Kolorowa, czyli biało-czerwona

Lekcja nacjonalizmu

Spektakl grany w ramach projektu „Teatr w szkole”. Prezentowany dla młodzieży, głównie gimnazjalnej, licealnej, ale także czasami dla dorosłych. Nic nie wiedząc o tym wszystkim udałem się do Instytutu Teatralnego. Gościnny występ był częścią trzyspektaklowego projektu.

 

Także w ramach teatralnego wystroju Instytutu zdecydowano się na wystrój klasowy. Czyli postawiono normalne szkolne ławki, w których zasiedli widzowie (pamiętając szkolne czasy wybrałem ławkę pierwszą. Do klasy wpada młody człowiek i zaczyna swój monolog bezpośrednio skierowany do widzów. Chłopak zamierza kandydować na Przewodniczącego. Problem w tym, że prezentuje program skrajnie prawicowi. Jedni by powiedzieli nacjonalistyczny, albo faszystowski, drudzy patriotyczny. Bardzo mocno atakuje publiczność wdając się w dyskusje, czasem nawet kłótnie. Wszystko zależy od widzów, każdy spektakl wygląda inaczej. Akt pierwszy kończy się głosowaniem – widzowie których przekonał podnoszą rękę – oczywiście jako jeden z niewielu podtrzymując nacjonalistyczne poglądy podniosłem.

 

Po przerwie młodzież zostaje zabrana na drugą część spektaklu, podczas który tłumaczone są sposoby manipulacji, a cały spektakl okazuje się prowokacją. Akurat nie dane nam było w tym uczestniczyć, ale w zamian rozmawialiśmy z twórcami i aktorem. Genezą spektaklu był sprzeciw wobec obecności członków ONR w jednej ze szkół podczas święta, bodajże Żołnierzy Wyklętych. Twórcy chcą tym spektaklem wstrząsnąć młodzieżą chłonącą skrajnie prawicowe poglądy. Czy im się ten zamiar udaje? Możliwe że tak, chociaż ma duże wątpliwości, a przede wszystkim nadzieję (hahaha), że  jednak nie.

 

Pomijając kwestie ideologiczne – pomysł znakomity niezależnie od tego, czy daje efekt pożądany przez twórców, czy taki który ja bym wolał. Wykonanie jeszcze lepsze – chłopak (Ryszard Starosta) który gra „prawicowca” – doskonały. Spektakl przypomina znakomite przedstawienie „Sebastian S”, które wywodzi się z  podobnego pomysłu (teatr w szkole) i była grana za dawnej, mniej kontrowersyjnej, dyrekcji Teatru Powszechnego.

no return

znowu uchodźcy

Może to już zbytnie przedkładanie bieżących wydarzeń na kulturę, ale spektakl No return cały czas przypomniał mi komentarz do sytuacji emigracyjnej w Europie.


Początkowo aktorzy zamknięci się pod płachtą, jakby płynęli na barce. Widzimy ich poczynania tylko dzięki kamerce i transmisji na ekranie. Potem jednak wychodzą, i to co lubię w teatrze najbardziej – wchodzą w interakcje z widownią. Sam o mało nie musiałem wydać kasy na jakąś butelkę z woda przepowiadająca przyszłość.


Artystycznie umiarkowanie udany projekt, ale jakieś spektakularnej porażki też nie ma.

WARSZAWA.PL

Twój Witkacjusz, ukochany mężuś

pić wódkę to prawie każdy potrafi

W ramach cyklu Czytagramy w Instytucie Teatralnym listy Stanisława Ignacego Witkiewicza do żony Jadwigi.

Poznał ją w Zakopanem w 1923 roku i szybko wzięli ślub. Mieszkali dwa lata w Zakopanem razem z matką Witkacego, co mocno irytowało Jadwigę. Wyjechała ona w końcu do Warszawy, zamieszkała na Brackiej i przez 16 lat ten dziwny układ „przyjaznej separacji” trwał w najlepsze oparty na pisaniu do siebie listów. Może bardziej była to przyjaźń niż małżeństwo, Witkacy w każdym razie pisał bardzo szczere i osobiste listy, z których przenikał pozytywny stosunek do swojej żony. Jednak nawet śmierć matki nie przerwała tego stanu rzeczy.

 

Przedstawione na scenach listy są zapewne kompilacją i wyciągają najważniejsze fragmenty. Wulgarny, pijacki styl Witkacego jest tutaj oczywiście postawą. Czy listy te maj jakąś wyjątkową wartość? Mocno wątpię, chociaż pewnie narażam się fanom twórczości tego pisarza i poety. Twórczości, której przyznaję, nie lubię, nie cenię, nie uznaję. Bo wódkę chlać, brać narkotyki i ganiać za dziwkami to umie nie jeden. Czy pisanina Witkacego naprawdę ma taką wartość żeby podniecać się nim od stu lat? Na końcu dostajemy informację, że odszedł jeden z najmądrzejszych Polaków, posiadający szeroką wiedzę w wielu dziedzinach. OK, niech i tak będzie. Dla fanów Witkiewicza na pewno to ciekawe przedstawienie.

 

Sam spektakl jest niestety niedopracowany. Na początku wychodzi gość (Piotr Łyczkowski), który coś duka i nie słychać go na widowni mieszczącej wszystkiego siedem rzędów. Potem siada Adam Bauman i monotonnie czyta listy. W tle ładne zdjęcie Jadwigi (ale mogłoby się przynajmniej zmieniać). Ciężko się skoncentrować i chłonąć całość.

 

Na końcu skromne brawa (chyba jednak zbyt wielu fanów Witkiewicza nie było) i w nagrodę za cierpliwość dla widzów darmowe zakładki do książek. Kiepsko wydane 25 zł za bilet.

Kolędnicy

Publika daje na tacę dla Eugeniusza

W ramach cyklu „Mów za siebie” (cykl prezentacji twórców, dla których podstawową formą i środowiskiem pracy jest grupa teatralna) tuż przed świętami Bożego Narodzenia zaprezentowano spektakl Kolędnicy w dwuosobowym wykonaniu Piotra Chlipalski i Jacka Dzwonowskiego.

 

Podobno był Czwarty Król, który nie dotarł do Betlejem. Jego potomek Pan Eugeniusz samotnie mieszka w małym mieszkanku mając problem i z zapłaceniem za prąd i ze spłaceniem karty kredytowej, a nawet z ubraniem choinki. Ale za to próbuje ze wszystkiego wydobyć muzykę.

 

Siłą przedstawienia jest integracja z publiką. Muszą oni w formie kościelnej tacy wspomóc finanse Eugeniusza, przytrzymać sznur do prania, ubrać choinkę, a nawet śpiewać na głosy kolędę. Dzięki temu ten niespełna godzinny spektakl robi się bardzo sympatyczny.

 

Po zakończeniu odbyło się również miłe spotkanie z artystami.

Requiemaszyna

21 osobowy wrzask

Przedstawienie „Requiemaszyna” Marty Górnickiej po występach na festiwalu we Francji zostało wystawione w warszawskim Instytucie Teatralnym. Trzeba przyznać się że cieszyło się dużym zainteresowanie widowni. Organizacja jednak pozostawiała wiele do życzenia – część osób bez biletów odesłano do domu, ale bardziej zawzięci zostali w końcu wpuszczeni bez żadnych wejściówek. Miejsc na schodach było jeszcze sporo, więc szkoda że nie dano nadziei tym którzy fatygowali się w ten świąteczny weekend do teatru. Chociaż z drugiej strony niewiele stracili.

 

Sam spektakl rozpoczyna się od wbiegnięcia na salę 21 osób (zachodziłem w głowę dlaczego akurat 21, czy jest w tym oczku jakiś podtekst), którzy jak orkiestra na rozkaz dyrygenta deklamują tekst. Wypowiadane ze sceny słowa pochodzą z tekstów Władysława Broniewskiego, ale równie dobrze mogłyby być programem wyborczym partii Razem. Miarowe wykrzykiwanie tekstem jest mocno nużące i trudno przeciętnemu widzowi skoncentrować się na treści. Czasami grupa zmienia ułożenie na scenie, czasami tylko wybrani się wydzierają, ale ogólnie nie ma w tym większego sensu.

 

Szczęściem spektakl trwa około 40 minut, więc można jakoś wytrzymać.

 

Artyści po spektaklu byli rozradowani, więc przynajmniej im się podobało. Taki teatr dla teatru, nie dla widza.

 

Strata czasu, chociaż może w niektórych kręgach sam tekst Broniewskiego znajdzie odniesienie do współczesności.

Please reload