Hedda Gabler

Gorodeckaja i fortepian

Ciężki, przegadany teatr. Jak przystało na tekst Henrika Ibsena. Ale z próbami uatrakcyjnienia ciekawymi pomysłami scenograficznymi i żywiołowym aktorstwem.

Tytułowa bohaterką jest kobietą pełną pasji, jednak uwiezioną w ramach społecznych konwenansów. Może liczyć co najwyżej na karierę męża, a jej rola ograniczona jest do matki i kochanki.

Fabuła tego dramatu jest trudna nawet jak na standardy norweskiego dramatopisarza. Pasuje jednak do charakteru sceny przy Wierzbowej. Długi ponaddwugodzinny spektakl męczy słowotokiem, nie pozwala na objęcie fabuły. Daje jednak czytelne wskazówki jak czuje się kobieta przytwierdzona do ustalonych ram postępowania, uzależniona od otoczenia, mężczyzny, standardów zachowania.

 

Pomimo niewielkich możliwości sceny przy Wierzbowej dopracowane scenografię. Kluczowym motywem jest fortepian stojący na środku sceny, na lekkim przechyleniu. Odpowiednio dopasowana muzyka na żywo (w wykonaniu Radosława Dudy) urozmaica monotonne przedstawienie. Motyw fortepianu ma również znaczenie w kulminacyjnej scenie.

 

Największym wyzwaniem jest główna rola kobieca. Wiktoria Gorodeckaja tworzy rolę ekspresyjną, wręcz przerysowaną, ale skupiającą uwagę. Reszta aktorów jest zdecydowanie w tle.

 

To wymagające przedstawienie, trwające ponad dwie godziny. Zbiera jednak komplety publiczności, co dowodzi że na taki ciężki teatr jest również zapotrzebowanie.

 

Fot. Krzysztof Bieliński (ze strony internetowej Teatru Narodowego)

Zemsta nietoperza

Lekka operetka

Przedstawienie nietypowe jak na scenę Teatru Narodowego, zrealizowane z dużym rozmachem w klimacie muzyczno-operetkowym. Reżyseria Michała Zadary, który ostatnio zasłynął z bardzo wiernej oryginałowi interpretacji Dziadów we wrocławskim Teatrze Polskim (tym teatrze …), a po przymusowej przeprowadzce do Warszawy osiedlił się w kontrowersyjnym Powszechnym z trzema spektaklami (Fantazy, Lilla Weneda, Sprawiedliwość). „Zemsta nietoperza” w tym kontekście stanowi jakby oddech lekkości w jego twórczości. Bo to spektakl nieskomplikowany, miły i przyjemny, ale nie pozostawiający po sobie większej refleksji.

Pan domu dostaje wyrok za malwersację finansowe i musi trafić do więzienia. Pani domu romansuje ze zmywaczem okien. Ukraińska sprzątaczka marzy o wolnym wieczorze. A przyjaciel zapamiętał sobie dawne upokorzenie i planuje zemstę. Bez problemów udaje mu się uknuć intrygę tuż przed planowanym aresztowaniem.

Operetka Johanna Straussa nabiera współczesności i warszawskiej lokalności – co okazuje się dobrym pomysłem, bo bardziej angażuje widza. Obserwuje on bowiem historię rodem z wyższych polskich sfer, ze wszystkimi wadami i aktualnymi smaczkami. To historia, która mogłaby się równie dobrze przydarzyć bogatemu sąsiadowi, czy prezesowi korporacji.

 

Spektakl jest żywiołowy, z dbałością o odpowiednie tempo. Może zespół Teatru Narodowego nie do końca czuje operetkowe podejście (wydaje się że są w Warszawie bardziej do tego przystosowane teatry), jednak wychodzi obronną ręką szczególnie w dobrze choreografowanej ostatniej odsłonie. Pozytywny odbiór to w głównej mierze zasługa muzyki wykonywanej na żywo i odpowiednio skomponowanej do współczesnej wersji.

 

Pozytywny odbiór to także zasługa efektownej scenografii, atrakcyjnych kostiumów (dostojni panowie, seksowne panie), dopasowanej charakteryzacji. Z tym Narodowy nie ma problemów. Umiejętnie rozplanowane przedstawienie, z dwoma antraktami nie nudzi nawet na początku czwartej godziny spektaklu.

 

Może jedynie widzowie, którzy przyzwyczaili się że wychodząc na Plac Teatralny teatralne wrażenia pozostają z nimi na dłużej, mogą czuć się rozczarowani. Bo przedstawienie Zadary kończy się równo z oklaskami. W żaden sposób nie pozostaje w głowie, bo i też nie za bardzo jest czym. Ale może narodowa scena potrzebuje również takiej lżejszej dawki teatralnych przeżyć.

 

Fot. Krzysztof Bieliński (ze strony internetowej Teatru Narodowego)

Ślub

Litewskie spojrzenie na Gombrowicza

Spojrzenie na jeden z najdojrzalszym, ale nie mających szczęścia do teatralnych adaptacji, tekstów Gombrowicza z litewskiego punktu widzenia reżysera Eimuntasa Nekrošiusa. Na szczęście obsada jest polska – oparta o najlepszych aktorów warszawskiego Teatru Narodowego.

Można odnieść wrażenie, że Litwin zbyt obawiał się zarzutów o niezrozumienie Gombrowicza, starając się zbyt trzymać klimat specyficznego polskiego twórcy. Już pierwsza scena – rodzice bohatera siedząc na krzesłach odgrywając tragikomiczną pantominę wprowadza widza w typowy nastrój. Uwypuklone są więc pojedynki na miny niczym z Ferdydurke, wszechobecny palec i rozważania natury metafizycznej. Skutkiem ubocznym jest przerost formy nad treścią. Przedstawienie rozciągnięto to blisko 4 godzin, zupełnie niepotrzebnie dzieląc na aż trzy akty. Widownia głosuje „nogami” i na tym ostatnim mocni się przerzedza, a Panie szatniarki mają pełne ręce roboty już w antraktach.

Nekrošiusa postawił na znane nazwiska. Radziwiłowicz i Stenka to gwarancja solidnej dawki aktorstwa na najwyższym poziomie. Problem w tym, że to nie oni (rodzice) są najważniejszymi postaciami w „Ślubie”. Stenka dodatkowo gra dwie diametralnie różne postacie. Pomysł, który się narodził podobno przypadkowo (ciąża młodszej aktorski) jest wyzwaniem dla Stenki. Tak znakomita aktorka daje sobie z tym radę, ale ogólnie pomysł jest zbyt mało czytelny. Blado na tym tle wypada bowiem Mateusz Rusin, odtwarzający kluczową dla odbioru przedstawienia postać Henryka. Jeżeli ktoś się jeszcze wyróżnia aktorsko to wprowadzający więcej polotu Arkadiusz Janiczek.

Najciekawszym elementem interpretacji Nekrošiusa są liczne nawiązania do natury teatralności. To dobrze koresponduje z istotą tekstu Gombrowicza, stojącym na skraju pomiędzy snem, a rzeczywistością. Litwin bezceremonialne rozprawia się teatralną ułudą: już na samym początku wprowadzając kopanie reflektorów, teksty typu” to tylko rekwizyty”, „oni są krytykami teatralnymi”, a nawet elementy iluzji poprzez trudno dostrzegalne unoszenie się stolika. Są także bardzo graficznie rozwijające się szarfy, niczym ze sportowej gimnastyki artystycznej.

Nekrošius ma dużo ciekawych pomysłów scenograficznych i kostiumowych. Pod tym względem ta interpretacja jest kopalnią spostrzeżeń. Problem bardziej w tekście, który nie wybrzmiewa zbyt wyraziście. A, że można zrobić wybitne przedstawienie na podstawie tego tekstu udowodnił chociażby koprodukcja Teatru Kochanowskiego z Opola i Teatru Współczesnego ze Szczecina prezentując swój „Ślub” na Warszawskich Spotkaniach Teatralnych. Tam było niecałe dwie godziny, ale treściwe i bez przerw, tutaj cztery ale wychodzi się rozczarowanym.

 

Zdjęcie ze strony internetowej Teatru Narodowego
 

Białe Małżeństwo

Urocza Karolina Korthlas

Białe Małżeństwo” na podstawie Różewicza na mniejszej scenie Teatru Narodowego. Wiadomo, że nie będzie łatwo. Obsada doborowa.

 

Już pierwsza scena – rozmów dwóch młodych dziewczyn w nocy – pokazuje że nacisk w przedstawieniu będzie położony na tematy erotyczne. W kolejnych scenach poznajemy rodziców dziewczynek , dziadka, i Beniamina (przyszłego męża jednej z dziewczynek – Bianki).

 

Każdy z bohaterów ma jakiś problem ze swoją seksualnością, co ukazuje scena spowiedzi. W tyle sceny dekoracja przypomina konfesjonały i aktorzy wykorzystują ja do ukazania swoich obaw i zahamowań.

 

Początkowo najlepsze wrażenie robi Olszówka grająca matkę (nienawidziła swojego męża od nocy poślubnej, a musiała urodzić piątkę dzieci), mocno za to rozczarowuje – do końca przedstawienia – Zamachowski (cała jego gra to wychodzenie spod stołu i śpiewanie kolędy – wygląda jakby mocno na odwal się podszedł do przedstawienie). Uwagę przykuwa również grany przez Jerzego łapińskiego dziadek, szczególnie jego scena spowiedzi jest świetna (myślał, że na starość to już się uspokoi, a jemu tylko kobiece krągłości w głowie).

 

Z czasem jednak prym na scenie wiodą dziewczyny. Szczególnie odważna scena Pauliny granej przez Karolinę Korthlas (spektakl tylko dla dorosłych) zdecydowanie ożywia widownię (szczególnie jej męską część).

Najgorszy był dla mnie – zupełnie nieprzekonujący - Przemysław Stippa w roli Beniamina.

 

To aktorzy są główny elementem oceny przedstawienia, bo tekst jest znany, sposób realizacji raczej typowy (chociaż jest dużo hałasu, bitych naczyń i biegania po scenie). Spektakl zdecydowanie zostanie zapamiętany z uwagi na erotyzm Korthlas.

 

Ogólnie ciekawa interpretacja, warto obejrzeć.

Please reload