Drugie wygnanie - Oliver Frljić

06/24/2018

Spektaklem tym - Oliver Frljić (dla wielu w Polsce teatralny wróg numer jeden) opowiada swoje życie, mocno żaląc się na swój los. Już jako młody chłopak uciekał z rodzimej Bośni do Chorwacji w trakcie konfliktu bałkańskiego. W Chorwacji po objęciu stanowiska dyrektora Teatru Narodowego spotkał się z falą nienawiści po wystawieniu jednej ze swoich sztuk. I znowu musiał uciekać. Nie wykluczone, że nie długo będzie musiał uciekać przed polskim wymiarem sprawiedliwości, bo opinia biegłych o jego „Klątwie” jest podobno druzgocąca. Ogólnie facet wygląda na mitomana zapatrzonego w siebie i robiącego na siłę skandal tylko po to, aby później wyrastać na wielkiego pokrzywdzonego z powodu braku wolności słowa. Gdyby jeszcze dążenie do skandalu szło w parze z poziomem artystycznym jego teatru, który jest na żenującym poziomie. Drugie wygnanie spektakl wystawianym tym razem w Niemczech, tylko gościnie pokazany w Teatrze powszechnym, jest tylko potwierdzeniem tej tezy. To nudne, źle skonstruowane przedstawienie, rażące uproszczeniami i na siłę wciskanymi scenami drastycznymi i niczym nie uzasadnioną nagością.

 

Warszawski odbiór spektaklu utrudniało jeszcze fatalne tłumaczenie. Wyraźnie było widać, że gro tekstu nie jest w ogóle przetłumaczone. Pewnie niewiele by to pomogło, ale tak to jeszcze bardziej drażniło. Oczywiście dla wielu jest to śmieszne – na przykład aktorzy z Klątwy chichrali się raz po raz, na zupełnie nie śmiesznych fragmentach. To po prostu inna wrażliwość i chyba nawet nie ma sensu ich krytykować za głupie spektakle, bo po prostu to inny typ podejścia do życia, rzeczywistości i sztuki teatralnej.

 

Słówko należy się również organizacji. Powszechny zamienia się w oblężoną twierdzę, wejście trudniejsze niż na pokład samolotu. Ale już ogarnąć widowni nie są w stanie. Kupione przez nas miejsca były zajęte i zostaliśmy rozdzieleni oraz skierowani siedem rzędów dalej – nic ot że wydaliśmy 120 zł na tę żenadę artystyczną. Po proteście dostaliśmy niewygodne, twarde krzesło. Do tego doszło jeszcze to fatalne tłumaczenie. Jedyne co ratuje ten Powszechny to przemiła Pani Ela z szatni.

Neron – seksualna interakcja

04/02/2018

„Jak ja Wam zazdroszczę, że mnie oglądacie” – dumnie wykrzykuje Michał Czachor jako Neron w warszawskim Teatrze Powszechnym.

 

Spektakl oparty o jest o rzekomo autentycznej, acz drastycznej historii, gdy Neron zaprosił na przyjęcie niewolników, żeby zapewnić sobie oświetlenie poprzez ich podpalenie. A przy okazji przysporzyć sobie makabrycznej, jakże uwielbianej, rozrywki. Neron pozostaje więc w centrum uwagi, ale nie mniej ważni są jego goście. I tak jest właśnie w przedstawieniu opartym na tekście Jolanty Janiczak wyreżyserowanym przez Wiktora Rubina. Publiczność zostaje podzielona na trzy obozy: na scenie umieszczono wygodne posłania dla senatorów – to zapewne jedyna szansa aby oglądać teatr na leżąco, popijając winem i zajadając winogronami. Na parterze zasiadają widzowie-obywatele, a na piętrze Teatru Powszechnego plebs. To dopiero początek zabawy z widownią, bo cały spektakl oparty jest na interakcji, a nawet prowokowaniu.

 

Neron” wpisuje się w trend teatru współczesnego, tak lubianego na scenie przy Zamojskiego opartego na przekraczaniu wszelkich możliwych barier, zniesmaczaniu poprzez eksponowanie nagości i imitowaniu scen seksualnych. To że mamy obnażane męskie przyrodzenie i nagie kobiece piersi jest już standardowe, Rubin dodaje tutaj masaże erotyczne, czy też zgniatanie jajek pośladkami. Zapewne kilkanaście lat temu taki spektakl wzbudziłby lawinę protestów i poruszenie w całym mieście, mediach i na szczytach władzy. Ale dziś? Po „Klątwie” z tego samego teatru? Jest tylko nieudana próbą przyciągnięcia zainteresowania, w pustym intelektualnie spektaklu. Bo czy ktoś cokolwiek z niego wynosi? Chyba tylko reakcję publiczności, która bawi się dobrze do czasu, od pewnego momentu z zażenowaniem oglądając szamotanie się półnagich aktorów. Pewnie nie raz przydarzyło się coś nieoczekiwane, na moim spektaklu na przykład przytomna odpowiedź na prowokacje ujawnienia się na sali chrześcijan starszej pani: „gdyby byli - to by Wam przerwali ten spektakl”.

 

Rubin przenosi Nerona do współczesności, ale niewiele z tego wynika. To, że nie ma telefonów komórkowych i nowomowy to nawet dobrze. Gorzej, że nie ma żadnego zderzenia ze współczesnością, o które aż się prosi. Pozostaje jedynie końcowe przesłanie do obalenia władzy. Chyba nie takiej w końcu opresyjnej, jak Powszechny może jednak bez większych konsekwencji prowokować, profanować, czy protestować wobec zaistniałej rzeczywistości. Czy konkurs w jedzeniu ciasteczek w kształcie pięciomiesięcznych płodów, albo wzywanie chrześcijańskich ochotników do ukrzyżowania („nie lękajcie się” – pada dwuznaczna zachęta) to udane prowokacje pozostaje do oceny publiczności.

 

Jest pewnym ryzykiem krytykować ten spektakl, już chociażby dlatego że aktorzy odczytują jedną z recenzji teatralnego blogu na scenie. Czy autentyczną - nie wnikam. Nie da się jednak przejść do porządku dziennego nad reżyserską pustką tego spektaklu, wymagającego od aktorów odwagi i poświęcenia. Szkoda również wielu pomysłów scenograficznych, które urozmaicają spektakl. Jego odbiór jest zresztą bardzo indywidualny, bo można przy odpowiedniej aktywności spędzić go zamkniętym z kurtyzaną w lektyce, na stole do masażu obsługiwanym przez nagiego aktora, czy przywiązanym do krzyża. Co więcej zwycięzcy zawodów pozostaje na dłużej w postaci zdjęć przyklejanych do scenografii. Można więc ujrzeć tych, którzy wygrali konkurs w jedzeniu ciasteczek, czy wykazali się odwagą do ukrzyżowaniu w poprzednich przedstawieniach. Taka dodatkowa „sława”, na która też trzeba być przygotowanym kupując bilet na „Nerona”.

 

„Teatr który się nie wtrąca” ma więc w swoim repertuarze kolejne kontrowersyjne przedstawienie. Zapewne są z siebie dumni, ale czy słaba frekwencja i coraz powszechniejsze negatywne reakcje także stałych bywalców nie powinny im dać do myślenia?

 

Zawsze mnie intrygowało, jak to jest że występujący nago aktorzy nie maja wzwodu. Tutaj jest to spotęgowane, bo chociażby masażysta nago ociera się o wybraną, czy przypadkowo?, z publiczności kobietę. Jest nawet scena, gdy nagi Neron jest zmuszany do erekcji poprzez widok pupy zgniatającej jajka (tak!!!!). Też mu nie staje – więc chyba mają jakiś sposób.

Mewa - felatio jest

06/19/2017

Skandalu tym razem nie będzie: chociaż jest w spektaklu nagość (jedna z aktorek rozbiera się chyba cztery razy), obsceniczność (kopulacja z krzesłem), a nawet fellatio – a jakże, ale tym razem w wersji dla mężczyzny sparaliżowanego do pasa w dół.

Mewy Czechowa nie znam, ale pewnie nie trafiłaby w moje gusta (wymagające …). Interpretacja Powszechnego jest zresztą i tak mocno odległa od pierwowzoru. Zwraca uwagę szczególnie wykorzystanie kamery wideo, i to już w momencie „usadzania” widowni. Scena też jest nietypowa, część akcji dzieje się za plecami widzów, z danego miejsca wszystkiego można nie dostrzec. Pomagają trochę monitory, na których wyświetlany jest filmowany obszar sceniczny.

Osobiście najbardziej przypadł mi do gustu wywiad syna ze znaną aktorką. Ciekawym pomysłem było również odliczanie kolejnych scen (bodajże od 20 do 0).

Do Czechowa się nie odnoszę, jak ktoś chce to tutaj jest recenzja bardziej merytoryczna:  TUTAJ

Mewy w Powszechnym specjalnie bym nie polecał, ale nie jest to przedstawienie „nie do przeżycia”.

fotografia: Magda Hueckel (strona internetowa Teatru Powszechnego)

Klątwa - SKANDAL

04/22/2017

Nie ukrywam, że dałem się nabrać chorwackiemu reżyserowi. Nawet miałem przez moment do siebie o to pretensje, ale jak sobie czytam inne recenzje to widzę, że są też tacy, parafrazując Pismo, którzy „zobaczyli, a nie zrozumieli”.

 

Trochę mało czujnie wybrałem niedzielny termin (Niedziela Miłosierdzia Bożego btw, czyli idealne nawiązanie do tematyki dramatu Wyspiańskiego), bo dwa dni wcześniej było dużo ciekawiej (ONR, modlitwy, okrzyki, blokowanie wejścia, aresztowania). A tym razem tylko zmasowane służby policji i jeden pan z transparentem wysyłający widzów do psychiatry.

 

Przygotowałem się. Przeczytałem Klątwę Wyspiańskiego, wypisałem sobie kolejne sceny. Zupełnie niepotrzebnie. Spektakl w Teatrze Powszechnym nie ma za wiele wspólnego z tym dramatem (który również był 118 lat temu skandalem). Nie jest nawet spektaklem, to tak zabawa Chorwata z Polską: polskim teatrem, wojną polsko-polską, ideologią, kłótniami o nieważne sprawy, tworzeniem nieistniejących problemów. Jak widać chorwacki reżyser doskonale to wszystko wychwytuje, ale nawet takie wyłożenie „kawy na ławę” jak w drugiej części warszawskiego spektaklu nie trafia do uczestników z obu stron barykady. Protesty środowisk prawicowych z jednej, komentarze lewicowych z drugiej są tego żywym dowodem. Wyobrażam sobie jaką bekę musi mieć Chorwat (jeżeli faktycznie miał takie zamiary o jakie go podejrzewam), gdy czyta tweeta posłanki z partii .N, która spłodziła tezę że narodził się nowy teatr. To przedstawienie z teatrem ma tyle wspólnego, co wieczorna impreza aktorów mocno zakrapiana alkoholem z wywodami filozofów. Bo jestem pewien, ze podczas takiej biby pojawiłyby się „jota w jotę” identyczne wypowiedzi, co przedstawione w spektaklu jako monologi. Z recenzji Chorwat też ma zapewne niezłą bekę - bodajże jedną osobą, cała reszta wykształconych i obytych w kulturze smutnych panów nie zrozumiała z przesłania Chorwata zupełnie, ale to absolutnie, nic.

 

Chorwat zaczyna spektakl od mocnego uderzenia. Pierwsza scena jest fatalna teatralnie. Tak wyglądałby pewnie teatr, gdyby nie było reżysera. Bo w warszawskiej Klątwie reżyser jest głęboko schowany, pozwala nawet na krytykę własnej osoby, ale o tym kluczowym elemencie trochę później.

W pierwszej scenie grupka aktorów wyskakuje na scenę i dzwonią do Brechta – zmarłego już wieki temu komunisty, uznawanego za Papieża niemieckiego teatru. Sami pytają się jak wystawić we współczesnej Polsce „Klątwę” Wyspiańskiego. To znamienne, że w ogóle dzwonią, i że akurat oni dzwonią. Chorwat jednoznacznie tą sceną sygnalizuje, że żadnego pomysłu na adaptację nie ma, a nawet nie chce mieć – w końcu nawet nie on dzwoni. Poza tym aktorzy dzwonią akurat do Brechta – to też sygnał dla oceny współczesnego lewicującego polskiego teatru, bez przerwy kontestującego zmianę sterów rządzących krajem. Na niewiele się to zdaje, poza kolejnymi skandalami i zachwytem lewackiej publiczności teatralnej.

 

Brechta radą jest zwrócenie się do polskiego Papieża. Dzięki temu już w drugiej scenie Chorwat osiąga to co jest jego celem numer jeden, czyli skandal. „Robienie loda” figurce Wojtyły w naturalnych rozmiarach nie mogło przejść bez echa, szczególnie w obecnym układzie medialnym. Tak przy okazji aktorka wykazuje duże zdolności praktyczne w tej czynności, ale poprzestańmy na tym że po prostu jest znakomitą aktorką. W każdym razie szanujący się polski katolik powinien w tym miejscu wyjść z teatru udając się do prokuratury dokładając kolejny wniosek o łamanie konstytucyjnego zapisu obrażaniu uczuć religijnych. Ale teoretycznie mógłby również, co nikomu nie przyjdzie do głowy, zamknąć oczy i rozkoszować się jedną z najlepszych homilii Papieża – Polaka, która przez całą scenę wybrzmiewa z głośników. Czym wówczas odbiór przedstawienia różniłby się wówczas od słuchania radia, które do znudzenia powtarza te kazania? Chorwat tą sceną piecze kilka pieczeni na jednym ogniu, ale jej sens można odczytać dopiero w drugiej części warszawskiego przedstawienia.

 

Ponieważ katolicy powinni już być obrażeni (albo wyszli, chociaż raczej w ogólnie pewnie ich na tym spektaklu ze świecą szukać) rozpoczyna się jazda antyklerykalna na całego. Faktem jest, że „Klątwa” Wyspiańskiego zawiera krytykę Księdza. Ale nie tylko jego postępowania, i wyłącznie w sferze romansu. Natomiast w kolejnych scenach wybrzmiewa wszystko co można zarzucić Kościołowi: korupcję, pedofilię, antysemityzm. Tak właśnie wygląda współczesny, lewacki polski teatr. Krytykuje wszystko co widzi złego po stronie swojego wymigiwanego przeciwnika. Przez co cała krytyka traci na wydźwięku, bo trafia tylko do wybranych wrogów Kościoła jako całości. Raz na jakiś czas ktoś coś usłyszy i wybuchnie skandal, ale tak prawdę znaczenie na rzeczywistość tej krytyki obecnej w polskim teatrze jest marginalne, żeby nie napisać że nawet zerowe. Chorwat celowo leci po bandzie, to się podoba lewackim klakierom i posłance z Nowoczesnej, ale jest kolejnym zabiegiem reżysera, który ma na celu ośmieszenie tego co się wyprawia i złudnej wiary w sprawczość współczesnego teatru na rzeczywistość.

 

Chorwat przerywa ten festiwal oskarżeń w stosunku do kleru nagle i w sposób charakterystyczny, stanowiący pierwszy sygnał jakie były jego prawdziwe intencje. Jeden z aktorów ogłasza dwuminutową przerwę, do której nie dochodzi, bo na scenie rozpoczyna się pierwszy monolog, która od tego momentu będzie wyznacznikiem spektaklu, wraz z interakcją z publicznością. Aktorka grająca Dziewkę zgłasza pretensje o traktowanie kobiet w teatrze. Zwraca uwagę, że dla wielu reżyserów kobieta jest tylko narzędziem do ukazania seksu, nagości, obsceniczności. To co jest chorobą współczesnego teatru – przesadna nagość na scenie (chociaż obserwując tendencje można bardziej utożsamiać ją z męskimi postaciami) wybrzmiewa jako kolejne oskarżenie. Na tym nie koniec tematów kobiecych. Jednym z najlepszych monolog jest temat aborcyjny. Aktorka pyta publiczność kto dokonał aborcji i deklaruje, że sama jest w trzecim miesiącu ciąży i dokona jej w Holandii, a martwy płód przywiezie na kolejne przedstawienie.

 

Cały czas Chorwat celowo porusza na skraju łamania prawa, ale czy na pewno nie ma obaw przed jego przekroczeniem? Przeczy sam sobie w przedostatniej scenie wystawiając aktorkę, która zdradza że nie pozwolono jej na scenę ze zbiórką środków na zabójstwo Kaczyńskiego, które miałoby kosztować 50 tys. EURO. I te właśnie autokrytyczne sceny są kluczem do zrozumienia przesłania Chorwata. Wypuszcza on do monologu (no bo chyba to nie samowolka) aktorkę, która wprost oskarża go o hipokryzję, naginanie poglądów – nie przeszkadza mu cenzura na Festiwalu Malta, bo dostaje za taką fuchę kilkadziesiąt tysięcy. Robi skandal i jedzie dalej gdzie można zarobić zostawiając aktorów z problemem. Z jednej strony moralnym (wcale nie tak łatwo zagrać robienie laski papieżowi), jak i finansowym, o czym wiedza najlepiej aktorzy z Wrocławia. Chorwat ma wyjebane na przesłanie i siłę sprawczą teatru – w Klątwie mówi o tym wprost, może w wersji zawoalowanej, ale przy obiektywnej ocenie rzeczywistości łatwej do odkrycia.

 

Współczesny teatr nie ma żadnej idei, nie ma wpływu na rzeczywistość i radość antyklerykalnej gawiedzi, gdy przepiłowany krzyż wali się na scenę jest „psu na budę”. Kościół Katolicki nie taką krytykę przetrwał i pierwszy lepszy teatrzyk na warszawskiej Pradze go nie zmieni. Szybciej po kolejnych zmianach politycznych, tym razem samorządowych nie dostanie dotacji, albo zmieni repertuar. Na przykład na taki, jaki prezentuje Chorwat jeszcze w jednym wartym zauważenia monologu – skrajnie antymuzułmańskim. Nawet aktor z lewicowego teatru może bowiem przejawiać poglądy charakterystyczne dla większości społeczeństwa bardziej obawiającego się terroryzmu ze strony uchodźców, a nie upadku demokracji w Polsce. I taka jest rzeczywistość, takie jest otoczenie – niezależnie od tego co się będzie wydziwiać w teatrze i jak bardzo środowisko aktorskie będzie się angażować w KODowskie demonstracje. Na których nie uświadczysz Chorwata, bo on ma zupełnie inny cel, który warszawską Klątwą i całym wokół niej zamieszaniem – osiągnął z nadzwyczajną łatwością.

Juliusz Cezar - manipulacja tłumem

06/25/2016

Nie najlepiej rokuje, po wejściu na widownię, niska frekwencja w Teatrze Powszechnym. Co prawda długi weekend, ale puste pół sali Dużej Sceny sugeruje, że odnowiony repertuarowo Teatr mógł (po raz kolejny) przeszarżować. W końcu zdecydował się na sztukę Szekspira, która jest raczej omijana szerokim łukiem.


Aż tak – jak można się było obawiać, źle nie jest, ale na kolana reżyserka Barbara Wysocka (wcześniej przedstawienia w teatrach: wrocławskim, krakowskim i Narodowym) nie rzuca.


Początkowo uwagę przykuwa przede wszystkim scenografia składająca się ze stromo pochylonej widowni z krzesłami. Niestety obojętnieje po kilku minutach. Tekst Szekspira łatwy do przedstawienie nie jest, ale dukanie go przez aktorów bez większych interakcji, nie pozwala na wciągnięcie widza w intrygę (dodatkową doskonale znaną).

Dopiero po dobrej pół godzinie przedstawienie trochę się rozkręca. Przyczyniają się to tego nawiązania do współczesności np. pisanie listu do Cezara na laptopie (bardzo dobra scena).


Naprawdę dobrze jest dopiero wtedy, gdy pojawia się sama reżyserka Wysocka w roli Marka Antoniusza. Odcina się ona od słowotoku płynącego do tej pory ze sceny, próbując stwarzać aluzje do współczesności.
Ale najlepiej wychodzi poruszenie spraw ponadczasowych. Magnetyzującą całe przedstawienie sceną są przemowy Brutusa i Marka Antoniusza, po zabiciu Cezara – wraz z relacjonowaniem zachowania słuchaczy. Znakomicie oddany proces manipulacji tłumem (opinią publiczną) jest tym co pozostaje po tym przedstawieniu.


W końcówce spektakl nabiera tempa, część scenografii zostaje mocno zniszczona, a z gry scenicznej nareszcie zaczynają wybrzmiewać autentyczne emocje. Może to już trochę za późno na kompleksowe uratowanie tego przedstawienia, ale przynajmniej nie wychodzi się z teatru z poczuciem straconego czasu.


Znakomitym pomysłem reżyserki jest także wykorzystanie w spektaklu polskiej muzyki rockowej z lat 80-tych (Republika, Kult, Brygada Kryzys), a nawet przemówienie po wprowadzeniu Stanu Wojennego. Nie do końca może udało się wplecenie historii Cezara we współczesność, ale jak rozumiem ta muzyka jest oczkiem do widza, że taki zamiar przynajmniej miał miejsce.


Na usprawiedliwienie Wysockiej na pewno zasługuje fakt, że ryzyko wystawienia chyba najrzadziej obecnie granej sztuki Szekspira było wysokie, a jednak się podjęła i trzeba jej to oddać – próbowała. Wielu krytyków ujęła (TUTAJ i TUTAJ), chociaż nie może oczekiwać sukcesu frekwencyjnego.

Co niestety widać już teraz, a spektakl miał premierę cztery miesiące przed moją wizytą.

Fantazy

01/06/2017

Premiera sztuki „Fantazy” w Teatrze Powszechnym była sześć miesięcy temu. Niespecjalnie wypełniona Duża Sala, co już wskazuje na niewielką popularność sztuki opartej na tekście Słowackiego.

 

Już przed rozpoczęciem przedstawienia widać ładną, oblaną w zieleni scenografię (drzewka, łączka, schody, posągi), na których wałęsają się aktorzy. Można mieć więc nadzieję, że twórcy spektaklu postarali się urozmaicić i ożywić mocno sztywny utwór Wielkiego Polskiego Wieszcza.

 

Już pierwsze minuty niestety rozwiewają tą nadzieję. Aktorzy sztywno wypowiadają wierszowane kwestie, w których trudno się połapać, i na których nie sposób się skoncentrować przez dłużej niż 10 minut. Jak ktoś wie, że przedstawienie trwa 220 minut to może się mocno załamać.

 

Sama sztuka Słowackiego ma w sobie pewien klimat przechodząc z komedii obyczajowej do mrocznego dramatu, ale ciężko się utożsamiać z bohaterami, jak praktycznie wszyscy są mało charakterystyczni. Pewien wyjątek stanowi tutaj Barbara Wysocka, której brawurowa rola została nagrodzona w Konkursie Dzieł Literatury Polskiej.

 

Spektakl próbuje rozruszać najpierw mały piesek, a potem scena kopania grobu dla większego, ale to wszystko w tle nadętych dialogów. Plusem mogą być piękne aktorki, w wystylizowanych XIX-wiecznych strojach, ale ileż można się patrzeć na ładne buzie. Czasami aktorzy lekko wychodzą do widowni, ale tej interakcji jest zdecydowanie za mało – scena wynoszenia zawiniętych zwłok budzi publiczność tylko na moment.

 

Scenografia z wejścia na widownię (tak ładnie wyglądająca na początku zieleń nużąca po kilku kwadransach na całego) zostaje przez trzy akty. Dopiero czwarty dzieje się mrocznie na wąskim skrawku sceny przed kurtyną. A ostatni piąty (najlepszy) już praktycznie ciemny w wykreowanym sarkofagu. Tutaj możemy poczuć klimat dzieł innych polskich romantycznych wieszczów (Dziady Mickiewicza), tylko że przekaz fabuły jest dla widza tak odległy i nieinteresujący, że trudno się z tym utożsamiać.

 

Pomiędzy aktami (jak nie ma przerw, a są dwie i to maksymalnie skrócone – już chyba lepsza byłaby jedna dłuższa, żeby można było przynajmniej odpocząć przy ciachu i kawie) mamy zakrytą kurtynę z wyświetlanym na nim tekstem stylizowanym na film. Możemy się więc dowiedzieć, po pierwszym akcie, co to w ogóle za sztuka, kto gra i kto reżyseruje, a przed ostatnim, co ciekawego działo się, i co ciekawego robili znani ludzie (Mickiewicz, Chopin) w roku rozgrywania akcji (1841). Trochę to słabo i nieczytelnie wyszło. Może lepszym rozwiązaniem było nakreślenie tematyki samej sztuki, bo stawiam orzechy przeciwko orzechom, że jak ktoś nie czytał oryginału to nie zrozumiał z niej nic a nic.

 

Jak ktoś lubi wielką polską poezję, jak ktoś lubi Słowackiego to oczywiście przeżyje te blisko 4 godziny w Teatrze Powszechnym i może jeszcze wyjdzie zachwycony Innym mocno odradzam wizytę na Fantazy Słowackiego w Teatrze Powszechnym.

Calineczka dla dorosłych

12/04/2015

Na małej scenie warszawskiego Teatru Powszechnego (który po zawirowaniach personalno-repertuarowych zaczyna łapać oddech) w trakcie weekendu „mikołajkowego” można było zobaczyć najnowszą interpretację znanej i lubianej bajki Andersena „Calineczka”. Już sama godzina wystawiana spektaklu 21.30 wskazywała że będzie to dość nietypowa adaptacja.

 

O dziwo, pierwotnego tekstu Andersena nie trzeba było istotnie zmieniać żeby dopasować Calineczkę do wersji „dla dorosłych”. Uspokajam – nie ma trakcie przedstawienia nic zdrożnego, a pod teatrem nie dochodziło do żadnych zamieszek. Okazuje się jednak że teksty Andersena w rzeczywistości nie są tak pięknie bajkowe (jak to się kojarzy z tym gatunkiem), ale mroczne, straszne a często wręcz smutne. Także historia małej Calineczki porwanej przez ropuchę, przetrzymywanej przez chrabąszcza, wyswatana kretowi bardziej pasuje na scenariusz dramatu niż dziecinnej animacji.

 

Fantastycznie wykorzystali to twórcy „Calineczki dla dorosłych” – jest to opowieść z mrocznymi postaciami, tylko sama postać tytułowa wyróżnia się purpurowym kolorem. Przedstawienie jest surowe, dialogi są praktycznie zastąpione przez komentarz narratora, scenografia jest uboga, tylko pojedyncze atrybuty wskazują na przynależność postaci do określonego gatunku. Nie jest interpretacja w lekkiej, żartobliwej (jak można było oczekiwać po Teatrze Montownia) formie. Jest zdecydowanie mroczno i nostalgicznie.

 

Niezwykle udane przedsięwzięcie to efekt współpracy dwóch jakże różnych grup teatralnych: jajcarskiego Teatru Montownia (który już pariodiował i Szekspira i Sienkiewicza) i Teatru PAPAHEMA gustującego przede wszystkim w teatrze formy i mającego już w swoim dorobku interpretacje klasycznej literatury (Zapolska, Ionesco, Bułchakow).

Wypełniona do ostatniego metra kwadratowego widownia Małej Sceny usatysfakcjonowana wracała z Calineczki po godzinie 11 w nocy.

Szkoda jedynie że udało się zorganizować tylko trzy spektakle (piątek-niedziela), bo efekt prac Montowni i Papahemy można z czystym sumieniem polecić. Miejmy nadzieję, że to nie jedyne pokazy i nie jedyne wspólne przedsięwzięcie.

Please reload