Dziecię Boże

Mocna książka napisana w charakterystycznym stylu pisarza, którego wielu bardziej kojarzy z zamiłowania jednego z bohaterów Remigiusza Mroza, niż autentycznej twórczości Amerykanina.

Bohaterem jest Lester Ballard samotnie mieszkający w biednej chatce. Pozornie nieszkodliwy skrywa żądze wypływające gdy zaistnieje okazja. Co raz bardziej odrzucony od społeczeństwa, po pożarze własnego domostwa skrywający się w lasach, jaskiniach, żyjący w zwierzęcych warunkach.

Ciemna strona Ameryki - może nawet całego świata, a zarazem ludzkiej psychiki. Obraz człowieka odrzuconego, chorego, a jednocześnie przebiegłego. Początkowo stonowana opowieść z czasem odkrywa prawdę o procederze szokując opisanymi z dosłownością wydarzeniami. Jednocześnie Ballard pozostaje bohaterem, co do którego nie budzi się należnego oburzenia, a raczej jego występki składa się na karb chorej psychiki. Nie poznajemy przeszłości, genezy, a jedynie efekt zbrodniczego cyklu. Ballard jest produktem jaki stworzyło społeczeństwo, bezradne w przypadku niestandardowych przypadków. 

Także pod względem stylistyki nie jest to prosta lektura: naruszone zasady wyróżniania dialogów, specyficzna interpunkcja, losowy podział na rozdziału. Gdy jednak ktoś się zanurzy w tę powieść, na szczęście spójną i krótką, wchłonie cały jej mroczny przekaz. Warto!

Książka powstała już prawie pół wieku, a jest jakże aktualna, szczególnie w kontekście rozpowszechnianych szczegółów działania seryjnych morderców.

Cormac McCarthy

Wyrwana z piekła

Niezwykła historia pięknej Kaszubki, która przeżyła katorgę z powodu wojennych zawirowań. Styl pisarski pozostawia wiele do życzenia, ale sama opowieść jest wstrząsająca.

Gertruda Jutrzenka Trzebiatowska – mieszkanka Borowego Lasu, który w dwudziestoleciu wojennych znajdował się po polskiej stronie Kaszub, wyszła w trakcie okupacji za mąż za przystojnego niemieckiego żołnierza. W obliczu nadciągającego radzieckiego „wyzwolenia” dziewczyna (czujnie jak się okazało, bo raczej radzieckiego wyzwolenia jako żona żołnierza wroga by nie przeżyła) ucieka do Berlina. Jednak tam nie odnajduje swojego męża (który notabene przeżył wojnę). W drodze powrotnej „mija” Polskę i trafia do Rosji, a finalnie nawet na mroźną Syberię. Jej życie to prawdziwa gehenna, a powrót do Polski, do rodzinnej wsi – nawet po upadku komunizmu nie jest łatwą sprawą.

Książka podzielona jest na trzy rozdziały dotyczące poszczególnych etapów życia bohaterki. Chyba najlepiej opisany jest ten ostatni - prób powrotu do Polski, może dlatego że najłatwiej było o materiału. Nie ma co ukrywać, ze Szcześniak jest przeciętnym pisarzem, ale i tak należy mu się pochwała za determinację z jaką zainteresował się tak szokującą historią ludzkiego życia. 

Historia Gertrudy to także lekcja historii, o tym jakim ustrojem było komunizm, jak wyglądało rzekome wyzwolenie przez Armię Czerwoną znaczone gwałtami, morderstwami i złodziejstwem, jakim państwem był ZSRR. To też szpilka dla współczesnych procedur urzędniczych, które już w wolnym kraju uniemożliwiają poszkodowanym przez los ludziom powrót do ojczyzny. Historia ponad wszelką wątpliwość – niesamowita. Zdecydowanie dla niej warto przeczytać. 

Inaczej odbiorą książkę osoby, które już słyszały, czy to z poprzedniej książki Szcześniaka („Porwana. Opowieść o brance”), czy też licznych artykułów prasowych o sprawie Trzebiatowskiej. Druga pozycja w zasadzie o tym samym niewiele wnosi, i raczej wygląda na skok pisarza na dodatkową kasę. Pewnie mu należną za wytrwałość i ważkość tematu, którego się podjął, ale jakiś niesmak pozostaje.

Edmund Szczesiak

Dziewczyny z Dubaju

Medialna sprawa zaprezentowana książkowo w formie reporterskiej. Ważna społecznie. Jednak potencjał tematu zdecydowanie niewykorzystany, wręcz zmarnotrawiony słabym piórem Piotra Krysiaka, złym doborem materiałów i nieodpowiednią kompozycją książki.

Aresztowanie dwóch kobiet trudniących się stręczycielstwem: organizowaniem ładnych polskich kobiet na seks-wyprawy oraz pośrednictwem w spotkaniach z bogatymi mężczyznami w Polsce, odbiła się szerokim medialnym echem. W trakcie procesu pojawiło się wiele znanych nazwisk, a sam proceder chociaż znany, to jednak skalą zaskoczył wielu obserwatorów. Dziewczyny wyjeżdżały na wielodniowe wczasy uprzyjemniać czas szejkom i innym bogatym ludziom. Również w Polsce świadczyły w hotelach luksusowe usługi seksualne. Pośredniczki dokładnie wiedziały co proponują dziewczynom, a te dla pieniędzy wypełniały zachcianki klientów.

 

Książka podzielona na rozdziały odnoszące się do konkretnych zleceń (wyjazdy na jacht, do Dubaju, do ośrodka narciarskie, organizowanie spotkań w hotelach) oferowanych przez stręczycielki jest oparta na materiale dowodowym zgromadzonym w trakcie śledztwa. I z tym jest największy problem w trakcie lektury: bo to często suche fakty, irytujące dialogi, wymiana esemesów, czy krótkie wywiady z zainteresowanymi. Zachowano również procesowy zwyczaj nieujawniania nazwisk, co bardzo irytuje podczas lektury skłaniając do poszukiwania w Internecie. Najbardziej irytujące są powtarzające się rozważania, czy też dziewczyny wiedziały na co się „piszą”. Koszmarne są przytaczane dosłownie dłuższe rozmowy, czy wymiana wiadomości tekstowych, z powodu ich żenującej treści i formy. Czyta się to z trudem, i nie pomaga świadomość że autor starał się wiarygodnie oddać zgromadzone dowody. Ciekawy temat został więc w dużej mierze zmarnowany.

Większość książki stanowią rozważania autora, czy dziewczyny decydując się na wyjazd wiedziały o charakterze spotkań z mężczyznami, co wydaje się kwestią, raz że drugoplanową, dwa że wydumaną. Jeszcze nudniejsze są kłótnie o pieniądze, rozliczenia finansowe i wzajemne pretensje ukazane przed wszystkim w formie koszmarnych pod względem układu rozmów tekstowych. Czytelnika pewnie dużo bardziej by zainteresowało jakim cudem aresztowane kobiety uzyskały tak silną pozycję na rynku usług prostytutek zdominowanej przez mafie przestępcze. Piotr Krysiak za bardzo skupił się na drugorzędnych szczegółach zawartych co prawda w materiałach procesowych, ale nie wyjaśniających istoty i genezy procederu. Nic nie zrobił, poza jednym wywiadem, aby pogłębić wiedzę na ten temat, a głównie narzeka że poszkodowane kobiety nie chciały z nim się zaprzyjaźnić na facebooku.

Pomimo tych wszystkich mankamentów pozytywnie trzeba ocenić samo pojawienie się takiej pozycji książkowej bazującej na szokującej wiedzy, która pojawiła się w trakcie śledztwa. Stręczycielstwo to poważny problem i element światka przestępczego, lekceważony wciąż w Polsce przez wymiar sprawiedliwości, o czym świadczy chociażby lawina ulotek wkładanych w Warszawie za samochodowe wycieraczki. Można było, przy umiejętnościach reporterskich, stworzyć ze zgromadzonego materiału pozycję dużo ciekawszą do lektury, jednak jej wartość społeczno-poznawcza nie pozostawia wątpliwości. Zresztą autor wykazał się odwagą w samym podjęciu tego tematu, za co należy mu się pochwała. Chociaż pisać i komponować książki, to on niestety nie potrafi.

Piotr Krysiak

Pan Wichrów i Powiewów

Kryzys wieku średniego. Wspomnienia młodzieńczej miłości. Proza życia nauczyciela polonisty w Warszawie.

Wojtek ma ustabilizowane życie. Praca w szkole. Dziewczyna z która jest już od wielu lat – nie widzą powodu legalizowania związku małżeństwem, nie mają dzieci. Wolny czas spędzają na wspólnych wycieczkach rowerowych po Warszawie. Mają swoją stara paczkę znajomych, z którymi raz na jakiś czas się spotykają. Tradycją są letnie wypady do domku na Mazurach. I tam właśnie postawa Wojtka ulegnie zmianie poprzez przywołanie wspomnień z przeszłości.

Napisane z dużym dystansem, ale sympatią do bohatera. Ciekawe obserwacje. Widać co prawda, że autorka nie jest zawodową pisarką, ale może dlatego książkę czyta się tak dobrze. Dużym atutem jest trafność w ukazaniu psychiki mężczyzny po 40-tce. Pozornie szczęśliwego, jednak w praktyce niespełnionego.

Książka jest gratką dla Warszawiaków. Zanim akcja przeniesie się na Mazury jest wiele opisów wypraw rowerowych i codziennego życia w stolicy. Autorka ma również talent od opisywania przyrody i odnoszenia jej do codziennych trudów życia.

Koniec książki może być rozczarowujący, w pewnym momencie można było spodziewać się jeszcze mocniejszego zwrotu akcji. Z drugiej strony dzięki temu jest bardziej wiarygodnie.

Książka jest dobrze skonstruowana, podzielona na czytelne rozdziały, umiejętnie w bieżący nurt fabuły wplątane są wydarzenia z przeszłości bohatera. Jak na debiutantkę i osobę spoza literatury, Żandarska-Ochnik radzi sobie nad wyraz dobrze.

Bardzo przyjemna lektura, aczkolwiek tylko na kilka wieczorów, bo jest króciuteńka (chyba zbyt). Nie jeden czytelnik odnajdzie swoje własne doświadczenia w historii bohaterów. Dodatkowo - ładna okładka.

Martyna Żandarska-Ochnik

Porucznik

Dosyć sztampowa opowieść science-fiction. Ciekawa jednak ze względu na wizję przyszłości napisaną 20 lat temu, czyli chociażby przed eksplozją popularności Internetu i nowoczesnych metod komunikacji.

Druga część historii żołnierza-najemnika Lona Nolana. Akcja toczy się kilkaset lat w przyszłości (XXIX wiek), zaludnionych jest już setki planet, na planecie Dirigent istnieją specjalne siły reagujące na zagrożenia we wszechświecie. Nolan pochodzi z Ziemi, ale tam nie miał już perspektyw. Dlatego zatrudnił się jako najemnik w szeregach Korpusu Najemników Dirigentu. Każda misja wojskowa niesie za sobą olbrzymie ryzyko. Po ostatniej Lon awansował (poprzednia książka nosiła tytuł „Kadet”) z powodu śmierci swojego przełożonego. Pierwszą jego misją w nowej roli jest zajęcie budynków rządowych. Akcja kończy się niepowodzeniem, ale jak się okazuje finalnie … powodzeniem. Najemnicy wracają do swojej bazy, ale nie dane im będzie odpocząć. Dostają kolejne, jeszcze bardziej niebezpieczne zajęcie: zostają wysłani w sam środek międzyplanetarnej inwazji.

Seria Shelley’a to kieszonkowe książki, wypełnione wartką akcją i stosunkową prostą fabułą. Wyraziści bohaterowie, dużo walki zbrojne, przeciętne dialogi. Na siłę podrzucane są wątpliwości moralne i wewnętrzne rozterki bohatera. Wadą jest bardzo słabe naszkicowanie postaci drugoplanowych – pojawiają się co chwila nowi, którzy szybko znikają. Tylko Nolan pozostaje w centrum zainteresowania fabuły. Sama kompozycja działań wojskowych jest szczegółowo dopracowana, gorzej jednak z przekazem dla czytelnika, który może się momentami pogubić. Czyta się jednak w miarę dobrze, a przede wszystkim szybko, więc nawet jak ktoś nie gustuje w tego typu opowiadań to zbyt wiele czasu nie straci.

 

Najciekawsza jest wizja przyszłości z trochę już archaicznej, 20 lat to szmat czasu w przypadku przewidywania wizji świata, perspektywy. Świat po eksploatacji Ziemi rozrósł się na wiele planet. Podróże są możliwe dzięki prędkości ponaddźwiękowej – coś w stylu „Gwiezdnych Wojen”, każda odległość jest do przebycia za pomocą trzech „skoków”. Ludzie się nie zmienili: kochają się, mają słabości, wątpliwości, umierają, a przede wszystkim toczą wojny: o wpływy, o terytorium, o pieniądze. Wojny toczone są w stosunkowo konwencjonalny, jak na upływ 800 lat, sposób – czyli jedna armia napada na drugą. Nie opracowano sposobów ochrony przed zranieniem, są jednak specjalne inkubatory, w których można wyleczyć nawet ciężko rannych. Jak ktoś jednak zostanie poważnie ugodzony, to już nie ma szans, stąd śmiertelność podczas misji jest wysoka. I stanowi to problem psychiczny dla bohaterów. Ciekawym rozwiązaniem są również specjalne plastry, które potrafią unieszkodliwić używki. Można więc po wypiciu alkoholu, czy nawet kawy nakleić taki plaster i człowiek jest w kilka minut trzeźwy, czy też przytomny.

 

Ta wizja przyszłości to najciekawszy element tej serii. Którą dobrze się czyta, jednak do historii literatury science-fiction przejść nie mogła. Lektura na dwie wieczory. Dla fanów literatury science-fiction pewnie pestka do przełknięcia.

Rick Shelley

Kraina Wiecznych Jezior

Ryzykowna tematycznie propozycja dla młodzieży, poruszająca bowiem trudne tematy.

Dominik jest mało szczęśliwy z wyjazdu na Mazury ze starszą o dwa lata siostrą i rodzicami. Oderwany od gadżetów elektronicznych, w niewygodnym namiocie, bez kolegów i większych atrakcji. Szybko jednak takowa się znajdzie gdy dzieciaków zaskoczy burza na środku jeziora. Przeniesienie do nowego, trochę makabrycznego wymiaru, pozwoli im całkiem inaczej spojrzeć na rzeczywistość.

Autor tej książki - Andrzej Gręziak jest pasjonatem literatury, ale z zawodu historykiem, z zamiłowania muzykiem, a szerszej publiczności znanym jako uczestnik teleturniejów. Książka dla młodzieży jest wynikiem jego pasji i widać w niej nawiązania, a nawet gotowe szablony z wielu pozycji. Samo przeniesienie się do magicznej krainy jest standardowym zabiegiem, ale jego zastosowanie ma tym razem konkretny, jednak bardzo ryzykowny edukacyjnie, cel. Gręziak chce bowiem ukazać ciemną stronę spędzania wolnego czasu przez mazurskich bywalców: alkohol, imprezy, hałas, brak poszanowania innych. Pisarz ukazuje ich jak wciąż po tragicznym zakończeniu żywota napawają się swoją nienawiścią. Jest nawet specjalne pomieszczenie, gdzie najlepszy człowiek może się zatracić. Wygląda to trochę zbyt mrocznie, upiornie i przerażająco jak na produkt dla młodego pokolenia. Bardzo ryzykowne pokazać w książce dla dzieci szalejących z nienawiści umarlaków, za życia alkoholików i awanturników. Ale może jednak jest to jakaś metoda – czytelnicy tej pozycji za kilkanaście lat również staną przed typowymi dla młodych ludzi pokusami i problemami.

Pod względem literackim nie jest to idealna książka. Widać amatorski język, zbyt dużo szablonów, a także nierówne tempo akcji. Szczególnie końcówka wygląda na skróconą tak, aby ograniczyć format do objętości akceptowalnej przez młodsze pokolenie. Tym czasem najlepsze książki dla młodzieży wcale nie są króciutkie. Można więc było trochę lepiej to poukładać, szczególnie że rozmowy dzieciaków w magicznym świecie są dużo ciekawsze niż trochę chaotyczne opisy walk. Także kluczowa postać, której dotyka przemiana mogłaby zostać bardziej uzasadniona.

Jest to natomiast książka udanie czerpiąca z uroków mazurskich jezior. Stali bywalcy lepiej sobie wyobrażą poszczególne sekwencje, ponieważ dzieją się one na konkretnych mazurskich jeziorach, co pisarz próbuje uwypuklić. Ciekawe, czy wystarczy mu pasji aby tworzyć kolejne części, może z innymi turystycznymi atrakcjami.

Dla młodzieży książka ta jest  ryzykowną pozycją, ale jak dziecko mądre to powinno zrozumieć co pisarz chciał przekazać.

Andrzej Gręziak

Kłamca 4. Kill'em all

Ostatnia część serii o aniołach, demonach i ludziach - w krytycznym dla losów świata okresie.

Apokalipsa. Główne walki toczą się w Australii, gdzie Archanioł Michał odpiera ofensywę wroga. Lucyfer ukrywający się w ciele młodego chłopaka „po-prostu Jake” ma swój szatański plan. Tymczasem Loki – Kłamca podszywa się za Oberona w Dolinie korzystając z erotycznych przyjemności i planując zemstę na atrakcyjnej żonie Oberona. Gdzieś na Biegunie Północnym więziony Bóg wina Bachus dostaje zlecenie zlikwidowania innego więźnia: Świętego Mikołaja. Bóg miłości Eros ukrywa się natomiast w … obrazie. W Paryżu grupa polskich fanatyków literatury Kinga próbuje przetrwać apokalipsę, pomimo ugryzienia jednego z nich przez zombie. W Skandynawii zakochany Eryk ze zdziwieniem obserwuje proceder ekshumacji trumny przez piękną Mary Ann. W końcu w Nowym Jorku reżyser Knox dyscyplinuje szczury, z którymi to kręci swój kolejny film. I to właśnie do niego jak magnes będą zmierzać wszystkie wątki.

Nawet nie znając poprzednich części szybko można połapać się w fabule i polubić bohaterów. Są to bowiem wyraziste, ciekawe wątki – perfekcyjnie zdążające do punktu kulminacyjnego.

Książka napisana jest w sposób niezwykle barwny, plastyczny, ale nie epatuje opisami, pozwala na dialogi i szybkie zwroty akcji. Odpowiednia jest również kompozycja dająca wybrzmieć poszczególnym wątkom, może jedynie wojna w Australii jest zbyt pośpiesznie zakończona.

Jakub Ćwiek ma swój styl i ogromną wiedzę kulturową, z której nie waha się korzystać. Nawiązań jest tutaj całe mnóstwo, głównie do sztuki filmowej, ale także do sztuk teatralnych, literatury, komiksów, gier komputerowych. Mankamentem jest jedynie to, że nie każdy czytelnik właściwie odczyta wszystkie zamierzone aluzje. Takie bogactwo powoduje, że książki Ćwieka są propozycją dla wyrobionego kulturalnie czytelnika. Nie jest to pierwsze zwykłe fantasy, gdzie kluczowe jest kto kogo i jak zabije. Nie przypadkiem zresztą finał całej serii zmierza na Broadway.

Warte odnotowania są również rozważania natury moralnej i religijnej, które znajdują swój finał w może trochę zaskakującym zwrocie akcji, mającym spinać klamrą serię o Kłamcy. Zawsze oczywiście można zastanawiać się, czy na taki koniec czekali najwierniejsi fani, jednak im często nic nie dogodzi.

 

Biorąc pod uwagę, że pisarz czerpie garściami z popkultury to pewnie ciekawym byłoby zekranizowanie jego powieści. Ale czy ktoś się tego podejmie? W końcu nie wystarczy zatrudnić znanego amerykańskiego reżysera ze stadkiem szczurów …

Jakub Ćwiek

Carte Blanche

Oparta na faktach historia nauczyciela historii dotkniętego postępującą ślepotę stanowiąca kanwę znakomitego filmu z Andrzejem Chyrą.

Kacper jest nauczycielem historii w lubelskim liceum. Niesforna klasa z niesfornym Madejskim staje w obliczu zbliżających się matur. Stary kawaler mieszkający z matką, będący pod jej wpływem. Wypadek samochodowy w tragiczny sposób przerywa ten układ: Kacper zostaje sam, dodatkowo zaczyna mieć problemy ze wzrokiem. Niespodziewanie otrzymuje od Dyrektorki wychowawstwo jednej z klas maturalnych, co powoduje duże rozczarowanie polonistki Ewy. Kacper robi wszystko aby ukryć postępującą ślepotę, wtajemniczając jedynie swojego najbliższego przyjaciela. Powoli zaczyna odkrywać sposoby na życie i funkcjonowanie w ciemności.

Sama historia, oparta na prawdziwym przypadku lubelskiego nauczyciela, jest wystarczająco silna. Lusiński w zwarty sposób przedstawia dramatyczny okres w życiu bohatera: utrata matki, szokująca diagnoza lekarska, próba samobójstwa, odkrywanie sposobów na życie w ślepocie, związek uczuciowy z koleżanką z pracy, nawiązanie kontaktu z synem kochanki, a w końcu szacunek klasy maturalnej. Kacper jest przedstawiony w bardzo życzliwy sposób, pozwalający na identyfikację czytelnika z jego problemami. Może gdyby nie autentyczne podłoże trudno byłoby uwierzyć, ze bohaterowie tak długo udawało się realizować swój „plan”.

Bardzo ciekawe są również postacie drugoplanowe: samotna matka Ewa, dobrze zarabiający najbliższy przyjaciel z zazdrosną małżonką, niesforny uczeń Madejski, uczennica Klara z problemami rodzinnymi. Udało się te kilka wątków wpleść do powieści, nie naruszając głównego nurtu.

Podstawowy wątek utrzymany jest w lekko groteskowej formie, co zmiękcza skalę tragedii jaką przeżywa bohater. Ważne jest również profesja nauczyciela historii, co pozwala na wykorzystanie wielu ciekawych spostrzeżeń, historyjek, aforyzmów. Dodatkowo zasygnalizowany jest, może zbyt powierzchownie, wątek silnego związku z matką, co też będzie miało dodatkowy aspekt już po zdiagnozowaniu choroby wzroku. Pomimo dość lekkiej formy pojawiają się wątpliwości natury moralnej, w końcu bohater oszukuje: szkołę, kobietę – naszkicowane je jednak na tyle delikatnie, że nie odbierają sympatii do bohatera.

To króciutka książka, chyba zbyt krótka, góra na dwa dni czytania. Wydaje się, że mogła być nawet bardziej rozbudowana, ale w takiej skondensowanej wersji zawiera wszystkie ciekawe wątki. Chciałoby się przeczytać kontynuację wątków.

Duży wpływ na popularność ma oczywiście znakomity film z Andrzejem Chyrą w roli głównej, który pojawił się równolegle z premierą książkową i w dużej mierze zabrał popularności powieści. Reżyserem filmu jest autor książki – co jest specyficznym przypadkiem i powoduje dużą spójność tych pozycji. Ważne ze względu na tematykę jest również wydanie audiobooka z głosem Arkadiusza Jakubika, czyli jakby cały tercet: książka, film, słuchowiska.

Pomysłowy jest także sam tytuł – trafnie oddający charakter, tematykę i dylemat bohatera.

Dla osób wrażliwych – jest sporo przekleństw, jednak uzasadnionych zarówno napięciem jakie panuje, jak i środowiskiem szkolnym.

Cytat: „człowiek, który żyje jak zboże, staje się słomą historii”.

Jacek Lusiński

Zakochaj się, Julio

Typowe romansidło: świetnie się czyta, ale nagromadzenie zbiegów okoliczności nawet jak na taki gatunek jest zdecydowanie ponad miarę. Na plus: krakowskie liceum i zakopiańskie góry.

Julia Konarska, pełna zapału i pasji edukacyjnej, uczy matematyki w jednym z prestiżowym krakowskich liceów. Zbliża się okres matur, akurat jej pierwsi wychowankowie przystępują do egzaminu dojrzałości. Jednak na ferie zimowe wuefista Darek namawia do zabrania klasy na krótki odpoczynek do Zakopanego. Julia pomimo fochów najlepszej przyjaciółki Oli decyduje się na wyjazd. Tam Darek zaczyna ją coraz bardziej podrywać, co spotyka się z negatywną reakcją Julii. Podczas wyprawy narciarskiej wpada na przystojnego mężczyzna - Jakuba. Na niego również wpada w hotelu, gdy jest już w towarzystwie wyniosłej partnerki. Tymczasem Julia ma inny problem – jej podopieczni upili się do nieprzytomności. Po powrocie do Krakowa zatajenie tej sytuacji próbuje wykorzystać Darek zazdrosny o wizję romansu z innym facetem.

Prosta, sympatyczna i rzecz jasna przewidywalna - już na okładce jest hasło, że miłość zwycięży, fabuła. Można więc było trochę wyhamować ze zbiegami okoliczności. Niestety Jakub okazuje się nie tylko facetem na którego „przypadkowo” Julia wpada, ale bratem korepetytowanej uczennicy i deweloperem sprzedającym mieszkanie dla najbliższej rodziny. Inne drobne „przypadki”, jak przyłapanie na gorącym uczynku przy rynku w Krakowie – to już szczegóły. Nic by cała historia nie straciła jakby trochę ograniczyć te „zbiegi okoliczności”.


Poza tym książkę czyta się sympatycznie. Wartka akcja, dobre dialogi, wyraziste postacie. Dobrze oddany klimat szkolny, zarówno nauczycielski, jak i uczniowski. Upijanie się na wycieczce w Zakopanem – cóż, jakby znajome. Może trochę za bardzo pośpieszono się z zakończeniem i można było coś dołożyć, ale romanse muszą być spójne i do przeczytania na „dwa wieczory”.


Dodatkową zaletą książki są lokalizację. Kraków i liceum. Zakopane, góry, a na dokładkę mądrości miejscowej góralki (to wątek zaczerpnięty z innej książki autorki – co widać, ale zbytnio nie przeszkadza). Dobre warunki do romantycznej historii. Może opisów górskich krajobrazów jest za mało (to chyba nie jest atut literacki autorki), ale sama wyprawa na szlak Czerwonych Wierchów bardzo sympatyczna.


Całkiem przyzwoita jest charakterystyka bohaterów: idealistka – nauczycielka, uczciwy biznesmen – deweloper (postać mityczna?). Kolorytu, ale także pozytywnego, dodaje specyficzna przyjaciółka Ola – amatorka wygody i lekko w sobie zadufana. Zaletą książki jest również wątek Izy – uczennicy, która na złość mamie nie przykładała się do nauki, ale po spotkaniu z Julią diametralnie zmieniła swoje buntownicze podejście. Najsłabszy i najmniej wiarygodny jest wątek wuefisty – trochę zbyt antymęskie podejście i niewytłumaczalna w pewnym momencie wolta.


Jest więc dużo sympatycznych akcentów, ale to ciągle … romans. Zrobiliśmy sobie nawet z Gosią (wstrząśniętą faktem, że czytam romans) mały eksperyment i ostatnią stronę przeczytaliśmy na głos. Ubaw po pachy. Romanse to raczej nie gatunek dla nas …
 

Natalia Sońska

Krew na stadionach

Pierwsza książka na polskim rynku wydawnictwem (wydana w 2010r.) ukazująca tematykę stadionowych zadym od strony chuligana.

Bohaterem jest Marcin – kibic i chuligan warszawskiej Legii oraz jego najbliżsi przyjaciele Piotrek i Maciej, którzy go zachęcili do pierwszej wizyty na, jeszcze starym przy Łazienkowskiej – stadionie Legii. Młodzi chłopcy szybko łyknęli bakcyla kibolskiego życia z naciskiem na mocniejsze wrażenia. Dzięki temu zyskali uznanie starszyzny, a sami utworzyli grupę specjalizującą się w odważnych akcjach przeciwko wrogim grupom kibiców (GKS Katowice, Widzew, Lech, Polonia). Książka odnosi się do wydarzeń z początku lat 90-tych, czyli okresu wolnej amerykanki na polskich stadionach, gdy dochodziło do rozlicznych starć, w tym także walk z niewyszkoloną w temacie piłkarskich chuliganów policją. To również początek sukcesów sportowych stołecznego zespołu, co jednak dla bohaterów często schodziło na drugi plan.

 

Książka napisana jest z punktu widzenia osoby aktywnej w chuligańskim fachu. Jest swoistym pamiętnikiem z kolejnych rozrób. Każdy rozdział to chuligańska przygoda na kibolskiej ścieżce. Wpisują się w nie znane wydarzenia z lat 90-tych: finały Pucharu Polski, słynny chorzowski mecz z Anglią, zdobywanie tytułu mistrzowskiego przez Legią. Ale także lokalne przygody, jakich wiele w życiu kibica: wyjazdy do Częstochowy, napady na pociąg, naruszenie fety na Polonii, czy wyprawa do zaprzyjaźnionego (wówczas) Szczecina. Są tez bardzie epizodyczne, ale często wspominane przez fanów wydarzenia, jak napatoczenie się geja w kiblu, czy pomyłkowe trafienie na mecz żużlowych. Chuligan (z lat 90-tych) czytający książkę dostrzeże w lustrze swoje własne przeżycia.

Bohater nie zastanawia się nad swoim postepowaniem, nie ma kodeksu moralnego, chociaż jego zalążki pojawiają się w głowie chuligana. Nie ma kontestacji, że zadymy mogą przynieść opłakane skutki, jednak już pojawiaj się sugestię, że na przykład morderstwo (jak w przypadku kibica Pogoni w Chorzowie) to przekroczenie granicy chuligańskiego honoru. Czytając jednak można mieć obawy, czy tak ostre postępowanie Marcina również nie doprowadzi, jeśli nie do śmierci, to do trwałego kalectwa.

Osobnym tematem są potyczki z policją, zawsze z nienawidzoną, ale wówczas jeszcze zupełnie inaczej funkcjonującą. Nawet jeżeli wiele opisów wydaje się przesadzone, to jednak każdy znający realia tamtych lat dostrzeże dużą dozę realizmu.

Książka jest napisana z punktu widzenia Legionisty, co może niektórych razić i forsuje typowy w tego typu publikacjach (jak chociażby liczne relacje z zadym) jednostronny obraz wydarzeń. Można z niej wysnuć wniosek, że Legia dominowała na chuligańskiej scenie w tamtym okresie, z czym z pewnością nie zgodzą się kibice innych czołowych klubów. Ale już taki urok tekstów kibolskich i ta książka dobrze to oddaje. Nawet jeżeli pojawią się zarzuty o brak wiarygodności, to trzeba brać pod uwagę że wiele opisów  tworzonych przez to środowisko, również współcześnie, zawiera bajkopisarstwo. Koniecznie również trzeba uwzględnić jakich lat dotyczy akcja książki. Z dzisiejszym kibicowaniem i chuligaństwem nie ma to żadnego związku.

Niestety zabrakło miejsca (pomysłu?) na ogólniejszą charakterystykę bohaterów. To duży mankament, bo nie wiemy skąd mają oni czas i finanse (nawet jeżeli jeżdżą na gapę) tak aktywnie brać udział w życiu chuligańskim. Niby na pierwszy mecz nie mają kasy na bilet, a później imprezują po kilka dni w Szczecinie. Może to by zbytnio rozszerzyło książkę, ale taki zarys życia pozakibicowskiego powinien jednak być.

Ogólnie jednak świetnie się to czyta, oczywiście przynajmniej osobom które liznęły tego świata (dla innych może to być przerażająca fabuła). Książka podzielona jest na treściwe, krótkie rozdziały. Ciekawym zabiegiem jest również klamra, odnosząca się do pułapki w która wpadł główny bohater, a która zapewne dla niego się źle skończyła.

Jak ktoś brał udział w zadymach – świetna zabawa. Jak ktoś chce zrozumieć, co tkwi w głowach ludzi okładających się za kibicowanie różnym klubom – bardzo wiarygodny materiał.

Michał Buczak

Porozumienie przeciw monowładzy. Z dziejów PC

Z recenzją książki „Porozumienie przeciw monowładzy” jest taki problem, że w zasadzie nie ma odpowiedniego odbiorcy docelowego. Bo Polacy dzielą się na tych, którzy Kaczyńskiego nienawidzą, i nawet jakby napisał „Grona gniewu” to by dostał po głowie, oraz na tych którzy ubóstwiają Jarosława: i ci wchłonęliby z zachwytem nawet Kubusia Puchatka jego autorstwa.


Należy jednak unikać oceniania książki pod kątem kontrowersji wobec autora. Patrząc obiektywnie na zawartość tej pozycji można wyrobić sobie następujące, kluczowe przemyślenia na temat Jarosława Kaczyńskiego:

  • znikomy wpływ na proces obalenia poprzedniego ustroju

  • wykrystalizowane poglądy i chorobliwe nastawienie ku systemom demokratycznym

  • dużo ciepła i zrozumienia, również dla mających inne zdanie

  • aktywność w dążeniu do korekty kierunku transformacji po 1989r. 

 

Tak to w skrócie wygląda, bo Kaczyński pisze bardzo szczerze, bezpośrednio i osobiście. Nie próbuje koloryzować rzeczywistości, wręcz bardzo często podkreśla swoje pomyłki, błędy, nie przemyślane decyzje i uchybienia. Zapewne właśnie takim szczerym człowiekiem jest w rzeczywistości, ale rozwój wydarzeń sprawił, że przez społeczeństwo postrzegany jest albo jako tyran, albo jako bożyszcze. I ta książka, ani żadna następna, tego nie zmieni. Dla swojego dobra powinien zresztą dać sobie spokój z pisaniem, bo przy takiej skłonności do szczerości zawsze znajdzie się w książce zdanie do którego jego przeciwnicy polityczni się przyczepią.

Porozumienie przeciw monowładzy” nie powinna więc być przyczynkiem do analizy samego Kaczyńskiego, ale jest znakomitym materiałem do oceny tego co się w Polsce wydarzyło. To jedna z najlepszych, acz subiektywnych, genez wydarzeń okresu przełomu i początków III RP. Czyli okresu niezmiernie interesującego, wręcz fascynującego, także w kontekście ostatnich wydarzeń na scenie politycznej. 

Książka obejmuje pewien wycinek aktywności polityczne Braci Kaczyńskich, od ich pierwszych aktywności w trakcie wydarzeń marcowych, poprzez udział - przede wszystkim Lecha, w Solidarności, aż po karierę polityczną - początkowo wokół Lecha Wałęsy, a następnie po utworzeniu Porozumienia Centrum. Rozważania urywają się na początku tego wieku, czyli po pierwszym sukcesie wyborczym nowoutworzonego Prawa i Sprawiedliwości. To pierwsza ciekawostka - wówczas sukcesem Kaczyńskiego było wprowadzenie 55 posłów do parlamentu.

Główny nacisk w książce położony jest więc na organizację i aktywność Porozumienia Centrum, jako ugrupowania ukierunkowanego na zmianę sposobu transformacji pokomunistycznej i konkretne reformy, w tym głównie walkę z przestępczością.

Istotnym jest również moment powstania pozycji. Jarosław stworzył ją tuż przed zwycięskimi wyborami 2015r., które otworzyły mu drogę do pełnej realizacji swojego programu poprzez większość sejmową oraz sprzyjającego (nie zawsze ..) Prezydenta. Pisał jednak nie mając doświadczeń z okresu kadencji PiS i wszystkich działań opozycji totalnej, protestów wobec reform. A z drugiej strony z trafności wprowadzenia programów socjalnych (500+) i znakomitych efektów reform na polską gospodarkę (niski deficyt budżetowy, wpływy z VAT, wzrost gospodarczy).


Książka ma więc w dużej mierze charakter już historyczny. Można dowiedzieć się jednak wielu aspektów, które zostały później przekłamane, albo nawet zapomniane. A które historycznie były istotne: wpłynęły na losy Polski bardziej niż te katowane medialnie, obecne w świadomości społecznej..


Niemcy

Szokiem dla wielu może być wątek niebezpieczeństwa zmian granic Polski po 1989 roku. Ze wspomnień JK wynika, że ta kwestia była bardzo poważnie rozważana, i w zasadzie tylko mocne stanowisko USA uchroniło nas od eskalacji takich żądań. A biorąc pod uwagę „odwagę” ekipy Mazowieckiego, pewnie ewentualny nacisk mógłby skończyć się realnymi ustępstwami. Zupełnie inaczej w tym kontekście wyglądają późniejsze wpływy Donalda Tuska - polityka wprost proniemieckiego, co przyznają nawet jego zwolennicy. To także tłumaczy bardzo sceptyczny stosunek obecnej ekipy do współpracy z partnerem niemieckim, także w ramach struktur Unii Europejskiej. 


Budowa barykady

Jak ktoś się zastanawia czemu PIS przetrwał trudne osiem lat w opozycji, dramatyczne odejścia działaczy (Smoleńsk, wyjścia PJN i Ziobry) - to odpowiedzi może szukać już w 1990 roku. Wtedy również opcja antymichnikowska (niespełnionym dowódcą był wówczas Bronisław Geremek)  była wściekle atakowana w szerokich mediach, na spotkaniach, a wśród społeczeństwa zaszczepiono wrażenie, że tylko jedna opcja polityczna ma monopol na prawdę. Szybko się to skończyło, głównie dzięki osobie Stana Tymińskiego, który trochę ochłodził gorące głowy Mazowieckiego i spółki. Kaczyńskiego jednak uodporniło to na niegodziwość i brak reguł w politycznej walce. Czyli wyrobił sobie cechę, której zdecydowanie nigdy nie posiadł jego brat bliźniak. Ta bezpardonowa skłonność do atakowania drugiej strony politycznej barykady (przy równoczesnym oszczędzaniu innych, czego konsekwencją było odrodzenie SLD) w sposób bezpośredni doprowadziła to obecnej stanu polskiej polityki, podziału na dwie strony konfliktu, wpływającego również niekorzystne na życie społeczne, zawodowe i rodzinne (chyba każdy doświadczył bezsensownych politycznych kłótni przy rodzinnych spotkaniach …).


Nie jest prawdą wyobrażenie, lansowane przez niektórych obserwatorów polskiej sceny politycznej, że obecny podział wyłonił się z jednej rodziny. Jest to percepcja z założenia kompletnie błędna. Już w latach 80-tych istniał podział w gronie środowisk antykomunistycznych, a pogłębił się on w okresie przełomu. Często były to podziały silniejsze niż pomiędzy PZPR a Solidarnością, bo w tej drugiej silne były ciągotki do porozumienia z komunistami. Z tego wyrosło całe środowisko skupione wokół Gazety Wyborczej politycznie uosabianie początkowe przez Unię Demokratyczną i Wolności, a teraźniejszo przez Platformę Obywatelską. 

Środowisko skupione obecnie wokół Kaczyńskiego praktycznie od początku kwestionowało sposób przeprowadzenie reform, także reform gospodarczych, stając w ostrej kontrze zarówno wobec pierwszego rządu Mazowieckiego, jak i działań Wałęsy zmierzającego do wzmacniania "lewej nogi".


Stracony czas

Łatwo się pisze z perspektywy 30 lat, ale niestety cała III RP to jest od pierwszego do ostatniego dnia - niewykorzystana polska szansa. Najprawdopodobniej jedna z największych w historii, i pewnie skutkujące na dalsze dziesięciolecia. I mała pociecha w tym, że historia właściwie oceni takich ludzi jak: Michnik, Geremek, Wałęsa, Kwaśniewski, Tusk czy Komorowski.


Kaczyński nawet o tym bezpośrednio nie pisze, chociaż można odnieść wrażenie że tkwi to w nim bardzo głęboko, skutkując także bieżącą aktywnością. To o tyle korzystne współcześnie, że zauważa wiele niebezpieczeństw odnoszących się do każdej nowej władzy. Obecna siła partii rządzącej to wypadkowa wielu doświadczeń (głównie tych przykrych - kilka razy ta formacja znalazła się w niebycie politycznym - szczególnie po kompromitujących wyborach w 1993r.), z których lider rządzącej obecnie formacji znakomicie zdaje sobie sprawę. Stąd zresztą pewien dysonans części elektoratu oczekującego szybszego tempa przemian.


Lech Wałęsa

Stosunek braci Kaczyńskich wobec byłego Prezydenta to jeden z kluczowych elementów powstania i aktywności nowej formacji politycznej. Także w tej sferze narosło wiele mitów, z których podstawowym uproszczeniem jest, że Kaczyńscy najpierw popierali a Wałęsę, a później się z nim pokłócili na śmierć i życie. Nie do końca tak było - co zresztą potwierdzają także inne źródła historyczne. Kontakty z Wałęsą były trudne od zawsze. Lech jako bliższy jego współpracownik nigdy nie miał większych nadziei, szczególnie gdy obserwował jego chaotyczny styl pracy. Pracowity Lech Kaczyński siedział godzinami i pracował, a Lech Wałęsa wpadał na godzinę i robił zamieszanie. Jarosław inaczej postrzegał sytuację - dostrzegając talent Wałęsy, szczególnie w kontaktach z robotnikami, w tym upatrując szansę na przyłączenie się ówczesnego Prezydenta do obozu reformy systemu symbolizowanego przez Leszka Balcerowicza. Bezpośrednią przyczyną wojny z Wałęsą (trwającej do dziś - gdy już trudno mieć wątpliwości kto jest wariatem w tym sporze) nie były jednak aspekty osobiste (chociaż ciężko było znieść niektóre fanaberie Wałęsy, a także obecność jego sekretarza Mieczysława Wachowskiego), a podejście do budowy państwowości. Jarosław Kaczyński dostrzegał w Wałęsie, jak najbardziej trafnie zresztą, zapędy autorytatywne. I to przeciwko nimi rozpoczął szeroką krucjatę antywałęsowską, która wykończyła praktycznie cały obóz solidarnościowy doprowadzając do władzy SLD i Aleksandra Kwaśniewskiego na prezydencki fotel. Czy gra była warta świeczki to już inna kwestia. Faktem bezspornym jest, że po 26 latach Jarosław Kaczyński swój cel osiągnął - realizuje wymarzony program dla Polski - przy furii środowisk mających inna wizję.


Upadek Olszewskiego

O upadku rządu przełomu Jana Olszewskiego powstało już wiele pozycji i można mieć wyrobione zdanie. Kaczyński jednak wskazuje na zapomniane okoliczności. Pierwszą z nich był apolityczny charakter gabinetu. Olszewski zamknął się na partie polityczne, chcąc pozyskać szerokie poparcie społeczne. Jak wiadomo okazało się to złudą - społeczeństwo nie tylko go olało, ale nawet przylepiło łatkę oszołoma. Konsekwencją było odsunięcie od decyzyjności także liderów partii, które ten rząd popierały, co skończyło się szybkim posypaniem tej układanki w trakcie słynnej nocnej zmian. 


Ważnym aspektem też są przyczyny upadku rządu. Jarosław wskazuje na prawie obecnie niepodnoszony wątek wycofania wojsk rosyjskich. Otóż Wałęsa miał trochę inną wizję zakładającą powstanie na terenach stacjonowania  wspólnych przedsięwzięć, co był niezwykle groźne. Olszewski uciął te plany i kto wie, czy to a nie lustracja była głównym powodem upadku. Co do samej ustawy lustracyjnej mogła być ona tylko prowokacją - zresztą podejrzany jest sam jej wnioskodawca czyli Janusz Korwin Mikke. Według Kaczyńskiego tak uchwalonej ustawy nie dało się w inny sposób zrealizować - i Macierewicz po prostu zrobił to co musiał, biorąc pod uwagę także jego skrupulatne nastawienie do realizacji zadań.


Finanse

Bardzo ciekawy wątek, trochę skrótowo uwzględniony, ale szczerość Kaczyńskiego nie pozwalała mu go całkiem pominąć. Pod względem organizacji finansów szef PIS nigdy nie był fachowcem, widać wyraźnie że w tych sprawach czuje się gorzej (może stąd aż takie zaufanie obecnie do Morawieckiego). Pojawia się jednak wątek Telegrafu, a także pożyczki na pierwsza kampanię Porozumienia Centrum. Co ciekawe w obecnych kontekstach wydarzeń wokół Komisji Nadzoru Finansowego, pojawiają się także wzmianki o ... Leszku Czarneckim, który miał udział w finansowaniu pierwszej kampanii prezydenckiej Lecha Wałęsy.


Reforma sądownictwa

Kolejny istotny element to ocena funkcjonowania sądów. Kaczyński przedkłada wiele sytuacji z własnego doświadczenia, gdy ich działalność budziła spore wątpliwości. To w dużej mierze wyjaśnia determinację do reformy tego obszaru polskiego życia społecznego. Która to reforma budzi tak oszalały protest niektórych środowiska i nastręcza tyle trudności, również ze strony urzędników unijnych.


Pisarz Kaczyński

Sama zawartość merytoryczna obejmująca analizę historycznych zjawisk politycznych - to jeden atut książki. Drugim jest sam styl pisania. Trudno dociec na ile samodzielny, ale wybrzmiewa niezwykła wprost szczerość i ciepło. Oczywiście Kaczyński nie wszystkich lubi, jednak nawet wielu obecnych swoich przeciwników opisuje w sposób obiektywny pokazując również pozytywy. Niewątpliwie posiada on cechy nie spotykane wśród zajadłych i zwalczających się polityków. Wystarczy sięgnąć po pierwszą z brzegi książkę innego polityka, bez znaczenia z której formacji.


Książka została podzielona na kilkanaście rozdziałów. Czyta się ją jednym tchem. Można przyczepić się do pewnej kompozycji, czasami zbyt wielu dygresji, nagromadzenia już zapomnianych i współcześnie mało istotnych nazwisk. Jednak to także lektura dla ludzi którzy się w tym okresie interesowali polityką - dla nich to pasjonujący materiał, o ile oczywiście są w stanie strawić osobę Jarosława Kaczyńskiego. 

Gdyby komuś z zewnątrz trzeba było polecić książkę, która w kompleksowy sposób tłumaczy istotę przemian w Polsce - to ta, z pozoru subiektywna ze względu na punkt widzenia, pozycja, wbrew pozorom byłaby najlepsza.

Pozycja przeczytana dzięki uprzejmości @Pennywise1957 za co stokrotne podziękowania.
 

Jarosław Kaczyński

Wielki szort. Mechanizm maszyny zagłady

Popularność w Polsce film pod oryginalnym tytułem “Big Short”, który pojawił się na ekranach na początku 2016 roku. Okazuje się jednak, że książka była pierwsza i powstała sześć lat wcześniej, czyli na świeżo od wydarzeń, których dotyczy. Ma także zupełnie inny, bardziej analityczno-ekonomiczny charakter. Co ciekawe wydawca w odróżnieniu do filmowego dystrybutora spolszczył oryginalny tytuł dodając podtytuł w dużej mierze komentujący zawartość.

 

Rzecz odnosi się do kryzysu, który wybuchł w USA w połowie pierwszej dekady obecnego wieku, w związku z załamaniem rynku pożyczek hipotecznych. Mechanizm przypomina wiele wcześniejszych krachów spowodowanych nadmiernym napompowaniem balonu spekulacyjnego. Przez wiele lat udzielano Amerykanom pożyczek na zakup nieruchomości na coraz bardziej korzystnych warunkach. Dochodziło do sytuacji, gdy osoby bez realnych zdolności kredytowych wchodziły w posiadanie kilku domów. Proceder ten był napędzany poprzez tworzenie nowych, trudnych do zrozumienia instrumentów finansowych pozwalających na pozorną dywersyfikację ryzyka i ukrywanie braku pokrycia na spłatę pożyczanych środków. Tak powstał rynek tzw. subprime, którego napompowany balon pękł z takim hukiem, że zmiótł wiele znanych korporacji, wywołał panikę na rynkach światowych i kosztował amerykański budżet miliardy dolarów. No bo przecież były instytucje za duże, żeby upaść.

 

Książka autorstwa Michaela Lewisa, dziennikarza ekonomicznego, autora znanego z tropienia nieprawidłowości na rynkach finansowych, jest zapewne jednym z najlepszych opisów mechanizmu tej maszyny (maszyny zagłady – trzeba przyznać bardzo trafny polski podtytuł). Ukazuje przebieg wydarzeń z punktu widzenia drugiej, bardzo nielicznej, strony – ludzi którzy przewidzieli ten finansowy Armagedon.

 

Sama tematyka jest bardzo trudna, nie jest więc to książka łatwa do czytania. Nawet osoby z wiedzą ekonomiczną mogą mieć problem, aby ogarnąć zakres materii. Lewis stara się uprościć zagadnienie operując przykładami. Taki klasyczny to porównanie pakietów pożyczek hipotecznych do budowli z piętrami w trakcie powodzi – lokale na parterze siłą rzeczy są najbardziej ryzykowne, ale już zebranie ich i zrobienie nowego klocka obniża skalę ryzyka. Mimo tego książka, w przeciwieństwie do bardziej przystępnego filmu, jest przeznaczona głównie dla znawców tematu. Oczywiście także przeciętny czytelnik przebrnie, jednak w wielu miejscach może mieć duże problemy z ogarnięciem zawiłości.

 

Dużym odciążeniem od zawiłej ekonomicznie tematyki jest charakterystyka bohaterów. Lewis bardzo szczegółowo opisuje ich osobowości, karierę oraz przyczynki do zainteresowania rynkiem kredytów hipotecznych. Co ciekawe byli to głównie ludzie ekscentryczni (typu jednooki lekarz z zespołem Asbergera), spoza głównego nurtu finansjery. To też ciekawe spostrzeżenie – ci wykształceni, doświadczeni, pracujący w wielkich korporacjach stali po złej stronie rynku – aczkolwiek czasami celowo. A jednak po wybuchu kryzysu to często oni byli beneficjentami i ekspertami komentującymi wydarzenia.

 

Lewis bardzo wyraźnie, to nawiązanie także do jego wcześniejszych, krytycznych wobec Wall Street pozycji, wskazuje słabości rynku finansowego. Zjawiska wręcz kryminogenne. Oraz to, że najbardziej poszkodowany jest przeciętny amerykański podatnik. Bo to on, nieświadomie najczęściej, poniósł największe finansów konsekwencje.

 

Ciekawe jest także to, że nawet osobom, które przewidziały kryzys, spełnienie czarnego scenariusza nie przyniosło pełnej satysfakcji. Momentami wręcz przerazili się skalą upadku rynków, obawiając się niewypłacalności instytucji, z którymi się zakładali. Końcowa część książki to w zasadzie jedno wielkie oskarżenie mechanizmów, które mimo kryzysu, na rynkach finansowych wciąż funkcjonują.

 

Warto wymienić najważniejszych bohaterów książki Lewisa:

  • Michael Burry – lekarz, który rzucił swoją profesję na rzecz inwestycji kapitałowych, jednooki, odkrył w sobie zespół Asbergera

  • Steven Eisman – biznesmen o dość specyficznym stylu bycia – szczerze niegrzeczny

  • Greg Lippmann – sprzedawca z Deutsche Banku, który jako pierwszy promował krótkie pozycje zakładające spadek rynku pożyczek hipotecznych

 

Michael Lewis zebrał potężny materiał, dużo zaczerpnął z rozmów z bohaterami – to widać. Udało mu się stworzyć postacie z krwi i kości – może dlatego udało się tak sprawnie sfilmować tę książka – zapewne wielu myślało że niemożliwą to ekranizacji. Można doszukiwać się pewnych redakcyjnych mankamentów: przede wszystkim Lewis pisze jak dziennikarz, stąd książka to trochę spis artykułów ułożonych w rozdziały – często niepowiązanych, a także trochę chaotycznie rozlokowanych. Jednak to nie obniża jej wartości. Na długo pozostanie najlepszym materiałem do analizy tego co wydarzyło się w okresie krachu 2007/2008 roku.

Michael Lewis

Niebezpieczne Związki Donalda Tuska

Książka duetu byłego pracownika służb Tomasza Budzyńskiego i dziennikarza śledczego Wojciecha Sumlińskiego, to intrygująca lektura ukazująca mechanizmy funkcjonowania tzw. III RP, a szczególnie jej początków. Fabuła jest efektem aktywności Budzyńskiego byłego pracownika UOP w Lublinie. Przeprowadził on szereg wywiadów odkrywających ciemne kulisy powstania i funkcjonowania polityków skupionych wokół Kongresu Liberalno-Demokratycznego.

Na wstępie trzeba więc jednoznacznie ocenić, że wbrew tytułowi nie jest to książka o Donaldzie Tusku (pod koniec autorzy próbują się trochę ratować żeby dopasować zebrany materiał do jednej osoby), a przynajmniej nie tylko o nim, chociaż jego wkład w powstanie KLD był znaczący. Wówczas jednak jeżeli już - to sterował wydarzeniami z tylnego siedzenia.

Nie zmienia to faktu, że w sposób uporządkowany autorzy ukazują wiele mechanizmów, których istnienie jest niepodważalne i niestety naraziło państwo polskie na wielomiliardowe straty. Pieniądze to jedno, a wpływ na społeczeństwo to drugie, może nawet dużo bardziej szkodliwe. Akurat przypadkowo książka pojawiła się w okresie wyborów samorządowych 2018, które mogą być symbolem manipulacji społeczeństwa, nie wahającego się wybrać ludzi z zarzutami prokuratorskimi tylko żeby ograniczyć wpływy formacji dążącej do uporządkowania państwa polskiego z licznych nadużyć. A tych w okresie transformacji była cała masa i wiele z nich zasługują na solidne procesy karne odnośnie osób wciąż pozostających na świeczniku życia politycznego. Jednym z nich jest Donald Tusk i wiele jego decyzji wskazuje na podejrzane powiązania, które próbują wyśledzić i połączyć w całość autorzy książki dochodząc w ten sposób do obrazu polskiej rzeczywistości.

Pierwszy wątek wiedzie do działalności niemieckiego agenta Stasi w okresie działalności gdańskiej Solidarności. Jak wiadomo Związek był przesiąknięty wpływami wywiadów, także zagranicznych. Nie jest więc nic dziwnego, że w gdańskich strukturach funkcjonował agent, który ma bogatą dokumentację w odtajnionych w Instytucie Gaucka dokumentach. Budzyński podąża tym tropem natrafiając na wiele niewyjaśnionych spraw, jak tajemnicze zerwanie znajomości z Donaldem Tuskiem, czy też rzekome zaprzestanie działalności agenta po 1989 roku. Przesłanką, że mogło być coś na rzeczy (w domyśle współpracy Tuska z agentem, a może nawet ze Stasi) jest zaginięcie niektórych dokumentów oraz tajemnicze milczenie pracowniczki Instytutu.

Cały wątek współpracy Donalda Tuska z wywiadem niemieckim nie znajduje potwierdzenia w pozyskanych przez autorów dokumentach. Styczność w latach 80-tych z niemieckim agentem nie stanowi czegoś wyjątkowego, w obliczu licznych kontaktów tych środowisk i charakterystycznego amatorskiego stylu działania. Dla autorów książki ważnym wydarzeniem staje się aresztowanie, jedyne w opozycyjnej działalności, Tuska. Nieoczekiwanie po dobie zatrzymania wszyscy zatrzymani zostali zwolnieni, co wówczas było ewenementem. To nasuwa sugestię, że Tusk był przez kogoś chroniony, ponieważ pozostali zatrzymani w późniejszym okresie byli nękani przez służbę. A przyszły premier jakoś nie. Tę sprawę też trzeba ocenić jak zbyt daleko idącą przesłankę do podejrzewania Tuska o aktywną współpracę w wywiadem. Szybciej można to wyjaśnić marginalnym znaczeniem opozycyjnej działalności Tuska, co zresztą jest dla niego charakterystyczne – nigdy do zbyt aktywnych i pracowitych nie należał, co chyba przyznają nawet jego zwolennicy.

W końcowej fazie książki pojawia się także jeszcze jeden wątek aktywności służb niemieckich w Polsce i przedwczesny nakaz aresztowania jednego z aktywnych agentów Ryszarda Tomaszka. Tutaj również w domyśle jest, że za takim partactwem polskich służb stało coś więcej. I zgodnie z niepisaną zasadą: „aby chronić cały organizm poświęcono kończynę”. Budzyński dociera nawet do samego Tomaszka mieszkającego spokojnie w lubelskiej wiosce, ale ten bardziej słucha niż mówi.

Najsilniejszym argumentem za współpracą Tuska z wywiadem niemieckim jest oczywiście typowa przez cały okres jego działalności politycznej proniemieckość oraz przyjazne stosunki z Kanclerz Angelą Merkel i uzyskane wysokie stanowisko w strukturach unijnych. Jakkolwiek pewnie coś, może nawet dużo, na rzeczy jest, to jednak bezpośrednich dowodów na ścisłe powiązania z wywiadem niemieckim autorzy książki nie posiadają, bo i posiadać nie mogą. Tusk jest zbyt cwany i zbyt silnie wciąż osadzony w europejskich strukturach, aby pozwolił sobie na dojście do pełnej prawdy przez dwóch polskich dziennikarzy śledczych.

W kontekście ewentualnych kontaktów z niemieckim wywiadem brakuje w książce prorosyjskich elementów polityki rządów Premiera Donalda Tuska. W książce praktycznie pomijany się wątek bliskich rozmów z Putinem, nie ma ani słowa o sprawie smoleńskiej, która również kładzie się cieniem na ocenę okresu władzy Platformy Obywatelskiej.

Zresztą obraz Tuska wykreowany przez media jest na tyle silny, że nawet pojawienie się twardych dowodów nie musi osłabić jego wizerunku, tak jak wciąż istnieje przekonanie wielu osób o niewinności Lecha Wałęsy w kontekście tak szkodliwej jego współpracy z SB w latach 70-tych (a może i później). Paradoksalnie mogłoby się okazać, ze gdyby Tusk przyznał się do współpracy z wywiadem Stasi, a później niemieckim, a na dodatek jeszcze do zorganizowania wespół z Putinem zamachu w Smoleńsku – to i tak służalcze media by go wybroniły. Wybory na Prezydenta Warszawy wygrałby z pewnością w cuglach …

Ale już w kontekście powrotu do „poważnej” polityki, czytaj chociażby: walki o prezydenturę, materiał zebrany przez Sumlińskiego i Budzyńskiego może stanowić jakiś element szantażu politycznego. Szczególnie, że motyw „dziadka w Wermachcie” zadziałał.

O ile wątek wpływów wywiadów zagranicznych służb specjalnych na polityczną karierę Tuska nie zostaje wiarygodnie udowodniony, o tyle śledztwo odnośnie krajowych okoliczności powstania KLD i PO oraz podjętych przez rządy tych partii działań jest wprost kopalnią informacji stanowiących elementarz zgnilizny polskiego systemu po 1989 roku.

Tomasz Budzyński dociera do wielu niezwykle interesujących postaci z różnych stron barykady polskiego życia politycznego: byłego prezydenta Warszawy Pawła Piskorskiego, legendarnego opozycjonisty Krzysztofa Wyszkowskiego, świadka koronnego Jarosława Sokołowskiego (Masa), redaktora naczelnego gdańskiej gazety Marka Formeli. Obraz polskich przemian po 1989 roku z wypowiedzi tych osób składa się w spójną całość. W kontekście powstania KLD i aktywnej działalności Tuska w celu zaistnienia na polskiej scenie politycznej przewija się przede wszystkim nazwisko Wiktora Kubiaka wspierającego partię liberałów, a mającego liczne powiązania zarówno ze służbami, jak i z mafią.

Autorzy książki jako dowód podejrzanych interesów na styku polityki i gospodarki przywołują aferę FOZZ (zobaczymy czy ostatnia ekstradycja rozświetli ten przekręt), złodziejskie prywatyzacje sygnowane przez rząd Jana Krzysztofa Bieleckiego (zagadkowo powołany zresztą) oraz ministra Janusza Lewandowskiego, przy cichej akceptacji Leszka Balcerowicza i inne podejrzane decyzje kolejnych polskich rządów, typu zamrożenie przemysłu stoczniowego. W kontekście posiadanej współcześnie wiedzy przywoływane afery nie dziwią, są one już chyba nawet przyswajalne przez zwolenników tego okresu, którzy tłumacza to specyfiką tych czasów. Na pewno obraz jaki się wyłania z tej układanki jest przerażający, a skala strat na jakie narażone zostało państwo polskie wprost niewyobrażalna. Dochodzą tutaj tez indywidualne dramaty, chociażby zwalnianych z likwidowanych przedsiębiorstw pracowników. Wciąż jednak w polskim systemie funkcjonują osoby, które mocno skorzystały na tych wszystkich przekrętach (no chyba że ktoś wierzy w to ze Piskorski faktycznie dorobił się na giełdzie). Lektura książki o Tusku jest więc smutnym podsumowaniem skali zaniedbań, często celowych, na których dorobiło się wąskie grono prominentnych działaczy, głównie z poprzedniego systemu, kosztem milionów polskich obywateli.

Ta wiwisekcja Trzeciej RP stanowi niewątpliwy atut „Niebezpiecznych związków …”. Nawet jeżeli obecnie książka jest postrzegana jako personalny atak na jednego polityka to w przyszłości może stanowić historyczną wartość samą w sobie ukazująca wiele patologicznych mechanizmów polskiej rzeczywistości. Skłania oczywiście do refleksji polskiego czytelnika, bo to wszystko działo się na naszych oczach i w wielu przypadkach przy naszym współudziale.

Podsumowując wątek zawartości merytorycznej książki - atutem jest ukazanie prawdy o okresie po 1989 roku: szemrane finansowanie partii politycznych, wpływy wywiadów i mafii, patologiczne procesy prywatyzacyjne, afery gospodarcze, podejrzane działania rządzących. Materiał w większym stopniu odnosi się to do pierwszego okresu transformacji (dwa rządu tuż po przełomie), niż degrengolady państwa w okresie premierostwa Donalda Tuska - tutaj można było głębiej podrążyć, ale może ukaże się druga część. Co do samego Tuska to książka nie przynosi wielkich rewelacji rysując obraz cwaniaka, nieroba, medialnego produktu (co jest nawet już przyznawane przez jego wyznawców). Wątek wpływu niemieckiego wywiadu pozostaje jednak w sferze domysłów i insynuacji.

Pod względem literackim książka jest fascynującą lekturą. Do pochłonięcia w jeden wieczór. Znakomicie się tutaj sprawdza forma wywiadów, które napędzają akcję, mają odpowiednie przygotowanie (nie od razu się dowiadujemy kogo odwiedzi Budzyński), dobrze wplecione „retrospekcje”. Wiadomo oczywiście jakie są zarzuty do Sumlińskiego, ale nawet jeżeli inspiruje się literaturą sensacyjną innych pisarzy, to dzięki temu jego książki czyta się z wypiekami na twarzy. To nie jest nudna męcząca zbitka faktów, informacji, dokumentów, to lektura w charakterze thrillera politycznego.

Oczywiście są niedoróbki, nawet literówki, chyba wynikające z braków budżetowych autorów. Kilka rzeczy można by poprawić, jak chociażby pojawiające się chyba ze trzy razy nawiązanie do niesławnej walki Andrzeja Gołoty. Gdyby ktoś to przeczytał na chłodno przed wydaniem mógłby kilka rad autorom podać. Na przykład finansowo-ekonomicznych, bo pod tym względem chyba nie są ekspertami.

Nie zmienia to jednak faktu, że jest to bardzo ważna i pożyteczna lektura. Może obecnie o niej zbyt cicho, ale jeszcze może wypłynąć. Czytało się świetnie.

Gratulacje Panowie. I szacunek za odwagę.

Kasacja

Kordian Oryński zaczyna praktykę aplikancką w jednej z najlepszych kancelarii prawniczych w Polsce Zelazny & McVay (chwilowo trzecia w rankingu, ale z ambicjami na pozycję lidera). Już na początku spotyka ekscentryczną prawniczkę, która zostaje jego opiekunką. Joanna Chyłka rozpoczyna właśnie nową sprawę obrony człowieka oskarżonego o zamordowanie dwóch osób i przebywanie ze zwłokami przez dziesięć dni (!!!) w mieszkaniu, w którym (?) dokonano zbrodni. Oskarżony nie jest bynajmniej rozmowny, aczkolwiek nie przyznaje się do winy, co jest dziwne biorąc pod uwagę fakt, że sam otworzył mieszkanie z trupami funkcjonariuszom. Nie zgadza się również na stwierdzenie niepoczytalności. Cała sprawa ma jeszcze wymiar polityczny – ojciec oskarżonego jest znanym politykiem, który nie chce aby skandal zbyt długo przewijał się w świadomości społecznej. Kordian szybko zostaje wciągnięty w obronę, przy okazji poznając specyfikę pracy z Chyłką, z którą nawet jazda BMW X5 do aresztu na Białołęce stanowi nie lada niebezpieczeństwo.

To pierwsza książka z chyba najpopularniejszej serii Remigiusza Mroza o parze prawników. Jeżeli ktoś sięga po serię „po Bożemu”, czyli od początku dopiero poznaje zwyczaje specyficznych bohaterów, humor dialogów i skalę intrygi przed jaką stoją. Dla kogoś, kto rozpoczął czytanie serii od „dupy strony”, czyli na ten przykład dla mnie, to taki prequel-geneza, co jak się okazuje również jest ciekawym eksperymentem.

W sieci jest oczywiście setki recenzji i tysiące opinii o „Kasacji”, w większości entuzjastycznych. Książki Mroza czyta się z zapartych tchem – „Kasację” wchłonąłem w trzy świąteczne dni okupując to siedzeniem do czwartej w nocy. Trudno się oderwać od tak znakomicie pisanej książki i wprost nie wierzę, że ktoś może odłożyć ją po kilku rozdziałach. Sama kompozycja też sprzyja pochłanianiu fabuły: całość bowiem jest podzielona na trzy części (wytyczające dwa główne zwroty akcji) i po około 20 rozdziałów w każdym. Średnio rozdział ma więc objętość 8 stron, co napędza akcje. Styl Mroza oparty jest na błyskotliwych dialogach, często wręcz komicznych, co również wciąga czytelnika do reszty. Sporo również samego przebiegu rozprawy, co zawsze jest chwytliwe (patrz osobny gatunek filmowy, jakim stał się dramat sądowy). Zachwytów więc w sieci jest co niemiara, ale tym razem nie mam zamiaru do nich dołączać. Co prawda sam Remigiusz napisał mi miłe słowa o recenzji książki „Czarna Madonna”, ale tym razem postanowiłem się trochę przyczepić i nie zamierzam stosować taryfy ulgowej.

Sam już w trakcie czytania miałem wiele uwag. Dodatkowo poszperałem i poczytałem nieliczne, ale jednak do odnalezienia w sieci recenzje negatywne, żeby nie było że tylko ja coś dostrzegłem. Oczywiście część była przesadnym hejtem, ale były też opinie, które miały ręce i nogi.

Moje uwagi dotyczą zarówno „Kasacji”, jak i całej serii – bo uznaję że dwie przeczytane książki (a czytam kolejne dwie) są już reprezentatywne. Oczywiście zastrzegam, że te negatywne opinie nie zmieniają mojej ogólnej oceny, że Mróz wykonuje dobrą robotę i daje czytelnikowi produkt jaki oczekuje – za to mu chwała i opinia najpoczytniejszego współcześnie pisarza jak najbardziej zasłużona.

Ale przejdźmy w końcu do konkretów.

Podstawowa wada fabuły to intryga nazwijmy ją „główna”. W „Kasacji” odnosi się ona do oskarżonego i grupy ludzi określonych jako Kolektyw. Przez prawie cała książkę jawi się ona jako wszechmocna, silna organizacja, która z niewiadomych powodów wrabia klienta Chyłki. Już na tym etapie miałem wiele wątpliwości do sensu fabuły, ale końcowy zwrot akcji zbił mnie z pantałyku. Tylko, że jak się zacząłem (może niepotrzebnie, po przeczytaniu należało skupić się na kolejnej powieści) zastanawiać się nad tym suspensem to nabrałem jeszcze większych wątpliwości. Intryga wymyślona przez Kolektyw jest bowiem niezwykle ryzykowne, a co najgorsze aż tak ryzykowna bez żadnego powodu. Bo mając takie możliwości Kolektyw mógł wymyślić wiele innych, bezpieczniejszych sposobów rozwiązania problemu, który dotyczył jednego z głównych interesariuszy Grupy. Podobne zarzuty miałem przy Inwigilacji więc zaczyna się to odnosić do całej serii. Każdy czytelnik po zastanowieniu powinien wytknąć, że przecież mocodawcy zdarzeń nie powinni w wielu miejscach aż tak ryzykować i cała intryga jest nieuzasadniona. Można było ten sam cel osiągnąć w dużo łatwiejszy sposób. W dodatku w Kasacji nawet sukces końcowy wisi na włosku, bo Kancelaria odkrywa intrygę i jedynie tajemnica nakazuje im myśleć. Jeżeli zespół adwokatów był w stanie wykonać zdjęcia, które ujawniają prawdę, to mogły to również uczynić inne służby. I cała sprawa wzięłaby w łeb. Nie wchodząc dalej w szczegóły wygląda to tak słabo, że mam podejrzenia o celowe osłabienie całego głównego wątku. Bo może on nie jest główny, a dla Mroza najważniejsze są postacie adwokatów, wokół których rozgrywa się akcja.

Ale tutaj również można się czepiać. Nie ma możliwości żeby Ordyński został z marszu w pierwszym dniu aplikacji włączony do tak ważnej sprawy, a już na pewno nie ma możliwości żeby został na przesłuchaniu z klientem, i jeszcze lepiej sobie poradził niż adwokat z wieloletnim doświadczeniem. Przez całą książkę Kordian wygląda jak doświadczony gracz i tak też jest traktowany, nawet spotyka się z samymi partnerami. To nierealne – należało jednak wprowadzić go w sprawę już po jakieś bytności w kancelarii, ale Mróz koniecznie chce żeby akcja toczyła się jak szalona. Szczytem jest scedowanie na bohatera obowiązku dostarczenia wniosku o kasację, jak wiadomo że już raz został porwany.

Mało wiarygodny w mojej ocenie jest aż tak duży podział pomiędzy wspólnikami. To owszem jest częste, ale raczej nie na takim etapie rozwoju Kancelarii, gdy wszyscy pchają wózek do przodu żeby zdystansować konkurencję. Szczególnie postępowanie Żelaznego jest mało wiarygodne.

Sam tytuł jest jednym wielkim spoilerem i praktycznie zdradza pół książki, a także efekt kluczowe zwrotu akcji, bo i tak wiadomo ze do kasacji dojdzie, więc co się przejmować postępowaniami we wcześniejszych instancjach lub wahaniami bohatera, czy złożyć w terminie wniosek kasacyjny.

Kompletnie absurdalny wydaje się z początku również wątek w restauracji. Zarówno ze strony Kolektywu (mogli wybrać sobie lepsze miejsce do negocjacji i nie zapraszać adwokatów do prywatnej posesji), jak i prawników (ryzyko utraty życia było zbyt duże). W każdym razie wychodzi, że cały ten Kolektyw został załatwiony przez aplikację Endomondo, chyba że to również było zaplanowane i sfingowane.

Jako lokalny patriota muszę jeszcze dorzucić do zarzutów „Kasacji” niesprawiedliwą wzmiankę do mieszkaniu w bloku w Nowej Hucie.

Na uwagi do całej serii przyjdzie zapewne jeszcze czas, już jednak widać że wszystko jest na jedno kopyto: nowa sprawa wskazująca na wrobienie bronionego klienta, szantaż pary adwokatów, rodzące się miedzy innymi uczucie wygaszane przed kolejną książką, suspens finałowy. W sumie dla większości czytelników taki schemat jest atrakcyjny, więc Pan Remigiusz jest usprawiedliwiony. Po co zmieniać sprawdzony schemat.

Jak rozumiem po przeczytaniu tych zarzutów zrozumiecie dlaczego oceniam Kasację na „tylko” 8/10 i bezzwłocznie wziąłem się za dwie kolejne książki Mroza …

Remigiusz Mróz

Pogromca Grzeszników

Warszawa. 1930 rok. Dochodzi do morderstwa najsłynniejszej warszawskiej kobiety lekkich obyczajów Gołdy Ejzenberg – właścicielce przybytku rozkoszy. Sprawę dostaje para policjantów: Kornel Strasburger i Zygmunt Stolarczyk, a dziennikarską karierę próbuje zrobić młody pismak z Expressu Edward Giez.

Fabuła co najwyżej przeciętna (acz do logiki za bardzo przyczepić się nie można), ale już portrety psychologiczne: zarówno policjantów, jak i dziennikarzy bardzo ciekawe. Do tego świetny klimat Warszawy sprzed blisko stu lat. Osobiście najbardziej podobał mi się zwyczaj topienia przez bohaterów smutku w knajpach przy wódeczce.

Książka minimalna za długa, ale widać Kalinowski tak ma. Bardzo ciekawie wplątane postacie historyczne, i to zarówno ze świata wyższych sfer, jak i sportowców (Pytlasiński), czy artystów (Fogg, Bodo). Widać bardzo dobrze dopracowane tło historyczne – pewnie nie uczy się dzieci o pogromie alfonsów w 1905 roku w Warszawie, bo do tego wydarzenia odnosi się akcja powieści.

W napływie współczesnych kryminałów, taka powieść jest oddechem pozwalającym nie tylko zaangażować się w samą zagadkę kryminalną, ale przede wszystkim rozkoszować zwyczajami naszych praprzodków. To także obraz Polski tamtego okresu z kwestiami wielonarodowymi (istotny udział Żydów). Warto również odnotować jakby współczesną pogoń za sensacją, zarówno wśród dziennikarzy, jak i czytelników. To prasa (obecnie Internet) kreuje wydarzenia i nadaje ton wydarzeniom.

Nawet jeżeli ktoś nie jest zwolennikiem takich retro powieści – to dla odmiany akurat taką pozycję warto przeczytać.

 

Za egzemplarz do recenzji dziękuję tym razem Wydawnictwu Muza – nie samym Wydawnictwem Poznańskim człowiek żyje.

Grzegorz Kalinowski

Jak zawsze

On – 82 lata. Ludwig. Znany psycholog, autor wielu książek, twórca nowych sposobów leczenia. Cieszył się przez wiele lat dobrym zdrowiem, ale w tym wieku już nie jest różowo. Żeby uprawiać seks musi się faszerować specyfikami.

Ona – 79 lat. Grażyna. Była dyrektorka szkoły. Z niespełnionymi marzeniami o podróżach. Żeby uprawiać seks musi się upokorzyć w sklepie z bielizną.

50-ta rocznica pierwszego seksu. 50 lat małżeństwa. Warszawa rok 2013.

 

Uwielbiam wszelkie pomysły na zabawę z czasoprzestrzenią, alternatywne wersje historie – książką Miłoszewskiego kupuję więc bez zmrużenia okiem. Może trochę zamula w końcówce, a finał jest mało przekonywujący, ale cała reszta to miód na moje serce.

 

Alternatywna historia dotyczy wielu aspektów: polityki (nowe role Gierka, Gomułki, Kwiatkowskiego, a nawet Jaruzelskiego), architektury warszawskiej (Plac Bankowy, Pałac Kultury, Plac Konstytucji), nauki (loty w kosmos, komunikacja komórkowa), kultury, a nawet sportu (Lubański w meczu z Norwegią 9:0, technologie nart).

 

Znakomitym pomysłem jest narracja prowadzona na przemian przez Ludwiga i Grażynę. Rozdziały są krótkie, popychają akcję do przodu, czyta się szybko i z zaciekawieniem.

 

Jest chyba trochę nawiązań do współczesnej polityki (Gierka mówi o gorszym sorcie), ale nie powinno to przeszkadzać w lekturze osobom zakręconym ideologicznie. Wprost przeciwnie – jest to jakaś wizja zachowań polityków i społeczeństwa w alternatywnej wersji. Przypomina się tutaj książka Ciszewskiej, w której nawet zwycięstwo Powstania Warszawskiej nie uchroniło Polski przed żelazną kurtyną.

 

Wyraźnie trzeba natomiast zastrzec, że jest to zupełnie inna konwencja, niż kryminały do których przyzwyczaił nas autor. Nie wszystkim to się może spodobać.

Zygmunt Miłoszewski

Biegacz

Nauczyciel historii w poznańskim gimnazjum, w najlepszy wieku dla mężczyzny 44 lat doszedł do wniosku, że czas podreperować swoje zdrowie poprzez najpopularniejsze obecnie działanie, czyli regularne bieganie. Podczas jednej z pierwszych przebieżek mija zarośniętego gbura, który mu nawet nie odwzajemnia pozdrowienia ręką. Dzień później w telewizji widzi materiał o znalezieniu zwłok tegoż biegacza w lasku, w którym się akurat mijali. W obywatelskim obowiązku zgłasza się na policję, ale ta jest średnio zainteresowana jego zeznaniem. Sprawa nie daje mu spokoju.

Kryminał, ale kryminał jednak bardzo specyficzny. Widać, że Bojarski ma swój styl, ale widać również, że jeszcze pokutują przyzwyczajenia jako typowego dziennikarza (Gazety Wyborczej, co ważne w kontekście tej książki). „Biegacza” niewątpliwie dobrze i płynnie się czyta, chociaż może to nie być lektura dla fanów powieści kryminalnej. A to z kilku powodów.

Główny to taki, że w książce jest niewiele zaskoczeń, zwrotów akcji, nowych wątków. Praktycznie przez pierwsze SPOILERY: sto stron nasz domorosły detektyw niczego nie odkrywa (prawie tak jak policja), przez następne sto idzie w ślepy zaułek, a przez ostatnie sto wszystko staje się do bólu przewidywalne. Byłoby to zarzutem dla autora kryminału, gdyby nie fakt że może właśnie tak wyglądają śledztwa: monotonne, nudne, bez nadzwyczajnych okryć.

Akcja prywatnego śledztwa toczy się w przeciągu jednego roku i autor bardzo szeroko nawiązuje do wydarzeń: politycznych, sportowych (Mistrzostwa Europu w piłce nożnej we Francji), społecznych. Ponieważ czyni bohaterem nauczyciela gimnazjum jednym z głównym utyskiwań jest reforma Minister Zalewskiej. Poglądy pisarza, a tym samym bohatera są łatwo rozpoznawalne: niechętni dobrejzmiany, kwalifikujący się pewnie gdzieś na granicy Platformy i Nowoczesnej. Dla czytelnika z innego obozu politycznej lektura jest ciekawostką bo wiele pewników w tej książce zostało już zweryfikowanych przez rzeczywistość, jak chociażby obawy przed masowymi zwolnienia nauczycieli gimnazjów. Ale najciekawsze tło polityczne styka się z końcówką śledztwa popiołka. Prowadzi ono bowiem niechybnie do pracowników byłych służb, którzy w Wolnej Polsce mieli się w okresie przedPISowskim jak pączki w maśle. A nawet, jak się okazuje kontynuowali swoją zbrodnicza działalność. Nie wiem, czy to akurat aż tak realna wizja, ale generalnie wydźwięk książki jest taki, że III RP z wieloma problemami sonie nie poradziła. Jeżeli taki wniosek wypływa z książki dziennikarza Gazety Wyborczej to trudno się dziwić ostatnim zmianom politycznym w Polsce. Zresztą to nie pierwsza książka, z której można mieć takie przeświadczenie, nawet taki Piątek wpadł we własnej sidła, niechcący krytykując przywileje i możliwości biznesowe byłych eSBeków.

Wracając do książki, można się zgodzić z Bojarskim, że najlepsza książka jeszcze przed nim. Biegacz został średnio przyjęty, bo niczym nadzwyczajnym nie jest, ale moim zdaniem to ciekawa lektura.

Piotr Bojarski

Czarna Madonna

Filipa Szumskiego poznajemy jak wysłał swoją narzeczoną Anetę na wycieczkę do Izraela. Sam nie mógł jechać z powodów finansowych, ale wspólnie ustalili że warto żeby jedna osoba poleciała. No właśnie – POLECIAŁA. Samolot jest tutaj jednych z dwóch głównych motywów nietypowej jak na Mroza powieści. Filip zakochał się w Anecie niedawno, a wcześniej był … księdzem – religia to drugi, ważniejszy motyw tej książki. Jednak udzielając ślubu Kindze – siostrze Anety tak się zachwycił pięknej szczęśliwej mężatki, że doszedł do wniosku że celibat nie jest dla niego. Poznał Anetę i z nią postanowił spędzić resztę życia. Na podróż przedślubną co prawda nie polecieli razem, ale cała reszta życia przed nimi. Jak się okazuje nie na pewno. Tuż po wylocie Filipa budzi telefon ze zdenerwowanym głosem, na co dzień wyważonego, ojca. Z Samolotem najwyraźniej coś się stało ….

RM porzuca swoje ulubione kryminalne powieści i wchodzi na cienki lód religijno-egzorcystyczny. Wielu czytelników przyzwyczajonych do innego typu emocji zapewne mu tego nie wybaczy. Ale to w tej książce spełnia się najlepiej ukazując pełnię swoich możliwości. To powieść, która wciąga bez reszty. Praktycznie na koniec każdego rozdziału jest zwrot akcji. Nie da się oderwać od lektury. Połyka się ta powieść jednym tchem.

Fabuła jest w mojej ocenie spójna, chociaż niełatwa, a RM nie waha się zaryzykować nawet z tak trudną tematyką jak zabawy z czasoprzestrzenią. Doskonały research zarówno odnośnie przypadków egzorcyzmów, jak i katastrof lotniczych. Plus herbaty Earl Grey.

Odejście od stylu MR jest również narracja w pierwszej osobie, ale dobrze ona oddziałuje na czytelnika ze względu na wyrazista postać Filipa.

Co tu dużo pisać – w mojej ocenie to najlepsza książka ostatnich lat. Rewelacja.

Remigiusz Mróz

Nic oprócz milczenia

Wenecja. Historia kryminalna. Polska komisarz włączona do śledztwa miejscowej ślamazarnej i zbiurokratyzowanej policji.

Anna przyjechała do Wenecji odpocząć po traumatycznych przeżyciach w Polsce i Szwecji. Zdrada męża i morderstwo dokonane przez jej siostrę. W Wenecji wynajmuje pokój od antykwariuszki pomagając jej w prowadzeniu biznesu, z którym ta ma spory kłopot.

Równolegle poznajemy komendanta miejscowej policji, któremu spokoju nie daje nierozwiązana sprawa zatonięcia młodego człowiek kilka lat wcześniej.

Na samym początku książka cofa się wstecz o kilkadziesiąt lat do zatonięcia statku i udanej próby uratowania tajemniczego obrazu. Retrospekcje z różnych okresów będą pojawiać się na koniec kolejnych części powieści i układać w całość z prowadzoną współcześnie intrygą.

Jej zarzewiem są dwa bardzo dziwne morderstwa, do których dochodzi w dniu rozpoczęcia karnawału (twarze ukryte pod karnawałowymi maskami). W tle bogaty jubiler i jego żona z dobrego domu. Anna zostaje niespodziewanie włączona w śledztwo, a pomiędzy nią a komisarzem rodzi się uczucie.

Wenecja to zdecydowanie największy atut tej powieści (jak się okazuje środkowej w serii o Annie – czego dowiedziałem się pod koniec lektury, ale łatwo się było domyśleć, że polsko-szwedzkie przeżycia bohaterki zostały ujęte w poprzednim tomie). Magdalena Knedler znakomicie oddaje topografie i klimat tego chyba najbardziej specyficznego miasta na świecie. Każdy kto był może czytając książkę przypomnieć sobie tą atmosferę. Idealnie pasującą zarówno do wątku miłosnego, jaki kryminalnego. Opieszałość włoskiej policji też tutaj dziwić nie może.

Wątek miłosny też jest bardzo ciekawy. Taki trochę: mężczyzna po przejścia, kobieta z przeszłością. Charaktery są dobrze zarysowane, uczucie narasta rozsądnie, nie jest to jakiś płomienny romans, ot potrzeba ludzi którzy z różnych powodów byli samotni, a których połączyło wspólne działanie. Gorzej jest tak wątek jest konfrontowany z działaniami w śledztwie – wówczas wychodzą nieścisłości, jak chociażby najpierw wyprawa z gorączką do Padwy, a potem porzucenie śledztwa i spędzenie całego dnia w łóżku.

I właśnie wątek kryminalny trochę psuje odbiór tej książki. Jest on za skomplikowany, za wielowątkowy, a jednocześnie mało odkrywczy. Sprawca morderstw jest łatwy do odgadnięcia, a główny podejrzany jak wiadomo mało winny. Książka przez ten wątek jest za długa – może lepsze wrażenie się odbiera, gdy się poświęci na nią kilka dni. Przy dłuższej lekturze powoli wszystko się miesza, szczególnie postacie z przeszłości.

Mimo tych niedociągnięć warto było zapoznać się ze stylem Magdaleny Knedler. Może akurat wybór środkowej części cyklu był mało fortunny, ale Wenecja to wynagrodziła.

Nie podobało mi się natomiast posłowie, w którym autorka tłumaczy się z kilku rzeczy (chociażby ukazania stylu pracy weneckiej policji). W mojej ocenie jak chciał coś poprawić to powinna uczynić to w samej książce, a jak nie to jaki sens tłumaczenia się czytelnikowi. Jeżeli kogoś zrażą pewne niedociągnięcia to żadne tłumaczenie go nie przekona.

Magdalena Knedler

Szpile

Książkę mogę z czystym sumieniem polecić każdemu kto obawia się powrotu III RP i tego wszystkiego złego, co związane z tym zmarnowanym dla Polskim ćwierćwieczem (korupcja, układy, złodziejstwo, karierowiczostwo, marnotrawstwo, niesprawiedliwość, podłość, kłamstwo, bałagan). Eliza Michalik utożsamia bowiem wszystko, co charakterystyczne dla obecnej opozycji (tej totalnej, marzącej o powrocie układu pookrągłostołowego, miejmy nadzieję że pojawi się także opozycja już merytoryczna, która w przyszłości będzie przeciwwagą do obecnej władzy) przypominającej coraz bardziej w swoich poglądach, zacietrzewieniu i jednostronności - sektę. Nie ma fizycznej możliwości, żeby takiej grupie - owszem wciąż dosyć licznej pewnie nawet do 30% - udało się przekonać do siebie wyborców niezdecydowanych, którzy decydują o losach wyborów. Tak jak nie ma możliwości, żeby Cracovia została kiedykolwiek czymś więcej niż antyWisłą, a Polonia antyLegią, tak już ta grupa społeczno-polityczna zawsze pozostanie antyPISem nie będąc w stanie zaprezentować konstruktywnego programu.

Polityka

Co prawda książka zaczyna się od rozdziału religijnego, ale jej pierwsza połowa to praktycznie tylko polityka, a dokładniej antyPIS. Lista zarzutów odnosi się do medialnych sporów pierwszego roku rządów, czyli opiera się na konflikcie o Trybunał Konstytucyjny, ułaskawieniu Kamińskiego, zarzutach wobec Macierewicza (jest już ślad nowych rewelacji P. Piątka). Trudno z retoryką tych zarzutów dyskutować, są one powszechnie znane i nikt nikogo do niczego nie przekona. W książce nie pada nic nowego, co wcześniej nie było przez tak zwaną opozycję totalitarną artykułowane.

 

Ta powszechność linii krytyki jest dla mnie największym zaskoczeniem w ocenie opozycji, wśród której wciąż jest wiele osób uznawanych w poprzednich latach za zdolnych politycznie (tzw. potencjał intelektualny). Brak właściwego ukierunkowania krytyki jest w takiej sytuacji bardzo zaskakujący. Bo jak to trafnie ujął kiedyś Ziemkiewicz: "nie jest tak, że tego rządu nie ma za co krytykować ...". Sam mam osobistą listę ministrów, którzy są bardzo słabi i nie są to osoby z drugiego rzędu. Tymczasem ich resortów się praktycznie nie krytykuje, nie ma w zasadzie o nich większego śladu również w "Szpilach". To dziwne, aczkolwiek korzystne dla PISu, który ma praktycznie drugą kadencję podaną na tacy. U Michalik oczywiście cały czas przejawia się wizja Polski poPISie, ale oznacza ona wizję powrotu do 3RP. A do tego nie dojdzie - wystarczy wyliczyć listę afer, które będą jeszcze przez lata grillowane (Amber Gold, reprywatyzacja, Smoleńsk, taśmy).

 

Są w tej części rozdziały wręcz fatalne pod względem pisarskim (słowem "literatura" raczej nie można tutaj szafować) np. kilkuwersowe, nic nie wnoszące do całości, albo prawdziwy gniot (!), czyli jednostronny rozdział "Prawda", który jest totalnym bełkotem - dość powiedzieć że kluczowe słowo pada 20 razy (liczyłem), a konkluzji z tego nie odkryłby najlepszy badacz tego "co pisarz miał na myśli".

 

Tematyka jest mocno pomieszana, nie ma w niej żadnej chronologii, czytelnik nawet zorientowany w polskiej polityce może się pogubić. A ktoś niezaznajomiony z kwestią danego sporu - nic nie zrozumie (jak większość społeczeństwa zresztą) o co tak naprawdę chodziło np. z tym Trybunałem Konstytucyjnym. Kuriozalny jest na przykład rozdział, że Trybunał powinien zdelegalizować partię rządzącą (są oczywiście twarde do tego podstawy ...), tyle że jest on w książce umieszczony już za narzekaniami, że został ten organ przez PIS zawłaszczony. Czyli wrażenie jest takie, że ten niedobry Trybunał już ubezwłasnowolniony powinien delegalizować tych przez których ubezwłasnowolniony został ... Wystarczyło ten rozdział gdzieś przenieść i miałoby to całkiem inny wydźwięk - to jeden z przykładów wskazujących ze nikt nad kompozycją tej książki się nie pochylił, albo był tak zaślepiony żeby opublikować nagonkę, że nie ogarniał takich mankamentów.

 

Czy są w tej części teksty wartościowe? O dziwo są i one pasują do reszty jak wół do karety. Jest na przykład taki fragment, gdzie jest napisane, że trzeba potrafić ze sobą rozmawiać, szanować argumenty innych, niezależnie od strony sporu politycznego, bo każdy dąży jednak do wspólnego dobra. I taki mniej więcej tekst pojawia się po kilkudziesięciu stronach plucia jadem na konkretnych polityków i publicystów (najbardziej mnie raziło hasło "premierka" Szydło, ciekawe czy o poprzedniej premier równie uszczypliwie się Michalik, uchodząca za wielką feministkę, czyli chyba walcząca o szacunek dla kobiet, zwracała - to istotne również w kontekście jednego z rozdziałów, który znalazł się w trzeciej części).

 

Jest też tekst, że nie powinno się nikogo faworyzować, że wszyscy powinni być przez państwo traktowani równo i powinni mieć takie same możliwości. Cały ten rozdział jak ulał pasuje i mógłby być żywcem skopiowany do .... rządowej "Strategii zrównoważonego rozwoju". Taki ten PIS zły, a jego krytyczka sama pisze coś idealnie pasującego do sztandarowego programu. No kabaret.

 

Jest też bardzo rozsądny rozdział dotykający tematyki przyjmowania uchodźców, w którym autorka (?) zauważa wady ideologii islamskiej (chociażby brak poszanowania praw kobiet).

 

Są też w części politycznej fragmenty krytyczne odnośnie opozycji. Głównie za ich zbytnią powściągliwość odnośnie PIS (teraz i w przeszłości, w której należało Trybunałem Stanu potraktować Ziobrę). Ogólnie jednak z książki wypływa wiara i zachwyt w KOD - no cóż, intuicja polityczna szybo zawiodła autorkę.

 

Religia

Na samym początku książki osamotniony (znowu kłania się kompozycja) znalazł się tekst o religii: z Kościołem autorka walczy ... innym kościołem. O ile katolicki jest be, i sprawcą całego zła, o tyle luterański to oznaka oświecenia i ukierunkowanie na to co w religii pozytywne. Do kwestii światopoglądowych nawiązuje jednak dopiero druga część "Szpil". Zaczyna się słabo, bo od odmieniania przez wszystkie przypadki kwestii rozdziału Państwa od Kościoła (niesamowite, że to pojęcie, które w genezie miało chronić kościół od wpływu państwa, a nie odwrotnie, ale krytycy kościoła szafują nim na lewo i prawo) i oczywiście zarzutów wobec kleru: gwałciciele, pedofile, złodzieje i wszystko co najgorsze. Już powoli miałem obawy, że druga część książki będzie nie do przełknięcia, ale Michalik jednak dała czadu.

 

Zaczyna się od kuriozalnego rozdziału dowodzącego, że Biblia nie propaguje rodziny (przynajmniej nie w takim stopniu jak Terlikowski i inne oszołomy katolickie). Autorka dowodzi tego na podstawie biblijnych zapisów odnośnie faktów z życia Jezusa Chrystusa: w wieku 12 lat uciekł rodzicom, potem w ogóle ich opuścił i nie utrzymywał kontaktu. Dostało się też apostołom, którzy opuścili swoje rodziny żeby podążać za nawiedzonym brodaczem. Autorka fantazjuje na temat nagłówków w prasie brukowej, które zapewne pojawiłyby się gdyby Chrystus narodził się współcześnie. Z czystym sumieniem polecam ten tekst "Terlikowskim", ja w każdym razie miałem niezły ubaw.

 

Chwilę później można trawić na jeden z najlepszych rozdziałów w książce, w którym pisarka fantazjuje na temat Pana Boga, który będzie OK i nie czepi się doniszczenia Biblii przez Nergala, a skoncentruje się na intencjach ludzi. Taki Pan Bóg, który zbawi wszystkich lewaków, ale już niektórzy ortodoksyjni katolicy mogą mieć problem. Bardzo dobrze napisany rozdział, z bardzo ciekawymi tezami, z którymi generalnie mógłbym się zgodzić.

 

Kolejne kuriozum tej książki to ocena Papieża Franciszka. Najpierw Michalik zachwyca się podejściem Papieża. Kilka rozdziałów pisze coś w ten deseń: "w przeciwieństwie do moich lewicowych kolegów nigdy nie zachwycałam się Franciszkiem ..." zarzucając mu następnie głoszenie banałów i brak wdrożenia reform w instytucjach kościelnych. Po całości już Michalik jedzie w tekście nawiązującym do wizyty Papieża podczas Światowych Dni Młodzieży. Otóż Franciszek nie zwrócił uwagę na łamanie prawa przez nowy rząd, nie wsparł kobiet w walce o prawo do zabijania nienarodzonych dzieci, a co już absolutnie skandaliczne nie poparł księdza Lemańskiego. W zamian prawił jakieś banały o miłości ...

 

Feminizm

Gdy już myślałem, że religia zakończy te wybiórczo wstawiane rozdziały z pisaniny pisareczki Michalik przyszedł czas na kolejny element. W zasadzie powinienem go pominąć, bo jak rozumiem jest skierowany do płci pięknej. Michalik chyba ma jakiś problem ze swoim zżyciem osobistym, bo ogólnie rasa męska to dla niej gorzej niż zwierzęta: myślą jedynie o sobie, nie szanują kobiet itp. Poziom argumentacji jest taki, że pisarka próbuje jedną miarką traktować zabieg usunięcia ciąży i operację taka prostaty. Że kler trzeba wykastrować do już oczywista oczywistość. Jest również o tematyce karmienia piersią w miejscach publicznych i wiele innych gównoburz, które chyba te feministki same sobie wymyślają.

 

Zaciekawił mnie rozdział o komplementach wobec płci męskiej, nie tylko dlatego że przypomniał mi postać Anthony de Mello, którego genialne "Przebudzenie" było swego czasu moją ulubioną lekturą.

Oczywiście prawo kobiet do aborcji pojawia się wielokrotnie i tego nawet szkoda komentować. Ciekawszym jest wątek ... Magdaleny Ogórek. Nic tak nie boli jak zdrada we "własnym obozie". Co więcej taka obrończyni kobiet zdaje się mocni nienawidzić pań (Szydło, Pawłowicz, Ogórek), która mają od niej odmienne zdanie. Czyli ten feminizm trochę jednak wybiórczy.

Media

Książkę kończy najkrótszy, i najsłabszy, rozdział o mediach. Ogólnie Michalik uważa, że wszyscy którzy myślą inaczej niż ona są niewykształceni, co tam niewykształceni ... ograniczeni umysłowo. Natomiast tacy wybitni myśliciele jak Środa, Młynarska, czy nawet Niesiołowski to autorytety pierwszej wody.

 

Moja uwagę w tym rozdziale zwróciły w zasadzie jedynie artykułu z 12 listopada ... 2013 roku. Tak, po słynnym Marszu Niepodległości z paleniem ruskiej ambasady (jak już wiemy doskonale prowokacją ministra rządu Donalda Tuska). Michalik wpadła na genialny pomysł usunięcia z życia politycznego przedstawicieli skrajnej prawicy (czyli według EM faszystów). Minęły dwa lata od tego pomysłu, faszyści typu Bosak, Winnicki znaleźli się decyzją polskich wyborców w Parlamencie, w którym to również decyzją polskich wyborców zabrakło chociażby jednego przedstawiciela polskiej lewicy. Taka sprawiedliwość dziejowa Pani Elizo.

Plagiat?

Jeszcze przed przeczytaniem książki słyszałem głosy krytycznie i dezawuujące samodzielności pisarki.

 

Traktowałem je z ostrożnością, bo jak wiadomo druga strona sporu polityczno-społecznego też ma nieźle "zryty beret". Ale po przeczytaniu książki jestem skłonny się zgodzić z tymi zarzutami. Ta książka bowiem wygląda tak, jakby ktoś zrobił kopiuj-wklej z kilkudziesięciu artykułów, w dodatku różnych autorów.

 

Trochę światła na całość rzuca ... spis treści (co równocześnie jest dowodem, że do niego dotarłem, w tym momencie oklaski się należą), gdzie w końcu są pokazane źródła i daty. Należało to zrobić w środku książki, przy każdym kolejnym rozdziale. I lepiej całość posegregować. Ale to już nie mój problem, widać Pani Michalik nie przeszkadza, że jej książka jest niespójna i wzajemnie się wykluczająca.

Można się tez dowiedzieć, że początek została napisany wspólnie z ... Panem Piątkiem. Biorąc pod uwagę, że czytałem Michalik równolegle z arcydziełem polskiej literatury, dziełem absolutnie wiekopomnym "Macierewicz i jego tajemnice" wykazałem się czytelniczą intuicją :)

 

Tak na chłopski rozum miałoby sens, gdyby Michalik pod wpływem dwuletniego reżimu obecnej ekipy rządowej, usiadła i spisała swoje przemyślenia. Odpowiednio ułożyła treści, zawarła jedynie spostrzeżenia aktualne (np. dałaby sobie spokój z gloryfikowaniem jednorazowego sukcesu marszu Parasolek, czy z wiarą w KOD). Ale nie. Kobita zebrała swoje stare teksy, poukładała bez ładu i składu i rzuciła do druku.

Słabo.

 

Terror

Michalik (?) w swojej zajadłości nawet posuwa się do nazwania obecnej sytuacji w Polsce mianem terroru. Jak w takim państwie Pani Michalik wydaje książki (fakt, że słabe), spotyka się z czytelnikami, prowadzi normalną działalność? Dziecko dostrzeże sprzeczność. Przecież jeżeli "PISpaństwo" tak się boi prawdy, bojówki Macierewicza i Ziobro (a może nawet Waszczykowskiego i Szyszki) powinny jeździć od księgarni do księgarni doszczętnie niszcząc te groźne dla systemu zapiski.

Tymczasem przypuszczam, że autorka, pomimo wszystkich wad swojej książki, nieźle, ale to naprawdę nieźle na niej zarobi. Część społeczeństwa podzielająca antypisowskie i antykościelne fobie nie tylko kupi "Szpile", ale będzie się z nimi obnosić. Czyż to nie najlepszy dowód na fałsz głoszonych w książce tez? Takie mamy zagrożenie demokracji, dyktat Kościoła i egoizm płci męskiej, że pierwsza lepsza feministka może na tych nastrojach zarobić niezłą "kapustę". I kto tutaj jest pokrzywdzony?

Eliza Michalik

Macierewicz i jego tajemnice

Mocna rzecz. Naprawdę. Wysiłek i pokłady cierpliwości jakie włożyłem w lekturę przyrównałbym do przeczytania Ulissesa (tak wiem, że dla wielu to arcydzieło literackie ...).

 

Książka Piątka wykupywana z księgarń (rzekomo ... szacunek 100 tys. egzemplarzy to na środowisko antyPiSowskie wcale nie jest rewelacyjny wynik) na pniu. Pada nawet hasło bestseller. Nieznane wydawnictwo, miód na serce części społeczeństwa: Tomasz Piątek z przeciętnego dziennikarza (nie wolnego od problemów osobistych) staje się autorytetem, a dla wielu nawet bohaterem.

Książka, która w nadziei wielu, jak już szereg innych czynników w przeszłości, ma zatopić PIS, a nade wszystko najbardziej znienawidzonego ministra obecnego rządu.

Uwaga, zdradzam na samym wstępie tajemnicę Pana Piątka: nie zatopi, co najwyżej ośmieszy po raz kolejny środowisko opozycji totalnej. A może nawet wzmocni obóz Jarosława Kaczyńskiego, bo Tomasz Piątek w swojej zapalczywości dochodzi do wniosku o istnieniu mitycznego "układu" i czerwonej pajęczyny, które to tezy były podstawą programową marszu PISu do obecnej pozycji politycznej.

To zapewne pierwszy tak kompleksowy materiał osoby ze środowiska Gazety Wyborczej wykazujący jasno, jak korupcjogennym, opartym na układach i kolesiostwie systemem była III RP.

Niestety czytelnik (oczywiście ten, który posiada zdolność logicznego myślenia, nie obarczonego polska wojną dwóch obozów), który przebrnie przez książkę Piątka powinien mieć uzasadnione pretensje do autora o mylący tytuł. O samym Macierewiczu w tej pozycji jest tyle co kot napłakał. To już więcej zarzutów jest do niejakiego Donalda Trumpa. Piątek wyważa otwarte drzwi o wpływie dawnych esbeków na polską gospodarkę oraz wszechobecnych symptomach ingerencji rosyjskich służb i tamtejszej mafii na polskie życie polityczne. Brzmi jak tezy z programu polskiej prawicy od kilkunastu lat? No właśnie.

Pierwsze co pomyślałem słysząc o tej pozycji książkowej, że opozycja (totalna) ma swojego Sumlińskiego. Szybko się okazało jednak, że Piątka to nawet nie idzie postawić na półce obok Sumlińskiego, także ze względu na poziom "literacki", a i poziom zarzutów wobec Macierewicza nijak się ma do Bronisława Komorowskiego (kultowe "Niebezpieczne związki").

 

Teoria sześciu stopni

Jeżeli ktoś oczekiwał, że w końcu znaleziono haki na znienawidzonego przez opozycję ministra to nawet nie musi czytać książki żeby się rozczarować. Wystarczy już diagram wstawiony na samym jej początku (skądinąd niełatwy do rozłożenia). Sznurki wiodą od polskiego ministra do samego Putina. Lektura przypisów skąd się dane połączenie bierze to istny kabaret: a to się dwie osoby dwa razy spotkały, a to miały wspólnego oficera prowadzącego, a to coś innego, typu ... uwaga proszę nie przełykać, bo się można zadławić .... "wspólne sąsiedztwo"! Na tej zasadzie to każdy ma związki z Donaldem Trumpem, Papieżem Franciszkiem, a może nawet Fidelem Castrol (ja na ten przykład znam faceta, którego Fidel częstował cygarami). Jeżeli ktoś chciałby napisać książkę o powiązaniach z Putinem - przykład pierwszy z brzegu .... Donalda Tuska - to wystarczyłoby narysować solidne ... molo.
 

Grafomania

Nie przejąłem się faktem, że nic wstrząsającego o Macierewiczu się nie dowiem, postanowiłem przeczytać całość mając nadzieję na tzw. "doznania literacki". W końcu Sumlińskiego czytało się jak znakomity kryminał (wiadomo, że facet się trochę wspomagał ...., ale cóż kradzione smakuje równie dobrze). Może Piątek nie kradł, ale do pisania się nie nadaje. Jego książkę czyta się jak Wikipedię, albo wynik wyszukiwania w przeglądarce internetowej. Z tą różnicą, że u Piątka mało ciekawostek. Za to dużo absurdalnych wniosków, tak absurdalnych że pusty śmiech człowieka bierze.
Ale żeby jakiś pożytek był z tych straconych godzin na książkę Piątka to poniżej trochę (takie trochę większe "trochę") o niej popiszę, zapewniając nieskromnie, że moja recenzja jest znacznie lepsza, zarówno pod względem merytorycznym jak i pisarskim od bełkotu byłego dziennikarza Gazety Wyborczej. Ale przebić Pana Piątka to zadanie dziecinne.
W sumie jest wiele ciekawych postaci w polskim życiu politycznym, przy których idąc tokiem rozumowania Piątka, można by napisać książki wprost fascynujące.

 

Trump i Putin

Zaczyna się od rewelacji o mafijnym współpracowniku Putina, mającym ukraińskie pochodzeniu mafiozie. Najbardziej to się dostaje na tym początku Prezydentowi USA (dzięki którego wygraliśmy skrzynkę wódki, a który dodatkowo akurat w trakcie mojej lektury zawitał do Warszawy - więc mnie osobiście te pomówienia ubodły ...), który jak wiadomo powiązania z Rosją ma bezpośrednie, a poza tym działa na szkodę Polski, a nade wszystko mitycznej Trzeciej RP poprzez chytry plan "rozpiżdżenia" Unii Europejskiej. Zdemaskowanie samego Prezydenta USA to pierwszy wielki sukces Piątka. Notabene poświęciłbym wygraną skrzynkę wódki, żeby Trump na taki pomysł wpadł (z tą UE) i go zrealizował - może być przy wydatnej pomocy Orbana i Kaczyńskiego.
Ale wróćmy do Macierewicza, który pojawia się już na początku kolejnego rozdziału, również rozpoczynającego się od rozkładanego (jak w Playboyu) diagramu ze wzajemnymi powiązaniami. Tym razem odnośnie związków polityki i biznesu w Polsce.
Z diagramu tego może się na wstępnie dowiedzieć, że ministrowie tego samego rządu są ze sobą powiązani. Na przykład taki Naimski zna Macierewicza!!!! Dobrze, że Piątek nie doszedł do materiałów wskazujących, że Macierewicza zna również Premier Szydło, Prezydent Duda (Adrian ze słynnego serialu satyrycznego) oraz o zgrozo!!! sam Naczelnik Państwa Polskiego Jarosław Kaczyński.

 

Krajowy Rejestr Sądowy

Będzie trochę szacunku do Pana Piątka w tej mojej pisaninie. Bo postęp intelektualny i włożony wysiłek w trakcie pisania tej pozycji, jak na dziennikarza obozu sympatyzującego z III RP, jest kosmiczny. Zaczyna się już na początku pierwszego rozdziału od odkrycia przez Piątka istnienia czegoś takiego jak powszechny dostęp do wiedzy o spółkach prawa handlowego w Polsce. Tak, KRS to nie tylko zamach PISu na niezależne sądownictwo.
Piątek szybko ogarnął prawne zawiłości i znalazł w bezpłatnym serwisie umożliwiającym przeglądanie danych ze statutów spółek informacje szokujące. Otóż Antoni Macierewicz od lat jest w radzie nadzorczej spółki, której prezesem jest niejaki Robert Luśnia, który wyrasta na głównego bohatera tej wstrząsającej historii opowiadanej przez Piątka.

 

TW Nonparel

Luśnia zrobił karierę biznesową. Mam wrażenie, że Piątek trochę zazdrości niepozornemu chłopakowi z biednej warszawskiej Pragi tak oszałamiającej kariery. Ale szybko znajduje genezę sukcesu Luśni. Otóż w latach 80-tych był on konfidentem UB i donosił (w bardzo szkodliwy sposób, nie tak jak np. Bolek z Gdańska - bohater i autorytet 3RP, który oczywiście nikomu nie zaszkodził, a że kogoś tam z pracy wyrzucili to z pewnością nie jest winą donosów agenta,  który przechytrzył SB) na swoich kumpli z opozycji. Co więcej Nonparel brał kasę z SB, a nie jak to mają w zwyczaju konfidenci wygrywać w Totka. Pewnie już te pieniądze ułatwiły mu start w biznesie. Tego wniosku co prawda nie ma w książce, ale może jednak tak było, że byli konfidenci mieli z różnych powodów ułatwione kariery biznesowe w okresie tak wspieranym przez środowisko Gazety Wyborczej. Byłoby to epokowe odkrycie. Dla tego środowiska rzecz jasna.
Co prawda na razie dotyczy to jedynie postaci w jakiś sposób powiązanych z PIS (sędzia Kryże, czy też pogromca Trybunału Stanisław Piotrowicz), ale może w przyszłości i to środowisko przejrzy na oczy, że byli eSBecy i ich współpracownicy zamiast siedzieć w kiciu albo wisieć zamiast liści, a przynajmniej siedzieć na głodowych emeryturach - robili w wolnej Polsce zawrotne kariery finansowe. Jakby taki Macierewicz miał związki, a przynajmniej "bliskie sąsiedztwo" na ten przykład z Leszkiem Czarneckim to sam mógłbym się znaleźć w diagramach Piątka. Na szczęście TW Ernest wybrał lepszą stronę barykady i na śledztwo dziennikarskie Piątka chwilowo liczyć nie może.

 

Głos

I cóż takiego doprowadziło Piątka do Luśni? Antoni Macierewicz zasiada w radzie nadzorczej fundacji, której prezesem jest Nonparel. Co prawda Fundacja chyba nic nie robi, ale od lat taki układ istnieje i nie ma tutaj znaczenia, że na początku Macierewicz mógł zwyczajnie nie wiedzieć o agenturalnej przeszłości swojego kumpla z biznesu.
Piątek co prawda zdaje się nie rozumieć charakteru organu, jakim jest rada nadzorcza utożsamiając ich członków z władzami fundacji, ale nie wymagajmy od naszego dziennikarza śledczego za wiele. Lepiej pochwalić go za to, że nawet doszedł dlaczego Antoni w tej radzie zasiadł. Otóż swego czasu był on redaktorem naczelnym pisma "Głos", którego wewnętrzne regulacje wymagały zasiadania w Fundacji. Ot cała tajemnica. Ale nie przeszkadza to Piątkowi ciągnąc tego wątku i szukać innych powiązań. Ileż to wymaga dodatkowego wysiłku: w IPN Pan Tomek ma pod górkę - musi ręcznie przepisywać akta, a w Bibliotece Narodowej tygodniami siedzieć i czytać archiwalne egzemplarze Głosu szukając reklam pewnej spółki. Herbapolu Lublin.

 

Herbapol Lublin

Ta lubelska spółka to maszynka do robienia pieniędzy przez Luśnię. Co prawda Piątek na początku sugeruje, że sukces tej spółki to zasługa zarządzających, którzy zabronili Luśni się wtrącać w rozwój spółki, ale kilka stron dalej sam sobie przeczy. Otóż nasz dziennikarz dociera do dokumentu potwierdzającego dokonywanie przez Luśnię przelewów bez wiedzy innych członków zarządu na rzecz czasopisma Głos w zamian za usługi marketingowe. Piątek szuka śladów reklam żeby zorientować się za co Luśnia płacił Macierewiczowi (takie płynne przejście od gazety do jej naczelnego jest normalne w przypadku Piątka i szkoda czasu na wytykanie mu takich absurdów). Bo oczywiście redaktor naczelny musiał wiedzieć o tym finansowaniu i zapewne oferował coś, nielegalnego rzecz jasna, w zamian. Reklam w każdym razie nie ma, więc przewał jest już czarno na białym. Macierewicz brał coś w rodzaju łapówki więc tylko czekać aż odpowiednie służby dokonają bladym świtem błyskotliwego aresztowania znienawidzonego ministra.
 

Starak

W swoim poszukiwaniu Piątek dochodzi do naprawdę grubej ryby, najgrubszej w polskiej branży farmaceutycznej. Ślad do Jerzego Staraka prowadzi dzięki transakcji sprzedaży Herbapolu. Starak kupował co się ruszało w tej branży i jest uznawany za najważniejszego gracza. Traf chce, że Starak również współpracował ze służbą bezpieczeństwa. Czyli kolejny przypadek wielkiej kariery biznesowej III RP człowieka związanego, przypadkiem oczywiście, ze służbami. Piątek ciągnąć cieniutką nić od Antoniego Macierewicza dochodzi do czerwonej pajęczyny. Tej samej, której istnienie wielokrotnie obśmiewano, a której istnienie otworzyło autostradę do władzy środowisku Jarosława Kaczyńskiego (i Macierewicza). Idąc tym śladem rządu PIS nie obalicie Towarzyszu Piątek!!!

Pal sześć gdyby interesy eSBeków mieściły się w granicach prawa i ogólnie przyjętych zasad biznesowych. Tak jednak nie było: decydowały znajomości, szukanie luk prawnych i podejrzane podatkowo transakcje. Tak jak właśnie deal Luśnia-Starak. To miło, że środowisko totalnej opozycji przy okazji książki Piątka dowie się trochę prawdy o układach w trakcie rządów, o których powrocie najwyraźniej wciąż marzą. Szkoda, że tej diagnozy, jak sam Piątek, raczej nie zrozumieją.
 

Mafia rusko-włoska

Wiem, że czytelnicy zainteresowani ciemnymi sprawkami Macierewicza mogą koło 40 strony być coraz bardziej zirytowani, ale Piątek wyrusza ... za Wielką Wodę. Stamtąd przybył do Polski w okresie przełomu niejaki Bogatin, rosyjski Żyd, emigrant z ZSRR, oszust podatkowy w USA.
Akurat w okresie ministrowania Leszka Balcerowicza, guru opozycji totalnej, Pan Bogatin zrobił jeden z większych przewałów na polskim rynku finansowym: bez większych problemów za pieniądze banku państwowego stworzył sobie w Lublinie bank prywatny. Oczywiście z wydatną pomocą osób związanych ze służbami.

Piątek nie poprzestaje na polskich śladach i wyrusza do Stanów gdzie analizuje nawet układ pomiędzy bandytami przybyłymi z ZSRR, a mafią włoską. Nawet jest kilka ciekawostek, typu człowiek który nosi w sobie 14 (czternaście!!!) pocisków przez co ma problem na bramkach lotniskowych. Wszystko fajnie, tylko od Antoniego oddalamy się niebezpiecznie daleko. Pojawia się co prawda ukraiński kolega Putina, czyli jaskółka nadziei dla czytelnika.
 

Niezgoda

Piątek wraca do Polski. Ileż można abstrahować od głównego winowajcy wszelkich nieprawidłowości w Polsce, który wspólnie z Kaczyńskimi tak wspierał III RP, że ją rozpieprzyli. Macierewicz przez kilka miesięcy (niecałe pół roku) był jednak w rządzie Olszewskiego, a później PIS miał też półtoraroczny epizod z władzą. Więc może odkryte przez Piątka przewały i szemrane interesy, jakie odkrył były winą tych kilku miesięcy, bo trudno obciążać za nie osoby, za którymi środowisko Gazety Wyborczej ręczy swoimi karierami.

Był w Lublinie pracownik UOP krystaliczny, niestety już nieżyjący Zbigniew Niezgoda. Są osoby, które wiedzą kto przeszkadzał mu w tropieniu lubelskich machlojek Luśni, Bogatynia i każdego innego współpracownika SB, od którego jakaś cienka nitka prowadzi do Antoniego.

Trop Piątka wiedzie do krótkiego okresu, gdy Macierewicz i Naimski nadzorowali służby. Wówczas podobno sprawa Luśni została w Lublinie zamieciona pod dywan. Dowodem na to mają być dwa awanse oraz wypowiedź jednej osoby znającej Niezgodę. To wystarcza do postawienia tezy, że Macierewicz wiedział o przeszłości Luśni i podczas swojego ministrowania skupił się na zamieceniu jej pod dywan. Piątek każe uwierzyć czytelnikowi, że działania Macierewicza i Naimskiego przez te niecałe pół roku były na tyle skuteczne, że sprawa agentury Luśni wypłynęła dopiero 10 lat później. Zajadli antyPISowsy może to łykną, ale dowodów na te działania nie znajduje Piątek żadnych. Ratuje się pod koniec rozdziału argumentem, że miano Gazecie Wyborczej za takie pomówienia wytoczyć proces, a że nie wytoczono to znaczy że coś jest na rzeczy. Mogę Panu powiedzieć co jest na rzeczy: a no to że nie ma Pan najmniejszego śladu na ingerencję Macierewicza w pracę Niezgody i nie ma nawet z czym polemizować.

I tak kończy się pierwsza część elaboratu Piątka, która dowiodła jedynie tego, że Trzecia RP była systemem chorym, skorumpowanym i przeżartym korupcją,  układami, w którym najlepiej poruszali się ludzie powiązani z komunistycznymi służbami. A sam Macierewicz i jego środowisko polityczne miało 100% racji w swojej diagnozie, czym utorowało sobie drogę do władzy. A czy ludzie związani z PIS maczali palce w przewałach lat 90-tych?Myślę, że niektórzy tak. Ale akurat na Macierewicza Piątek nie znalazł nic. Oj, jak mi przykro ...
 

Czy to była przyjaźń, czy to już ....

Poszedłem za ciosem i zacząłem drugą część rewelacji Piątka. Może w końcu coś na Antka się znajdzie. Domyślacie już drodzy czytelnicy tej "recenzji", że raczej nie, ale bądźcie dobrej myśli ...

Rozpoczynamy przede wszystkim od braku kolejnego diagramu, a w tekście grillowanie Luśni. Jego znajomość z Macierewiczem jest oczywista, sam Minister się jej nie wypiera. Utrzymuje jednak, że nie wiedział o agenturalnej przeszłości, a jak się dowiedział zerwał z nim wszystkie kontakty. Dla Piątka i jego środowiska jest to oczywiście nie do ogarnięcia: w końcu w przypadku Lecha Wałęsy gdy nie było dowodów na jego eSBecką przeszłość środowiska Gazety Wyborczej mocno "jechało" (słynne cytaty z Michnika), ale jak już dowody się pojawiły (książka Cenckiewicza i Gontarczyka + szafa Kiszczaka) to uznali go za autorytet pierwszej wody. Postawa Macierewicza jest więc dla takich ludzi absurdalna.

Nie znalazł Piątek dowodów, że Macierewicz wcześniej wiedział o przeszłości Luśni (chociaż myśli, że znalazł), szuka więc dość rozpaczliwie dowodu na kłamstwo o zerwaniu kontaktów.
Zaczyna od tematu wyrzucenia Luśni z partii znajdując ślad, że jednak tego nie zrobiono. Pewnie to prawda,  tyle że trudno oczekiwać od Macierewicza pilnowania  spraw proceduralnych. Luśnia zniknął z polityki (wcześniej był posłem) i to jest fakt.

Druga sprawa to kontakty towarzyskie Macierewicza z Luśnia. Otóż Piątek znajduje znakomity ślad, gościa który Luśni nienawidzi, bo w stanie wojennym doniósł na zespół drukarski, który stracił drogocenny sprzęt (żeby tylko takie były efekty współpracy z eSBecją). Ten świadek widział jak na pogrzebie Macierewicz spotkał się z Luśnią i nawet podał mu rękę. Trzeba przyznać, że ten fragment książki jest żenujący, nawet jeżeli do tego spotkania doszło. Są miejsca i sytuacje, w których wzajemne animozje i polityka powinny schodzić na drugi plan. Ale czego oczekiwać od środowiska, które posuwa się nawet do blokowania dojazdu na grób brata. Jak ktoś nie wierzy, że Piątek posuwa się tak daleko to całość TUTAJ.

Czyli podsumujmy ten wątek: Macierewicz skłamał o zerwaniu stosunków z Luśnią po odkryciu jego agenturalnej przeszłości bo:

1. nie wyrzucił go z partii

2. podał mu rękę na pogrzebie

Piątek przez całą książkę będzie już utrzymywał, że udowodnił bliskie i zażyłe związki z Luśnią: Macierewicz zawczasu ukrył agenturalną przeszłość, a po wyjściu prawdy na jaw  dalej go wspierał. HOWGH.
 

Józef Nadworski

Dzięki aferze Crisa Cieszewskiego (to ten gość od brzozy współpracujący ze smoleńską komisją Macierewicza) Piątek znajduje nowego świadka. Czeka go jednak rozczarowanie. Józef Nadworski oficer prowadzący Luśni, a rzekomo również Cieszewskiego jest byłym eSBekiem w mocnej depresji - pewnie również z kłopotami finansowymi po nieludzkiej decyzji o zabraniu apanaży. Piątek liczy na wiele, gdy udaje mu się dostać na audiencję. Niestety Nadworski głównie nadaje na Adama Michnika. Macierewicza owszem pamięta, ale głównie z tego że pierdział i bekał na przesłuchaniach żeby okazać lekceważenie. Ten fakt z przeszłości na tyle dyskredytuje obecnego Ministra MON, że dymisja, a może nawet Trybunał Stanu wydaje się oczywistością ....
 

Skąd my to znamy?

Piątek zadowolony z udowodnienia powiązań Macierewicza z najprawdopodobniej najgroźniejszym agentem SB w Europie Wschodniej idzie w kierunku udowodnienia skali upodlenia Luśni. Był niezwykle  groźnym współpracownikiem, szkodził kolegom opozycjonistom, a po przełomie mataczył, kłamał, oszukiwał (oczywiście trochę mu w tym pomogły niecne uczynki Naimskiego i Macierewicza). W zasadzie byłby to fragment książki zupełnie zbyteczne, gdyby nie pewne podobieństwo do innego agenta SB, który do dziś wypiera się swojej przeszłości, a miał jako Prezydent RP większe możliwości mataczenia. Po raz kolejny Piątek sra w swoje gniazdo. Tak, III RP umożliwiała przez postawę środowiska Adama Michnika ukrywanie agenturalnej przeszłości. I do dziś są tacy, jak Lech Wałęsa którzy się w żywe oczy wypierają, i tacy jak cała opozycja totalna, którzy usprawiedliwiają i bagatelizują wyrządzanie poprzez donosy innym, najczęściej szlachetnym ludziom, krzywdy.
 

Andrzej Lew-Mirski

Jak bardzo Piątek musi być bezradny niech świadczy fakt, że kolejnym jego świadkiem koronnym staje się bliski współpracownik Antoniego Macierewicza. Otóż Mirski bronił w procesie lustracyjnym Luśnię. Trudno wymagać od Piątka znajomości taktyk adwokackich, ale łyknięcie tej linii obrony jest kuriozalne. Otóż Mirski  twierdził, że Luśnia był lustrowany w 1992 roku (przez Macierewicza rzecz jasna) i to że nic wówczas nie znaleziono to dowód na jego niewinność. Problem w tym, że Piątek śladu po tym procesie lustracyjnym nie znajduje (pewnie Mirski też zdawał sobie sprawę z miałkości tej linii obrony, ale innej zwyczajnie nie miał), co więcej sam Piątek dochodzi do słusznego wniosku, że uchwała sejmu o lustracji Luśni wówczas nie obejmowała.
Oczywiście Piątek nie omieszkał wspomnieć jak źle ta uchwała została wykonana, ilu to niewinnych ludzi na liście Macierewicza się znalazło, co jak wiadomo dla wszystkich interesujących się obaleniem rządu Olszewskiego jest wierutnym kłamstwem.Tak, Panie Piątek, gdyby pozwolono Macierewiczu lustrować nie byłoby w wolnej Polsce przekrętów na miarę Staraka, Luśni i wielu, ale to naprawdę wielu innych. Mielibyśmy dziś inną Polskę, a Gazeta Wyborcza byłaby najpopularniejszym periodykiem w ... zakładach karnych.

 

Piotr Ogiński

Jeżeli ktoś powinien z miejsca wytoczyć proces o zniesławienie, to bardziej dawny działacz opozycji Piotr Ogiński, którego dziennikarz oczernia zupełnie bez dowodów. Jedynie na podstawie krótkiej wypowiedzi, w której Ogiński bronił Luśni jako dawnego przyjaciela z opozycji. To ma być przesłanka, że Ogiński też w tej działalności opozycyjnej coś zachachmęcił - jakieś tam materiały drukarskie zginęły ....
Piątek jest oczywiście mocno rozczarowany, że Ogiński nie chciał z nim rozmawiać (nie dziwię się Panu Piotrowi) i szuka intratnej posady, jakiej Ogińskiemu załatwiła nowa władza, a konkretnie Piotr Naimski. Doszukuje się jedynie związków z TVP, ale i tak Piątek wydaje się dumny z tego odkrycia.

Adam Taracha

Kolejnym rozczarowaniem Piątka jest były wiceszef UOP. To jego awans w okresie rządu Jana Olszewskiego jest dla Piątka jedynym "dowodem" na akcję ukrycia kwitów na Luśnię. Niestety Tarach nie chce się spotkać i potwierdzić toku rozumowania dziennikarza. Jedyne co można więc znaleźć na Tarachę to jego powiązania z obecną władzą. Na szczęście Taracha jest w radzie nadzorczej PERN (spółka z obszaru Naimskiego), co prawda tylko szeregowym członkiem - więc coś się udało znaleźć .... To pewnie koronny dowód, że Macierewicz z Naimskim zatuszowali w 1992 roku agenturalną przeszłość Luśni i teraz odpłacają się funkcjonariuszowi, który pomógł im przeprowadzić ten niecny postępek.
 

As z rękasa

Pod koniec rozdziału o Luśni Piątek próbuje wyciągnąć jeszcze jeden atut. Ale Konrad Rękas jest co najwyżej blotką. Owszem związany zarówno z rosyjskimi wpływami, jak i z szeroko rozumianą polską polityką (głównie jednak z Samoobroną). Macierewicz akurat w tym przypadku nawet odpowiedział sumiennemu dziennikarzowi, że cała znajomość z Rękasem to jeden uścisk ręki, ale Piątek aż tak naiwny nie jest ... W końcu Rękas pisze artykuły broniącego ministra (TUTAJ) - więc musi ich łączyć coś więcej niż jeden uścisk ręki.
 

Góra urodziła mysz

Kończy się rozdział o agenturalnej przeszłości Luśni. Piątek zamiast spuścić zasłonę milczenia na zakres wiedzy, którą zgromadził, to jeszcze przygotowuje podsumowanie: na jedną stronę, w którym są wszystkiego dwa akapity na Macierewicza. Zawierające dodatkowo stwierdzenia zupełnie nie poparte zebranym materiałem dowodowym. Piątek bardzo chciał w tym rozdziale udowodnić, że ekipa Macierewicza mieszała palce w zatuszowaniu agenturalnej przeszłości Luśni, ale mimo swojej tytanicznej pracy: góra urodziła mysz.
 

Strategia PIS

Bardzo zasadne pytanie, jakie może się pojawić podczas lektury książki Piątka, to takie, że jeżeli clue zarzutów wobec Macierewicza sprowadza się do jego członkostwa w jakiejś radzie nadzorczej (w dodatku nic nie znaczącej i zapewne nie prowadzącej obecnie działalności) to dlaczego z niej po prostu nie zrezygnuje. Osobiście postrzegam to trochę jak aferę Misiewicza. Grillowane było miesiącami, a facet zniknął nagle wytrącając argument mediom sprzyjającym opozycji. Czasami można odnieść wrażenie, że to celowe działanie PISu kierunkujące krytykę na sprawy błahe, mogące być natychmiastowo zasypywane. Podejrzewam, że w przypadku problemów sondażowych PIS po prostu wywali Macierewicza z rządu, i cała teoria Piątka (i jego podobnych) zawali się w jednym momencie. Trochę jak z tym waleniem metalowym prętem w klatkę z małpami. Wszystko pod kontrolą - przestanie się walić, małpy ucichną. W końcu Prezes strategiem politycznym jest wybitnym, co chyba muszą przyznać nawet jego zajadli wrogowie.
 

Alfonse D'Amato

Kolejny rozdział zaczyna się od następnego diagramu. tym razem światowego. Jego osią ma być amerykański senator. Fakt - postać barwna i związana z naszym krajem. Ale także z dziwnymi organizacjami i jeszcze bardziej dziwnymi działaniami. Nie siedzi jednak w amerykańskim więzieniu - jest cenionym komentatorem zaangażowanym głównie w biznesy zbrojeniowe. I na tym polu Piątek znajduje powiązania z MON: a to sprawa Caracali, a to doradztwo Polskiej Grupie Zbrojeniowej. Jest jeszcze dwudziestolatek: Edmund Janniger, który po krytyce angażu przez Macierewicza wyjechał (w zasadzie to wrócił) do Stanów i jest przedstawiany na jednej ze stron internetowych Friends of Poland. Strony, która staje się dla Piątka koronnym dowodem na współpracę Macierewicza z amerykańskim senatorem. Otóż ktoś na tej stronie umieścił nazwisko polskiego ministra jako prezesa tej organizacji, która jak się okazuje organizacją nie jest, a i sama strona zniknęła z sieci - można na niej tylko przeczytać dementi TUTAJ.

Długo się zastanawiałem po co Piątek wkłada ten wątek do książki, bo nie dowodzi on zupełnie niczego. Czy tylko dla zwiększenia jej objętości? Fakt, można sobie poczytać ciekawostki o Alfonse, ale w czasach internetu nie trzeba sięgać po książkę. W odniesieniu do Macierewicza po raz kolejny pasuje powiedzenie: "kulą w płot". Raz, że kontakty z amerykańskim senatorem nie są w żadnym stopniu kompromitujące (a jeżeli są to całkiem spora grupa amerykańskich polityków ma przechlapane), dwa że nie wykraczały one poza kurtuazyjne rozmowy podczas oficjalnych wizyt - czyli standardowej pracy na stanowisku ministra obrony narodowej.
A może docelowo książka ma trafić na rynek amerykański i tam wywołać wielką aferę zmiatając byłego senatora z polityczno-biznesowej mapy Waszyngtonu. Obawiam się, że w USA to Piątek dostałby taki pozew za swoje sugestie, że faktycznie by się nie pozbierał.

 

Rozdział amerykański

Jest jedna zaleta rozdziału o powiązaniach amerykańskiego senatora. Otóż praktycznie abstrahuje on od sympatii politycznych. No może trochę nakierunkowuje je na sympatie z Donaldem Trumpem, ale Piątek przyznaje że D'Amato pomagał również demokratom. O ile na wcześniejszych kartach "arcydzieła" Piątka można kierować się krajowymi emocjami politycznymi (jak wiadomo mocno nabrzmiałymi), o tyle w tym miejscu warto skupić się na typowym toku rozumowania i wnioskowaniu Dziennikarza.

Kwintesencją powinien być fragment o niejakim Thomas Renyi - bardzo złym człowieku powiązanym z aferami senatora. Otóż Piątek wysnuwa nawet sugestię o powiązaniach z Bogatinem - tym od przekrętu w Lublinie za czasów Balcerowicza. Na jakiej podstawie? Otóż obaj panowie byli zaangażowani w wojnę wietnamską (nic to że po przeciwnych stronach barykady) oraz są związani z bankowością. Widzicie Państwo już absurd rozumowania Piątka?

Wyobraźmy sobie, że przysłowiowy Kowalski zaczyna robić karierę w Polsce i pojawiają się oskarżenia o powiązaniach z niemieckim faszyzmem. Na jakiej podstawie? Otóż dziadek Kowalskiego brał udział w walkach z hitlerowcem, a w dodatku przed wojną malował obrazy. Powiązania z wodzem III Rzeszy są oczywiste - a wszystko oparte na faktach, których podważyć nie sposób.

Pomyśli ktoś, ze to tylko takie wtrącenie Piątka w środku rozdziału. Ze zdumieniem jednak przeczytałem w podsumowaniu rozdziału (na niecałą jedną stronę, co dobitnie pokazuje plon śledztwa Pana Piątka) także akapit i tej wojnie wietnamskiej.

Mógłbym w tym momencie napisać, że to tylko wierzchołek góry lodowej absurdalności rozumowania. Ale gdyby tak napisał zastosowałbym kolejny zabieg stosowany nagminnie przez dziennikarza. Otóż rzuca on jakieś słabe powiązanie, ale szybko zarzeka się że to tylko jeden z wielu śladów. Po czym przystępuje do szukania kolejnych, równie miałkich. Czytelnik ma odnieść wrażenie, że tych dowodów na wzajemne powiązania jest szalenie dużo. Nawet jak ktoś się nie zorientuje w trakcie lektury, że tak naprawdę ich nie ma - to i tak wszystko wychodzi na wierzch w podsumowaniach rozdziałów, nieopacznie robionych przez Pana Piątka.

I ten tok rozumowania jest powodem, że książka, a także "wyborcze" artykuły, Pana Piątka nie wzbudziły żadnej sensacji. A książką nawet przez kilka dni nie była przedmiotem politycznej dyskusji. Fakt, że życie polityczne w Polsce przybrało ciekawy obrót. Ale i tak myślę, że Piątek liczył na większe zainteresowanie swoimi rewelacjami. Trudno jednak dyskutować z człowiekiem prowadzącym taki tok rozumowania.

Męcząc ten rozdział zabawiałem się snuciem wizji co takiego znalazłby Piątek, gdybym został ministrem obrony narodowej, czy wyciągnąłby moją ŚP. Babcię, która z zespołem ludowym koncertowała po Związku Radzieckim, czy może mój epizod z zarządem spółki zlokalizowanej tuż koło warszawskiej ambasady Federacji Rosyjskiej? A może tą znajomość z gościem, którego Fidel Castro częstował cygarami? Dobrze, że nie zanosi się na moją karierę polityczną ...
 

Diagram bez Antoniego

Kolejny rozdział sądząc z nazwy ma dotyczyć wpływów rosyjskiego wywiadu w Polsce. "Wielkie mi odkrycie" - powie w tym momencie każdy sympatyk polskiej prawicy. Za podobne sugestie odsądzany od czci i wiary (Oszołom!!!) przez wiele lat przez środowisko polityczne, z którym najwyraźniej sympatyzuje Pan Piątek.

Diagram, który jest na początku tego rozdziału wzbudził moje szczególne zainteresowanie. Przyznam się, ze wpatrywałem się dłużej niż przez całą lekturę tego kolejnego fatalnie napisanego rozdziału. Otóż na diagramie tym nie ma nie tylko tytułowego bohatera książki, ale nikogo z jego otoczenia, a nawet partii. Nie ma nawet Misiewicza!!! Nie po to wydałem prawie cztery dychy, żeby czytać o czymś innym niż o tajemnicach MACIEREWICZA, Panie Piątek. Macierewicza! A nie rewelacjach o GRU.
 

Sołncewo

O ile poprzedni rozdział mógł zachwiać sceną polityczną w Waszyngtonie, o tyle ten rosyjski mógł wzbudzić niezły polew na Kremlu, gdyby niechcący pisanina Piątka tam dotarła. Bierze on bowiem na warsztat tematykę mafii rosyjskiej. Oczywiście próbuje maksymalnie zdyskredytować Siemiona Mogilewicza, który jakoby miał powiązania z tytułowym bohaterem książki. Że Mogilewicz (nie mylić z naszym Mogielem) to niezłe ziółko - wie pewnie każdy w Moskwie. Ale dla Piątka to za mało - chce jeszcze powiązać go z Putinem. Cel jest prosty - wysnuć tezę że Antoni to ruski agent w rządzie PiS. Problem w tym, że nie wszystkie fakty pasują do układanki byłego dziennikarza Gazety Wyborczej. Na przykład Putin wsadził do pierdla Pana Siemiona. No i jak tu uzasadnić ścisłą współpracę - jak gościa wsadził do mamra. Piątek wysnuwa tezę, że to tylko taki mały klaps. 18 miesięcy w mamrze to taki klaps od kumpla. To tak jakby ktoś napisał książkę na Słowacji, że Piotrek Staruchowicz (Staruch) to człowiek Donalda Tuska, a jego incydent z aresztowaniem to taki mały klaps od Prezydenta Europy.
 

Siemion Mogilewicz

Nie mogło zabraknąć dłuższego fragmentu o najbliższym rosyjskim "współpracowniku" Antoniego. Piątek rozkłada na czynniki pierwsze przestępczą karierę Siemiona. Kolejne dziesięć stron książki doklepane. A że niewiele mniej można znaleźć za pomocą najpopularniejszej przeglądarki internetowej ... Chwała Piątkowi, że zebrał w jednym miejscu te wszystkie informacje i można przeczytać kompleksową biografie tego gangstera. Nie o nim co prawda miała być ta książką, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma.
 

Nie godzien czyścić butów

Rozdział "rosyjski" jest chyba najtrudniejszy do przebrnięcia, szczególnie gdy ktoś sięgnął po pozycję pana Piątka z nadzieją na rewelację o polskim ministrze MON. Ale na stronie 148 jest prawdziwa perełka, która wynagradza czytelnikowi trud. Otóż śledząc powiązania ruskiej mafii z polską, Piątek dochodzi do artykułu "Pruszków pod Moskwą" współautorstwa UWAGA: Wojciecha Sumlińskiego. O ile książki Piątka raczej nikomu nie polecę, to zachęcam do takiego małego ćwiczenia: przeczytać artykuł z 2003 roku z Wprost i fragment (są darmowo publikowane w Wyborczej) wypocin Pana Piątka. Sformułowanie, że ktoś komuś nie godzien jest czyścić butów, tym razem w zakresie dziennikarstwa śledczego, pasuje jak ulał.

Co ciekawe w swoich wypocinach Piątek oddaje cześć Sumlińskiemu twierdząc, że wówczas jeszcze był dobrym dziennikarzem, potem dopiero się skiepścił tworząc absurdalne teorie na potrzeby PiS. Jeżeli warsztat Sumlińskiego (pomijam tutaj jego zamiłowanie do korzystania z dokonań innych pisarzy) oparty jest na teoriach wyssanych z palca, to polski język nie znajdzie już określeń do krytyki logiki Piątka zawartej w omawianej książce.
W każdym razie cały rosyjski rozdział Piątka z 2017 roku jest mocno nieświeży. Sumliński z koleżanki pisał o tym już w 2003 roku. Wtedy jakoś Gazeta Wyborcza nie pasjonowała się takimi faktami.

 

Ruska mafia

Piątek usilnie dowodzi, że białe jest białe, czyli że Sołncewo to organizacja przestępca. Naznajdywał oczywiście na potwierdzenie tej oczywistej tezy wiele artykułów i przykładów, jak chociażby afera rosyjskiego ministra sprawiedliwości po publikacji kompromitujących zdjęć z prostytutkami. Nie brakuje też nawiązań do Donalda Trumpa, które zwycięstwo wyborcze chyba jeszcze bardziej zdołowało środowisko polskiej opozycji, niż przejęcie władzy przez Prawo i Sprawiedliwość. Na ten przykład Piątek powtarza plotkę, ze Trump podczas pobytu w Moskwie zabawiał się z prostytutkami (też mi plotka), a nawet kazał im oddawać mocz na których kiedyś spali państwo Obamowie. Są podobno na to taśmy, ale ruscy nie ujawniają, bo chcą mieć haka na najważniejszą osobę na globie.
 

Grupa Radius

Wracamy w końcu na polskie podwórko. Ale Piątkowi jakby brakło odwagi i kolejnym bohaterom skraca nazwisko: ojciec i syn Robert Sz. W sekundę można oczywiście poznać prawdziwe personalia, bo panowie są związani z legalnie działającą w Polsce firmą, operującą na rynku nieruchomości. Powszechne zainteresowanie wzbudziła ona kupując siedzibę SLD przy Rozbrat, a ostatnio w związku z afera reprywatyzacyjną w Warszawie i śledztwem ugrupowania Miasto jest Nasze (bynajmniej nie PiSowskie). Nie zamierzam bronić rodziny Szustkowskich. Co więcej jestem pewien, że tak jak większość biznesmenów III RP ich interesy były mocno szemrane, ale to co znalazł na nich Piątek budzi gromki śmiech. Pomijam kolejne rozkminki z KRS i Naszego Państwa kto jest czyim właścicielem, bo w czasach rajów podatkowych określanie mianem rewelacji wyszukanych powiązań kapitałowych jest dziecinadą.

Głównym dowodem na niegodziwość właścicieli Radiusa jest dwóch anonimowych byłych pracowników. Szczerze pisząc to o moich byłych pracodawców, szczególnie tych którzy mnie wyrzucili z pracy, mógłbym napisać większy elaborat niż ten artykuł (bo recenzją tego nie odważę się nazwać). Wracając do meritum: jedna pani otwarcie wskazuje na powiązania Sz. z ruską mafią, a drugi pan zarzuca mu że słabo grał w piłkę ręczną (jeździł wówczas na mecze do ZSRR - to kluczowe), bo był bramkarzem, i to rezerwowym - nawet na piłce ręcznej Piątek się nie nazwa, w piłce ręcznej bramkarz rezerwowy nie rzadko staje się większym bohaterem niż ten podstawowy.

Ojciec Sz. (bo z Radiusem bardziej jest związany syn o tych samych inicjałach) według anonimowego informatora rozkręcił swój biznes handlując w latach 80-tych szmuglując komputery do Państwa Michaiła Gorbaczowa. Podobnie robili ludzie związani z ruską mafią - więc znając już logikę rozumowania Piątka - wszystko jasne.
 

Jacek Kotas

Mogę zrozumieć "wkurw" czytelnika, który zdecydował się na lekturę Piątka z uwagi na postać tytułową książki, bo o samym Macierewiczu nie było już chyba z 40 stron. Dzięki jednak tej anonimowej byłej pracowniczce Radius jest nowy ślad. Z grupą Radius, a tym samym (rozumowanie a'la Piątek) z ruską mafią związany był bowiem były wiceminister MON (z okresu rządów PiSu 2005-2007). Sam oczerniany co prawda zaprzecza (TUTAJ), no ale chyba świadectwo anonimowej baby, które skrupulatnie spisał nasz dzielny dziennikarz śledczy jest wystarczającym dowodem.
Jak można podsumować grillowany kilkanaście stron wątek Kotasa? Radius miał powiązania z ruskimi gangsterami - patrz wyżej. Kotas miał powiązania z Grupą Radius - anonim miał rację, faktycznie przewija się jako prezes jakieś spółki z grupy. Kotas jako wiceminister nadzorowany 10 lata (!!!) temu przez Macierewicza dostał dostęp do tajnych dokumentów (procedura wymagała w takim przypadku szczegółowego sprawdzenia takiego osobnika). Wniosek? Macierewicz to ruski agent!
Nie dziwi mnie, że wątek Kotasa Piątek zostawił sobie na koniec, może liczył że tak daleko mało kto z czytelników dotrze. Grupa Radius bowiem legalnie działa i może się bronić, co też robi wytaczając Śpiewakowi (Miasto jest Nasze) proces. Również Kotas jak widać w powyższym artykule nie pozostawia zarzutów bez odpowiedzi. Generalnie słowo za słowo.

Afera podsłuchowa

Piątek przystępuje do rozpracowania słynnej afery z restauracji Sowa & Przyjaciele. Podsłuchy nasuwają trop rosyjski, w końcu to te służby wielokrotnie wykorzystywały taką metodę żeby kompromitować i szantażować polityków (wydaje mi się, że wszystkie służby mają podobne sposoby, ale nie wnikajmy).

Piątek szuka powiązań właścicieli i kelnera, który zakładał podsłuchy z Grupą Radius, a tym samym z ruskimi. Załóżmy, że nawet tak było, ale jaki wniosek z tego wysnuwa nasz dzielny dziennikarz śledczy? Ano taki, że jeżeli afera ta wpłynęła na zmianę władzy, to dojście PiSu do rządów w Polsce było kontrolowanym zamiarem Rosji, a może nawet samego Putina. Czyli na Kremlu powstał tajny plan doprowadzenia do zmiany władzy w Polsce i wykreowania na partię rządzącą ugrupowania, które od lat ma skrajnie antyrosyjskie nastawienie. Tego nawet Niccolò di Bernardo dei Machiavell by nie wymyślił.

Jest taki mem w Internecie, w którym Jarosław Kaczyński w sejmowych ławach z rozkoszą śmieje się oglądając coś na tablecie. Myślę, że mógłby się śmiać z takich "piątkowych" insynuacji.

Ruski szpieg a WSI

Im bliżej końca tym poziom pisaniny Piątka jeszcze bardzie spada. Przez litość więc nie będę już komentował pojawiających się tropów, które sam dziennikarz przestaje nazywać faktami, a jedynie hipotezami.

Ale nad jednym tematem nie można przejść obojętnie. Otóż cała książka ma prowadzić do tezy, że Macierewicz to ruski szpieg. Nawet gdyby Piątek coś znalazł rozsądnego, to i tak jeden fakt mocno podważałby całą tezę. Likwidacja WSI w opinii wszystkich obserwatorów polskiej polityki mocno uderzyła w rosyjskie wpływy w Polsce. Jeżeli już jakieś zarzuty do Macierewicza się pojawiają odnośnie tej akcji, to raczej dotyczą one dekonspiracji polskich szpiegów.

Czyli mamy uwierzyć, że Macierewicz - ten ruski szpieg, zapewne na zlecenie Rosjan, tak mocno im zaszkodził tym samym Rosjanom likwidując WSI? Piątek najwyraźniej chce taki wniosek wysnuć, bo próbuje nawet znaleźć przykłady powiązań AM z WSIakami. Rodzi się pytanie, co na to Prezydent Komorowski :)

Logika - to jest to czego brakuje Piątkowi, jego książce, i całej teorii.

Błędy

Dawno nie widziałem czegoś takiego jak errata we współczesnej książce (ale pamiętam, że kiedyś to było na porządku dziennym). Dotyczy ona jednak błędu z pierwszego rozdziału. A jest ich więcej. Większość drobnych: literówka, źle postawiony przecinek, nie domknięty nawias. Ale są też takie grube jak na stronie 147, gdy Piątek powołuje się na artykuł z grudnia ... 2017 roku. W czynie społecznym mógłbym Panu Piątkowi przesłać listę błędów, bo zaczynam podejrzewać że jestem jednym z niewielu któremu udało się przebrnąć przez całość. Oczywiście nie mogę tego uczynić, bo to byłby jawny dowód na moją wieloletnią współpracę w Panem Piątkiem i ... cały czas podążamy tokiem rozumowania naszego Dziennikarza Śledczego ... związki ze środowiskiem Gazety Wyborczej.

Oczywiści literówki i takie drobne błędy przy tak długiej pisanie są zrozumiałe i pewnie każdy w tej pisaninie znajdzie ich multum. Ale jak się pisze książkę, która ma być wydana, to powinna zostać ona uważnie przeczytana i poprawiona pod względem literówek. Piątka pozycja takiej pracy się nie doczekała, z zapewne (uwaga, bo popadam w tok rozumowania Dziennikarza) prostego powodu: nie idzie przebrnąć przez taką grafomanię.
 

Spiskowa teoria dziejów

Przy okazji "pisaniny" Pana Piątka warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden paradoks. Otóż to obóz prawicy często oskarżano o szukanie powiązań, rodzinne konotacje ("Resortowe dzieci"), nadmierną podejrzliwość, roztrząsaniu mało istotnych faktów z przeszłości (Wybierzmy przyszłość grzmiał najpierw Mazowiecki, a potem w kampanii wyborczej Olek Kwaśniewski). To co robi Piątek w swoje książce o Macierewiczu to ta sama metoda, tyle że zwielokrotniona dziesięć razy. Wystarczy wspólna obecność na pogrzebie żeby zostać oskarżonym o zażyłą przyjaźń. Wspólne zasiadanie w Radzie Nadzorczej to już wieloletnia współpraca. Działalność w tej samej branży, co ruska mafia to ewidentny dowód na wroga działalność. Nawet bliskie sąsiedztwo jest podejrzane. Czujecie taką paranoję. Oczywiście nie obca była, i wciąż jest, wielu osobom związanym z prawicą (chociaż bardziej tą radykalną niż PiSem). Ale jak się tyle razy broniło Michnika, który jest Bogu ducha winny, że jego przyrodni brat to esbecki kat - to warto byłoby trzymać fason również w opozycji. I nie piję tutaj do Piątka (który raczej jest pionkiem w tej układance), ale do tych którzy go promują. A najbardziej promuje go nie kto inny, tylko Gazeta Wyborcza.
 

Sukces

Nie można Piątkowi odmówić jednego. Bo trzeba przyznać że trafił w odpowiedni moment. Książka sprzedaje się na pniu - o ile te 100 tys. to naprawdę taki sukces w kontekście jednak sporej części antypisowskiej w polskim społeczeństwie. A lemingi chyba stać na zakup niedrogiej książki. Czy ich stać na przeczytanie to już wątpię. A na przeczytanie ze zrozumieniem - sądząc po wielu wpisach w internecie, z pewnością nie. W sumie nawet jakby ktoś napisał, że Macierewicz był powiązany w zamach World Trade Center (a idąc tokiem rozumowania Piątka w ewidentny sposób ... był) to spragnieni nadziei na zmianę władzy zwolennicy opozycji lokalnej łyknęli by to bez wahania.
W każdym razie Piątek, którego dotychczas największa pasją życiową było ćpanie (taka prawda, sam to przyznaje, nie piszę tego w kontekście zarzutu, chociaż może to tłumaczyć pewnie maniery w toku rozumowania), zapewne zrobi interes życia. Co prawda na razie twierdzi, że nie zarobił ani złotówki, a całość wyda na dodruk, ale czy po lekturze tej grafomanii można w wierzyć w jakiekolwiek jego słowo?

 

Macierewicz a Komorowski

Przedstawiciel Ministerstwa Obrony Narodowej zapowiedział wniosek do prokuratury w związku z publikacją książki Piątka. To wciąż przypomina, jak w podobnej sytuacji zachował się Prezydent Komorowski. Może pojawienie się książki Piątka to dobry pretekst do powrotu tematu Fundacji Pro Civili? Społeczeństwo jak widać po zainteresowaniu komisjami Amber Gold i reprywatyzacyjną pragnie ukarania tej całej korupcjogennej trzeciej erpe.

Piątek co prawda narzeka, że Macierewicz nie wytoczył mu procesu cywilnego. Tyle że po lekturze książki nie może to dziwić. Jak tutaj roztrząsać przed sądem na ile poważne są powiązania członka Rady Nadzorczej i Prezesa Zarządu nie prowadzącej działalności operacyjnej fundacji? Książka "Macierewicz i jego tajemnice" to zbiór insynuacji i pomyj, i tylko pod takim względem można stawiać zarzuty jej autorowi.
 

Fakty

Piątek płacze co prawda na łamach Sami Wiecie Jakiej Gazety, że obawia się o życie. I że w książce przedstawił same fakty. A i owszem. Przedstawił fakty: wybiórcze (konotacja słowa przypadkowa), błędnie zestawione, a najczęściej powszechnie znane. Podsumowałbym to starym sowieckim określeniem po porażce radzieckiego sportowca w rywalizacji z przedstawicielem narodu amerykańskiego: "Radziecki zawodnik po wspaniałej walce zajął zaszczytne drugie miejsce, Amerykanin był przedostatni". Same fakty.
 

2050 rok

Nie jest łatwo komentować współczesną politykę i wszelkie publikacje, filmy, spektakle z nią związane. Dualizm polityczny i ślepe zaangażowanie dwóch wrogich obozów nie pozwala na obiektywizm. Nie udzielam się zbytnio w mediach społecznościowych, ale w przeciągu tygodnia zostałem nazwany przez emocjonalnych dyskutantów "zwolennikiem opozycji" i "wyznawcą Jarka". Dlatego też w przypadku tak mocno upolitycznionych tematów staram się postawić w sytuacji czytelnika/widza oderwanej od tej rzeczywistości, np. z przyszłości, co całkiem fajnie zagrało w recenzji filmu Smoleńsk (TUTAJ).

Podobne ćwiczenie powinno się zrobić w przypadku książki Piątka. Wniosek byłby taki, że główną tezą jaką ujawnia dziennikarz jest totalna krytyka systemu, który w Polsce panował, z niewielkimi przerwami, w latach 1989-2015. To co dla wielu obserwatorów życia gospodarczego, społecznego i politycznego w Polsce było oczywistością, dla czytelników Gazety Wyborczej przez lata było nieuzasadnioną krytyką owoców polskiej bezkrwawej rewolucji. Dzięki książce byłego dziennikarza GW mają okazję poznać wierzchołek góry lodowej - Polski korupcjogennej, ogarniętej złodziejską prywatyzacją, opartej na układach i kontaktach ze służbami komunistycznymi, a może nawet z mafijnymi i rosyjskimi służbami.

Jest taki moment w życiu każdego rozsądnego człowieka, gdy zdaje sobie sprawę ze był przez lata oszukiwany i prawda jest odmienna od rzeczywistości przedstawianej przez kluczowe od 1989 roku media i wątpliwej klasy autorytety. Nie wiem, czy ktoś, kto tyle lat wierzył we wspaniałość 3RP po lekturze Piątka przejrzy na oczy. Jeśli znajdzie się chociaż jeden, to może trzeba oddać cześć Dziennikarzowi, nawet jeżeli pisząc taką książkę miał zupełnie inny cel.
 

EMPIK

Żeby dochować wszelkiej staranności udałem się na spotkanie z Panem Piątkiem w warszawskim Empiku. Dużo rzeczy w życiu przetrzymałem, chciałem przynajmniej dociągnąć do pytań publiczności, ale przyznaję się - nie zdzierżyłem.

Frekwencja przyzwoita, z rozmów kuluarowych oczywiście szybko można odczytać poglądy widowni. Prowadzący oczywiście rozpoczął od bieżących spraw - czyli kolejnego zamachu PiS na demokrację. Próbowałem, żeby przetrwać wczuć się w poglądy totalnej opozycji, ale słowotok Piątka zmasakrowałby mnie nawet jakby opowiadał o agenturalnej przeszłości Lecha Wałęsy. Nie dało się tego słuchać, szczególnie po lekturze książki - bo to powtarzanie tych samych toków rozumowania.

Tak przez około 95% czasu Piątek opowiada o wszystkich: Luśni, Bogatynie, Nawrockim, Mogilewiczu - tylko nie o Macierewiczu. Bo dla Piątka i publiki to jest najmniej ważne - to że Minister jest z nimi powiązany to oczywista oczywistość.

Oczywiście Piątek próbuje się kreować na męczennika,  który już został bezpodstawnie oskarżony przez organ nasłany na niego przez samego Antoniego. Dziwnym trafem w tej pozbawionej demokracji Polsce, Piątek nie musi spotykać się z czytelnikami gdzieś w konspiracji, a w największej księgarni w Polsce przy ulicy Marszałkowskiej. Nawet pies policjant ze złamaną nogą się nie zainteresował tym wydarzeniem. A z grona ewentualnych adwersarzy byłem ja, ale nie doczekałem się ewentualnej możliwości zadawania pytań (a na tym najczęściej polegają takie spotkania).

Piątek też mówi o swoim uzależnieniu i mam jednak wrażenie, że biedak jest zwyczajnie chorym psychicznie człowiekiem. Nie chcę tutaj czepiać się jego nałogów, ale niestety używki działają na mózg i ta przeszłość Piątka tłumaczyć może niektóre jego "pomysły". No chyba że robi to w sposób wyrafinowany i tylko dla kasy - wówczas chapeau bas. Ale oszukiwać tak bardzo Polaków spragnionych powrotu demokracji ...
 

Podsumowanie

Była to zapewne najgorsza książka, którą w życiu przeczytałem, zarówno pod względem merytorycznym, jak i literackim. Ale sam sobie jestem winny, mogłem odpuścić po pierwszym rozdziale. Nie sposób jednak nie dojść do konkluzji, że jest ona pożyteczna dla wszystkich.

1. Piątek

Gość zarobił kasę, jest medialny, popularny, może zostanie męczennikiem, jak się weźmie za niego prokuratura (wątpię, bo trudno nawet dyskutować z takim tokiem rozumowania). Trafił w odpowiedni temat, i w odpowiedni czas. Czy według zasady "głupi ma szczęście", czy jednak pod pozorem człowieka pozbawionego umiejętności logicznego myślenia, nie kryje się cynik wykorzystujący sytuację polityczną? Wątpię, ale może. W każdym razie gość zarobił kasę, jest popularny i jeszcze nie siedzi (a nawet nie ma żadnego procesu cywilnego o zniesławienie). Na razie jak to mówią w środowisku kibolskim: "akcja na plus".

2. Totalna opozycja

Czyli czytelnicy Piątka. Ludzie którzy nienawidzą PIS, a Macierewicza w szczególności. Dla nich ta książka to jak oaza na pustyni. W państwie zdominowanym przez prawicową (?) ideologię, z fatalnymi sondażami (totalną opozycję popiera góra 5% wyborców w przedziale wiekowym 18-24) takie oskarżenia dają nadzieję. Że absurdalne? Nienawiść tak zaślepia tych ludzi, że nie zauważą luk w rozumowaniu Piątka.

3. Prawo i Sprawiedliwość

Tak, tak, to nie żart. Najwięcej korzyści z wniosków Piątka, jakkolwiek by to było absurdalne, powinna mieć właśnie ta partia. Przecież szukając haków na Macierewicza Piątek odkrył prawdziwy obraz 3RP. Ten krytykowany przez lata, ten sam który spowodował, że w końcu PiS do władzy doszedł. Szemrane interesy, przewały finansowe, brak lustracji, eSBeckie kłamstwa - czerwona pajęczyna.

4. Macierewicz

Dwóch dziennikarzy napisało kilka lat temu książkę (znakomitą pod względem literackim, w przeciwieństwie do Piątka) o Tadeuszu Rydzyku. Chcieli znaleźć haki na Ojca Dyrektora i zlustrowali całe jego życie. Jedynym poważnym zastrzeżeniem było pochodzenie z nieprawego łoża. Tak książka praktycznie oczyściła Rydzyka ze wszelkich zarzutów, które mu przez lata stawiali jego oponenci. 

Podobnie będzie z Ministrem Macierewiczem. Jeżeli Piątek tak intensywnie szukał, i znalazł tylko to co jest w jego książce, to Macierewicz jest czysty. Krystalicznie czysty.

Po lekturze Sumlińskiego stwierdziłem, że nawet jeśli tylko 10% podanych faktów jest prawdziwa to dyskredytuje Prezydenta. Przy Piątku nawet jak 100% jest prawdy to i tak tok rozumowania jest tak miałki, że nic na Macierewicza nie ma.

Tomasz Piątek

Karuzela

Nie przypominam sobie, kiedy ostatnio tak bardzo polubiłem bohaterkę książki, jak 35-letnią Renatę, matkę trójki nieznośnych dzieciaków. I ciężko się pogodzić że, co Agnieszka Lis sugeruje od samego początku, to nie będzie miła opowieść ze szczęśliwym zakończeniem.

Zastanawiam się co jest w stylu pisania Pani Agnieszki tak znakomitego, że książka jest niesamowicie przystępna, ciepła i autentyczna. Czy nacisk na dialogi, czy subtelne retrospekcje, a może dbałość o szczegóły (z podziękowań po ostatnim rozdziale można się też wiele dowiedzieć).

Główny wątek jest przygnębiający, i zapewne w myślach czytelnika raz po raz pojawiają odniesienia do osobistych przeżyć z chorobą kogoś bliskiego. Tylko że w „Karuzeli” nie ma nadziei, bo pisarka nie tylko sygnalizuje tragedię, ale w połowie książki wręcz wykłada „kawę na ladę” przenosząc na kilka stron akcję 50 lat do przodu. Ale to, że wiemy jak się wszystko skończy nie przeszkadza w emocjonowaniu się walką Renaty, i smutkowi jaki towarzyszy dramatycznym ostatnim chwilom.

Ale Karuzela to nie tylko główny wątek. Dzięki wyrazistym postaciom Lis zwraca uwagę także na inne zagadnienia. Przychodzą mi do głowy cztery:

  1. Matka Krystyna, czyli zaściankowość, nadopiekuńczość, dulszczyzna

  2. Mąż Mateusz, czyli wyścig szczurów w korporacji

  3. Matka Mateusza, czyli skrajny egoizm

  4. Dzieci, czyli szkoła i proces wychowania

Zdolności do pogłębiana tych wątków nie biorą się znikąd: Lis pracowała w korporacji, jest zaangażowana w edukację dzieci, ma sukcesy na niwie muzycznej. Wiele się o nie dowiedziałem, bo nie mogłem po prostu odłożyć Karuzeli na półkę z numerem „7” w tegorocznej ReadLiście. Ta książka pozostanie dłużej i mimo tego całego smutku jaki z niej wypływa jest niezwykłym przeżyciem czytelniczym.

Wady. Kilka mi się nasuwa, ale pewnie pisarka ma wytłumaczenia. Jednak wypunktuje:

  • Zbieg okoliczności przy odkryciu związku Mateusza z Joanną (scena w kawiarni centrum handlowego)

  • Seks w szpitalu w końcowej fazie choroby Renaty

  • Reakcja Diany na złe wieści i roztrząsanie powrotu męża

Duperele w sumie. Karuzela to książka nadzwyczajna.

Agnieszka Lis

Niepokorna

Literackie połączenie „Romea i Julii” z „50 twarzami Greya”.

Historia miłości przedstawicieli dwóch zwaśnionych gangów motocyklowych. 
 

Eva Fox zakochała się w Deuce już jako 5 latka, podczas odwiedzin swojego ojca w więzieniu. Deuce, dużo starszy też był na widzeniu z ojcem, ostatnim zresztą. Eva wyrosła na piękną dziewczynę i każde spotkanie z Deuce kończyło się płomiennym seksem. Ale wyszła za mąż za członka swojego gangu, Frankiego szaleńca, którego kochała, ale jak brata albo przyjaciela. Taki wracający co kilka lat romansik łatwy nie jest, ale kochankowie nie mogą się opanować – co się tylko spotkają.

 

I to jest okazją to pisarki to przedstawiania tego co jej niewątpliwie wychodzi najlepiej, czyli pikantnych scen erotycznych. Może odrobinę zbyt mocnych, książka momentami przypomina scenariusz filmu pornograficznego, gdzie każde spotkanie kończy się ostrym rżnięciem.

 

W warstwie scenariuszowe tez jednak jest przyzwoicie, może kilka scen jest za bardzo chaotycznych. Czyta się jednak całość z zapartym tchem. Głównie dzięki dobrze zarysowanym postaciom. Bo nie tylko Eva i Deuce to ciekawe postacie, ale również na drugim planie pojawiają się interesujące osoby, jak chociażby nimfomańska koleżanka, albo jej mąż prawnik. Wojna gangów i interesy są jakby na drugim planie, chociaż trup ściele się gęsto.

 

Ciekawym rozwiązaniem są zmiany narracji: mamy momenty napisane w pierwszej osobie, ale np. na zmianę obojga kochanków, ale jednak dominuje opis pisany w trzeciej osobie. To dobrze wpływa na możliwość utożsamiania się czytelnika z głównymi bohaterami. Eva chyba jest tak piękna, że z wytęsknieniem można oczekiwać ekranizacji, niekoniecznie pornograficznej (Eva Green się nasuwa na główną rolę jak znalazł).

Madeline Sheehan

Kocha, lubi, szpieguje

Początkowo byłem lekko przerażony - napisane w pierwszej osobie rozważania młodej bibliotekarki irytowały. Ale szybko przekonałem się do tej książki. Może fabuła nie jest rewelacyjna, ale sam styl powoduje, że jest to lektura co najmniej sympatyczna.

 

Uroku książce dodają dwa elementy: w pierwszej części niemowlę, a w drugiej piesek. W ogóle okazuje się, że jednym z przesłań powieści ma być problem zostawiania psów przez swoich właścicieli.

 

Kolejny plus to Kraków, a przede wszystkim Kamionka, gdzie dzieje się większość akcji. Fabuły, która w specjalnie luźny sposób nawiązuje do książek kryminalnych. Sama Kalina przestaje być irytująca, a jej liczne wtopy zaczynają bardziej śmieszyć. Szczególnie, że szybko staje się jasne: wszystko się dobrze rozwiąże.

 

Oczywiście nie wiedziałem, że to druga część serii, ale to nie przeszkadza. Będzie trzecia i jak tylko będę miał możliwość chętnie spędzę jeszcze kilka wieczorów z nierozgarniętą Kaliną. Mając nadzieję, że przeprosi się z Jolą, która spodobała mi się jeszcze bardziej.

Joanna Szafrańska

Klątwa

Książka na kilka godzin. Więc pozornie idealna do projektu #ReadList2017. Ale diabeł tkwi w szczegółach.
 

Język współcześnie bardzo trudny. W wielu miejscach wręcz niezrozumiały. Prawidłowy odbiór możliwy więc po odpowiednim przygotowaniu się czytelnika i żmudnej rozkmince.

 

 

Oczywiście pretekstem do lektury był skandaliczny spektakl w Teatrze Powszechnym. Ale okazuje się, że również dramat Wyspiańskiego był skandalem. Jego źródłem nie była tylko postać Księdza (romans, utrzymanka, dzieci). Głównie jednak charakterystyka wiejskiego społeczeństwa z podtarnowskiej wsi.

 

A sam spektakl okazało się niewiele z dramatem ma wspólnego LINK. Ale i tak warto było przeczytać.

Stanisław Wyspiański

"Inwigilacja" czyli komunia na Księżycu

Joanna Chyłka, gdyby się dowiedziała, że od tej książki zacząłem przygodę z tym autorem pewnie miałaby jakąś kąśliwą uwagę, i raczej nie byłoby to w miarę kulturalne: "zacząłeś od dupy strony".

Remigiusza Mroza poznałem na spotkaniu autorskim w Warszawie, a przy okazji promocji książki "Inwigilacja" zaszokowało nas zainteresowanie artykułem. Stąd po otrzymaniu, dzięki uprzejmości niezawodnego Wydawnictwa Czwarta Strona, odłożyłem wszystkie czytelnicze zaległości i wziąłem się za - z pierwszego oglądu - "cegłę". Lektura zajęła mi cztery wieczory, co chyba powinno zakończyć recenzję, może z adnotacją że czytałem szybko nie dlatego żeby skończyć i mieć odhaczoną kolejną pozycję na #ReadList2017, a dlatego że nie da się tego wolniej chłonąć.

Cóż więc sprawia, że jest to tak zajmująca fabuła?

Pewnie wyznawcy Mroza już napisali o tym tysiące postów i recenzji. Nie czytałem osobiście, więc wypunktuje swoje spostrzeżenia w kolejności istotności:
1) Humor (Chyłka jak dla mnie jest najdowcipniejszą postacią literacką jaką spotkałem, w takim stylu dowcipu, który uwielbiam)
2) Dopracowane postacie, nie tytko i nie przede wszystkim główne, np. w Inwigilacji moją ulubioną jest prawnik z drugiej Kancelarii (z anglojęzycznymi wstawkami), z którą dość niechętnie muszą bohaterowie współpracować
3) Ciekawostki (o tym poniżej w celu wyjaśnienia tytułu)
4) Zwroty akcji (przydało się tutaj słownictwo Chyłki, bo kilkakrotnie rzuciłem "o kurwa", "ja pierdolę", nawet nie myślą o intelektualnym "o Panie Remigiuszu, nie spodziewałem się")
5) Aktualność (wiadomo terroryzm, inwigilacja, prawicowa władza w Polsce)
6) Warszawa (tak, sprawdzałem gdzie jest ulica Tuwima i zamierzam fakt, że można tam zaparkować wykorzystać przy kolejnej wizycie w okolicach Nowego Świata).

Wróćmy więc do punktu 3. Fabułę się zapomina, książki w swojej masie ulatują, ale jak coś z nich zostaje to jest wyjątkowy atut. Z "Inwigilacji" zostanie mi do końca informacja o tym, co zrobił jeden z członków ekipy lądującej na Księżycu. Otóż tuż po wyjściu na Srebrny Glob przyjął Komunię Świętą.

Ogólnie bardzo mi się podoba podejście, przynajmniej w tej książce autora do religii, czego najlepszym dowodem jest cytat (wychwycony zresztą jednej z recenzji na lubimyczytac.pl":
""Człowiek jest jak laptop. A wiara jest jak Wi-Fi, łączy go z całym światem. I podobnie jak owa sieć, jest niewidzialna".


A teraz odczekam tydzień i dopiszę co mi się ... nie podobało, bo jednak im dłużej czasu od zakończenia lektury tym więcej mankamentów mi przychodzi do głowa. Ale czyż to nie kolejny atut książki, że nie można się od jej treści opędzić?


Po dwóch tygodnia od zakończenia lektury postanowiłem napisać swoje wątpliwości. Książka wciąż ma moją wysoką ocenę, bo pamiętam z jakim zaciekawieniem ją chłonąłem. Część poniższych uwag pewnie ma wytłumaczenie, ale nie czytałem dyskusji internetowych. Tym razem w kolejności chronologicznej, czyli po kolei co mnie denerwowało.

  1.     Nawiązania do poprzednich książek. To niby moja wina, że zacząłem czytać od piątej części, ale odniesienia do poprzednich były w mojej ocenie zupełnie zbyteczne. I pojawiały się chyba tylko po to że połechtać ego wiernych czytelników. Miały znikomy wpływ na akcję i spokojnie mogłyby zostać pominięte. A tak to miałem kilka razy zagwozdkę, czy jakiś fakt z poprzednich książek nie będzie miała istotnego wpływu na fabułę. Nie miała.

  2.     Śmierć Lipczyńskich. Takich przełom dla samego przełomu, bo w sumie niewiele zmieniło w fabule. Najpierw robi się wrażenie, że ktoś posunął się aż do morderstwa (jeżeli miałyby to być służby to już zbytnie przegięcie), a potem w zasadzie sprowadza się to do przypadku. Otóż przypadków w takich książkach nie powinno być.

  3.     Ataki na Chyłkę. Niby jest to wytłumaczeniem, że miała być zmotywowana na maksa. Tyle, że akty agresji (X5, ale głównie upicie ciężarnej) były zdecydowanie zbyt mocne. A w kontekście wyroku nie wydają się niezbędne.

  4.     Wyrok. No właśnie. Sama Chyłka nie wierzy, że to efekt jest maestrii adwokackiej. Wyraźnie podkreślany jest podejrzany charakter wyroku, nawet sędzia zgłaszający zdanie odrębne był zbyt lakoniczny. Czyli wniosek, że ławnicy zostali ustawieni? OK, ale jeśli tak to po co ta cała heca z adwokatami?

  5.     Kordian. W sumie jak wyżej. Akcja z zatrzymaniem go na Poniatowskim i wrabianiem w morderstwo w kontekście rozstrzygnąć wydaje się zupełnie zbyteczna. On już zupełnie nie miał wpływu na proces, a jedynie mógł się wygadać wcześniej Chyłce. Po co było to przeciągnięcie go na druga stronę, w dodatku szyte grubymi nićmi – nie wiadomo.

  6.     Scena erotyczna. OK – rozumiem, ze Chyłka i Odyński mają ku siebie. Rozumiem również, że kobieta może przełamać opory akurat w momencie gdy jest na faceta najbardziej wkurzona. Ale jest kilkadziesiąt stron do końca książki, cała masa spraw nie wyjaśnionych, a Remigiusz raczy nas macankiem i zdejmowaniem stanika. A później naprędce w jednym monologu Odyńskiego trzeba kluczowe wątpliwości wyjaśniać, często niestety nazbyt ogólnie, jak chociażby wyżej wymienione zagadnienia śmierci Lipczyńskich, czy wpływu na orzekających o winie oskarżonego.

  7.     Końcówka – jak dla mnie zbyt irytująca i przesadzona. Dzwonienie tuż przed egzaminem, głupiutka pogawędka i zakończenie w dramatycznym momencie bardziej mi przypominają serialowe zakończenia, żeby zachęcić do czytania kolejnej części. Zupełnie zbytecznie, bo książka broni się sama w sobie i każdy kto ją przeczytał i tak sięgnie po następny tom. Nie sądzę, żeby poprzednie odcinki też tak „gwałtownie” się kończyły.

  8.     Intryga kluczowa, czyli kwestia podstawienia przez służby terrorysty. Moim zdaniem szyta grubymi nićmi i bardzo ryzykowna dla służb, przez co mało realna. Chętnie był poznał opinię kogoś z branży, ale mnie ta akcja nie przekonała.

Remigiusz Mróz

Pod skrzydłami miłości

Przychodzi taki moment w życiu mężczyzny, że musi przeczytać romansidło. I to takie crème de la crème gatunku.

 

Marta to 30-latka mieszkająca w niewielkiej miejscowości. Zaangażowano w romans z Pawłem - żonatym, pewnym siebie mężczyzną - oczywiście standard: ona myśli że kocha jednak ją i finalnie rzuci żonę. To postrzeganie zmienia przypadkowe spotkanie wyraźnie szczęśliwej rodziny. Marta przegląda na oczy zdając sobie sprawę, że jak każda kochanka wdepnęła w temat beznadziejny. Wkurzona wsiada w samochód i jedzie przed siebie ...

 

Paweł jest przystojnym rozwodnikiem, strażakiem jak jego tragicznie zmarły ojciec. Nieśmiały, samotny po przygodzie z żoną, skupiony na pracy. Tak jak jego ojciec pragnie nieść pomoc nawet w sytuacji zagrożenia życia np. jak trzeba wyciągnąć młoda kobietę z wraku, który lada moment może wybuchnąć.
 

 

OK, to tylko pierwsze 30 stron książki, ale już można dopowiedzieć sobie resztę. Ale mimo przewidywalności i banałów książkę czyta się bardzo dobrze. Akcja jest wartka, portrety psychologiczne całkiem interesujące (jest jeszcze koleżanka, jej mąż policjant). Opinie o niskim poziomie tego typu pozycji są najwyraźniej mocno przesadzone.
Autorkę tłumaczy również fakt, że to jej debiut literacki. Niewiele wiem o autorce, ale wyraźnie wyczułem nutki autobiograficzne.
 

 

Co jest słabe?

  • irytująca momentami główna bohaterka

  • zbitka podobnych imion: bohaterka Marta, przyjaciółka Marta - co chwila mi się myliły

  • Radom jakoś mało romantycznie się kojarzy

  • zupełna pustka zawodowa Marty - dziewczyna sprzedaje w sklepie i nie przejawia żadnych ambicji

  • brak pomysłów pod koniec

  • za dużo przypadkowości i zbiegów okoliczności

A co na plus?

  • kilka zaskoczeń

  • dopracowane postacie męskie (policjant, strażak, biznesmen)

  • tempo akcji

  • fragmenty piosenek Garou przed każdym rozdziałem

  • zagadnienia adopcji i bezpłodności

  • pewnie dlatego, że nie mam porównań - czytało mi się sympatycznie

Spoilery

  • Radom ujawniony po 70 stronach (małe miasteczko z galeria handlową)

  • Pierwszy pocałunek - 82 strona

  • Problem numer 1: bezpłodność

  • Problem numer 2: urażony kochanek

  • Problem numer 3: tragiczny wypadek

  • Zaskoczenie: adopcja

  • Zakończenie: szczęśliwe, ale bez pomysłu

Izabela M. Karasińska

Niebezpieczna gra

Wciągająca i trzymająca w napięciu do ostatniej strony historia. Obyczajowa i kryminalna.

Akcja dzieje się w środowisku lekarskim, policyjnym i artystycznym (dzieła sztuki). To sprawdza się nawet w przeciętnych serialach telewizyjnych. A w powieści Bojarskiej światy te płynnie się przenikają tworząc interesującą mieszankę.

 

Fabuła

Główną bohaterką jest psycholog - Aleksandra. Stosunkowo młoda kobieta, jednak już wdowa. Pracująca w Poznaniu - los zaprowadzi ją do Łodzi. W tym mało ostatnio wykorzystywanym (zarówno w kinie, jak i literaturze) mieście trafi na zagadkę - nie tyle lekarską, co kryminalną. Dodatkowo z elementami wspomnień z przeszłości. Jako nastolatka Ola była bowiem mocno zbuntowana i na gigancie trafiła do komuny w mieście włókniarek.

Ale zbrodnią byłoby ujawniać więcej szczegółów fabuły. Autorka bardzo umiejętnie, nie przeciągając w czasie rozwiązuje wątki i zagadki, tak że rodzą one nowe pytania. Dzięki temu czytelnik wręcz chłonie kolejne strony, aby poznać dalsze (a często przeszłe) losy bohaterów.

Bohaterowie

Właśnie - bohaterów. Bo oprócz Oli pisarka bardzo umiejętnie buduje drugi, a nawet trzeci plan, każdej nowej postaci poświęcając odpowiedni czas. Nie za długi, żeby nie rozwlekać, ale wystarczający - żeby zainteresować. Ma więc swoje miejsce w tej powieści kryminalnej: i ograniczana przez przełożonego policjantka, i łódzki biznesmen - właściciel luksusowego mieszkania, i wreszcie początkowo najbardziej zagadkowy John Doe.

Kobiety

Główne bohaterki to kobiety: młoda i atrakcyjna psycholożka oraz będąca blisko emerytury policjantka Ula. Widać dużą sympatię do własnej płci pisarki. Mężczyźni są dużo gorzej przedstawienie: szczególnie w sferze seksualnej (zdradzający biznesmen, czy gwałcący policjant).

Tempo

Książka do łyknięcia na kilka wieczornych posiedzeń, trudno mi wytłumaczyć dlaczego męczyłem ją dwa miesiące. Na pewno nie dlatego żeby zamulała. Wprost przeciwnie: język pisarki jest bardzo przystępny, akcja wartka, a przemyślenia - wartościowe. Świetnym pomysłem są krótkie kilkustronicowe (góra trzy, cztero-) rozdziały. Nadaje to książce dobre tempo - po prostu chłonie się fabułę. Jest ona dosyć prosta, dla niektórych amatorów kryminałów może być za prosta. Nie wymaga większego zastanowienia. Zagadka kryminalna, mimo że dosyć oczywista, wciąga jednak do samego końca.

No i ta Łódź

Amatorzy i mieszkańcy tego miasta zapewne znajdą jeszcze wiele innych smaczków. To odkrywcze, że Łódź potrafi promować się dużo lepiej niż będący w tle Poznań. Czuć ten klimat trochę doskonale pasujący do fabuły. Bojarska zresztą w posłowiu zdradza powody umiejscowienia akcji.

Rozwiązanie - SPOILER

W tego typu książkach, jak to mawiał Leszek Miller, najważniejsze jest jak się kończy. Bojarska prowadzi narrację tak, że wydaje się wszystko jasne - tak mniej więcej już od połowy. Ale jednak jakiś element zaskoczenia wisi. I faktycznie pisarka go wykorzystuje. Czy to usatysfakcjonuje czytelnika? Ja byłem zadowolony: co prawda zastanawiałem się "zaskoczy, czy nie zaskoczy", ale jest trochę tak że niby zaskoczyła, ale jednak wszystko na koniec układa się w logiczną całość. Nie jest to może jakaś mizerna intryga, ale czy każdy kryminał musi taki być?

Dla mnie dodatkowymi wartościami są portrety psychologiczne, wartka akcja i wykorzystanie specyficznego miejsca, jakim jest Łódź.

II tom, dziesiąta powieść

Widać, że Bojarska ma już doświadczenie w kryminałach. Dobrze się przygotowała, a było w końcu kilka sfer które musiała przeanalizować: psychologia, kryminalistyka, rynek sztuki. To druga książka o tej bohaterce, ale fakty z pierwszej nie wpływają na akcję. Może znajomość "jedynki" pomaga w pozyskaniu sympatii przez Panią Aleksandrę. Nie ma jednak konieczności wcześniejszej lektury "Gry pozorów", "Niebezpieczna gra" może być lekturą dobrą - sama w sobie.

Joanna Opiat-Bojarska

Niepokorni

Saga kryminalna Seversk'ego nie była do tej pory w kręgu moich zachwytów.

Zmęczyłem co prawda pierwszą część serii, ale jakoś mnie nie zachwyciła. Może dlatego, że czytałem nałogowo wówczas inne dobre książki tego typu.

Dostając dzięki uprzejmości wydawcy czwartą książkę z serii stanąłem więc przed wyzwaniem wejścia w życie bohaterów nie znając ich poprzednich wyczynów. I fakt, że nie było z tym żadnych problemów jest wyznacznikiem umiejętności pisarza.

Vincent

Wiedza autora o poruszanych w swoich książkach wydarzeniach jest praktyczna. Jak wiadomo pod inną tożsamością był wieloletnim pracownikiem służb. Nie oznacza to oczywiście umiejętności przeniesienia na papier tych doświadczeń. Trzeba mieć jeszcze talent. I takowy VS zdecydowanie ma. Zmysł obserwacji i umiejętność tworzenia układanki polityczno-sensacyjnej jest niewątpliwym atutem Severskiego.

Narracja

Do skończenia pierwszej książki trochę zniechęciła mnie przeciętna narracja, chociaż jej ocena mogła być efektem wcześniejszej lektury innych autorów. Tymczasem teraz jest naprawdę bardzo dobrze. Książkę czyta się z dużą przyjemnością. Jest odpowiedni podział na opisy i dialogi (miałem wcześniej wrażenie, że Seversky zbytnio przesadza z dialogami). Książka jest skompensowana i nie za długa. Nawet może odrobinę za krótka. Ale to chyba wynika z faktu, że seria miała być jednak trylogią i ta czwarta książka to tylko takie uzupełnienie.

Polityka

Seversky mocno wchodzi na grunt polityczny i czyni to bardzo umiejętnie. Można mieć nawet zabawę czytając to w okresie konkretnych wydarzeń politycznych. Wiele zachowań i doniesień do realnych osób aż się nasuwa. Pod względem ukazania polityki i jej wpływu na bieżące wydarzenia akurat ta część książi jest najlepsza (tak zakładam, mimo że czytałem tylko pierwszą).

Bohaterowie

Saga wprowadziła bardzo ciekawe postacie, z których większość jest zdecydowanie pozytywna. Sam Wydział X to grupa ludzi, może trochę specyficznych, ale jednak fachowców oddanych zadaniu ideowców. Jeżeli tak jest naprawdę to może nie jest tak źle z polskimi służbami. autor z sympatią podchodzi również do innych postaci, nawet jeżeli stoją po drugiej stronie barykady. Szczególnie Rosjanin Jagan jest postacią bardzo rozbudowaną i finalnie pozytywną, mimo że ma sprzeczne rozkazy do zmagań polskich bohaterów.

Saga

To już z pewnością ostatnia część sagi. Seversky ma nowy pomysł. Ale tak dobrze mi się to czytało, że może się zbiorę żeby przeczytać całość.

Vincent Seversky

To nie jest opowieść dla młodych ludzi

Bardzo ciekawa książka. Dobrze się czyta i zawiera bardzo wiele interesujących spostrzeżeń. Trochę smutna. Ale za to mądra życiowo.

Książka jest stosunkowo krótka, napisana dużą czcionką. Czyta się jednakże dość wolno, generalnie dlatego że można się rozkoszować poszczególnymi fragmentami. Lektora dla wszystkich, a nie tak jak sugeruje tytuł jedynie dla starszych.

Kobieta z Muranowa

Schorowana, samotna, nie widząca sensu życia, bojąca się śmierci. Monolog kobiety z Muranowa to podstawa narracyjna tej książki. Jej rozważania wprost uwodzą, szczególnie że z drobnych szczegółów potrafi wysnuć niesamowite spostrzeżenia np. taka wrona na lodzie to już jest temat do rozważań. Dużo też jest o kulturze, chociażby nawiązanie do świetnego filmu "Pogorzelisko". Ważną rolę w opowieści odgrywa również 80-letnia, która właśnie odnalazła swoją miłość z okresu okupacji.


 

Bruno i Pina

Równolegle opowiadana jest historia specyficznej dwójki osób. Bruno jest upośledzony fizycznie od dzieciństwa. Poznaje jednak bratnią duszą - dziewczynę Pinę. Historia ta prowadzi do Czech, co poniekąd wynika z doświadczeń pisarki, która wiele lat tam mieszkała. Ta część książki ma charakter wręcz baśniowy i świetnie koresponduje z częścią warszawską.

Anna Janyska

Aż trudno pisała do tej pory przede wszystkim scenariusze serialowe. W tym kontekście jest pozycja książkowa jest nadzwyczaj dojrzała i ciekawa literacko. Bardzo dobra lektura na smutne, zimne wieczory zimowe.

Wydawca

Książkę otrzymaliśmy dzięki wydawnictwu Muza i firmie Business & Culture (nasz sąsiad na Smulikowskiego notabene), za co dziękujemy, bo pewnie by nas ta ciekawa pozycja książkowa ominęła.

Anna Janyska

Możliwość wyspy

Przede wszystkim gorące podziękowania dla Pawła, który wspiera nie tylko samą książką - fizycznie, ale przede wszystkim motywacją do jej przeczytania.

Dodatkową motywacją był pomysł wspólnej (z naszymi paniami zresztą) wizyty w Teatrze Rozmaitości, który nie wypalił ze względu na problemy z biletami na ten spektakl. Sam zresztą odbiłem się trzkrotnie (!!!) w kolejce po wejściówki.

Akcja książki toczy się dwutorowo: współcześnie i w przyszłości. Bohaterem jest Daniel. Współcześnie komik, który osiągnął ogromny sukces finansowy, właściciel psa, reżyserujący kontrowersyjne i obrazoburcze filmy, koneser młodych kobiet. Trochę przypadkowo zaangażował sie w sektę, która kreśli przyszłość na stworzeniu człowieka nieśmiertelnego poprzez klonowanie. Sam nie jest zafascynowany teoriami sekciarzy, jednak chętnie z nimi uczestniczy w tym cyrku: albo z nudy, albo z poczucia samotności.

Na chwilę ulgę w jego życiu przynosi związek z młodą kobietą. Jednak z czasem wieź pomiędzy nimi zanika, kobieta bardzo przeżywa starzenie się swojego organizmu. I tak naprawde jedynym przyjacielem pozostaje pies.

 

W przyszłości żyją klony Daniela. Czyli każdy (oprócz niepokornych) człowiek dochodząc do jakiegoś wieku zostaje likwidowany, a na jego miejscu powstaje nowy numer swojego imienia. W książce Daniel właśnie przechodzi z 24 do 25. Jeden z nich zaczyna czytać wspomnienia sowjego pierwowzoru i zastanawia się czy ten nowy, klonowany świat jest lepszy. A gdzieś w ukryciu jeszcze żyją ludzie, którzy normalnie umierają.

 

Książkę się bardzo dobrze czyta, mimo tak skomplikowanej materii. Skłania do wielu refleksji. Co prawda przede wszystkim do pesymizmu, ale na to byłem przygotowany - w końcu to książka polecana przez Jerzmana ... 

 

Jak się uda w końcu dostać na spektakl w TR Warszawa to więcej: i o książce, i o sztuce, i o przemyśleniach w teatralnych zakładkach. bo zdecydowanie jest to pozycja żeby poświęcić jej więcej miejsca. Jeżeli Houellebecq uznaje "Możliwość wyspy" za swoją najważniejszą książkę - to może mieć rację.

Michel Houellebecq

Życie na pełnej petardzie, czyli wiara, polędwica i miłość

Opowiadanie księdza Jana w formie wywiadu o swoim życiu i kapłaństwie.

 

W książce mamy przedstawione całe życie księdza od dzieciństwa, poprzez seminarium, kapłaństwo, ciężką chorobę oraz zaangażowanie w tworzenie i prowadzenie hospicjum.

 

Nie wszystkie poglądy księdza zapewne przypadną niektórym czytelnikom do gustu, ale wiele rozważań jest bardzo ciekawych.

Szczególnym atutem są doświadczenia Księdza w zakresie pomocy ludziom chorym na raka, może się to przydać każdemu kto znajdzie się w takiej dramatycznej sytuacji.

Ks. Jan Kaczkowski, Piotr Żyłka

Trzecia Wojna Światowa. Tajny plan wyrwania Polski z rąk Stalina

Bardzo ciekawa pozycja o mało znanym aspekcie zakończenia 2 Wojny Światowej.

 

Okazuje się że całkiem na poważnie rozważano w rozpoczęcie kolejnego konfliktu przeciwko Armii Czerwonej. Plany były mocnoi zaawansowane i zupełnie inaczej historia mogła się potoczyć.

 

Książka napisana bardzo przystępnie, poszerza wiedzę o klimatach 1945 roku. Pozycja zarówno dla fanów historii jak i dla ciekawskich.

Jonathan Walker