Dzień 1: głodówka i pustki

Piątek, 11 października 2019

Rozpoczynamy 35 Warszawski Festiwal Filmowy. Generalnie bez większych zmian. Kinoteka i Multikino. Stefan Laudyn - jakby schorowany. Zmieniły się ceny biletów i akredytacji (ze 100 zł do 250 zł!) oraz jakby mniejsza promocja.

 

Przyjeżdżamy na wszelki wypadek trochę wcześniej. Bez problemów odbieramy akredytacje (ładna torba gratis, ale już katalogu nie ma) oraz bilety na najbliższe dwa dni. Rozpoczynamy dziesięciodniowy maraton.

 

Pierwsze rozczarowanie to brak tradycyjnych hotdogów w Kinotece, co kilka godzin później będzie miało swoje konsekwencje.

 

Pierwszy film to oczywiście dokument. Skandynawski „Born4Drive” o synu rajdowego mistrza, który od najmłodszych lat fascynuje się tym co ojciec. Zostaje najmłodszym kierowcą rajdowym. Ciekawy i znakomicie zrealizowany. Coś w stylu „Szybkich i wściekłych”. Jak się okazuje nawet dokument może być ekscytujący. Bardzo dobry początek WFF2019!

 

Mamy kilkanaście minut na przemieszczenie się na seans do Multikino i nawet nie wiemy co nas czeka. Meksykański czarnobiały film „Diabeł między nogami”, którego fabułę dobrze obrazuje tytuł. O starości. I o: seksie, zdradzie, miłości. Mocne sceny starczej erotyki. Momentami obleśne. Prawdziwy problem zaczął się jednak, jak film się zaczął dłużyć. A my jeszcze na czczo. Z dwadzieścia razy się mógł skończyć, a dobił do półtorej godziny. Czyli zero czasu na jedzenie, a i następny seans zacznie się z opóźnieniem. Gwoli sprawiedliwości trzeba przyznać, że film miał swoją wartość artystyczną, celowo był tak obleśny i wydłużony. Do obejrzenia na spokojnym seansie, a nie na festiwalu w środku dnia.

 

Wściekle głodni idziemy na kolejny seans, w dodatku również nie najkrótszy. Niemiecki współczesny dramat "Względność" rozpoczynający się od tragedii podczas udziału w napadzie na bank. Film z konstrukcją mozaikową, z licznymi retrospekcjami i tkaniem fabuły szczątkowo. Niełatwy w zrozumieniu, ale powoli elementy składały się w spójną całość.

 

Uff mamy w końcu pół godziny na jedzenie. Co z tego, jak w Złotych Tarasach dzikie tłumy. Najmniejsza kolejka do Subwaya. Za dwie kanapki płacimy 70 zł a i tak są zimne. W McDonalds dokupujemy cieplejsze frytki i napoje. Łącznie "za nic" płacimy 100 zł. Dobrobyt w Polsce. A jedzenie syfne. Tyle, że się napychamy i na styku zdążamy na kolejny film.

 

Czwarty seans, zrobiła się sensowna kinowo godzina, piątek po 16, a ludzi mało. Nawet nie ma pół sali. Niestety podwyżka cen biletów daje znać o sobie. A film "Wszystko o mojej matce" - poruszający. Debiut reżyserski kobiety znanej bardziej z produkcji teatralnych, dokumentalnych i radiowych. Ten pewien nawyk reportażowy widać w tym filmie. Wstrząsająca historia dziewczyny z poprawczaka, mającej talent lekkoatletyczny. Recenzja filmu poniżej. Po filmie jeszcze ciekawe spotkanie z reżyserką.

 

Tłumy to są co najwyżej w wąskim holu Multikina. Bo wejście to jest fatalnie zorganizowane, szczególnie gdy główna salę odgrodzono ze względu na galę otwarcia. Po, znowu zbyt krótkiej, przerwie kolejny mocny film: tym razem rumuńska kryminał: „Valan”. Utrzymany w skandynawskim stylu, z niespecjalnie ciekawą intrygą, i żenującym rozstrzygnięciem. Nawet nie zostajemy na spotkaniu z twórcami. A w holu czeka na nas dziki tłum: rozpoczyna się gala i kolejki do pozostałych sal.

 

Cały praktycznie piątek – pięć filmów, spędziliśmy w czwartej sali Złotych Tarasów. Wyświetlane tam są głównie filmy z Konkursu 1-2, czyli debiuty reżyserskie. Taki klimat miał ostatni film "Nuklearna". Kameralny, z zaledwie kilkoma aktorami, męczący, tajemniczy, ale wciągający. Nie zostajemy na spotkaniu, żeby jak najszybciej dotrzeć do domu i napić się wódki. Bo to był dobry filmowo dzień, ale ekstremalnie męczący. Zostało jeszcze dziewięć.

Dzień 2: Rosjanie i Indianie

Sobota, 12 października 2019

Ze względu na sobotę, czyli totalny brak miejsc parkingowych, wybieramy tym razem Ubera, dziwnie drogiego w tym roku. Nauczeni doświadczeniem z piątku - jesteśmy po przyzwoitym śniadaniu i zaopatrzeni w wałówkę.

 

Odbieramy wejściówki na kolejny dzień i zaczynamy od mocnego, dokumentalnego uderzenia. „Obywatel K” – tytuł oczywiście stanowi odniesienie do klasyki, to film z założenia o Chodorkowskim, ale z efektu o Putinie, a może nawet całej historii Rosji po upadku ZSRR. Świetna realizacja, czytelna narracja powoduje, że to najlepszy antyputinowski film ostatnich lat (a było wiele nieudolnych prób). I nawet w miarę obiektywny, chociaż samego Putina nie oszczędza. Problem jedynie w tym że film trwa ponad dwie godziny, co na Festiwalu stanowi problem logistyczny.

 

Na zestaw filmów krótkometrażowych dla dzieci spóźniamy się więc trzy kwadranse. Ale litościwie wpuszczeni łapiemy się na trzy zabawne filmiki. „Lis i ptaszek” - o wychowaniu ptaszka przez lisa. „Daleko od domu” - o wyprawie w kosmos przyczepą kampingową. „Niedziela” - o pingwinie, który zapragnął kupić sobie lody, co też skończyło się w kosmosie. Jak to trafnie ujęło jedno dziecko – to musi być angielska kreskówka ….

 

Nareszcie mamy dłuższą przerwę na obiad. Ze zdziwieniem odnotowujemy brak restauracji na 5 piętrze Złotych Tarasów i schodzimy niże do wypróbowanego Pari Pari, gdzie za dwie stówki wcinamy porządny obiad. Na kolejny film ruszamy więc przynajmniej raz najedzeni.

 

Rosyjskiego filmu „Braterstwo” o opuszczeniu przez żołnierzy radzieckich Afganistanu pod względem propagandy nie powstydziłoby się przedwyborcze TVP. Według tej agitki Rosjanie byli podczas inwazji noszącej socjalizm prawdziwymi dżentelmenami, podczas gdy Afgańczycy wykorzystywali do zabijania nawet dzieci. Pod względem realizacyjnym było dużo lepiej, ale niesmak pozostał.

 

Kolejny film ze Skandynawii. „Aurora” to fiński komediodramat z ważnym dla Europy tematem asymilacji uchodźców. Nie było to wielkie kino, ale oglądało się z przyjemnością.

 

W przeciwieństwie do „Łaknienia”, który przede wszystkim szokował. Bohaterką jest żona bogatego faceta, która w trakcie ciąży cierpi na przypadłość połykania różnorakich, najczęściej niebezpiecznych przedmiotów. Momentami trudno było nie odrywać oczu od ekranu. Świetna główna rola, utrzymany klimat, intrygująca fabuła. Jeden z najciekawszych tegorocznych filmów, szkoda że raczej do dystrybucji nie wejdzie.

 

Na zakończenie dnia uczta wizualna. Najnowszy film Lecha Majewskiego, który przed seansem uprzedzał, żeby zbytnio nie przywiązywać się do fabuły. Podzielona na dziesięć czytelnych rozdziałów historia odnosząca się do indiańskiej ziemi, jest mało klarowna, pełna niepotrzebnie taniej symboliki. Natomiast wizualnie, muzycznie i montażowo – rewelacja. Zupełnie nie czuć ponad dwóch godzin. Tyle, że do domu wracamy blisko północy. Zmęczeni, ale ogólnie zadowoleni z tej filmowej soboty.

Dzień 3: Wybory

niedziela, 13 października 2019

Ta ostatnia niedziela. Zaczynamy od wizyty w lokalu wyborczym, a następnie jakiś uchodźca w Uberze wiezie nas na kolejny maraton filmowy. Pogoda piękna, aż szkoda w kinie przesiedzieć.

 

Rozpoczynamy od przeciętnego dokumentu „Ulica pustynna nr 143” o starszej kobiecie mieszkającej na środku pustyni. Ale że akurat obok jej domu, który jest przystanią dla spragnionych rozmowy i herbaty, budują trasę drogową jej dom otrzymuje tytułowy numer przy ulicy pustynnej. Monotonny, przegadany, ale mający pewien urok i klimat. Ciekawe poglądy kobieta ma na temat feminizmu. Niestety film ciągnie się zbyt długo i ze względu na kolejny seans musimy wcześniej wyjść. Ale raczej nic wielkiego nie tracimy.

 

Szybkie przejście w pięknym słoneczku do Multikina na film chiński „Wiosna przychodzi po zimie”, czyli ze względu na kraj jeden z faworytów Konkursu 1-2. Szczególnie, że opowiada ciekawą historię: faceta który znalazł przypadkowo pieniądze, ale oddał je nieodpowiedniej osobie. Wolne tempo, typowe dla kina azjatyckiego, jednak oglądało się z przyjemnością. Faktycznie może dostać jakieś nagrody. (o dziwo nie dostał).

 

Przerwa obiadowa. Ponownie odwiedzamy Pari Pari i ponownie wydajemy dwie stówy tocząc przy okazji wyborcze dyskusje.

 

Francuzi mają skłonność do filmów o życiu szkolnym. W zasadzie tytuł „Szkolne życie” wyczerpuje fabułę, która odnosi się do jednego roku z życia klasy bez wyraźnego profilu, czyli młodzieży raczej trudnej. Nie był to jakiś specjalnie zły film, ale do zapomnienia w kilka godzin.

 

Rozczarowała również następna produkcja – duńska „Rozstrojeni”. Opowiada ona o życiu więziennym. Zatrzymany zostaje znany biznesmen, który doprowadził do upadku swoją firmę. Ponieważ stratni są również bliscy więźniów musi on wybrać izolatki wykorzystywane przez zboczeńców i gwałcicieli. I to z nimi zaangażuje się w więzienny chór, który go bardziej zajmie niż sam proces. Trochę dziwny i nielogiczny film, chociaż przypomina znakomite skandynawskie produkcje z ostatnich lat.

 

Na przedostatni seans docieramy bardziej oczekując wieści z wyborczego bazarku niż chłonąc emocje filmowe. Irlandzka produkcja „Wiwarium” zaskakuje przede wszystkim pomysłem i scenariuszem. Jednak w czasach natłoku filmów netflixowych już nie robi takiego wrażenia jak kiedyś. Ale klimat ma. Stanowi również przestrogę przed kupowaniem niesprawdzonych mieszkań na zamkniętych i oddalonych od miasta osiedlach.

 

Miało być ciekawe zakończenie dnia – australijski film „Mistify: Michael Hutchence” o wokaliście znanej australijskiej grupy INXS, a była jedna z większych wtop. Możnaby pokazywać w sekcji jak nie należy robić muzycznych dokumentów. Dobrano chyba najbardziej amatorskie nagrania z życia wokalisty i jego kolejnych kochanek. Do tego gadającego głosy pojawiały się z offu sygnalizowane przez mało czytelne wzmianki – trudno było się zorientować kto mówi. Męczący, nie zawierający zbyt wiele muzyki, mało mówiący o tak fascynującym artyście. Już lepiej było obejrzeć wieczór wyborczy, albo mecz polskich piłkarzy. Jak na złość jeszcze mamy problem z zamówieniem Ubera i do domu wracamy metrem grupo po 23.

Dzień 4: muzycznie i tanecznie

Poniedziałek, 14 października 2019

Poniedziałek. Przed nami cały tydzień siedzenia w kinie. A pogoda piękna. Wybieramy samochód, który i tak oddajemy po dwóch filmach.

 

Początek w Kinotece na dokumencie „Lil’ Buck – on jest prawdziwym tancerzem” o facecie, który nawet wystąpił z Madonną. Niestety forma dokumentu monotonna i nawet tańca nie za wiele. Chociaż szacunek, że chłopak z Memphis się tak wybił.

 

Przechodzimy do zimnej czwórki na film z sekcji Wolny Duch „Stracone wakacje”. Jakbyśmy wiedzieli, że ten przeciętny komediodramat wygra tą sekcję to może byśmy się bardziej skoncentrowali. Inna sprawa, że zupełnie nie wiadomo dlaczego wygrał, bo nie miał poza kilkoma absurdalnymi scenami nic ciekawego do zaoferowania. Najwyraźniej ta sekcja zeszła w tym roku na psy, bo zawsze kilka perełek było. „Stracone wakacje” mają polską premierę kinową, ale trudno spodziewać się żeby kogoś zainteresowały. Dla przypomnienia rok temu w tej sekcji pokazywany był i wygrał porywający, odjechany, metalowy, norweski „Heavy Trip”.

 

Następnie mamy dłuższą przerwę, oddajemy samochód i już bez bezalkoholowego balastu udajemy się do Złotych. Film „Brylantowe stopy”. Tym razem o tancerce. Nie bardzo wiemy o co bohaterce chodzi, że jest taka zagubiona. Bardzo rzadko nam się to zdarza, ale odpuszczamy sobie wybierając dłuższą przerwę obiadową. Z wódeczką, co od razu zmienia percepcję dnia.

 

Po przerwie jakby jeszcze było mało muzycznych klimatów trafiamy na japoński film „Słuchaj Wszechświata” o cudownym dziecku pianina. Całkiem ciekawy obraz, z dobrymi scenami muzycznymi.

 

Ale ileż można. Kolejny film to tym razem o gruzińskim tancerzu „And Then We Danced”. Surowa produkcja, która na przykład Gosi się spodobała.

 

Na zakończenie oddech. Film o okresie świątecznym. „Echo”. Ale bynajmniej nie optymistyczny. Pozbawiony fabuły, zlepek pojedynczych scen, które jednak łączy komentarz do współczesnego świata. Klimat islandzki.

 

Filmowo dzień bardzo przeciętny. Ale takie też muszą być, żeby potem po lepszych wracać podekscytowanym do domu.

Dzień 5: półmetek po bałkańsku z polskim Procederem

Wtorek, 15 października 2019

Wtorek. Ładna pogoda się utrzymuje. A nas trzyma przy życiu świadomość, że to już półmetek, jak na razie średnio udanego filmowo, a przede wszystkim frekwencyjnie - festiwalu.

Jakoś w druga stronę Uber dobrze funkcjonuje: dojeżdżamy więc z kibicem Legii, z którym ucinamy sobie pogawędkę o wychowaniu kotów …

 

Rozpoczynamy dokumentem „Po Monachium” o tragicznych wydarzeniach w wiosce olimpijskiej wobec ekipy z Izraela. Chociaż minęło już 50 lat, jeszcze nie powstał dobry film na ten temat. Ten też jest zbyt osobisty i pomija kompleksowy obraz tych wydarzeń.

 

Lecimy z wywieszonym językiem do Multikina, bo tam film otwarcia. Trochę nietypowa pora, ale tak w tym roku to ułożono. „Bosy imperator” to satyra na obecną unię europejską, ruchy separatystyczne, wykorzystująca takie wydarzenie jak chociażby zamach w Sarajewie, który ponad 100 lat temu naruszył równowagę sił w Europie. Ciekawy, sarkastyczny obraz. Oby, dla UE, proroczy.

 

Chwila oddechu, którą wykorzystujemy na kebaba z lokalu który właśnie jest likwidowany. Kolejny film to chorwacki „Głos”. Ale tym razem nie o polityce, ani wojnie, a o tolerancji religijnej. Ciekawy i obiektywny, nie stojący po skrajnych stronach, jak to często bywa w produkcjach odnoszących się do religii. Może trochę brakowało wyrazistości i końcowego jednoznacznego przesłania –a le to skutek uboczny przyjętej formuły.

 

A jakby tak prezydentem Chorwacji był … Daniel Olbrychski … nic dziwnego że bohater filmu „Stan Wyjątkowy” śni o próbach samobójczych. Jeden z najciekawszych, a przede wszystkim najzabawniejszych filmów tegorocznego festiwalu. Ale podszyty poważnym tematem. Takich filmów bardzo brakowało. Po seansie jeszcze spotkanie: był reżyser, był ten aktor Daniel.

 

Na japoński „Bracia w burdelu” idziemy głównie ze względu na tytuł. Film jednak nie ma charakteru erotycznego, ani komediowego, a jest smutnym dramatem o prawdziwym obrazie wykorzystywania kobiet i mrocznych wydarzeń z przeszłości które ukształtowały bohaterów. Surowa forma i brak luzu.

 

Odważnie na koniec wybraliśmy bardzo długi film, trwający do północy. „Proceder” to historia polskiego rapera, który nie mógł wyrwać się z problemów z wymiarem sprawiedliwości. Świetna realizacja, zajmująca historia, dużo muzyki. Hicior, szkoda że ostatecznie nie został dostrzeżony przez jury. Rewelacyjna główna rola. Trafił do dystrybucji kinowej.

Dzień 6: KULT

Środa, 16 października 2019

Odzyskujemy samochód więc koniec chlania na festiwalu.

 

Na początek „Ostatnia amerykańska kolonia” – dokument o lekceważonym przez USA Puerto Rico. Trochę zbyt dużo jednostronnej propagandy, ale pewnie coś jest na rzeczy.

 

Kolejny dokument to największa wtopa festiwalu. „To się nie wydarzyło”. A jednak się wydarzyło, a twórcy zupełnie nie potrafią wykorzystać tego wydarzenia: historii porwania syna czeskiego prezydenta. Temat wręcz ekscytujący. Ale dokumenty trzeba dobrze skonstruować, a ten jest nudny i męczący.

 

Małą przerwą w dokumentalnej Kinotece stanowi film irański: „Tylko 6,5”, który do polskich kin wejdzie pod tytułem „30 gramów”, ale dopiero pół roku po festiwalu. Już pierwsza scena dynamicznego pościgu z zaskakujący finałem wynagradza dotychczasową nudę. Potem tempo trochę spada, ale tematyka policyjno-narkotykowa w kraju mało znanym z tego rodzaju problemów jest niewątpliwie ciekawa. Szkoda tylko że film jest rozwleczony i za długi, co jak zwykle na WFF powoduje problemy logistyczne.

 

Mamy mało czasu na kolejny seans w Kinotece, więc na jedzenie udajemy się do baru „Pod iglicą”, gdzie może jest mało wygodnie, ale za to szybko, tanio i o dziwo bardzo smacznie.

 

Wracamy do Kinoteki, na jakby nie było znowu – dokument. Ale tym razem jest to rarytas: najlepszy dokument na tegorocznym festiwalu (oczywiście nie zauważony przez jurorów) i jeden z najlepszych filmów. Osobisty film o zespole KULT – dużo muzyki, świetne wywiady z członkami zespołu, zwrócona uwaga na wiernych fanów. Film nie tylko dla miłośników muzyki tego zespołu, ale także lekcja jak należy kręcić ekscytujące dokumenty.

 

Dopiero na koniec przemieszczamy się na dwa filmy w Multikinie. Pierwszy z nich wybraliśmy raczej ze względu na tytuł: „Bracia w burdelu”. Japońska produkcja jest nad wyraz poważna i przygnębiająca, ale także monotonna w narracji stylem azjatyckim.

 

Na zakończenie dnia ciekawy, bo bardzo realistyczny, rosyjski dramat „Pewnego razu w Trubczewsku”. Tematyka rozpadu małżeńska jakoś bliska znanym nam z autopsji przypadkom. Poprawna narracja i wciągająca fabuła. W stylu rosyjskim, ale temat uniwersalny. No i zaletą tego filmu jest metraż, dzięki czemu wreszcie wracamy do domu o rozsądnej porze.

Dzień 7: Geneza "Obcego"

Czwartek, 17 października 2019

Czwartek. Dzień siódmy, czyli już z górki. Ze względu na ostatni seans filmu o produkcji kultowego Obcego zmieniamy harmonogram i zwyczaje - spędzając prawie cały dzień w Kinotece. 

Rozpoczynamy od dokumentu pod intrygującym tytułem „Nasza mała Polska”, który okazuje się filmem o … japońskich studentach. Ich ambicją jest nauczyć się języka polskiego. Najciekawsze w filmie są nawiązania do polskiej rzeczywistości. 

Po kilkuminutowej przerwie udaje się do mega zimnej "czwórki", gdzie czeka nas prawdziwa próba odporności na prawie dwugodzinnym filmie niemieckim: „Leif na żywo – Vol. 2”. Akcja toczy się jednego popołudnia w pubie. Jak się później okazuje to Wielki Czwartek, a właściciele zaplanowali koncert. Kameralność, dużo gadania i trochę absurdu. Zdecydowanie za długi, nie tylko ze względu na temperaturę.

W przerwie ruszamy na jedzenie do równie zimnego baru. Ale piwko, schabowy i pierogi poprawiają humor. 

Kolejny film: „Wysoki sądzie” – dobrze się zaczynamy, ale potem popada w zbyt odjechany absurd. Ciekawe czarnobiałe zdjęcia, jednak fabuła bardziej skłania do drzemki. 

Nie da się jednak spać na kolejnym filmie. „Na powierzchni” to mocny obraz o współczesnym niewolnictwie. Młody bohater trafia na łódź rybacką, gdzie pracownik wykorzystywany jest gorzej niż zwierzę. Mocny obraz, chociaż oszczędny w słowach. Atmosferę buduje dźwięk i ciekawe ujęcia. 

Prze oczekiwanym filmem o Obcym mamy jeszcze dłuższą przerwę. Udajemy się więc ponownie do baru Pod iglicą na fasolkę po bretońsku, kiełbaskę i placki ziemniaczane. I oczywiście piwko. 

Dokument o kręceniu jednego z najbardziej kultowych filmów w historii kina: „Wspomnienia: „Geneza Obcego”” spełnia nasze oczekiwania, chociaż po obfitym obiedzie i ogólnym zmęczeniu trochę się przysypia. To ciekawa próba wyjaśnienia fenomenu tego ponadczasowego thrillera science-fiction. 

Żeby tradycji stało się zadość, chociaż można było zaryzykować cały dzień w Kinotece, przenosimy się na ostatni film do Multikino. Tam spotykamy naszego przyjaciela, które tegoroczny Festiwal ograniczył na minimum, ale skusiła go wizja słynnego „Malowanego ptaka”. Tyle, że coś mu się pomyliło i przyszedł … dobę za wcześnie. Wybrał się więc z pewnym ociąganiem na „Bracia w burdelu”. A „Malowany ptak” zdominuje dzień kolejny. 

My natomiast trafiamy na produkcję ukraińską „Atlantydę”, która w konwencji kina minimalistycznego porusza z futurystycznej perspektywy problemy wojenne narodu ukraińskiego. Stosunkowo trudny film na koniec dnia, ale ma swój klimat. 

Wracamy w miarę wcześnie i szykujemy siły na piątkowy maraton.

Dzień 8: Malowany Ptak

Piątek, 18 października 2019

To był dzień jednego filmu, który ze względu na lukratywny pokaz ogniskował zainteresowanie.

 

Rozpoczęło się jednak bardzo dobrze od najlepszego na tegorocznym festiwalu dokumentu: „Ważniejsza od królów”. Historia żony byłego dyktatora Filipin została przedstawiona w sposób ciekawy, ale także - co rzadkie w dokumentach - obiektywny. Przy okazji wiele postaci światowej polityki z ubiegłego wieku.

 

Niestety kolejna produkcja z Australii „Mam to we krwi” utożsamiała wady dokumentów. Mało wciągająca historia o aborygenach. To już któryś z kolei film o tej tematyce, który jest śmiertelnie nudny. A przecież konspekt społeczny ma potencjał filmowy.

 

Większe nadzieje można było wiązać z meksykańskim filmem „Złodzieje benzyny”. Niestety także tutaj narracja i budowanie napięcia pozostawiało wiele do życzenia.

 

Przeprowadzka do Multikina i bardzo ciekawa produkcja animowana dla dorosłych, o zdradzającym fabułę tytule „Zgubiłem swoje ciało”. Film zyskał później dużą popularność na jednej z popularnych platform VOD, ale niestety do kinowej dystrybucji się nie załapał.

 

Problem reglamentacji urodzin w Chinach to główny motyw ciekawego i bardzo dobrze przyjętego filmu „Balon”. Monotonny w azjatyckim stylu, ale piękny wizualnie i w sumie pozytywny w odbiorze.

 

No i na koniec wisienka na torcie dnia, i całego festiwalu. Majestatyczna adaptacja kontrowersyjnej powieści Kosińskiego. Film, który finalnie nie został doceniony. Nawet nie wszedł do kin. Jak ktoś nie załapał się na WFF to miał problem żeby w ogóle obejrzeć. Prawie cztery godziny spędzone na największej sali Multikina to najważniejsze wydarzenie tegorocznego Festiwalu. Oczywiście jeszcze konfrontacyjna rozmowa z reżyserem. Szkoda tych napięć, bo film akurat odbiega od tematyki politycznej rewitalizując problematykę wojenną i koszmar przeżyć jednostki – młodego chłopaka. Opinie odnośnie wartości artystyczne może były podzielone, zarówno zachwyty, jak i krytyka. Często niestety kontrowersyjna tematyka wpływa także na ocenę walorów artystycznych. Co w tym przypadku niesprawiedliwie trochę obniżyło wartość tego dzieła przez wielkie D.

Dzień 9: Ech, te dziewczyny

Sobota, 19 października 2019

Może to kwestia przesytu i zmęczenia, ale wydaje się że przedostatni dzień festiwalu jest zawsze najsłabszy. I tak właśnie było tym razem.

 

Na początek dwa słabe, ale także nie wykorzystujące potencjału - dokumenty. No bo jak można zanudzić widza filmem o genialnym reżyserze Tarkowskim – włoska produkcja „Dar”, czy o psychodelicznym zespole rockowym – czeska produkcja „Zamierzamy spowodować chaos”. Kino dokumentalne to jednak wyzwanie.

 

Dużo lepiej jest po przenosinach do Multikina. Ciekawy rumuński obraz „5 minut za późno” oraz ukraińskie kino wojenne z ostatniego konfliktu z Rosją „U311 Czerkasy”.

 

Kolejny film to jedno z większych rozczarowań. Chaotyczne narracyjnie „Port authority” – ponownie w klimacie tańca i LGTB.

 

Na zakończenie na szczęście przyzwoite i zabawne, muzyczne, pełne feminizmu ale takiego pozytywnego, francuskie „Ech, te dziewczyny”. Dużo dobrej muzyki i fajny przegląd piosenkarek.

 

Przedostatni dzień festiwalu to także coroczne zdziwienie i rozczarowaniem decyzjami jury, które rzadko kiedy pokrywają się z naszym gustem. Ale za to na niedziele pozostają seanse filmów odrzuconych w selekcji, a wyróżnianych przez „fachowców”.

Dzień 10 – Talasoterapia

20 października 2019

Uff, dziesiąty dzień maratonu filmowego. W tym roku pełna dawka 60 filmów, no może oprócz jednego opuszczonego w specyficznym momencie. Zmęczenie wynika także z tego, że to chyba najsłabsza, a na pewno najbardziej rozczarowująca frekwencyjnie - edycja.

 

Czarę słabych dokumentów na pierwszy film dnia dopełnił japoński „Słowa tam nie dotrą” o muzyku grającym na tradycyjnym japońskim flecie. Nudy.

 

Kolejny film rodem z Ameryki Południowej to argentyński „Magali” o pracownicy szpitala. Bardzo specyficzna fabuła i monotonna narracja, jak to w kinie południowoamerykańskim.

 

Zgodnie z coroczną tradycją nie może zabraknąć wizyty na familijnym weekendzie. Całkiem ciekawa i egzotyczna (Bałkany + Luksemburg + Norwegia) koprodukcja o infantylnym tytule „Mój dziadek jest kosmitą”. Niegłupia fabuła, dopracowana scenografia i kostiumy. Może nawet bardziej dla dorosłych niż dla dzieci.

 

Bułgarska „Siostra” to typowy dla kina tego kraju dramat rodzinny. Dziwi jedynie, że zdolna reżyserka wraca po swoim debiucie dopiero po 4 latach. Może w Bułgarii nie tak łatwo robić kino fabularne.

 

Zwycięzca tegorocznego festiwalu – gruziński „Shindisi” to kino wojenne, ale kameralne, ukierunkowane na cierpienie jednostki. Przemyślane, dobrze skomponowane sceny. No i antyrosyjskie nastawienie, co ostatnio w środowisku filmowym pomaga w zdobywaniu nagród. Bywały w latach poprzednich lepsze filmy jako laureaci Grand Prix, ale bywały też dużo gorsze.

 

Na zakończenie produkcja zamknięcia: francuski „Talasoterapia” z gwiazdorską aktorsko-pisarską obsada. I właśnie takich zakręconych filmów, z nutką specyficznego poczucia humoru na tegorocznym WFF festiwalu brakowało. Co kontestujemy ze zmęczeniem, ale i z poczuciem spełnienia dziesięciodniowego, filmowego wyzwania.

Please reload