PAPU

U cioci na imieninach

Ze względu na logistykę, na sobotni imieninowy obiad wybieramy lokal na Mokotowie. Niewidoczny z ulicy Niepodległości, z dobrymi miejscami do zaparkowania.

 

Z zewnątrz niepozorny, wewnątrz wygląda bardzo ładnie, w staropolskim wystroju. Duże stoły, wygodne siedziska. Obsługa niezwykle sympatyczna. Ludzi mało, nie wiadomo czy ze względu na kolejną falę COVID, czy po prostu to miejsce tak ma.

 

Jest to lokal przystosowany raczej pod oficjalne przyjęcia: komunie, rocznice, chrzty. Nawet coś musiało się także odbywać sądząc po strojach przychodzących do toalety gości. Nasz stolik w kącie, praktycznie bez widoku na innych – więc nikt nam nie przeszkadzał.

 

Kelnerka na dzień dobry proponuję nam kurki, których nie ma w karcie. Zamawiamy dwie porcje na maśle. Pyszne. Na gorąco, ze świeżutką bułeczką. Dostajemy również na przystawkę chlebek z serkiem, który jest smakowity, ale biorąc pod uwagę kolejne dania jego spożywanie mało rozsądne.

 

Panie zamawiają wino domowe, a kierowca - sok z grejpfruta. Na zupkę eksperyment: cytrynowa. Podana z grzybami mun, krewetką i kawałkami kurczaka potwierdza kunszt tutejszego kucharza.

 

Drugie danie to już pełny wypas. Schabowy z mizerią i opiekanymi ziemniakami – standard. Ale żeberko na gotowanych warzywach to prawdziwy majstersztyk. W dodatku świeżutkie i ciepłe nawet po 20 minutach jedzenia. Problem w tym że porcja jest ogromna, i ledwo jemy po połowie. Reszta starczyła jeszcze na poniedziałkowy obiad.

 

Panie dopychają się jeszcze skromnym deserem. Jedyna niemiła niespodzianka to rachunek. Mimo luksusowego wystroju zanosiło się raczej na umiarkowany budżet, a tym czasem 500 zł na trzy osoby odpowiada co prawda jakości i obsłudze, ale zawsze boli.

 

Spędzamy w tym miłym, zacisznym miejscu, z rewelacyjną kuchnią ponad trzy godziny. To nie są zwykłe smaki: widać że kucharz lubi eksperymenty, nie dziwią więc wywieszone na ścianach nagrody kulinarne. Idealne miejsce na uroczystości, ale także na weekendowy dobry obiad. Kto bogatemu zabroni?

Sphinx

Promenada

Dużo się zmieniło po rozbudowie i remoncie w Promenadzie na Ostrobramskiej. Niestety także w okolicy nas najbardziej interesującej, czyli przy Cinema City. Większość punktów gastronomicznych została przeniesiona gdzieś dalej, co w krótkich przerwach międzyfilmowych stanowi pewną niedogodność. W pobliżu zlokalizowano jedynie starego dobrego Sphinxa i sushi. Czyli generalnie pozostaje Sphinx, który już zawsze będzie się kojarzył z tekstem szkolnego przyjaciela: „specjalnie dają dużo sosów żeby zabić smak tego jedzenia …”.

 

Niezrażeni jednak tę skądinąd zarówno dowcipną jak i trafną uwagą tam zagospodarowaliśmy godzinę w niedzielne popołudnie, które przerodzi się w tragiczne wieczorne wydarzenia wośpowe w Gdańsku. Ale kto mógł się spodziewać, że tak źle zapisze się data 13 stycznia 2019?

 

Wracając do wątku restauracyjnego. Obsługa sprawna: szybko dostaliśmy kartę i przyszedł człowiek zebrać zamówienie. Bierzemy cebulową, polędwiczki w sosie grzybowym i shoarmę de lux. Shoarma, która jest bardzo smaczna w lokalu przy Alejach Jerozolimskich - tym razem rozczarowuje. Polędwiczki lepsze, chociaż niestety trochę za zimne. Niewiele nam rekompensuje fakt, że podane w miarę szybko. Cebulowa z tego wszystkiego najlepsza. Szalejemy z napojami: pyszne herbatki zimowe rozgrzewające: malinowa i hibiskusowa, do tego jeszcze szklanka pepsi. Kiepski pomysł przed ponad dwugodzinnym filmem.

 

Zbyt długo czekamy na rachunek, może kelner wyczuł że nie mamy ochotę nagradzać go napiwkiem. Nie żeby było bardzo źle, ale brakuje drobnych, które amatorzy Orkiestry wrzucili Owsiakowi.

 

Za obiad płacimy 115,47 czyli sporawo.

Białowieża

Parkowa kontra Pod Żubrem

Sierpniowy wyjazd do Bociek (ojcowizna) przedłużamy weekendowo na Białowieżę. Lądujemy  na miejscu w deszczową sobotę, zupełnie nieprzygotowani: bez planu, bez noclegów, bez pomysłu. Po przejechaniu całej miejscowości parkujemy przy bocznym wejściu do Parku i udajemy się czym prędzej do dużego budynku w celach ubikacyjnych. Jak się okazuje w Restauracji Parkowej spędzimy gro całego wyjazdu …

 

Po załatwieniu podstawowych potrzeb przystępujemy do konsumpcji, bo cały dzień w drodze mocno nas wymęczył. Nie przejmując się brakiem noclegu i perspektyw na resztę weekendu skupiamy się na wyszukiwaniu miejscowych specjałów. Pierwszym odkryciem jest napój o nazwie pigwoniada podawany w butelkach ze słomką za 10 zł. Niestety jest już tylko kwaśna, ale i tak pozostanie hitem wyjazdu. Pogoda nie dopisuje, więc w knajpie pustawo, po wystroju widać jednak że jest to miejsce przyzwoite.

 

Zamawiamy więc wspomnianą pigwoniadę, kawkę, a do jedzenia: placki ziemniaczane z sosem grzybowym i pierogi z dziczyzną. Dania szybko i ładnie podane, smaczne, w odpowiedniej wielkości. Gosia jest zachwycona, bierze jeszcze deser i czerwone wino. Mnie trochę słabiej podeszło smakowo, pewnie dlatego że nie gustuję w kuchni białoruskiej. Wielce tanio nie było – bo ledwo w stówce się zmieściliśmy.

 

Posiedzieliśmy trochę i postanowiliśmy pójść ogarniać nocleg. Z głupia frant zajrzeliśmy zorientować się do pokojów gościnnych oferowanych tuż przy restauracji w ramach Białowieskiego Parku Narodowego. Cena okazała się bardzo zachęcająca i były jeszcze wolne miejsca – o dziwo bo na tym całym booking.com zostały w Białowieży ledwo dwa pokoje i to w dużo droższych cenach.

 

Pewnym problemem był dojazd na parking, ale jakoś się udało i ostatecznie pozostaliśmy na całą noc w tym przybytku zlokalizowanym w centralnej części Parku. Pokoje bez wygód, brak telewizora, aneks kuchenny (niestety bez herbaty, więc musieliśmy przeżyć na wodzie mineralnej), słabe wi-fi. Ale jak na taką cenę całkiem przyjemnie. Przede wszystkim niezwykła cisza, tam nawet w restauracji ludzie rozmawiają szeptem. Sam pokój też całkiem spoko: miękkie łóżka, sprawny prysznic.

 

Wieczorem zagłębiliśmy się w czeluścią internetu, więc już do Parkowej na nocne drinkowanie nie poszliśmy. W sumie ten internet to jedno z największych zagrożeń Białowieży. Istnieje bowiem ryzyko przejęcia przez sieć białoruską, co Gosię ostatnio kosztowało kilkaset złotych. Sporo czasu więc kombinujemy jak tutaj powyłączać transmisje danych i roaming, aby się przed tym ustrzec. A i tak nie mamy pewności, czy nie przyjdą nam horrendalne rachunki za telefon.

 

Wyspaliśmy się porządnie, jak się później okazało za długo, cisza bowiem do tego sprzyjała. Z braku własnego wyposażenia - po kawkę i herbatę wyskoczyłem do Parkowej wydając przy okazji kolejne 15 zł. Nim się zebraliśmy z pokoju minęła godzina 11.00 i jak się okazuje - nie było już dań śniadaniowych, a menu kusiło kiełbaską z cebulką za 20 zł. Pomiędzy 11 a 12 były tylko zupy. I w sumie na dobre wyszło, bo zjedliśmy dwie wspaniałe: soliankę i opieńkową. Pyszne. Gosia jeszcze walnęła sobie na dzień dobry kieliszek palonego samogonu o mocy 52%, a ja przypomniałem sobie o istnieniu litewskiego kwasu chlebowego podawanego w szklaneczce niczym piwo. Zapłaciliśmy tym razem 42 zł i wybraliśmy się w końcu na jakiś spacer.

 

Po trzygodzinnej wędrówce, w czasie której obeszliśmy cały park, a nawet doszliśmy do Rezerwatu wróciliśmy w to samo miejsce i po raz trzeci wpadliśmy do Parkowej. Tym razem Gosia wzięła bezę (bez rewelacji) i kolejną wódeczkę, a jak rozkoszowałem się pigwoniadą. Znowu wydaliśmy 42 zł.

Ponieważ celem naszego wyjazdu były karczochy, a tych akurat w Parkowej nie było – wyruszyliśmy w „miasto” (Białowieża nie ma praw miejskich).

 

Mieliśmy już zlokalizowany bar, gdzie były karczochy, ale na miejscu zrobił na nas kiepskie wrażenie. Poszliśmy więc dalej do obleganej knajpy z napisami cyrylicą, tylko że tam czekało się na danie prawie godzinę, więc też zrezygnowaliśmy. Ostatecznie wylądowaliśmy w największej knajpie przy głównym parkingu Gospoda Pod Żubrem – gdzie oczywiście karczochy się skończyły. Jak pech to pech, nie dane nam było zrealizować tego celu wyjazdu. Zamawiamy więc babkę ziemniaczaną oraz pieczeń z jelenia z kopytkami. Oczekując na zamówienie podziwiamy koszmarnie ubraną panienkę, która chciała się chyba przypodobać na randce, a nie bardzo miała do tego warunki. Gosia sączy kolejną nalewkę, a ja rozkoszuje się wodą z brzozy. Jedzenie podane sprawnie (chociaż nie tak elegancko jak w Parkowej), dobrze bo już byliśmy głodni. Babka znakomita, ale dla mnie największym odkryciem jest mięso z jelenia. Pyszne. Różnimy się jedynie w ocenie kopytek, dla mnie super, dla Gosi nie specjalnie. Ogólnie Gosia pozostała fanem Parkowej, dla mnie natomiast „Pod Żubrem” było lepsze. Płacimy 84 zł – ceny są o kilka procent niższe – pigwoniada kosztuje złotówkę mniej.

 

Wracamy do samochodu obiecując sobie jeszcze postój po drodze na karczochy, ale knajpa w Hajnówce zamyka nam wrota przed nosem. Za to zajeżdżamy na jedyną stacje benzynową w Białowieży, gdzie pomimo handlowej niedzieli kupujemy wszystko o czym marzymy: czyli Gosia samogon palony (dużo taniej niż w knajpie), a ja solidny zapas kwasu chlebowego. Co prawda kosztuje nas to blisko dwie stówy, ale wiadomo że na piciu się nie oszczędza. Ogólnie na konsumpcję wydaliśmy 500 zł, a na nocleg i inne atrakcje ledwie 150 zł. Typowa struktura wydatków na naszych wyjazdach.

 

Zadowoleni, acz zmęczeni wracamy do stolicy, a smak kwasu chlebowego i palonego samogonu będzie nam przypominał ten pobyt. Który nie wykluczone, że jeszcze powtórzymy będąc już zaznajomionym z białowieskimi klimatami.

Angelika

U cioci na Imieninach

Lipcowe Anny to idealna okazja aby po wizycie w Radości udać się na obiadek. Tylko że zwyczajowe miejsce, czyli „Pod kominkiem” trochę nam zbrzydło, a poza tym kojarzy się z niemiłymi uroczystościami. Znalazłem więc niepozorną knajpkę o wdzięcznej nazwie Angelika. Która okazał się strzałem w dziesiątkę.

 

Okolica domków jednorodzinnych, ładny wystrój wnętrza, obszerny ogródek. Niemiłosiernie gorąca sobota sprawia, ze wybieramy jednak klimatyzowaną salę. Klientów jeszcze zbyt dużo nie ma, ale widać że szykowane są już dwie duże imprezy na wieczór. Obsługa bardzo miła i przyjazna.

 

Angelika oferuje zarówno normalne jedzenie obiadowe, jak i pizzę. Decydujemy się jednak na to pierwsze. Ja już wcześniej wybrałem kaczkę w pomarańczach, solenizantka wzięła placek po zbójnicku, a Gosia tradycyjnego schabowego – nie było problemu z zamianą ziemniaków na frytki.

Kaczka rewelacyjna, plasterki pomarańczy dodawały smaku, do tego żurawina i jabłka. Schabowy też bardzo dobry, podany z mizerią. Największy był chyba placek, dość nietypowy, bo opiekany żółtym serem. Smaczne, trochę za dużo.

 

Zamówiliśmy sobie też trochę alkoholu, bardzo smaczne wino hiszpańskie, przy którym wynikła rozmowa o klasyfikacje – a to bardzo dobre, czerwone wino wytrawne.

 

Przesiedzieliśmy w tej Angelice ponad dwie godziny, powoli się zapełniało. Zrezygnowaliśmy z deseru, bo wybraliśmy lody w Miedzeszynie.

 

Knajpa bardzo sympatyczna, z dobrym jedzeniem i stosunkowo tania. Zapowiedzieliśmy się na kolejną wizytę, w trakcie której będziemy testować pizzę.

Restauracja u Sióstr

Kuchnia ukraińska = dwie zupy

Ukraińska restauracja na Złotej tuż przy PKO BP. Odwiedziłem przy okazji wizyty u doradcy bankowego. Wystrój typowo ukraiński, czyli kolorowy, ale i ubogi. Obsługa również ukraińska – młode, miłe, ale z jakimś dystansem - panienki.

 

Specjalnie głodny nie byłem więc wziąłem solankę oraz galuszki kozackie. Te drugie okazały się daniem w rosole, czyli defacto wszamałem dwie zupy. Ale objadłem się na maksa. Do tego kwas chlebowy – bardzo specyficzny, ale dobry.

 

Koszt 46,91 zł. Czyli nie tak mało jak za dwie zupy i szklankę kwasu. Miejsce ciekawe, ale dla amatorów. Kuchnia ukraińska mało kogo porywa.

Zamek w Czersku

Na zamku podczas burzy

Korzystając z ładnej pogody wybraliśmy się do Zamku w Czersku. Byliśmy tam już raz, kilka lat temu, i niemile wspominamy wizytę w restauracji, jedynej zresztą, na rynku. Tym razem skorzystaliśmy więc z cateringu, który znajdował się w drewnianej budzie na zamku.

 

Sprzedawca mocno zakręcony, jak przystało na potomka rycerza nie sprawiał dobrego wrażenia. Na początku rozczarował brakiem kwasu chlebowego, za to sprzedał nam piwo za 10 zł, które albo było bezalkoholowe, albo było właśnie kwasem chlebowym. W każdym razie alkoholu się nie wyczuwało, ale skasował jak za piwo.

 

Z zamawianiem jedzenia trochę się ociągaliśmy, w końcu uprzedziła nas liczna wycieczka. Spowodowało to zamieszanie, i również z mojego powodu, Gosia zamiast wątróbki dostała kaszankę, która jednak jej bardzo posmakowała. Moje żeberka były kiepskie, może dlatego że szybko wystygły. Bo jeszcze tuż przed naszą konsumpcją przyszła wielka burza z gradobiciem. Ale ogólnie sobie podjedliśmy za jedyne 40 zł (żeberka, kaszanka/wątróbka, trzy pierogi, lemoniada), przeczekaliśmy deszcz, i wróciliśmy najedzeni do Warszawy na Avengers w IMAXie. A jeszcze po drodze podjechaliśmy nad Wisłę, która sobie płynie tuż koło Czerska..

Lalka

Centrum Handlowe Arkadia

Dłuższa przerwa pomiędzy filmami („Dorwać Gunthera” a „Życzenie śmierci”) w Arkadii pożytkujemy na wizytę w naleśnikarni - filii lokalu zlokalizowanego przy alei Lecha Kaczyńskiego opodal Kina Luna. Tam jest o wiele lepiej, chociażby dlatego że jest alkohol. A w Arkadii nie mają, (może nie mogą mieć?), pewnie kwestia koncesji.

 

Zamawiamy jak zwykle za dużo: żurek plus dwa naleśniki: bolognese i burritp, do tego z braku wina – herbatę zimową i wodę. Jedzenie bardzo smaczne (pół naleśnika jeszcze służy nam na niedzielne śniadanie), obsługa miła – szkoda że nie mieliśmy drobnych na napiwek.

 

Cena, jak na taką wyżerkę, przystępna.

Truskaw

grill przy Kampinosie

Słoneczna sobota przez długim, tygodniowym weekendem. Poranek spędzamy w Warszawie: dentysta, ogrodniczy, Radość. Do Kampinosu docieramy na czczo dopiero koło 14. Pierwszą napotkaną knajpę atakujemy jak Hutnik swoich rywali w rozgrywkach IV ligi małopolskiej.

 

Całkiem przyzwoity grill. Kupujemy karkówkę i kiełbaskę, do tego dwa czeskie piwa. Specjalnie smaczne to to nie było. Kiepsko też wysmażone. Ale na głodniaka i do piwa weszło.

 

Cena może i zbyt wysoka (75 zł za wszystko), można było jednak wypocząć przed wycieczką w głąb Parku Kampinowskiego, gdzie z zakupionym piwkiem przewędrowaliśmy kilka kilometrów.

Chłopskie Jadło

Galeria Mokotów

Weekend kinowy (6 filmów w 2 dni) i bez samochodu (3 dni chlania) kończymy w Galerii Mokotów. Na wieczorny obiad wybieramy Polskie Jadło, które jest tam najrozsądniejszym miejscem.

Głodni jesteśmy więc idziemy po bandzie: schabowy + zasmażane ziemniaki + kiszona kapusta, zrazy po polsku + kopytka + buraczki. Do tego piwko książęce i dwa kielonki siwuchy plus herbata (tak w słoiku – ich specjalność).

Obsługa oczywiście ukraińska, ale ładna, młoda i miła.

Na przystawkę jak zawsze pyszny chlebek z serek lub smalcem. Już tym się można najeść.

Po kromeczce i łyczek dobrze schłodzonej wódeczki.

Nie spieszymy się …. więc jak na złość dostajemy błyskawicznie.

Klopsy znakomite. To chyba specjalność zakładu. Schabowy też smaczny z dipem czosnkowym. Szkoda tylko, że szybko stygnie. Zdecydowanie za duże porcje. Zawsze wychodzimy najedzeni po korek. To przez ten chleb. Za każdym razem sobie obiecujemy, że weźmiemy tylko drugie na spółkę.

Rachunek też godny 135 zł (123 zł + 12 zł napiwku). Już nawet kolacji w domu nie musieliśmy jeść.

Niespodzianka

Urodziny

Niespodzianka tuż przy stacji kolejowej w Międzylesiu to dla mnie miejsce wręcz mityczne. Wielokrotnie od małego dziecka mijając to miejsce kojarzyło mi się z luksusem większym niż krakowski Wierzynek. Szykowałem się tam kilkukrotnie w przypadku szczególnej okazji. W sumie taka nadeszła, bo jak inaczej nazwać „a imię jego czterdzieści i cztery”?

Zrobiłem krótki „research” w internecie i opinie były różne, przy okazji trochę niwecząc moje postrzeganie: knajpa z polskim jedzeniem, odrobinę droższa od okolicznych, z kontrowersyjnym zachowaniem kelnerów. Z niewielkimi wiec obawami, ale z silną reprezentacją rodzinną wpadliśmy w niedzielne popołudnie.

Wystrój przeciętny, ale schludny. Podkreślana ponad stuletnia tradycja: data przy wejściu, pamiątkowe zdjęcia – zapewne przedwojennych właścicieli. Kelnerzy faktycznie ze specyficznym poczuciem humoru, ale dla mnie odpowiednim. Restauracja niewielka – około 10 stolików – zapełniona do ostatniego miejsca.

Wiedziałem, że porcje są bardzo duże więc zamówiliśmy tylko drugie dania. Ale nie omieszkaliśmy spróbować chleba ze smalcem z dodatkiem śliwki – bardzo dobry, a dostało się nawet dwie godziny później Fuksowi – który spałaszował w ułamku sekundy poprawiając trawą. Czekaliśmy dosyć krótko, ale tym razem to nie miało znaczenia, bo nam się nie śpieszyło. Panie wzięły winko i wzniosły urodzinowy toast, co podchwycił właśnie jeden z kelnerów przynosząc mi kompot.

Wziąłem tradycyjnego schabowego, który był smaczny, aczkolwiek „dupy nie urywał”. Oczywiście porcja ogromna. Mały minus to chłodne ziemniaki (ale już podsmażane i frytki były ciepłe), albo taka moda, albo niedopatrzenie. Plus – bardzo dużo warzyw. Pozostałe dania tez dobre: polędwiczki, sznycel z jajkiem, schab staropolski. Mama wzięła porcję polędwiczek dla dzieci, ale i tak była spora. Typowe domowe jedzenie. Lubimy takie, więc wszyscy byli zadowoleni.

Rachunek 175 zł plus 20 zł napiwku – niby drogo, ale 50 zł na osobę, przy szczególnej okazji warto wydać. Szczególnie, że każdy był chętny do płacenia, i jubilat wydał tylko rzeczone 20 zł napiwku. Jedyne co mnie irytuje to cena wody – 5 zł za małą buteleczkę.

Parking pod samą restauracją, aczkolwiek przy obłożeniu niedzielnym – pełny, jest jednak naprzeciwko stacji dużo w.

Także Niespodzianka rozdziewiczona i niech sobie żyje kolejne sto kilkanaście lat – a na osiemdziesiąte ósme urodziny też tam zawitamy.

Street

Arkadia

Sobotni obiad w Arkadii pomiędzy kinowymi wrażeniami (całkiem przyzwoite „Obdarowani” i koszmarne „Dom wygranych”). Wahaliśmy się pomiędzy dwoma sensownymi knajpami w tej Galerii i wybraliśmy Streeta. Pod względem jedzenia wypadło przeciętnie, ale przynajmniej szybko i sprawnie.

Stolik znalazł się szybko, obsługa też sprawna. Woda wybrała pierogi ruskie plus czerwone domowe wino, Ojciec Założyciel hamburgera z frytkami plus cocacolę, ja spaghetti bolognese plus herbatę. Szybko podali – to największy plus streeta.

Ze smakiem było tak sobie: Woda narzekała że pierogi z wody (nomen omen), a nie smażone, moje bolognese było jakieś słodkawe, OZ nic nie mówił o hamburgerze. Najeść się najedliśmy, ale na kolana nie padliśmy. Na plus moja herbata – bo duża filiżanka.

Łączny koszt prawie stówę pokryła magiczna karta Wody. Nawet nie zostawiliśmy napiwku.

Ramzes

Best Mall Sadyba

Niedzielny obiad na Sadybie w przerwie między maratonem filmowym.

Z posuchy kulinarnej w tym centrum handlowym wybieramy “Shoarmę” głównie ze względu na piwo. I Okocim był najsłabszym elementem - sikacz, nawet się zastanawiałem czy był tam alkohol.

Gosia wzięła polędwiczki z frytkami i pieczarkami. Wyglądało to jak stek. Ale przyzwoite.

Ja tradycyjna shoarma wieprzowa z ryżem i surówkami. Dało się zjeść.

Duże porcje. Obżarliśmy się na maksa. Do tego wspomniane piwo, cola 0.6 i herbata z sokiem malinowym (nie wszędzie mają ten sok). Koszt 70 zł.

Stoliki brudne. Ale na naszą prośbę przyszła pani posprzątać.

Podali szybko. Nawet za szybko bo mieliśmy dłuższą przerwę filmową.

Makkaron

Tanio, smacznie, blisko

Chyba najtańszy sposób żeby się najeść.

Pudełko makaronu za 10 zł.

Do tego sos za 1 zł.

I dodatki za 2 zł.

Zjedzenie takiego pudełka - to równowartośc pełnego obiadu.

Wystrój schludny, ale bardzo ciasno. Telewizor z kiepską muzyką. Za to kibelek czyściutki.

W lecie jeszcze stoliki na zewnątrz.

Interesująca lokalizacja - Powiśle, na tyłach szpitala, przy Czerwonego Krzyża.

Nie dawałem im szans, bo to miejsce przeklęte: wiele pomysłów tam bankrutowało - np. winiarnia. Uważałem, że to bliskośc najsmutniejszego oddziału szpitalnego.

Ale makkaron jest już szósty rok i wyraźnie biznes się świetnie kręci. Bywam tam co raz częściej.

Mają jeszcze oddział bodajże w Łomiankach.

Cô Tù

Najlepszy chińczyk w Warszawie

Lokalizacja: w pawilonach na tyłach Nowego Świata.

Typowy chińczyk, ale jeszcze nie zdarzyło mi się z czymś tam wtopić.

Wszystko smaczne, dobrze przygotowane, świeże.

Ceny do 20 zł.

Czas oczekiwania do 5 minut.

Wystrój obskurny: zjeść i pójść. Obsługa koleżeńska. Stali bywalcy przybijają piątkę.

Biznes muszą mieć świetny, bo w godzinach obiadowych - tłum. W lecie jeszcze sporo ludzi na zewnątrz.

Dobra marka, świetny biznes, jedno z ciekwaszych miejsc na obiadowej mapie Warszawy.

Czytelnik

Dziennikarski klimat

Niby kawiarnia, ale głównie miejsce na dobry obiad.

Jest trochę drożej niż w tego typu jadłodajniach, ale za to smacznie i świeżo. Dania jak na takie ceny są niewielkie, ale to dobrze dla dbających o linie. taki przykładowy obiad z zupą i kompotem może nawet przekroczyć 30 zł. Nie przejjemy się tym, ale i głodni nie będziemy.

Trochę tańszym pomysłem są zestawy lunchowe w cenie 22 zł, ale tylko dwa do wyboru.

Klimat jest dziennikarski, no ale to zrozumiałe.

Lokalizacja znakomita, zachodzę tam po wykarmieniu kota, wracając do KC.

Obsługa niby miła, ale czuć jeszcze komunę.

Wystrój kawiarniany. Schlać też by się tam można było, tylko ... nie ma alkoholu. ale stałym bywalcom, a są tacy - jstem pewien, to pewnie by i własny sprzęt przeszedł.

AleGloria

Rzekomo najlepszy rosół

Nie będę ściemniał, że poszedłem tam z własnej inicjatywy. Oczywiście była to wizyta "sponsorowana".

Świetna lokalizacja. Dobra marka. Krążą legendy o najlepszym w Polsce rosole.

Może dlatego byliśmy lekko rozczarowani. Ale obiektywnie: bardzo smacznie, nie za dużo. Rosół jadałem lepszy, ale może akurat mieli słabszy dzień.

Oczywiście atutem jest wystrój wnętrza, profesjonalna obsługa (chociaż nie obyło się bez kilku wpadek), no i renoma (chyba Gesslerowa w tym macza palce).

Tylko na wyjątkową randkę, albo na świętowanie jakiegoś sukcesu. Chociaż rachunek jakoś wybitnie nie poraził.

YUGO

Bałkański lunch

YUGO ma w Warszawie trzy lokalizacje, w kręgu mojego zainteresowania jest ta przy Al. Jerozolimskich, tuż za rondem Palmy.

Menu nie jest urozmaicone, ale wystarczające. Są dania mięsne w postaci dużego kotleta, pity oraz sałatki. Są także całkiem smaczne zupy oraz sałatki. Jest dostępny także zestaw lunchowy.

Ceny w okolicach 20 zł. Trochę długo się czeka, nawet do 20 minutach, ale dzięi temu danie jest świeżo przygotowane. Smacznie i do syta. Bardzo dobra alternatywna dla kebabów, chińczyków i pobliskiego baru mlecznego.

 

W Yugo jest też interesujący wybór alkoholi np. bałkańskie piwo, ale jak do tej pory byłem tam tylko w godzinach popołudniowych. Ale to piwo kusi, żeby tam zawitać również wieczorową porą.

 

Wystrój jest jugosłowiański, stoliki "późny Gierek", raczej jest to miejsce na szybki lunczyk, a nie na dłuższe posiedzenie.

Ziggi Point

Kolacja bezrobotnych

Jest taki przykry trend, że bezlitośnie wyrzucają z pracy ludzi po 40-stce, którzy wiele lat przepracowali i mają naprawdę duże doświadczenie, a również zdolności interpersonalne. Dużo lepsze niż przereklamowana młodzież, której wszędzie pełno, tylko z ich pracy nie ma efektów. Naszą czwórkę spotykającą się dość regularnie już ten trend poważnie dotknął. Jeszcze nie jest tak źle żeby nie było nas stać na odwiedzanie nowych knajp i snucie planów mocarnych, ale ogólnie o ile kilka lat temu rozmowy dotyczyły jedynie spraw sportowo-towarzyskich, teraz na wokandzie są pomysły pozyskania nowej pracy. Przykre to jest i niesprawiedliwe, ale taki kraj sobie nasze elity wyhodowały.


Kolejne nasze spotkanie wyznaczyliśmy na ulicy Pańskiej. Bardzo przyjemna hamburgerownia. Umawiamy się w środku tygodnia (czwartek), bo i tak jedna osoba jest na bezrobociu, druga na zwolnieniu lekarskim, trzecia opierdala się w nowej firmie za grosze, a czwarta jest znużona powtarzalnością swojej i tak kończącej się roboty.


Po piwku na głowę. Ja wcześniej już wyczaiłem piwo o nazwie Wąsacz (kojarzyło mi się z agentem Bolkiem), które okazało się piwem Wąsosz. Typowy sikacz, czyli to co lubię. Wypiłem trzy, oczywiście kiepsko się po tym czułem. Zamawiamy sobie po hamburgerze, chłopaki Chicago, ja wcześniej już nastawiłem się na pikantne desperados. Jeszcze wziąłem pikantny sos – więc i tak nie czułem smaku. Ale ogólnie podane ładnie, dużo i świeże. Chicago było lepszym wyborem bo bez bułki i z lepszą sałatką niż colesław.


Rozmowy mocno ukierunkowane na nową pracę, hitem był kontrakt bankowy w Namibii. Ale były też krajowe pomysły – typu prostytucja na rzecz starszych pań …
Knajpę zamykają o 22, czyli w miarę wcześnie zwijamy się do domu. Rachunek 200 zł z napiwkiem, co jak na 9 piw i cztery dania wydaje się OK – jeszcze nas stać.


Ogromną zaletą jest prześliczna dziewczyna tam pracująca, niestety każdy z nas jest od niej dwa razy starszy i przyszła tylko raz, potem już wysyłała jakiegoś afryamerykanina. Ogólnie wieczór na plus. Następna biba w Windhuk.
 

Zapiecek na Alejach

Z doktorem obsługiwani przez ładne nogi

Szybkie spotkanie z wieloletnim przyjacielem, obecnie najlepszym geologiem kraju. Od palmy na rondzie przy KC, Zapiecek na Alejach jest pierwszym wyborem. Dwie porcje sporych pierogów: doktor ruskie, ja z truskawkami. Pyszne, ale porcje za duże. Do tego po piwku (taka nasza tradycja).

Trochę warszawsko-krakowskich ploteczek i umiarkowany rachunek.

 

Może jednak irytujący jest przymus dla kelnerek noszenia zbyt krótkich spódniczek. Nam nie przeszkadza, ale to jakieś zbyt seksistowskie. W każdym razie szacunek dla dziewcząt.

Chłopskie Jadło w Galerii Mokotów

Placki Macieja

Nowy oddział tej knajpy, kojarzącej się bardziej z Placem Konstytucji. Przemiła obsługa, odgrodzenie na piętrze restauracyjnym Galerii. Bardzo smaczne są placki Macieja. Ludzi niewiele, widać konkurencja za duża, ale miejmy nadzieję że na dłużej ta restauracja zagości w Galerii.

Ramzes w Galerii Sadyba

Ostatni bastion kulinarności

Jak nas nie przyjęli na Sadybie to zjedliśmy sobie stek w Galerii Sadyba. Całkiem przyzwoity, do tego herbatka. Cena umiarkowana.

Champions

Drugi dom

Restauracja, który zapisała się w annałach życia knajpianego z uwagi na swoją szeroką ofertę sportową. Były takie czasy, że aby obejrzeć jakieś wydarzenie należało iść do restauracji. W efekcie były przypadki, że cały dzień przesiedziałem przy jednym piwku za kilkanaście złotych w Champions. A był też mecz Norwegia-Polska pokazywany na jakimś kodowanym kanale, gdy oglądało się przez szybę, bo taki był tłum.


Te czasy już minęły. Każdy ma Canal Plus, League Pass, Internet, a nawet Eleven Sport. Champions pozostał jedynie zbyt drogą knajpą dla zagranicznych gości.


Ale przy okazji pierwszego meczu półfinałowego z Golden State Warriors udało się wrócić do matecznika. Godzina 21.30 - więc zupełne pustki, mecz oglądany w dwie osoby. Przegrana. Dwa piwka na głowę plus talerz chipsów z serem. Rachunek 80 zł. Ale i tak było miło na trzy godziny wrócić do kultowego miejsca.
 

Vapiano

dobra pizza

Włoska restauracja, która nas zainteresowała ze względu na lokalizację – w fatalnej kulinarnie (chociaż nie tak jak Sadyba) – Galerii Mokotów. Typowo włoskie jedzenie, czyli pizza i pasty. Akurat zupełnie nietypowo (jak nas) za oboma razami jedliśmy pizzę.

 

Pierwsza specyfika Vapiano to sposób płatności. Wchodzą dostaje się kartę (każdy gość musi dostać jedną – to akurat bez sensu) na której następnie kodowane są wszystkie płatności.

Mając już ta kartę podchodzi się do tego miejsca, w którym jest konkretne żarło: czyli po lewej pizza, na środku pasty, a z boku napoje. Może trochę to upierdliwe, bo jak ktoś chce różne rzeczy to musi się nachodzić, ale mi się podoba ten system. Dostaje się taki przypominać świecąco piszczący i można szybko ruszyć do sotlika. Miejsc jest dostatek, więc z tym nie ma problemu.

 

Pizza jest na cienkim cieście, całkiem dobra w mojej niefachowej ocenie. Bardzo mi się podobały różnorakie dodatki: zioła, oliwa, chociaż pikantna papryka skutecznie zabiła smak wszystkie i spowodowała wzmożona potrzebę zagryzienia i zapicia.

Jak już przy piciu to na uwagę zasługuje porządna objętościowa ilość herbaty.

 

Ogólnie dobrze, chociaż trudno mi się mądrzyć, bo na włoskiej kuchni znamy się jak komentarzy Canal Plus na koszykówce.

Kosz małej uczty z pizzą i dwoma herbatkami na dwie osoby – 45 zł, czyli ujdzie w tłumie.

 

Świetna lokalizacja, umiarkowana cena, fajny system płatności, smaczne jedzenie.

Wady: nie ma klimatu restauracji, brak obsługi, trochę kupowanie kota w worku – szczególnie jak ktoś jest pierwszy raz.

Pizza Eataliano

Z panią od angielskiego

Pizza Eataliano” (słaba ta nazwa, poprzednia była lepsza Marzano) ma kilka oddziałów w Warszawie (dokładniej to chyba 4), ale my bywamy tylko w Promenadzie, bo jest dosłownie naprzeciwko Cinema City.

 

W środę wybraliśmy się z dawno nie widzianą kumpelą (tudzież jedną z moich wielu nauczycielek angielskiego, jak wszystkie nieskutecznych) na koszmarny jak się później okazało film braci Coen. Była środa, więc tłumy w innych Cinema City to wybraliśmy Promenadę, bo tam nikt nie chodzi i nie rozumiem jakim cudem to centrum handlowe się rozbudowuje. Ponieważ spotkanie z cyklu raz na rok to przybyliśmy z większym zapasem czasowym, dzięki czemu mieliśmy godzinkę na jedzonko i picie.

 

Wybór Eataliano był oczywisty: blisko i zarazem w miarę szybka obsługa, pozwalająca załapać się jeszcze na reklamy (kto wiedział że będą lepsze od samego filmu).

 

Zachęciła nas promocja makaronów i zamówiliśmy Bolognese. Boogie zamówiła pizzę Rustichella. Obie rzeczy znakomite, i jeszcze najedliśmy się po korek. Do tego winko domowe i świeżo wyciskany sok. Rachunek za trzy osoby poniżej 90 zł.

 

Wady? Ogólnie to obsługa jest jakaś taka jak dla mnie mało jajcarna. I do kibla trzeba chodzić kawałek.

Poza tym super. Rozmowy były jakże odmienne od tych ze spotkania kibolskiego, ale dałem radę.

Shipudei – Berek

Shalom

Mam taki zwyczaj: męskich, cyklicznych spotkań z kibicami jednego z niszowych warszawskich klubów (ale o barwach zbliżonych do umiłowanych Blazers).

 

Panowie bardzo poważnie podchodzą do tych spotkań. Co prawda jeszcze niedawno odbywały się one w scenerii ławki w parku i flaszki pod pazuchą, ale ostatnio (pomimo kłopotów zawodowych) przerzuciliśmy się na pomieszczenia zamknięte. Fakt, że ich drużyna piłkarska pląta się po ligach analogicznych do mojego Hutnika, sprawia że tradycja picia meczowego zamieniła się w sobotnie kulturalne spotkania połączone z konsumpcją.

 

Przed inauguracją sezonu 2016 otrzymujemy od organizatora propozycję czterech lokalizacji: amerykańskiej, hiszpańskiej i rosyjskiej. Dla beki głosujemy na tą czwartą, czyli knajpę żydowską. Shalom wymieniamy w mailach i meldujemy się w sobotni wieczór.

 

Na wstępnie trzeba zdementować żydowski charakter lokalu na Jasnej (wchodząc przypomniałem sobie libację służbową w tym samym miejscu na 50 urodziny szefa – jeszcze wówczas w innej restauracji – która o mało nie skończyła się na izbie wytrzeźwień …). Otóż jest to kuchnia izraelska, a nie żydowska. Wbrew pozorom to zasadnicza różnica, jest bardziej śródziemnomorska.

 

Zaczynamy od tradycyjnego piwka: ja wybieram na cały wieczór pszeniczne (trzeba piwko, bo będzie dużo słuchania – koledzy to straszne gaduły i zwolennicy spiskowych teorii), koledzy najpierw gorzkiego Pilsnera, a potem czerwone bardziej słodkie.

 

Po szybkim rozkminieniu, kto ostatnio został wyjebany z roboty, a kogo to dopiero czeka, w duchu Carpie Diem zamawiamy jedzonko.

 

Prawdziwym hitem restauracji jest tzw. meze. Kosztuje to 19 zł. Co prawda nie zamawiamy tego, ale przynoszą to w ramach całego zamówienia. Meze to dziesięć talerzyków z różnymi warzywami i sosami: kapusta, ogórki, papryczki, buraki, tahini, kolendra, marchewka salsa. Do tego pita i już można sobie podjeść.

 

Pierwszą przynoszą izraelską pizzę, która wygląda bardzo solidnie, w dodatku jest sporych rozmiarów. My wybieramy tzw. Shipudim z jagnięciny. Przynoszą na takim mieczu mięsko. Wygląda na niewiele i problem jest ze zdjęciem tego ze szpady. Ale ogólnie jest smaczne, i wbrew pierwszemu oglądowi, wystarczające.

 

Przechodzimy do plotkarskiej części spotkania poruszając wszelkie tematy: polityczne, społeczne, religijne, obyczajowe, zawodowe i sportowe. Wątków jest tyle, że można byłoby napisać kilkanaście felietonów np: o reinkarnacji, przyczynach pewnej katastrofy lotniczej, wieku 43 lat itp.

 

Po kilkugodzinnej konwersacji interesujemy się ponownie menu. Na druga nóżkę wybieramy jeszcze raz pizzę, shipudim tym razem z kurczaka, hamburgera i steka. Oczywiście na dzień dobry po raz drugi odstajemy meze. Po tej drugiej turze walka z moim hamburgerem jest przedsmakiem czekającego boju Blazers w Houston (a okazał się finalnie dużo łatwiejszy od wszamania mojego drugiego dania).

 

Dawno tak najedzony nie wyszedłem z knajpy, a dotarcie pieszo dwa przystanki sprawia sporą trudność i to nie ze względu na zawartość alkoholu we krwi.

 

Cztery chłopy przez 5 godzin jadły i popijali piwko, a rachunek zamknął się w trzech stówkach.

 

Pod koniec imprezy przyszedł nawet właściciel (tak wyglądał) i gadał z gośćmi, ale do nas bał się przyłączyć, zapewne wiedząc jakie drażliwe tematy poruszamy.

 

Okazało się że wybór z beki knajpy był strzałem w dziesiątkę. Dawno tak dobrze nie zjadłem i to w przystępnej cenie. Ta knajpa ma przyszłość – obłożenie było 100% (fakt że "ostatki") i wątpię żeby ktokolwiek wyszedł niezadowolony.

 

Wady? Brak. Dziękuję bardzo.

Chwilowo, kulinarne miejsce numer jeden w Wawie.

Alternatywa Cafe

Piweczko z warszawa.pl

Alternatywa Cafe jest zlokalizowana przy placu Unii Lubelskiej od strony Szucha. Blisko do siedziby Trybunału Konstytucyjnego, jakby kogoś interesowało.

 

Byliśmy tam dwa razy. Wpadliśmy załatwić drobną sprawę na kilka minut, a siedzieliśmy kilka godzin. To ewidentny sygnał że coś w tej knajpie jest (inna sprawa że redakcyjne picie z najlepszym warszawskim serwisem też mogło być powodem).

 

Alternatywa nierozerwalnie kojarzy się z piwem, chociaż nie jest typową piwiarnią. To taki lokal w piwnicy, skromny, ale nie jakiś "syfny". W sam raz.

 

Nic tam nie jedliśmy, co więcej nawet nie wiemy czy tam jest coś do jedzenia.

Lubią karaoke – ciągle ktoś tam się dorywa do mikrofonu.

 

Wadą jest lokalizacja: daleko od centrum i jakoś tak niewygodnie.

My trafiliśmy tam z przypadku, bo akurat pasowało mieszkającym niedaleko znajomym.

Ceny przystępne. Piwko 7 zł. Są jakieś promocje.

Tyle że jak siedzieliśmy kilka godzin to trochę nas uderzyło po kieszeni.

Corso

Można palić

Corso to co prawda sieć restauracji, i to o całkiem dobrej reputacji, ale ma jedno biedniejsze dziecko (czyli takie, które redakcja portalu woadiogien zawsze pokocha najbardziej). To przybytek przy słynnym Placu Zbawiciela (tęczy już nie ma, ale jest Klub Komediowy).

 

To już jedna z ostatnich w mieście knajp w klimacie starych gierkowskich mordowni. Sam fakt, że można też jeszcze palić, mówi wszystko. Pewnie to dyskwalifikuje to miejsce dla wielu, ale mi się przypomina klimat szkolnych palarni. Suuuper, chociaż sam nie palę.

 

Corso oprócz lokalizacji ma jedną niezaprzeczalną zaletę. Bardzo smaczne, polskie jedzenie. W dodatku szybko podawane. I oczywiście w przystępnych cenach.

Specyficzny jest również dobór gości – kurwy latają trochę częściej niż w innych warszawskich restauracjach.

 

Wady? Koszmarny kibel z papierem toaletowym z makulatury (o ile ktoś takowy pamięta), brak możliwości płatności kartą, no i - jak komuś przeszkadza - to te popielniczki.

 

Dla nas ta knajpa to przystanek przed wizytami w klubie komediowym, ale niewykluczone że kiedyś będzie celem samym w sobie.

Bierhalle

Niedzielny obiadek

Mały dylemat po koszmarnej męczarni na filmie Zjawa: zjeść normalny obiad, czy sobie złowić żywą rybkę … znaczy się zjeść pyszne pierogi w Zapiecku, czy ruszyć na niemieckie żarło z piwkiem na parter do Bierhalle?

 

Wybór pada na niemiecką kuchnię, akurat kilka godzin przed tym jak niemieccy kibice w krakowskiej Tauron Arena wygwizdają polską premier po zdobyciu przez ich piłkarzy ręcznych Mistrzostwa Europy.

 

Trochę irytuje w tym Bierhalle szybkość obsługi, szczególnie gdy człowiek głodny: na kartę czekamy blisko 20 minut – ale jak przyjdzie dziewczyna z dekoltem, to nie wypada mieć pretensji.

 

Zestawik alkoholowy: dwa razy żołądkowa gorzka i litrowe piwo marcowe – w końcu niedziela bez samochodu. W ramach konsumpcji: cebulowa, schabowy i mix pierogów.

Cebulowa dobra, zdrowa, chociaż jak dla mnie za zimna, ale na pierwszy ogień w sam raz.

Schabowy standardowy, nic nadzwyczajnego, do Hektora (najlepszy w Warszawie) się nie umywa, rozmiar przeciętny, do tego ziemniaki i góra całkiem smacznych, jak na koniec stycznia pomidorów.

Dużo lepszy mix pierogów: część gotowanych, część smażonych, część ruskich, część z mięsem. Te z mięskiem szczególnie przypadły mi do gustu.

 

W ramach szaleństwa jeszcze deserek: krem delacośtam (dobry, ale za słodki) i torcik piwny (odrobinę za słodki, ale z malinkami – piwa jakoś nie poczułem, ale byłem po litrze).

 

Najedzenie, napici, z kieszenią lżejszą o 150 zł oddalamy się z Arkadii. Może pierogarnia była odrobinę lepszym pomysłem, ale taki DiCaprio musiał wsuwać surowe mięso.

Quattro Canti

Blisko Sadyby

Często gościmy w Cinema City na Sadybie, bo nam zwyczajnie pasuje, w dodatku jest IMAX. Ale zjeść coś tam, to ryzyko zatrucia pokarmowege. Jeszcze kiedyś był Sphinx, ale go zlikwidowali na rzecz sklepu z drogimi zabawkami.

 

Na szczęście mając więcej czasu przy okazji Święta Trzech Króli wyczajamy niepozorną włoską knajpkę na samym roku Bonifacego. Niewielkie wnętrze, zaledwie kilka stolików, ale miejsce jest. Szybkie piwko i czerwone wino – jak przystało na alkoholowy charakter święta (pamiętne trzy flaszki w trzech króli z czasów studenckich).

 

Z dania głównego zamawiamy POLPETTINE DI BOVINE, czyli pulpeciki cielęce w sosie z pomidorów i bazylii zapiekane pod mozzarellą podawane z opiekanymi ziemniaczkami i kruchą sałatą. Bardzo smaczne, i co dla mnie szczególnie ważne, na gorącym półmisku.

 

Ponieważ na naszych oczach robi się pizza, nie będąc fanami tego dania, jednak decydujemy się też na ten włoski specjał. W końcu italiańska knajpa. Decydujemy się na CHERRY: sos pomidorowy, ser Mozzarella, parmezan, rukola, pomidorki cherry. I nie żałujemy tego pomysłu.

 

Duże plusy tej knajpy (oprócz kameralności i bliskości Sadyby) to ceny – mieścimy się w stówce i bardzo czysta toaleta.

 

AKTUALIZACJA - MARZEC 2016.

Małe rozczarowanie na Sadybie, bo jednak ta mała ilość stolików spowodowała, że odbiliśmy się od drzwi. Może jakby wiedzieli jak opiniotwórcze są nasze opinie na wodaiogien inaczej by nas potraktowali i coś by się znalazło. Ich strata.

Zapiecek

Pierogarnia w Arkadii

Arkadia ma tą przewagę nad innymi centrami handlowymi, że jest gdzie zjeść.

Duża zasługa w tym pierogarni Zapiecek oferującej bardzo różnorodny i bardzo smaczny zakres oferty.

 

Dużą zaletą jest szybki czas podania (bo zazwyczaj gdzieś się śpieszymy) i przystępne ceny.

Jest dość ciasno i trochę za małe są stoliki, ale ogólnie to nie przeszkadza.

 

Pozakulinarną zaletą jest uroda kelnerek.

Nadwiślański Świt

Flaszka za siedem dych

Trochę przypadkiem trafiamy do przybytku o nazwie „Nadwiślański Świt”, czyli restauracji pod Hotelem Logos na Powiślu. Mamy ochotę na małą przekąską i jakiś alkohol (który będziemy potem kontynuować już w siedzibie portalu) z uwagi na fakt, że gościmy dawno nie widzianego przyjaciela z lat szkolnych.

 

Na pierwszy rzut oka NŚ wygląda dobrze. Znaczy się dobrze z naszego punktu widzenia, bo nie lubimy wypasu. Dużo miejsca, cichutko, sympatyczny gospodarz. Ponieważ jesteśmy wściekle głodni (po świętach i sylwestrowych hulankach mocno rozszerzyły się żołądki) prosimy szybko o kartę, a ja korzystając z okazji ordynuje dwie setki i dwa piwka. I tutaj zaskoczenie bo gospodarz od razu proponuje pół litra. Inicjatywa godna znajomości naszych zwyczajów. Cena co prawda mocno odstrasza (70zł), ale hasło wyborowa jednak przekonuje.

 

Z jedzonkiem też ruszamy po całości: zamawiamy sobie dobrą zupkę, osławione ośmiorniczki, i stek na poważnie. Jedzenie smaczne, chociaż porcje w stylu knajp ekstrawaganckich, czyli takie akuratnie. Na szczęście bardziej niż na obżarstwie zależy nam na procentach: flaszeczka szybko znika, poprawiamy piwkiem i ruszamy do nieodległej siedziby wodaiogien.com gdzie kontynuujemy zabawę do późnych godzin wieczornych.

Plac Barcelona

Hala Madrit

Malutka restauracja na Placu Trzech Krzyży, zaraz koło kultowych szpulek/szpilek.

 

Przypadkiem trafiłem tam na lunch w tygodniu i podali bardzo ciekawą kompozycję, w przystępnym cenowo zestawie. Zachęcony poszedłem tam w niedzielę i już było gorzej.

Rosół był taki sobie, hamburger przeciętny. Ale najgorszym elementem były zimne ziemniaki. Podobno miały być tylko ciepłe. Nie kłóciliśmy się, bo kelnerka była sympatyczna.

 

Za skromny obiad dla trzech osób i kilka wódek zapłaciliśmy ponad dwie stówy. To nas zmroziło bardziej niż te ziemniaki. Ale lunche tygodniowe dalej polecamy.

 

Wady? Nazwa – jakbym wcześniej przeczytał to bym nie wchodził. Mało miejsca, ciasnota.

Zalety? Klimat jest. Lunche tygodniowe. Lokalizacja (idealna dla pracowników GPW i ARP).

U Romana

wódeczka

Pan Roman (Roman Modzelewski), znany z pierwszego lokalu typu przekąski/zakąski na Krakowskim Przedmieściu otworzył własny biznes na sprawdzonym motywie. Czyli knajpa czynna całą dobę, z szybkim i w miarę tanim alkoholem, zimne przekąski.

Ponieważ Roman otworzył swój lokal na warszawskim Powiślu, czyli w miejscu idealnym dla naszych wizyt, przez dłuższy okres był to hit wieczornych posiedzeń – szczególnie w okresie porodu pomysłu tworzenia bloga wodaiogien.com. U Romana spędziliśmy urodziny, a nawet wieczór wyborczy – czyli ostatnią noc demokratycznej Polski (tam powstał słynny wiersz dla Jerzmana).

 

Hitem knajpy jest zdecydowanie zimna wódeczka, podawana w 50-tkach. W zasadzie innego alkoholu nigdy tam nie piliśmy, a nawet o tym nie pomyśleliśmy.

 

Jeśli chodzi o jedzenie to serwowane są przede wszystkim przekąski: tatar, zimne nóżki, twarożek po warszawsku. Z cieplejszych dań raz jadłem jedynie białą kiełbasę.

 

U Romana jest w miarę tanio, chociaż dłuższe posiedzenia jednak sporo nas kosztowały.

Wadą jest częsty tłok, w sobotę nie tak łatwo tam znaleźć miejsce, a rezerwować nigdy nam się nie chciało. Więc kilka razy musieliśmy zaczynać na stojąco, czekając aż się coś zwolni.

 

W lokalu jest całkiem fajna muza i rewelacyjna atmosfera. Wszyscy wiedzą po co tam są: po to żeby się najebać ….

 

Największą zaletą jest gościnność i obecność samego właściciela – to taki przyjacielski facio, który naprawdę kocha swoją restaurację. Tworzy taki nawet trochę przedwojenny klimat.

 

Ostatnio rzadziej bywamy u Romana. Jakoś słabo się czuliśmy po kilku konsumpcjach. Wiadomo że trudno się dobrze rzuć po dziesięciu kieliszkach wódki, ale chyba z jedzeniem też nie wszystko było hallo. Ale myślę że zapomnimy i jeszcze tam wpadniemy.

 

AKTUALIZACJA - MARZEC 2016

Wpadliśmy sobie przed kinem i nocnym meczem PTB do Romana. Walnęliśmy kilka luf, a głodny Ojciec Założyciel zamówił – nowość – zestaw obiadowy. Wyglądał na smaczny. Tym razem na drugi dzień było OK. Wielki powrót DO Romana – udany.

 

Pod Karpiem

Najlepszy katering w Warszawie

Podkarpiem to restauracja z usług której korzystamy już 10 lat, a jeszcze nigdy tam nie byliśmy. Mają bowiem siedzibę na Pradze gdzieś w okolicy Stalowej (czyli słynne rejony). A ich wielkim hitem jest rozwożenie obiadów do zakładów pracy i korporacji.

 

Ani razu nas nie zawiedli, jedzenie jest smaczne, w przystępnych cenach, co ważne w miarę ciepłe – bo dobrze pakowane. Obsługa jest bardzo miła, chociaż mój ulubiony dostawca Pan Sylwester akurat ma przerwę w pracy (życzymy szybkiego powrotu do zdrowia).

 

Podkarpiem oferuje na każdy dzień tygodnia danie mięsne oraz danie jarskie. Do tego codziennie inna zupa. Dodatkowo jest  menu całotygodniowe składające się z kilku dań: w tym przede wszystkim pierogów. Są również do wyboru cztery rodzaje sałatek (grecka, kebab, kurczak, tuńczyk) – bardzo różnorodnych warzywnie i zawsze świeżych.

 

Danie są spore, dla niektórych może trochę zbyt duże – zjedzenie zupy i drugiego to taki poważny obiad. Już sama zupa jest słusznych rozmiarów.

Zupa kosztuje 5 zł, drugie 14,5; niektóre dania są tańsze po 10,5 zł (np. jajko z ziemniakami), sałatki w zależności od rozmiaru 14,5/10.5 zł.

 

Menu dostępne internetowo, zamówienia telefonicznie do godz. 11. Rozwożą między 11.30 a 13.30.

Minimalna wartość zamówienia 35 zł, ale czasami taniej też przywiozą.

Restauracja Ujazdowska, ale używamy terminologii mołdawska, jest położona blisko siedziby zaprzyjaźnionego portalu giełdowego. W dodatku blisko gmachu Sejmu. Byliśmy tam kilka razy.

 

Okazuje się że ta restauracja (słowo knajpa jednak w tym przypadku nie przechodzi) to kontynuacja tradycji restauracji Villa Moldova z Ostrobramskiej. Czyli ślad mołdawski jest wyraźny. Zresztą raz Woda z kimś tam gadała i chyba kucharz jest faktycznie z tego pięknego kraju.

 

Podstawowa zaleta Mołdawskiej to absolutne pustki i spokój. Nie wiem, czy mają tam ze względu na sąsiedztwo Sejmu podsłuchy, ale generalnie rzadko jest tam zajęty jakikolwiek stolik.

 

Jedzenie jest bardzo dobre i faktycznie mołdawskie, aczkolwiek my podczas wizyty w Kiszyniowie jedliśmy zupełnie coś innego z McDonaldem na czele …

 

Wracają na Ujazdowskie to ja najczęściej zamawiam Żarkoje – aromatyczne mięso z ziemniakami zapiekane w glinianym naczyniu przykryte kruchym ciastem. Próbowaliśmy również schabowego i polędwicy. Wszystko smaczne, szybko podane, gorące. Podobno dobra jest również golonka. Raz wzięliśmy także pierogi domowe z mięsem.

Super są również zupy: żurek i barszcz.

 

Z alkoholi wino tylko spróbowaliśmy, ale mają tam świetne jakieś dziwne piwo.

Ogólnie wyżerka na najwyższym poziomie.

Tyle że jest bardzo drogo. No może nie bardzo, ale drogo.

 

Problemem są również miejsca parkingowe, czasami trzeba pojeździć. No i lokalizacja. Jakby nie Wiejska to pewnie byśmy się nie interesowali tą restauracją.

 

AKTUALIZACJA - 3 MAJA 2016

Szybka wizyta na Mołdawskiej przy okazji karmienia kota. Mieliśmy dużo czasu więc spokojnie zjedliśmy obiad. Małe rozczarowanie to brak piwa, które było tam drogie, ale bardzo specyficzne. Jedzonko smaczne. Znowu pustki. Ta knajpa to chyba jakaś przykrywka bo raczej nie zarabia na siebie.

 

Cuda na kiju

Flipper

„Cuda na kiju” już za samą pomysłową nazwę ma swój plus. To stosunkowo nowe miejsce na knajpianej mapie stolicy zlokalizowana przed wejściem na dziedziniec KC, czyli obecnie centrum finansowego.

 

Cuda maja liczne plusy. Pierwszym z nich jest szeroki wybór alkoholi, w tym przede wszystkim kilkanaście rodzajów piwa. Drugim jest bardzo dobra pizza na cienkim cieście. Nie sposób nie docenić lokalizacji, są tacy co mogą przybyć tutaj nawet w godzinach pracy. Ale największym hitem jest stojący samotnie w rogu flipper, przypominający lata młodości.

 

Wady? Raczej drogawo, obskurny kibel w podziemiu, stosunkowo mało miejsca (szczególnie w zimie, bo w lecie można sobie iść na dziedziniec).

 

AKTUALIZACJA - MAJ 2016.

Wpadliśmy w godzinach pracy na pizze. Piątkowo - odpowiednio wegetariańska, z serem i czymś zielonym. Za 4 pizze tylko 72 złotych. Do tego winko - picie w godzinach pracy: DYSCYPLINARKA.

Mąka i Woda

Błędna nazwa

Byliśmy tam kilka razy, w tym na urodzinach naszego Ojca Założyciela. Jest sympatycznie, fajna jest obsługa. Jedzenie bardzo smaczne, chociaż małe porcje. Pizza jest w mojej ocenie taka sobie, ale co ja mogę jak ja się na pizzy nie znam. Fachowcy chwalą.

 

Fajny klimat do picia, gwarno i tłoczno.

 

Wady to konieczna rezerwacja, brak miejsc parkingowych (nie można wjeżdżać w kamienicę) i jednak w mojej ocenie zbyt wysokie ceny.

Wadą też jest (dla nas) popularność i dobre opinie, co spowodowało że jakoś wychodzę stamtąd rozczarowany.

 

A w ogóle to knajpa ma błędną nazwę – na cześć naszego portalu powinno być Ogień i Woda – jak zmienią nazwę lepiej o nich napiszemy …

Pierwsza liga

Sport, kino i włoskie dania

Restauracja Pierwsza Liga to jedno z niewielu miejsc po drugiej (dla niektórych tej gorszej) stornie Wisły opisywane w naszym serwisie. Już nazwa sugeruje sportowy charakter tego miejsca. I faktycznie w całym lokalu porozstawiana są telewizory, na których można śledzić mecze. Restauracja zaskoczyła mnie przede wszystkim relację pamiętnego meczu Celtic-Legia (czyli można było tam obejrzeć słynną i znamienna w skutki zmianę Bereszyńskiego), który był transmitowany jedynie przez jakąś płatną stronę internetową.

 

Ale nie jest to jakiś obskurny pub gdzie faceci sącząc piwo podniecają się futbolem. Pierwsza liga to także określenie pasujące do jakości potraw tam serwowanych. Restauracja ma klimat włoski, specjalizuje się w pastach i pizzach.

Obsługa jest bardzo sympatyczna, szybkość podawania dań odpowiednia (również ważne, bo często tam jesteśmy przy okazji wizyty w kinie Praha).

 

Jest trochę jak na lokalizację zbyt drogo. No i wiadomo przypadkiem tam się nie przyjeżdża – dla nas jedynie przy okazji wizyt w pobliskim kinie.

Imperia

Kłopoty żołądkowe

Restauracja zlokalizowana na parterze Bankowego Centrum Finansowego, czyli budynku starego KC. Jest znana z organizacji wielu imprez, wesel, przyjęć, konferencji, ale nam jest znana z codziennych obiadów.

 

Duży wybór, podawane jako danie gotowe (czyli idealne dla śpieszącego się pracownika BCF) i w dodatku bardzo smaczne. Ceny też przystępne – pełny obiad w granicach 20 zł.

 

Niestety spożywanie tam na dłuższą metę nie jest najlepszych wyborem, chyba że ktoś lubi wieczory spędzać w toalecie. Coś w tym jedzeniu jest (nie wnikam co), że żołądek ma duże problemy z odpowiednim trawieniem. Wszyscy którym smakowało po kilku tygodniach dyskretnie rezygnowali i przynoszą do pracy jedzenie z domu.

Ceska

Koło Atlanticu

Kolejna knajpa o czeskim rodowodzie powstała w mojej ocenie na fali popularności „U Szwejka”. Ceska ma bardzo dobra lokalizację na tyłach Domów Towarowych centrum, blisko kina Atlantic. Miejsce trochę pechowe, bo bankrutowało tam już kilka całkiem niezłych restauracji.

 

Początkowo byłem zachwycony tym miejscem. Bardzo dobre zupy z czesnakową na czele. Świetne dania typowo czeskie: wyprażany syr i gulasz na knedlikach.

Do tego rewelacyjne (podobno robione na miejscu) i pomysłowe piwo. Moje ulubione to Teraz Ceska - pomieszanie piwa ciemnego z jasnym. Nie próbowałem „Mliko” wyglądającego na jedyne na świecie białe piwo.

 

Z czasem jednak Ceska się przejadła przede wszystkim z uwagi na ograniczony wybór. Jak ktoś nie gustuje w czeskich knedlikach, to ma problem z wyborem (szczególnie że w daniach nie można mieszać – jak gulasz to koniecznie z knedlikami). Jest jeszcze tatar o niezrozumiale wysokiej cenie.

 

Knajpa trafiła w swój target, więc mała strata że rzadziej tam bywamy – w okolicy w końcu są i słoiki i hamburgerownie.

Albero

Obok przyjaciół

Taka osiedlowa knajpka, na dole przy strzeżonych osiedlach przy ulicy Osmańczyka. Jest nam bliska z uwagi na fakt, że opodal mieszkają nasi Przyjaciele.

 

Ale jedzenie jest bardzo dobre i jak tylko Edyta z Pawłem nie mają nastroju do gotowania (albo ich nie ma, a my jesteśmy od karmienia jaszczura) to zachodzimy tam z dużą ochotą.

 

Albero specjalizuje się w pizzach. Jedliśmy tam wszystko, tylko nie … pizzę. Mają bardzo smaczne makarony i dobre dania mięsne, a nawet zapiekanki. Super też zupki. Mam jakąś wizję że jadłem tam lazanię, ale obecnie nie widzę jej w menu.

 

Specjalizują się również w winach, ale że na winach znamy się tak jak na budowie potęgi Houston Rockets to przemilczymy. Jest też piwko.

 

Ceny przystępne, z uwagi na mieszkające opodal rodziny spłacające kredyty we frankach.

 

Wady? Malutki kibel, mało stolików, ciasnota.

Oberża pod czerwonym wieprzem

W klimacie PRL

Przez długi okres bardzo popularny przybytek w Warszawie. Przede wszystkim świetny pomysł z nawiązaniem do czasów PRL – jednak przez wielu wspominanych z rozrzewnieniem, a przez młodszych traktowanych jako ciekawostka.

 

Ale największą zaletą Oberży jest bardzo dobre jedzenie. Moim ulubionym specjałem jest tamtejsza golonka.

Ceny są raczej z górnej półki (golonka 44 zł), ale też tragedii nie ma.

 

Alkoholi pełen wybór, moją uwagę zwróciła rzadko ostatnio widywana Żytnia, ale nie było chętnych na towarzyszenie, więc raczyłem się piwkiem.

 

Największą wadą Oberży jest lokalizacja. Trzeba tam specjalnie jechać.

Więc bywamy tam wyłącznie na organizowanych spotkaniach przez starych kumpli z poprzednich zakładów pracy: ze Stoczni, z kopalni, z Ursusa, z Cegielskiego, z Huty Lenina …

Hektor

Schabowy

Mówisz Hektor, myślisz schabowy. Ta knajpa na Świętokrzyskiej w sąsiedztwie wielu innych, właśnie z powodu tego dania zdobyła sławę.

 

Jeszcze nie dawno była to z wystroju mordownia. Ale ostatnio – bądź pod wpływem konkurencji, bądź dzięki zarobionej na schabowym kasie – zmieniła się na bardzo komfortowy lokal.

 

Żeby nie było: nie tylko schabowy jest tam smaczny. Ogólnie króluje kuchnia polska.

Alkoholi pełny wybór. Dobre lane piwko i to w przystępnej cenie jak na centrum 7 zł.

Jedzenie też w umiarkowanych cenach. Słynny schabowy na cały talerz: 17 zł.

Bardzo dobre są też zupy.

 

Wady: mały kibelek, brak miejsc parkingowych.

 

Dziwię się że tak rzadko tam bywamy, bo to idealna knajpa pod nas (polskie żarcie, alkohol, centrum miasta).

Restauracja Buffo

Przed Nataszą Urbańską

Bardzo dobra restauracja, ale przez nas wykorzystywana jedynie w przypadku oczekiwania na wejściówki w Teatrze Buffo. Jedzenie bardzo smaczne, szybka i sprawna obsługa – nigdy nie spóźniliśmy się do teatru.

 

Mi bardzo przypadła to gustu mieszanka dań, którą tam oferują (aczkolwiek nie widzę tego w menu na stronie internetowej). Świetne są również zupy. Do tego piwko lane, chociaż ze względu na klimat często delektujemy się czerwonym winem.

 

Żeby nie było, to w tej restauracji obiad postawił nam również jeden z klientów, który odniósł sukces w postaci wejścia na Giełdę, co dodaje splendoru Buffo.

 

Oczywiście ceny nie są na każdą kieszeń i coniedzielny obiadek, ale raz na jakiś czas i my potrzebujemy poczuć odrobinę luksusu.

Słoik

Pomysłowe wnętrze

Lokal zlokalizowany na tyłach Domów Towarowych Centrum, czyli w okolicy wielu propozycji kulinarnych (hamburgery są obok).

Byliśmy tam raz i to późnym wieczorem po Atlanticu. Ale bardzo nam się podobało.

 

Najfajniejsza jest nazwa. Kojarząca się z określeniem tygodniowych warszawiaków, na przekór odnosi się do wystroju knajpy. Faktycznie jest tam cała masa słoików (takich zwykłych, bo ludzi się nie pytaliśmy skąd przyjechali do roboty w stolicy).

 

Jedzenia tylko trochę skubnęliśmy z uwagi na późna porę.

Ale maja cały wybór alkoholi z ciekawymi drinkami.

I przede wszystkim czuć tam rewelacyjny klimat. Dobre miejsce na całowieczorną popijawę.

Pod Samsonem

Wesele i stypa

Restauracja Pod Samsonem zlokalizowana w drodze na Rynek Nowego Miasta w zasadzie nie powinna się w tym zestawie znaleźć, bo nie jest to nasz target. Już szybciej powinniśmy napisać o nieodległym barze mlecznym. Ale tak się złożyło że była ona przedmiotem mojej wizyty w dwóch bardzo specyficznych (wręcz histo(e)rycznych) momentach.

 

Pierwsza moja bytność była po fikcyjnym ślubie, na którym z litości byłem świadkiem. To znaczy nie tyle ślub był fikcyjny, co wcześniejszy rozwód, nie wnikam. Więc można powiedzieć że byłem tam na weselu, tyle że czteroosobowym. Jak przystało na wesele zostałem prawie wyniesiony: litr na dwóch to jednak okazała się zabójcza dawka w sierpniowe, upalne popołudnie. Pewnie coś tam jedliśmy, ale co, to nawet na drugi dzień nie pamiętam, a co dopiero po 10 latach.

 

Druga wizyta była po ostatnim meczu w ekstraklasie jednej z warszawskich drużyn. Też poleciała flaszka, tyle że jedna na trzech, więc wyszedłem o własnych siłach. Jedzenie było bardzo dobre. Rozmowy o perspektywach i przyszłości tej drużyny też składne. Tyle tylko, że ja złośliwe piłem z radości, że im się noga podwinęła, a oni z wielkim smutkiem. Ja wiedziałem, że to stypa, a oni myśleli że tylko przejściowe kłopoty.

 

Czyli pod Samsonem kojarzy mi się z weselem i stypą.

 

Zalety to wiadomo, lokalizacja – dla turystów świetna knajpa.

Wady, to ceny, chociaż z uwagi na okoliczności moich wizyt nikt nie zagłębiał się w rachunek.

U Szwejka

Golonka

Ta knajpa, zlokalizowana opodal Placu Konstytucji, reklamy nie wymaga, wprost przeciwnie – jakaś krytyka by się przydała, z uwagi na kolejki przed wejściem. A już się i tak mocno rozrosła poprzez całoroczny ogródek.

 

Kiedyś królowały tam dania typowo czeskie, ale z czasem przekrój zmienił się na bardzo szeroki repertuar. Bardzo dobre i popularne są np. mule, których u naszych południowych sąsiadów nigdy nie jadłem.

 

Dla mnie hitem jest golonka, której ani razu nie udało mi się zmęczyć.

Drobną, ale wartą uwagi zaletą menu, jest kiszona kapusta.

No i oczywiście piwo – najlepiej litrowy „kufelek”.

 

Ale że U Szwejka zrobiło się zbyt popularne, ostatnio testujemy inne knajpy w okolicy. Mam jednak znajomego, który zawsze nas tam zaprasza – więc ostatnio znowu Fuks musiał kończyć moją golonkę.

Żywiciel

Śniadanie na Żoliborzu

Żywiciel to miejsce nierozerwalnie związane z Żoliborzem. Sama nazwa odwołuje się zresztą do pseudonimu historycznego wodza obrony Żoliborza w trakcie Powstania

.

Restauracja bardzo dobrze zlokalizowana – przy Placu Inwalidów – w połowie pomiędzy stacjami metra, ale przy samym przystanku tramwajowym.

 

Żywiciel jest miejscem do całodziennego przesiadywania gości: popularne są tam zarówno śniadania, jak i obiady, jak i wieczorne spotkania. Wystrój jest bardzo stonowany, ale dzięki temu miejsce to ma niepowtarzalny klimat. Wielu gości przesiaduje tam z laptopem wprost godzinami.

 

Moje doświadczenie z tym przybytkiem to akurat wigilijne spotkania służbowe, więc wrażenia są trochę specyficzne. Ale zawsze ryba, którą zamawiałem na danie główne była świetna. Inne specjały wigilijne (śledzie) i niewigilijne (tatar, jeż z boczkiem) też rewelacyjne. Osoby, które tam jadły śniadania też sobie chwalą.

 

To chyba jedyna knajpa na świecie, w której nigdy nie piłem alkoholu, poza symboliczna wigilijną lampką wina, ale zresztą jakoś mi nie pasuje do popijawy (może ze względu na pamięć patrona nazwy).

 

Ceny są w miarę przystępne, ale że za wigilie z bólem serca płacili właściciele mojej byłej (firmy), więc wcale nie jestem tego taki do końca pewny. Ale wychodziłem meganażarty, bo trudno było się oprzeć tak smacznym daniom.

 

Wadą jest jednak lokalizacja. Komu normalnemu - nie z Żoliborza - chciałoby się tam jechać coś zjeść. Teraz po zakończeniu nieludzkiej harówy na Inwalidów to już, chociażby żeby nie przypominać sobie złych i straconych lat, tam nie zagoszczę.

 

Ale „lokalsom” szczerze polecam.

Lotos

Wspomnień czar

Ileż obiadów się tutaj zjadło (jak się pracowało na Stępińskiej), ileż imprez służbowych się tam odbyło.

Kolejne miejsce kultowe, w którym nie byliśmy dziesięć lat.

 

Obiady były bardzo dobre i w niskich cenach. Jak zrobiliśmy tam wigilię służbową to wszystko było pyszne, problem był jedynie z wyniesieniem nas z tego przybytku.

No i ta nazwa.

 

Obsługa była tak wspaniała, że jak nas wyjebali z pracy na Stępińskiej to żeśmy kwiatami żegnali obsługujące nas panie podczas ostatniej wizyty.

 

Wadą jest lokalizacja. Jak ktoś tam nie pracuje / nie mieszka to trochę dziwnie tam specjalnie jechać.

Okrąglak

Legenda

Knajpa legenda. I żeby tej legendy nie zniszczyć nie byłem tam od remontu.

 

Zlokalizowana na rogu Plater i Świętokrzyskiej przy Pałacu charakterystyczna knajpa zasłynęła z juwenaliów kilkanaście lat temu. Spowodowała bowiem że kilometrowy odcinek z Dworca Centralnego na Plac Grzybowski pokonaliśmy w 8 godzin. A nie było wtedy telefonów komórkowych.

 

Teraz – po remoncie – wygląda całkiem zachęcająco, ale wciąż boimy się rozczarować i pogrzebać legendę.

Please reload