Nasze żony

26 marca godz. 19.00

Może trochę nietypowy, jak na Syrenę, kameralny spektakl oparty na dialogach i kreacjach trzech aktorów.

 

Przyjaciele: lekarz i radiolog czekają na trzeciego – właściciela salonów fryzjerskich umilając sobie czas na męskich plotkach, głównie o problemach w związkach z kobietami. Wiadomość, którą przyniesie trzeci przyjaciel zepsuje im cały wieczór. Nie będzie grania w karty i zajadania się pizzą. Zaistniała sytuacja będzie testem na przyjaźń, a także pretekstem do wzajemnych pretensji i wypominania sobie zdarzeń z przeszłości. Ale najważniejsze będą decyzje, które należy podjąć niezwłocznie. Dylematy przed którymi staną bohaterowie zmuszają ich do przeorientowania wielu swoich postaw, a muszą dokonać tego w trakcie jednej nocy.

 

Nasze żony” mają bardzo ciekawą fabułę, z kilkoma zaskakującymi zwrotami akcji podtrzymującymi odpowiednie tempo spektaklu. Całość ma klimat komediodramatyczny, aczkolwiek problemy bohaterów do zabawnych nie należą. Sprawne dialogi i znakomite aktorstwo pozwalają jednak śledzić z zainteresowaniem i cieniem rozbawienia słowne potyczki.

To spektakl oparty na znakomitych aktorstwie, które prezentują Jerzy Radziwiłowicz z Wojciechem Malajkatem, a po przybyciu tego trzeciego z Wojciechem Pszoniakiem. Do i tak znakomitego tekstu dodają jeszcze swoje gesty i miny mówiące często więcej niż można usłyszeć z ich wypowiedzi.

 

Wojciech Pszoniak również reżyseruje to przedstawienie oparte na tekście francuskiego dramaturgopisarza Érica Assousa. Sztuka dzięki znakomitej kompozycji zyskała wielką popularność w Francji, została także przeniesiona na ekran kinowy.

Co prawda sama akcja nie wymaga specjalnej scenografii, ale w Teatrze Syrena także o nią zadbano. Sama scena jest zrekonstruowana tak, że częściowo wchodzi na widownie, co przybliża aktorów publiczności. W tle widok dużego miasta nocą z dostrzegalnymi ruchami, przemieszczeniami, zmianami nasilenia barwy. Jest to może mniej dostrzegalne z tylnych rzędów, ale sprawia wrażenie, że również w tle coś ciekawego się dzieje.

Pszoniak w ciekawy sposób naigrywa się również z telefonów komórkowych, które pomimo komunikatów przed spektaklem jakże często przeszkadzają aktorom. Tym razem przeszkadzać muszą celową, a właśnie połączenie telefoniczne jest jednym ze zwrotów akcji.

 

Nasze żony” w Teatrze Syrena to propozycja zarówno do widzów poszukujących w teatrze głębszych treści, jak i tych dla których wizyta w teatrze to głównie rozrywka. I jedni i drudzy docenią kunszt aktorski, który jest wyznacznikiem tej bardzo ciekawej, nawet jeżeli nietypowej dla sceny przy Litewskiej propozycji na teatralny wieczór.

Dogville

Powrót Krukównej, urocza Smołowik

Dostaliśmy z Teatru Syrena zaproszenie na pokaz prasowy - stąd dużo zdjęć TUTAJ, a potem dostaliśmy na pokaz przedpremierowy.

Może jeszcze trochę niedopracowane, ale pomysł na wystawienie świetny. W końcu to bardzo teatralny film. W dodaktu na czasie - o niechęci małej społeczności do uciekającej ze swojego świata obcej osoby.

Świetna jest przede wszystkim muzyka.

Wraca w wielkim stylu Krukówna - ostatnio mało obecna.

Anna Smołowik lata w kusej sukiencce.

Frankenstein

Majstersztyk Bogusława Lindy

Frankenstein” w teatrze? Nie pasuje? A dlaczego?

Boguś Linda jako reżyser? Nie pasuje? A dlaczego?

 

W Syrenie marcowa premiera miesiąca. Dziwi trochę brak kompletu na widowni (co prawda środek tygodnia), ale przecież ten teatr znakomicie się reklamuje.

 

W trakcie spektaklu miałem nieodparte wrażenie, że siedzę w kinie. Znakomity dźwięk, muzyka, mocne sceny, zdjęcia w tle, momentami nawet można określić rozwiązania sceniczne jako efekty specjalne. Przedstawienie jest momentami brutalne, erotyczne - ale w brzydkim wyrazie ukazania ludzkiego ciała (poród, gwałt). Dobrze się to ogląda, ale treść trochę umyka.

 

Ale im dłużej mija od spektaklu tym bardziej słowa i wydarzenia ze sceny przychodzą na myśl. Tak naprawdę rozważania Potwora stworzonego przez Frankensteina są niezwykle odkrywcze. Czyż ludzie też nie czują się opuszczeni przez swojego Stwórcy. Czy oni też nie szukają szczęścia, partnerki, nie zastanawiają się nad sensem istnienia?

 

Świetne przedstawienie: warto uważnie chłonąc i wydarzenia i słowa. A niby frankenstein niesceniczny, a niby znany, a tutaj taka niespodzianka. Brawo Linda, kurwa!

Zdjęcie ze strony internetowej Teatru Syrena

Czarodziejska Góra

Aktorska klęska

Na 70-te urodziny Teatr Syrena porwał się na kanon światowej literatury – Czarodziejską Górę Tomasza Manna. Za reżyserię jak przystało na urodzinowe przedstawienie zabrał się sam dyrektor Syreny - Wojciech Malajkat, który za czasów swoich rządów słynie z odważnych decyzji i różnorodnego repertuaru.

Syrena znana wcześniej raczej z lekkiego repertuaru komediowo-muzycznego stała się teatrem interpretującym również mocno poważne i kontrowersyjne sztuki (np. Skaza).

 

Niestety "Czarodziejska Góra" okazuje się klęską na całej linii. Co prawda są opinie że jest utworem niemożliwym do przeniesienia na teatralne deski, ale jak już Pan Dyrektor podjął się tego przedsięwzięcia, to nie ma go co oszczędzać. Malajkat nie ma żadnego pomysłu na interpretację trudnego i męczącego tekstu Manna. Scenografia jest uboga i stała, aktorzy wygłaszają kwestię jakby czytali książkę, interakcje są sztuczne, a dobór aktorów dokonany na siłę – chyba tylko żeby wpleść na plakat gwiazdy. Widza budzi się głośnymi wystrzałami (jakaś mania ostatnio w teatrze) i brzydką nagością. W efekcie trzygodzinny spektakl, pomimo dwóch krótkich antraktów (przy okazji uwaga do Teatru Syrena – wypicie kawy czy bardzo dobrej zimowej herbaty przy tak krótkiej przerwie jest trudne, a poganianie bileterek zbyt stresujące – dajcie ludziom trochę luzu przy wieczornej bądź co bądź rozrywce), jest masakrycznie męczące i chyba tylko najwięksi fani literatury Manna są w stanie chłonąć wszystkie wygłaszane ze sceny teksty.

 

Ale nie reżyseria Malajkata jest największą porażką „syreńskiej” Czarodziejskiej Góry. Jest nim diametralna dysproporcja formy aktorskiej. I o dziwo na ujemnym biegunie znajdują się aktorzy o uznanej renomie. Przez pierwsze dwa akty męczy samą obecnością na scenie Maria Seweryn, która nie podjęła żadnej próby budowy swojej postaci: gra jakby połknęła kij, sztywno recytując swoje kwestie. Na pozycji lidera aktorskiej niekompetencji wymienia ją w trzecim akcie Daniel Olbrychski, któremu rola Peeperkorn’a chyba pomyliła się z Andrzejem Kmicicem. Aż trudno uwierzyć że aktor z takim doświadczeniem może zagrać tak irytująco – nawet jakby sztuka była dobrze zrobiona to on by ją położył tym żenującym trzecim aktem.

Na drugim biegunie jest przede wszystkim Mariusz Drężek, który swoją „purpurową” rolę Lodovico Setterbrini gra brawurowo ale jakże odmiennie od nadekspresyjnego Olbrychskiego. Świetny jest też Przemysław Bluszcz i właśnie sceny z jego udziałem pozwalają wgryźć się w tekst Manna, chociażby scena prześwietlania płuc i uwagi o tym ze śmierć jest mocno przereklamowana. Toczącą się ze sceny nudy urozmaica również Iwo Pawłowski w roli karłowatej siostry przełożonej. Na przyzwoitym poziomie gra także Ola Justa. Ale niestety to nie wystarcza żeby zachęcać do wizyty w Syrenie.

 

Z całego spektaklu interesującym rozwiązaniem - poza kilkoma scenami z Drężkiem i Bluszczem – jest jedynie ostatnie 10 sekund, gdzie narastający hałas przypomina zakończenie płyty „Pornography” zespołu The Cure. Pozostałe 170 minut lepiej pominąć milczeniem. Krytyczna ocena Czarodziejskiej Góry jest spójna z reakcją widzów. Po popremierowych pełnych salach zostało wspomnienie, i już teraz i tak mała widownia Teatru Syrena jest mocno przerzedzona. A brawa po spektaklu są raczej w stylu powiedzenia Emiliana Kamińskiego „do kawiarenki rzucili pączki”.

fot. K. Bieliński ze strony Teatru Syrena

Waglewski Fisz Emade

Rock w Syrenie

W ramach Syrena Music mało teatralny występ członków popularnego zespołu Voo Voo. Na scenie wystąpiło trio Waglewski Fisz Emade.

 

Mimo że gitarowe brzmienie trochę dziwnie komponowało się z Teatrem Syrena, to jednak wypełniona do ostatniego miejsca publiczność z ogromną przyjemnością chłonęła blisko dwugodzinny występ.

 

Koncert był profesjonalnie przygotowany z odpowiednim naświetleniem, scenariuszem i aranżacją. W odróżnieniu od koncertów można było dokładnie zobaczyć mistrzostwo muzyczne, świetną technikę, a wszystko z bliska – na wyciągnięcie ręki.

 

ZDJĘCIA

Magda Navarrete + Caravana Banda

23 stycznia 2016

Seria Syrena Music – mniej więcej raz na tydzień prezentowana na Litewskiej to próba przeniesienia eksperymentów muzycznych do teatru.

 

W sobotę 22 stycznia na deskach teatru wystąpiła Magda Navarrete z polsko-czeskim zespołem Caravana Banda.

Zaczyna się po bałkańsku, ale potem są także piosenki hiszpańskie, arabskie, kurpiowskie oraz świetne stepowanie Magdy.

 

Ale największy czad jest po spektaklu jak do wychodzącej z teatru widowni jeszcze raz wychodzi zespół i bawi się w foyer.

 

Recenzja TUTAJ

Please reload