Dzień 2: Rosjanie i Indianie

Sobota, 12 października 2019

Ze względu na sobotę, czyli totalny brak miejsc parkingowych, wybieramy tym razem Ubera, dziwnie drogiego w tym roku. Nauczeni doświadczeniem z piątku - jesteśmy po przyzwoitym śniadaniu i zaopatrzeni w wałówkę.

 

Odbieramy wejściówki na kolejny dzień i zaczynamy od mocnego, dokumentalnego uderzenia. „Obywatel K” – tytuł oczywiście stanowi odniesienie do klasyki, to film z założenia o Chodorkowskim, ale z efektu o Putinie, a może nawet całej historii Rosji po upadku ZSRR. Świetna realizacja, czytelna narracja powoduje, że to najlepszy antyputinowski film. I nawet w miarę obiektywny, chociaż samego Putina nie oszczędza. Problem jedynie w tym że film jest ponad trwa ponad dwie godziny dwugodzinny, co na Festiwalu stanowi problem logistyczny.

 

Na zestaw filmów krótkometrażowych dla dzieci spóźniamy się więc trzy kwadranse. Ale litościwie wpuszczeni łapiemy się na trzy zabawne filmiki. „Lis i ptaszek” - o wychowaniu ptaszka przez lisa. „Daleko od domu” - o wyprawie w kosmos przyczepą kampingową. „Niedziela” - o pingwinie, który zapragnął kupić sobie lody, co też skończyło się w kosmosie. Jak to trafnie ujęło jedno dziecko – to musi być angielska kreskówka ….

 

Nareszcie mamy dłuższą przerwę na obiad. Ze zdziwieniem odnotowujemy brak restauracji na 5 piętrze Złotych Tarasów i schodzimy niże do wypróbowanego Pai Pari, gdzie za dwie stówki wcinamy porządny obiad. Na kolejny film ruszamy więc przynajmniej raz najedzeni.

 

Rosyjskiego filmu „Braterstwo” o opuszczeniu przez żołnierzy radzieckich Afganistanu pod względem propagandy nie powstydziłoby się przedwyborcze TVP. Według tej agitki Rosjanie byli podczas inwazji noszącej socjalizm prawdziwymi dżentelmenami, podczas gdy Afgańczycy wykorzystywali do zabijania nawet dzieci. Pod względem realizacyjnym było dużo lepiej, ale niesmak pozostał.

 

Kolejny film ze Skandynawii. „Aurora” to fiński komediodramat z ważnym dla Europy tematem asymilacji uchodźców. Nie było to wielkie kino, ale oglądało się z przyjemnością.

 

W przeciwieństwie do „Łaknienia”, który przede wszystkim szokował. Bohaterką jest żona bogatego faceta, która w trakcie ciąży cierpi na przypadłość połykania różnorakich, najczęściej niebezpiecznych przedmiotów. Momentami trudno było nie odrywać oczu od ekranu. Świetna główna rola, utrzymany klimat, intrygująca fabuła. Jeden z najciekawszych tegorocznych filmów, szkoda że raczej do dystrybucji nie wejdzie.

 

Na zakończenie dnia uczta wizualna. Najnowszy film Lecha Majewskiego, który przed seansem uprzedzał, żeby zbytnio nie przywiązywać się do fabuły. Podzielona na dziesięć czytelnych rozdziałów historia odnosząca się do indiańskiej ziemi, jest mało klarowna, pełna niepotrzebnie taniej symboliki. Natomiast wizualnie, muzycznie i montażowo – rewelacja. Zupełnie nie czuć ponad dwóch godzin. Tyle, że do domu wracamy blisko północy. Zmęczeni, ale ogólnie zadowoleni z tej filmowej soboty.

Dzień 1: głodówka i pustki

Piątek, 11 października 2019

Rozpoczynamy 35 Warszawski Festiwal Filmowy. Generalnie bez większych zmian. Kinoteka i Multikino. Stefan Laudyn. Zmieniły się tylko ceny biletów i akredytacji oraz jakby mniejsza promocja.

 

Przyjeżdżamy wcześniej i bez problemów odbieramy akredytacje (ładna torba gratis, ale już katalogu nie ma) oraz bilety na najbliższe dwa i rozpoczynamy dziesięciodniowy maraton. Pierwsze rozczarowanie to brak tradycyjnych hotdogów w Kinotece co kilka godzin później będzie miało swoje konsekwencje.

 

Pierwszy film to oczywiście dokument. Skandynawski „Born4Drive” i synu rajdowego mistrza, który od najmłodszych lat fascynuje się tym co ojciec. Zostaje najmłodszym kierowcą rajdowym. Ciekawy i znakomicie zrealizowany. Coś w stylu „Szybkich i wściekłych”. Jak się okazuje nawet dokument może być ekscytujący.

 

Mamy kilkanaście minut na przemieszczenie się na seans do Multikino i nawet nie wiemy co nas czeka. Meksykański czarnobiały film „Diabeł między nogami”, które fabułę dobrze obrazuje tytuł. O starości. I o seksie, zdradzie, miłości. Mocne sceny starczej erotyki. Momentami obleśne. Prawdziwy problem zaczął jednak, jak film się zaczął dłużyć. A my jeszcze na czczo. Z dwadzieścia razy się mógł skończyć a dobił do półtorej godziny. Czyli zero czasu na jedzenie, a i następny seans zacznie się z opóźnieniem. Gwoli sprawiedliwości trzeba przyznać, że film miał swoją wartość artystyczną, celowo był tak obleśny i wydłużony. Do obejrzenia na spokojnym seansie, a nie na festiwalu w środku dnia.

 

Wściekle głodni idziemy na kolejny seans, w dodatku również nie najkrótszy. Niemiecki współczesny dramat "Względność" rozpoczynający się od tragedii podczas przypadkowaniu udziału w napadzie na bank. Film ma konstrukcję mozaikową, z licznymi retrospekcjami i tkaniem fabuły szczątkowo. Nie był łatwy w zrozumieniu, ale powoli elementy składały się w spójną całość.

 

Uff mamy w końcu pół godziny na jedzenie. Co z tego jak w Złotych Tarasach dzikie tłumy. Najmniejsza kolejka do Subwaya. Za dwie kanapki płacimy 70 zł a i tak są zimne. W McDonalds dokupujemy cieplejsze frytki i napoje. Łącznie za nic płacimy 100 zł. Dobrobyt w Polsce. A jedzenie syfne. Tyle że się napychamy i na styku zdążamy na kolejny film.

 

To już czwarty seans, zrobiła się sensowna kinowo godzina, piątek po 16, a ludzi mało. Nawet nie ma pół sali. Niestety podwyżka cen biletów daje znać o sobie. A film "Wszystko o mojej matce" - poruszający. Debiut reżyserski kobiety znanej bardziej z produkcji teatralnych, dokumentalnych i radiowych. I ten pewien nawyk reportażowy widać w tym filmie. Wstrząsająca historia dziewczyny z poprawczaka, mającej talent lekkoatletyczny. Recenzja filmu poniżej. Po filmie jeszcze ciekawe spotkanie z reżyserką.

 

Tłumy to są co najwyżej w wąskim holu Multikina. Bo wejściu fatalnie zorganizowane, szczególnie gdy główna sala odgrodzona ze względu na galę otwarcia. Po znowu zbyt krótkiej przerwie kolejny mocny film: tym razem rumuńska kryminał: „Valan”. Utrzymany trochę w skandynawskim stylu, z niespecjalnie ciekawą intrygą, i żenującym rozstrzygnięciem. Nawet nie zostajemy na spotkaniu z twórcami. A w holu czeka na nas dziki tłum: rozpoczyna się gala i kolejki do pozostałych sal.

 

Cały praktycznie piątek – pięć filmów, spędziliśmy w czwartej sali Złotych Tarasów. Wyświetlane tam są głównie filmy z Konkursu 1-2, czyli debiuty reżyserskie. Taki klimat miał ostatni film "Nuklearna". Kameralny, z zaledwie kilkoma aktorami, męczący, tajemniczy, ale wciągający. Nie zostajemy na spotkaniu, żeby jak najszybciej dotrzeć do domu i napić się wódki. Bo to był dobry filmowo dzień, ale ekstremalnie męczący. Zostało jeszcze dziewięć.

Please reload