiec Rosťa Novák spotyka dwóch afrykańskich pasjonatów skoków na trampolinie. Sam leci do Rwandy żeby zebrać większy zespół. Afrykańscy cyrkowcy mają trochę inne podejście do pracy, cyrku i życia od Czechów.


Bardzo żałujemy, że nie mogliśmy zostać na spotkaniu, bo przyszła cała ta afrykańska ekipa cyrkowców.
 

Moje arcydzieło

Świetny zwrot akcji

Znowu biegiem – tylko 3 minuty na przejście. Ale na szczęście jest sporo wolnych miejsc.

 

Duże oczekiwania, bo film w reżyserii ubiegłorocznego Filmu Otwarcia „Honorowy Obywatel” (kiedyś to były filmy otwarcia).

 

Opowiada o malarzu, który stracił na popularności. Jego przyjacielu i dziennikarzu, który nie nadaje się na artystę – co podobno jest dobrą cechą. Malarz zostaje potrącony przez ciężarówkę i w ciężkim stanie trafia do szpitala.

 

Pierwsza część filmu jest trochę przegadana i nużąca. Ale potem następują rewelacyjne zwroty akcji. Brawo za pomysł. Do tego świetne dialogi: „co sądzisz na temat śmierci? Jestem przeciw …”.

7 uczuć

Sentymentalnie o dzieciństwie

Udało nam się w końcu coś zjeść, co prawda na szybko i w McDonaldsie, ale w końcu, bo do tej pory wszystko z językiem na wierzchu.

Spotkaliśmy też po raz pierwszy w tym roku Laudyna, Gosia nie omieszkała go poprzeć w aferze „końcówkowej”.

Laudyn zapowiedział film i spotkanie po nim z twórcami i aktorami – miała przyjść Kasia Figura. Niestety nie mogliśmy zostać.

 

„7 uczuć” to niezwykle ważny i inteligentny film, przenoszący w czasy także naszej młodości szkolnej. Znakomicie oddano klimat podstawówki lat 80-tych ubiegłego wieku. Strzałem w dziesiątkę był pomysł z odgrywaniem ról dziecięcych przez plejadę polskich gwiazd aktorskich. Genialnie wypadają drugoplanowe role Muskały i Mastalerza. Ale dobrze też wypada nawet Karolak (najgorzej Chyra). Jest trochę mankamentów – słabe rozłożenie akcentów rodzinno-szkolnych, niepotrzebne powtarzanie scen (dopływy Nilu). A największą wtopą jest zupełnie nie pasujący do filmu zwiastun. Bo to żadna komedią – to smutny, sentymentalny dramat o miałkości egzystencji człowieka.

 

Może i lepiej, że musieliśmy lecieć na kolejny seans, a nie zastanawiać się nad przesłaniem Koterskiego.

Nasz kandydat do nagrody w Konkursie Międzynarodowym. Może się uda.

X - WYXREŚLENI

Odwrócone do góry nogami

Porywający: i realizacyjnie, i scenariuszowo węgierski kryminał z elementami dramatu rodzinnego. Klimatem przypominający kino skandynawskie. Fantastyczne zdjęcia (odwrócony obraz miasta), dopasowany dźwięk, utrzymany klimat, poprawne aktorstwo.


Bohaterem jest najlepsza w mieście policjantka śledcza, czerpiąca na paranoję po samobójstwie (?) męża. Akurat miastem wstrząsa seria podejrzanym samobójstw. Policjantka nie ma wątpliwości – to morderstwa. Ale w okresie przedwyborczym jej zwierzchnicy nie chcą o tym słyszeć – szczególnie że dziewczyna nie jest w stanie wejść do pomieszczenia, gdzie dokonano rzekomej zbrodni. Ważna w całej układance jest jeszcze córka policjantki.
 

Świetny film, który powinien w cuglach wygrać Konkurs 1-2, ale zapewne jury będzie kierowało się innymi czynnikami, i wygra jakiś film azjatycki.
 

Lajko - Cygan w Kosmosie

Kto z Gagarinem?

Szalona węgierska komedia, w trochę innej wersji ukazująca lot pierwszego człowieka w kosmos.

Ljko już jako dziecko wysłał matkę w kosmos w wiejskim wychodku. Jako dorosły w wyniku niespodziewanych zdarzeń ma rywalizować o miejsce w rakiecie z Gagarinem. Ale rywali ma nie byle jakich np. niemiecką faszystkę babo-chłopa.

Żartów starcza na niecałą godzinę. Jednak dobry nastrój pozwala wytrwać do końca filmu. Oczekiwania były może odrobinę większe, ale w przypadku takich komedii nie zawsze można liczyć na utrzymanie wysokiej formy komediowej przez cały film.

Klub kanibali

Kilofem podczas seksu

Tytuł zapowiadał niezłą jazdę i faktycznie „działo się”. Kandydaci na ludzkie mięso są zarzynani podczas gorącego seksu toporem. Ale przyjdzie Kryska na Matyska, czyli na parę małżeńską urządzającą orgie z kanibalskim wyszynkiem dla nowobogackich.

Wizualnie było ciekawie. Ale fabularnie kiepściutko – nie udało się dorobić do tych mocnych scen ideologii.


No cóż – Konkurs Wolny Duch w tym roku na odpowiednim „poziomie”. Gdzie ten Laudyn te filmy wynajduje?

Z biegiem Okawango

Afgańska przyroda

Rozpoczynamy cały tydzień urlopowy z Festiwalem. Pogoda piękna, słoneczna. Tym razem bez problemów z parkowaniem, bo już trzeba płacić.

 

Dokument o niezwykłej afrykańskiej przyrodzie dorzecza kotliny Kalahari. Bohaterem jest podróżnik zafascynowany do dziecka przyrodą afrykańską. Ładne zdjęcia, ciekawe ujęcia operatorskie. Ale narracyjnie bardzo nierówno, wręcz nudno, bez przesłania.

 

Wyszedłem w połowie. Gosia została do końca. Także na spotkanie z reżyserem, który zwracał uwagę na kosztowne zdjęcia podwodne.

Anioł Stróż

Duńska hipnoza i manipulacja – tydzień przed wyborami w Polsce

Na koniec dnia bardzo ciekawy thriller w klimacie skandynawskim.

Dania kilka lat po okupacji. Dochodzi do dwóch napadów na bank. Młody śledczy podejrzewa przestępstwa dokonane przy użyciu hipnozy. Zwraca się więc o pomoc do psychiatry wyszkolonego w Polsce.

Po seansie ciekawa dyskusja z reżyserem, który stwierdził że to film o manipulacji i każdy w Polsce tydzień przed wyborami powinien go obejrzeć.

Istota świata

Rosja na plus, ekolodzy na minus

Rosyjskie kino nie zawodzi. Listopadowy Sputnik zapowiada się intrygująco.

Egor pracuje na farmie, gdzie nie do końca legalnie hoduje się zwierzęta. Oddany pracy, pokłócony z matką, na której pogrzeb nawet nie pojedzie. Chyba bardziej kocha zwierzęta niż ludzi. Tymczasem w okolicy pojawiają się aktywiści „zielonych”.

Utrzymany w takich typowym rosyjskim klimacie (bimber ponad wszystko) film, z bardzo dobrymi scenami ze zwierzętami. Fabuła trochę jest zbyt uboga i film traci tempo w drugiej części. Motyw z ekologami jednak niezwykle trafny.

W nowej skórze

Powrót Ewy

Hiszpański dramat w sekcji filmów 1-2. Widać było brak doświadczenia reżyserki – francuskiej aktorki Alix Gentil, której jest to pierwszy film pełnometrażowy. Nie poradziła sobie z tematem, całe budowane napięcie nie ma żadnego ujścia.

Ewa powraca po kilku latach nieobecności do domu rodzinnego. Chłodno przyjęta przez rodzinę, szczególnie siostrę, skrywa jakąś tajemnicę. Przez 7 dni (tak podzielono ten film) powoli odkrywamy przeszłość i okoliczności wyjazdu bohaterki. Rozwiązanie będzie co najmniej rozczarowujące.


To minimalistyczne kino, z wieloma nudnymi i przeciągniętymi scenami. Reżyserka chyba sama nie wiedziała co chce przekazać, a symbolem jest scena w połowie, gdy cała rodzina jakby chciała skonsumować bohaterkę w widelcami i nożami w ręce.


Nieśmiałe brawa.

Czarodziej

Miało być mroczno, dynamicznie

Jak zapowiadał reżyser przed seansem miało być mroczno, z dynamiczną końcówką. Czekaliśmy na te zakończenie ale było równie rozczarowujące, co cały ten austriacko-szwajcarski film.

Szwankowała przede wszystkim fabuła. Losy kilku dziwnych postaci: niewidoma ze swoim opiekunem psychoterapeutą, matka opiekująca się sparaliżowanym synem poszukująca miłości, szkolna pielęgniarka i oddany jej brat, prostytuujący się chłopak – były słabo ze sobą powiązane. Klimat faktycznie był mroczny, z ciekawymi ujęciami, ale bez intrygującej fabuły był to jedynie przerost formy nad treścią. Rozczarowanie, ale spodziewane, bo wybraliśmy ten film ze względu na korzystny grafik.

Odnotować trzeba jeszcze wpadkę organizatorów - przez kilkanaście minut nie było polskich napisów.

Niebeskie Chachary

RUCH, RUCH – CHAKAES!

Jeden rzut oka na publiczność i już wiadomo, że nie jest to typowy film festiwalowy. Po seansach są nawet śpiewy kibicowskie.

 

Reżyser (kibic Ruchu i montażysta „Skazanego na bluesa”) dotarł do środowiska kibiców i filmował ich przez 10 lat. A to były ciężkie czasy dla Ruchu i pod kątem sportowym (z nieba – walki o mistrzostwo, do piekła – spadku z ekstraklasy) i kibicowskim (akcja policyjna przeciwko Psychofanom). Udało się jednak zmontować znakomity materiał – to chyba najlepszy film o kibicach piłkarskich, jaki powstał w Polsce. Nie unika trudnych tematów (gangsterski charakter grup pseudokibiców), ale także balansuje ukazując atmosferę sektora, wyjazdów, rozmów pomiędzy kibicami, a nawet komiczne dyskusje (rozważania pod stadionem Polonii Warszawy o aktorkach hollywoodzkich). Byłby to film kompletny, gdy nie opowiadał akurat o Ruchu Chorzów … Ale to żart, każdy kibic odnajdzie klimat swojego środowiska.

 

Po filmie było spotkanie z reżyserem, ale raczej rozczarowujące. Za to film staje się faworytem tegorocznego głosowania publiczności (no chyba że byli również wrogowie Ruchu).

Tajwan: Heavy Metal i polityka

Za dużo polityki, za mało metalu

Krótka przerwa i przeprowadzka na kolejny dokument, który zachęcał tytułem. A zniechęcał azjatyckim klimatem.

 

Wokalista zespołu metalowego zostaje członkiem tajwańskiego parlamentu. Niestety trochę za dużo gadaniny o polityce i geopolityce: Tajwan a Chiny. A za mało muzyki. Wyszedłem w połowie żeby zdążyć na „Niebieskie Chachary”. Gosia została do końca i podobno było więcej metalu.

Koncert na dwoje

Maksymiuk i żona

Trzynastego przeżyliśmy. Czas na kolejny dzień, na który mamy ażA siedem biletów. Pełnych siedmiu filmów nie uda się obejrzeć, ale zapowiada się bardzo intensywny dzień.

Pogoda się nie zmieniła – słonecznie i ciepło. Sytuacja parkingowa również – musimy zostawić samochód na płatnym postoju pod Złotymi Tarasami.

 

Rozpoczynamy serią dokumentów. Na ekranie pojawia się bohater i od razu zaczyna mówić o muzyce. Jak ktoś się nie zna to dopiero w połowie dowie się, że to słynny polski kompozytor Maksymiuk. Takiej gwiazdy nie trzeba przedstawiać. Ale okazuje się, że sukces zawodowy to także zasługa jego żony Ewy.

Bardzo ciekawie zrealizowany dokument. Maksymiuk żyje muzyką, ale ma też duży dystans do życia i pokorę. Jego rozmowy z Ewą są równie ciekawe. To taki koncert na dwoje. Jest też trochę muzyki poważnej i życie kompozytora od kuchni.

 

Udany początek festiwalowej niedzieli.

Weekend w Scarborough

Związek nauczyciela z uczniem

Kilkanaście minut przerwy i zakończenie dnia w głównej sali Multikina. Tym razem trochę słabsza frekwencja.

 

Dwie pary przyjeżdżają na weekend do nadmorskiego hotelu. Wiele ich łączy – różnica wieku, cel przyjazdu, funkcje jakie pełnią: nauczyciel i uczeń. Różnica jest jedna: w pierwszej parze starsza jest kobieta nauczycielka, w drugiej facet nauczyciel.

Film ma świetną kompozycję, dzięki czemu znakomicie trzyma w napięciu. A na końcu zaskakujące rozwiązanie.

Także wizualnie jest bardzo ciekawe: ładne zdjęcia i sprawny montaż. Dobre również rozłożenie akcentów. Minimalnie zawodzi tylko aktorstwo, które jest nierówne. Ciekawe i odważne sceny erotyczne.

 

Trochę szkoda, że nie mieliśmy już siły na spotkanie z reżyserem. Jednak dobry film na koniec przeważył szalę dnia na jasną stronę, pomimo kompromitacji z filmem otwarcia.

Upadek Amerykańskiego Imperium

Zjawiskowa Maripier Morin

Godzinna przerwa. Spożytkowana na uzupełnienie płynów i shejtowanie Filmu Otwarcia.

Z duszą na ramieniu idziemy na kolejną produkcję, bo trwa ponad dwie godzinny.

 

Absolwent filozofii musi pracować jako kurier. Jego dziewczyna – rozwódka z dzieckiem ma już dość minimalistycznego, antymaterialistycznego podejścia do życia. Decyduje więc o zerwaniu. Kurier po tej rozmowie jest świadkiem napadu na sklep i przywłaszcza sobie torbę pełną pieniędzy. Pokusa jest olbrzymia: rozpoczyna szaleństwo do zamówienia luksusowej call girl. Jednak pieniądze okazują się trefne i nie tak łatwo będzie je wyprać. Z pomocą przychodzi recydywista i prawnik specjalizujący się w rajach podatkowych, a przede wszystkim poznana prostytutka. Po piętach depcze im jednak upierdliwy duet policyjny i mafijni właściciele łupu.

Świetny scenariusz, dynamiczna akcja, wyraziści bohaterowie. Kibicujemy im, chociaż nie działają oni o końca zgodnie z prawem. Znakomity film, świetna odtrutka po izraelskim Filmie Otwarcia.

 

Szkoda tylko, że nie było czasu na spotkanie po filmie, bo gościem była odtwórczyni roli call-girl, która wyglądała zjawiskowo.

Tramwaj w Jerozolimie

Kompromitacja

Trzy minuty na przejście do głównej sali Multikina. Cudem odnajdujemy dwa miejsca, bo seans wysprzedany. W końcu jedyny pokaz „publiczny” Filmu Otwarcia.

Kompromitacja Organizatorów. Film zupełnie nie nadawał się na to, żeby otwierał Festiwal. W trakcie seansu wyszło ponad 30 osób. Tak masowego exodusu jeszcze nie było. Żenująca decyzja o wyborze filmu otwarcia.

Eter

Metafizyczny Zanussi

Godzinna przerwa. Zjedliśmy tak obfity obiad, że do końca dnia chciało nam się tylko pić.

 

Premiera najnowszego filmu Krzysztofa Zanussiego. Był sam reżyser. Jaka szkoda, że nie mieliśmy czasu żeby zostać na dyskusję.

 

Film opowiada historię lekarza, cudem ocalonego od plutonu egzekucyjnego za spowodowanie śmierci młodej dziewczyny na początku ubiegłego wieku. Po ucieczce z zesłania lekarz rozpoczyna badania na użyciem eteru. Nauka kontra zabobony. Tuż przed wiszącą w powietrzu pierwszą wojną światową badania mogą mieć ogromne znaczenie.

 

Zanussi nie byłby sobą, gdyby nie przygotował religijno-metafizyczne zwrotu akcji w samej końcówce. Z jednej strony tłumaczy całą fabułę, z drugiej jest może zbyt dosłowny. Wrażenie po filmie pozostaje jednak pozytywne. Szkoda tylko, że trwał tak długo i z językiem na wierzchu musimy lecieć na kolejny seans.

Wielki Mistyczny Cyrk

Brazylijska Kamasutra i Dawid Ogrodnik

Szybkie śniadanie w „Pari, Pari” - za 25 zł od łebka, z zimną jajecznicą, i na styku jesteśmy na ciekawie zapowiadającym się brazylijskim kandydacie do Oscara. Z Vincentem Casselem i Dawidem  Ogrodnikiem.

 

Niestety spore rozczarowanie. Wizualnie i kostiumowo znakomite. Świetna scena erotyczna na początek niczym z Kamasutry. Potem jednak fabuła bardzo rwana – przeskoki czasowe, zmiana bohaterów. Nie udało się ukazać stu lat tradycji cyrku.

Braw nie było.

 

Największą zagadką pozostanie jak brazylijski reżyser wypatrzył Ogrodnika, który notabene wypadł przyzwoicie.

Festiwal Tańca

Po godzinie …

Sobota, trzynastego. Oczywiście zero miejsca do zaparkowania w okolicy. Docieramy na styk, rzutem na taśmę odbierając siedem (to rekord!) biletów na niedzielę.

 

Raczej nigdy tak nie robimy, ale wychodzimy w połowie filmu. Nie tylko dlatego, że śpieszymy się na następny do Multikina. Ale głównie ze względu na nużącą formułę. Tylko tańczą i gadają o tańcu. Może jak ktoś jest wielkim zwolennikiem tańca – to OK. ale i tak góra na pół, a nie na półtorej godziny.

 

Przynajmniej mamy czas na śniadanie w Złotych Tarasach.

Anioł

Senegalska gazelo-prostytutka i gwiazdor kolarstwa

Nie dla nas impreza otwarcia, czekamy więc aż do 21.30 na ciekawie zapowiadający się dramat belgijski o kolarzu. Okazuje się bardziej o prostytutce i jej spotkaniu „towarzyskim” z gwiazdorem.

 

Przed seansem reżyser ostrzega, że operator był cały czas pijany i lepiej oglądać film z tylnych rzędów. Ale i tak jest prawie komplet.

 

Utrzymany w bardzo tajemniczej formie dramat ukazujący właściwie jeden wieczór z życia dwóch osób. Ciekawy realizacyjnie, chociaż narracyjnie trochę zbyt ciężki. Mamy mieszane wrażenia.

 

Ponieważ robi się już późno rezygnuje z pozostania na dyskusji z reżyserem, która może wniosłaby wiele nowego.

Dwa bilety do domu

Sierotka i Ojciec

Szybki transfer z powrotem do Multikina. Na szczęście przeciągnęło się spotkanie po filmie ”7 Uczuć”. Dołączyła też po piątkowym dniu pracy Gosia.

 

Unikamy rosyjskich filmów ze względu na listopadowy Sputnik, ale tym razem pasował nam do grafiku. I był to strzał w dziesiątkę. No może w siódemkę.

 

Wychowanka sierocińca zaczyna nowe życie: dostaje od państwa mieszkanie, zakochuje się w chłopaku. Jednak jej szczęście szybko się kończy: chłopak z nią zrywa, a przypadkiem dowiaduje się, że wcale nie jest sierotą, a do sierocińca trafiła w wyniku tragicznych wydarzeń. Uzbrojona w pistolet jedzie się zemścić.

Dwie świetne kreacje aktorskie: głównej bohaterki przez cały film i poszukiwanego rodzica przez drugą połowę. Znakomite ujęcia operatorskie. Historia może prosta, przewidywalna i przerysowana, ale sprawnie, dynamicznie opowiedziana.

 

Pierwsze brawa po seansie na tegorocznym festiwalu.

Królowa strachu

Teatr jednej aktorki

Godzina przerwy i spacerek do Kinoteki.

 

Film oblegany zapewne ze względu na nagrodę na festiwalu Sundance dla Valerii Bertuccelli. To jej autorski projekt: dominuje na ekranie, będąc zarówno reżyserką i scenarzystką. Takie łączenie ról najczęściej nie wychodzi filmowi na dobre, i tutaj niestety jest podobnie.

 

Bohaterka filmu Robertina jest popularną aktorką (alter ego Bertuccelli?) tuż przed nową premierą. Ciągle jednak coś ją trapi: a to awaria prądu, a to nieporządek w ogrodzie. Pomimo prób do premiery wyjeżdża odwiedzić swojego chorego przyjaciela – homoseksualistę – to prawie połowa filmu. Po powrocie czeka ją premiera, której panicznie się obawia. Wszystko dobrze, ale zupełnie nie wiadomo z czego wynika ten kluczowy dla filmu feler bohaterki.

 

Oprócz tego, że fabularnie jest ciężko to również realizacyjnie film jest monotonny, momentami przegadany, a momentami pozbawiony dialogów. Wiele jest niedopowiedzeń (wyjazd do chorego przyjaciela), a końcówka jest maksymalnie przeciągnięta. Ciężki film, w dodatku bez jakiegoś istotnego przesłania. No chyba że wszyscy celebryci przeżywają takie katusze, jak bohaterka.

Ruben Brandt, Kolekcjoner

Szalona węgierska animacja

Dłuższa przerwa. Spacer z Kinoteki do Multikina. Sushi na obiadek. Trochę czasu na napisanie o pierwszych dwóch, jakże odmiennych filmach.

 

Tym razem szalona węgierska animacja. Niezwykle plastyczna i bogata w akcję. Może nawet trochę się za dużo dzieje.

W Paryżu atrakcyjna dziewczyna dokonuje zuchwałej kradzieży. Po piętach depcze jej amerykański policjant o swojskim nazwisku Kowalski. Dziewczyna okazuje się kleptomanką i trafia do psychoterapeuty. Tyle, że lekarza dręczą koszmary. Razem z innymi pacjentami obmyślają więc plan wielkiej kradzieży. Przenoszą się po całym świecie, w najlepiej strzeżonych miejscach dokonują kolejnych rabunków kompletując kolekcję, która ma uspokoić nocne koszmary lekarza.

 

Animacja jest wręcz zachwycająca. Przywodzi na myśl takie produkcje jak „Sin City”. Niesamowite że powstała w węgierskiej produkcji zrealizowanej przez słoweńskiego reżysera. Momentami może trudno nawet nadążyć za akcją. Idealny film na sekcję Wolny Duch.

Heavy Trip

CZAD!!!!

Dosłownie kilka minut wytchnienia i parę metrów do innej sali w Kinotece.

Film z opisu i tytułu zapowiadał się ciekawie, ale wiadomo jak to jest z sekcją Wolny Duch.

Amatorska grupa metalowa z wiejskiego środowiska w Finlandii. Wokalista – syn hodowcy reniferów, gitarzysta pracujący w domu opieki społecznej. I pozostała dwójka: basista mający w głowie wszystkie motywy muzyczne i perkusista ze skłonnościami do utraty przytomności. Długowłosi, wyzywaniu przez miejscową młodzież od homoseksualistów. Nie tak łatwo grać w metal w takich okolicznościach. Z drugiej strony inspiracją może być nawet maszyna do przetwórstwa mięsa.

Chłopaki grają taką muzę, że renifery same chcą się zabić. Ale nie byli jeszcze na żadnym koncercie, a w miasteczku króluje wykonawca dużo spokojniejszych melodii. Czy przypadkowa wizyta, początkowo postrzeganego jako urzędnika unijnego, przybysza odmieni te słabe perspektywy.

Ten film to gratka dla fanów muzyki mocnego brzmienia, bo jest jej dużo i na wysokim poziomie. Pod względem gatunkowym to szalona komedia, z wieloma udanymi pomysłami i kilkoma przesadzonymi. Słabsze momenty i przewidywalna fabuła nie przeszkadzają jednak w odbiorze. Takie filmy tylko w sekcji Wolny Duch na Warszawskim Festiwalu Filmowym. Trzeba wypatrywać tego tytułu na liście głosowania publiczności, bo musi zjednać sobie powszechną sympatię. A tak na marginesie – to jest nawet „furtka” na kontynuację.

Pierwszy hit tegorocznego Festiwalu. Nawet ciężko będzie przebić. AVE METAL!

Agawa – duch narodu

Tequila

Piękny, słoneczny, ciepły piątek. W tym roku zapowiada się ładna festiwalowa pogoda. Z jednej strony żal siedzieć w kinie, z drugiej nie trzeba dźwigać jesiennych kurtek.

 

Odbiór akredytacji bezproblemowy, chociaż w poprzednich latach można było odbierać dzień wcześniej. Z kolei z odbiorem biletów bywały problemy, bo system nie zawsze działał. W tym roku wszystko elegancko i spokojnie można było udać się na pierwszy dokument z bagażem 12 biletów na dwa pierwsze dni festiwalowe.

 

Agawa jest o tyle ciekawa, że produkuje się z niej alkohol, którego jednym z rodzajów jest słynna na całym świecie tequila. Dokument ukazuje sposób zbierania, destylowania, pokazuje również ludzi, którzy parają się tym zajęciem. Niestety robi to bardzo chaotycznie, w nieuporządkowanie, nie wiadomo co jest myślą przewodnią. Popada nawet w rozważania natury finansowej, klimatycznej, czy wręcz egzystencjonalnej. Ale jest to na poziomie, że śnieg spadł po raz pierwszy od 30 lat, co ma być dowodem na … globalne ocieplenie.

Także realizacyjnie jest bardzo przeciętnie. Dominuje głos z offu, który opowiada widzowi o kolejnych aspektach poruszanych w filmie. Dominują statyczne obrazy przyrody, a wtykane są stare zdjęcia, a nawet animacje ukazujące proces produkcji. Jest to bardzo nie uporządkowane, tak jakby twórcy wiedzieli że musza uatrakcyjnić wizualnie film, ale nie bardzo mieli myśli przewodniej jak to zrobić.

Mimo krótkiego czasu trwania jest cała masa scen i wątków niepotrzebnych, typu jakieś dziecko rzucające kamienie do rzeki, czy zagubiona sarenka przygarnięta przez jednego z bohaterów. Są momenty gdy wydaje się, że film ma o kimś konkretnym opowiadać, ale po naszkicowaniu jego charakterystyki postać ta praktycznie znika.

 

Reasumując – pierwsze duże rozczarowanie na sam początek.

34. Warszawski Festiwal Filmowy

Ponad 20 lat

Aż strach liczyć, która to już przygoda z październikowym festiwalem. Ale niestety ponad dwudziesta.

Najważniejsza impreza filmowa roku, wyróżniająca się przede wszystkim specyficznym klimatem, a także wysokim poziomem artystycznym. Dyrektorowi Laudynowi, który w tym roku podpadł na samym wstępie, udaje się sprowadzić filmy atrakcyjne dla widza, nieobecne jeszcze na polskich ekranach, a jednocześnie ambitne, ciekawe, a często mocno zakręcone.

 

Dużo robi też sam klimat. Jakże często ten sam film oglądany kilka miesięcy później w kinie, czy w telewizji nie robi nawet w połowie tak dobrego wrażenia.

 

WFF to też cały proceder. Kiedyś stanie godzinami w kolejce po bilety, teraz bardziej akredytacje dziennikarskie dzięki warszawa.pl i pisanie recenzji pomiędzy seansami.

 

Tegoroczny festiwal zaczął się od małego skandalu, który przerodził się w wielowątkowe dyskusje na forach społecznościowych. Otóż Laudyn, który zawsze coś w liście do widzów odwali, tym razem ponaśmiewał się z feminizowania określeń poddając jako żart zwrot „widzka”. Wywołało to oczywiście pianę na ustach i burzę w szklance wody. Laudyn co prawda się tłumaczył pokazując jak bardzo promuje kobiety, ale niektórych nie da się przekonać. Przynajmniej o Festiwalu zrobiło się głośno.

 

Nie zmieniło się organizacyjnie. Pozostajemy w Kinotece i Złotych. Pierwszy seans – „skazani na dokument” w Kinotece o godz. 9.30. Sekcje też bez zmian. Czas odebrać akredytację i przygotować się na sześciofilmową dawkę dzienną.

 

Ponieważ miejsce na recenzje filmowe jest gdzie indziej (warszawa.pl, nasze codzienne recenzje 19.50, krótkie wzmianki na filmwebie i mediakrytyk) tutaj przede wszystkim o samej otoczce, co robimy w przerwach, spotkaniach z artystami, publiczności, frekwencji, organizacji. Czyli o tym co często ciekawsze od samych filmów.

Zanurzeni

Nie nudny Wenders

Na zakończenie hit – czyli film jednego z najwybitniejszych reżyserów światowych. Ponieważ kojarzy mi się głównie z nudnymi produkcjami uważałem, że na film otwarcia lepiej pasowałoby znakomite „Zabicie świętego jelenia” (nie rozumiem dlaczego nie wygrało plebiscytu publiczności). Ale się pomyliłem, bo nowy Wenders jest znakomity.

Przed seansem wyszedł Laudyn i wspominał, że Wenders był 13 lat temu na WFF. Jakoś go nie zarejestrowałem, może dlatego że nigdy go specjalnie nie ceniłem. Laudyn jeszcze wytłumaczył się ze swoich niebieskich wendersowych butów i zakończył festiwal. A pełna sala mogła jeszcze przez dwie godziny rozkoszować kinem na najwyższym poziomie. Koło mnie miejsce zajęły dwie ładne dziewczyny, w tym jedna aktorka z Capitolu. Przy okazji skończyliśmy z Gosią festiwalową aroniówke i przesiedzieliśmy ostatni film: Gosia zaliczyła 57, co jest Jej rekordem, ja kilka mniej z uwagi na poniedziałkowy Kraków.

Zanurzeni to melodramat z elementami thrillera, sensacji i wątku terroryzmu. Bardzo ciekawa konstrukcja, która nie ukrywam trochę mnie zmyliła, ale jak się zorientowałem o co chodzi to tym bardziej doceniłem film. I do tego jeszcze piękniutka Alicia Vikander (Laudyn chwali się raz po raz, że ją odkrył, bo dał jej kiedyś jakąś nagrodę na innym międzynarodowym festiwalu). Miodzio zakończenie, chyba najlepszej edycji Festiwalu od wielu lat.

Droga 318

Chińczyki trzymają się mocno

Stefan Laudyn kończąc festiwal odwołał się do tekstu sprzed 100 lat Wyspiańskiego. Też chyba była lekko zdziwiony decyzjami jury. Droga dostała wyróżnienie w Konkursie Wolny Duch, więc od razu było wiadomo że film będzie zadaniem trudnym do przebrnięcia. Zdawał sobie sprawę z tego nawet reżyser, który dziękował po seansie widzom, że przetrwali. Jego film trwa ledwie półtorej godziny, a pod koniec już tak straciłem rachubę czasu, że obawiałem się czy zdążę na kończących festiwal pokaz Wina Wendersa (też się nastawiłem zresztą na nudy).

Żeby oddać Chińczykowi co chińskie trzeba powiedzieć, że jego film jest przepiękny wizualnie. Górzyste krajobrazy Tybetu są znakomicie sfilmowane. Co ciekawe nawet w pracy kamery był pewny zamysł niedostrzegalny dla widza, o którym mówił reżyser (chodziło chyba o to że kamera w każdej scenie podąża w określonym kierunku). Sama treść też była mądra i odnosiła się do podróży dwóch kobiet w celu odkupienia grzechów (aborcja, samobójstwo przyjaciółki). Oczywiście maksymalnie przedłużane i wysmakowane sceny bardziej męczyły niż zachwycały, ale jak ktoś lubi takie klimaty – to był oczarowany.

Sama tytułowa Droga też jest ciekawa historią. Zbudowane przez władze Chin jako dar dla jak wiadomo skonfliktowanego z nimi ludu tybetu. Taka nowoczesność dla ludzi podchodzących do życia bardziej metafizycznie niż materialistycznie. Ale w zestawieniu z krajobrazem licząca 5 tys. km trasa uznawana jest za jedną z najbardziej malowniczych na świecie.

Jak widać można było z tego filmu wiele wyciągnięć, pod warunkiem odpowiedniego nastawienia. Dla mnie taki klimat jest trudny do przełknięcia, ale doceniam wysiłek twórczy. Czy nagroda w Konkursie Wolny Duch sprawiedliwa to trudno mi powiedzieć, bo raczej omijamy filmy z tej sekcji, i nawet norweskiego zwycięzcy nie widzieliśmy.

Zabić arbuza

Chiny, chiny, sk…syny

Czas na picie. Bo perspektywa dwóch filmów chińskich. Zamówiłem dwa podwójne whisky i gość zaśpiewał mi 216 zł. Szybko się wycofałem i wziąłem whisky z trochę niższej półki. Na domiar złego jeszcze cola z kubka termicznego nam się wylała.

A film? Wszystko byłoby dobrze gdyby nie wygrał Konkursu Międzynarodowego. Sympatyczny, pomysłowy, ale nic wielkiego. Ale jury wiedziało lepiej, cóż – Chiny.

I tak po ludzku żal mi tych wszystkich reżyserów, scenarzystów, montażystów, aktorów, którzy harują, a potem przegrywają, bo coś jest z Chin. Przykre, ale jury ma swoje fory.

Kłamstewko

Chile

Obiadek z konieczności na szybko w KFC.

Film o kreowaniu wiadomości dla lokalnej gazety w miasteczku, w którym niewiele się dzieje. Niepotrzebnie, bo pojawiają się kręgi kosmitów i afera z wykupem ziemi pod budowę zapory – czyli tematy dla dziennikarzy spadają dosłownie z nieba.

Sympatyczny film, chociaż dupy nie urywa.

Nowość

Miłość internetowa

Związek powstały dzięki aplikacji mobilnej, czyli kolejna wersja spotkania Wody z Ogniem.

Sfilmowane przybliżeniami operatorskimi, co jest dobre jak trwa impreza i seks, ale na dłuższą metę nuży. Trochę to za długie i chyba zaczęło brakować pomysłów.

Prawie 10000 wyborców

Ukraina

Wybieram niedzielny Uber żeby zdążyć – gościu pokonał trasę w rekordowym czasie i stawiamy się na ostatnim dniu.

Pogoda słaba.

Frekwencja fatalna – kilka osób.

Była reżyserka, ale nie mogliśmy zostać na spotkaniu.

Film słabiutki – o wyborach w małym miasteczku na burmistrza, kilka miesięcy po ukraińskim Majdanie.

W porządku

Prostytutki na stacji benzynowej

Węgierski Quentin Tarantino w stylu westernowatym.

Scenarzysta wciąż sypie pomysłami i z niepozornej wizyty busa wiozącego prostytutki do pracy w Szwajcarii na stacji benzynowej robi się pełnometrażowy thriller z elementami masakry a’la Tarantino i melodramatu.

Spotkanie z reżyserem przeciętne, bo głupie pytania.

Gosię zirytował fakt, że ludzie się śmiali na scenach drastycznych.

Komplet bo mała sala Kinoteki.

Dziennik gangstera

Jajcarz

Obczajka nagród festiwalowych, jak zwykle wygrały głównie te których nie widzieliśmy. Więc kupujemy na niedzielne pokazy bilety na dwa chińskie filmy nagrodzone przez jury. Z góry wiedząc że będą pretensjonalne nudy ….

Film, jak film – bardzo dobry. Ale spotkanie z reżyserem to był prawdziwy czad. W sumie nie dziwne, że były tak dobrze rozpisane sceny komediowe, bo gość jest nieziemskim jajcarzem.

Na seansie nadkomplet, nasza pierwsza wizyta w Kinoteka 3.

Darling

Czarny Łabędź

Porządny obiad za 150 zł z winkiem i kolejny seans w jedynce.

Film? „Czarny Łabędź” dla ubogich.