Trzy dekady

W sobotę 25 czerwca 2016 roku meczem 1/8 finału Mistrzostw Europy ze Szwajcarią zakończyłem swoją, trwającą blisko trzy dekady, przygodę ze wspieraniem piłkarskiej Reprezentacji Polski. Decyzja ta już kilka razy wisiała na włosku, ale francuska wyprawa ostatecznie przelała czarę goryczy.

Nie będzie tutaj jednak ani słowa o przyczynach, tak ważnej osobiście, decyzji. Szczególnie ostatnie kilkanaście lat podporządkowane było tej pasji: finanse, urlopy, odpoczynek, znajomości, zdrowie. Podsumowując wydaje się, że awans do ćwierćfinału polskich piłkarzy i emocjonujący dreszczowiec z Helwetami jest idealnym momentem by: „ze sceny zejść”.

 

Zamiast więc narzekania i żalenia będzie garść spostrzeżeń, statystyk i ciekawostek z tego jednego z największych przedsięwzięć w moim życiu.

 

Mecze

Pierwsze wizyty na meczach Reprezentacji to przełom lat 80-tych i 90-tych.

Pierwszy wyjazd to mecz kadry Andrzeja Strejlaua na Wembley z Angolami. Czasy, gdy miejscowi nie mogli się nadziwić, że tylu Polaków było stać na wyprawę do Londynu (trochę sobie wykrakali). Potem był okres małej aktywności, głównie ze względu na inne hobby i ograniczone możliwości finansowe. Dopiero od początku obecnego tysiąclecia dało się w pełni realizować reprezentacyjną pasję wyjazdową.

 

Łączny bilans to 104 spotkań, w tym:

40 wyjazdów.

Z punktu widzenia klubowego nie jest to żaden wyczyn, ale trzeba pamiętać, że jednak Reprezentacja to ograniczone możliwości. Były lata, gdy wszystkiego były 2-3 wyjazdy.

 

Seria meczów o punkty

Od 15 listopada 2006 roku do 25 czerwca 2016 roku udało się uczestniczyć we wszystkich meczach o punkty: łącznie 50 spotkań pod rząd. To z pewnością wyczyn jedyny w swoim rodzaju.

Biorąc pod uwagę uwarunkowania: zawodowe, rodzinne, towarzyskie, organizacyjne i biletowe, jest to przedsięwzięcie nieosiągalne dla nikogo – jestem tego pewien.

 

Nie obyło się bez raf na tej żegludze po reprezentacyjnym morzu:

  1. Maribor. Problem biletowy. Wejście na mecz cudem na sektory gospodarzy na podstawie dowodów miejscowych podawanych ponad głowami ochroniarzy

  2. Charków. Pierwotnie mecz bez publiczności. Zmiana decyzji w ostatniej chwili i organizacja wyjazdu na chybcika

  3. Podgorica. Problem z dotarciem do miasta. Fortel z wjazdem w środku nocy i hotelem przy stadionie. Ale i tak problem z wejściem na sektor i pomysł z jego opuszczeniem po wejściu polskich stróżów prawa.

Ale tak naprawdę największym problemem był mecz w Chorzowie ze Słowacją. Październikowy śnieg, głupi bojkot koniecpzpn, mecz o pietruszkę. Na parkingu pod chorzowskim gigantem jeden, jedyny samochód – mój. Na tym meczu nie było nikogo, żadnego Bobo i innych wynalazków. Siedząc na trybunie honorowej – bo nikt nie przeszkadzał z wejściem na takową – uzmysłowiłem sobie że wyśrubuje niezły rekord z tymi meczami bez przerwy. Dziesięć lat, pięćdziesiąt spotkań – czekam na następców.

 

Kraje

Mecze wyjazdowe to łącznie 24 kraje, w tym:

Wielka Brytania– 5

Niemcy – 4

Austria – 4

Francja – 4

Portugalia – 2

San Marino – 2

Ukraina – 2

Armenia, Azerbejdżan, Belgia, Czarnogóra, Czechy, Finlandia, Grecja, Gruzja, Hiszpania, Irlandia, Litwa, Mołdawia, Serbia, Słowacja, Słowenia, Szwecja, Węgry

Przy okazji wyjazdów tranzytem zwiedziłem jeszcze następujące kraje: Rumunia, Łotwa, Holandia, Włochy, Chorwacja, Bośnia, Gibraltar, Monako.

Czyli łącznie 32 krajów europejskich – sporo.

 

Wyjazdy to także urlopy wypoczynkowe:

  • Allicante przy okazji meczu w Murcii

  • Schalksmühle podczas MŚ-2006

  • Portoroz przy okazji meczu w Mariborze

  • Dwa razy Rimini przy okolicznym San Marino

  • Wyjazd do Mediolanu i na wyścig Formuły 1 po meczu w San Marino

  • Faro z wyprawą do Gibraltaru

  • Dwutygodniowe zwiedzanie Francji i Lazurowego Wybrzeża: Genua, Cannes, Nicea, Monako, Paryż, Montresor, Marsylia, Cassis, Avignon, Mulhouse (10 miejscowości w 16 dni)

 

Stadiony

Mecze zagraniczne to wizyta łącznie na 36 stadionach, tylko na czterech byłem dwukrotnie:

Wembley (przed i po remoncie)

Klagenfurt (przed i po zbiorach kukurydzy)

Prater (na trzeźwo i w trakcie megamelanżu)

San Marino (35 i 40 urodziny)

 

Mecze reprezentacji to również przegląd krajowych stadionów;

Łazienkowska - 16

Narodowy – 14

Śląski – 11

Wrocław – 5

Kielce – 3

Poznań – 3

Zabrze – 2

Gdańsk – 2

Bydgoszcz - 2

Płock, Suche Stawy, Oporowska, Konwiktorska, Szczecin, Wisła - 1

 

Środki transportu

Pierwsze wyjazdy to organizowane zbiorowo wycieczki autokarowe. Prawie wszystkie z biurem Sindbad. Tylko pierwszy wyjazd to jakieś krakowskie biuro turystyczne z pewnością już nie istniejące. Czasy bez samochodu, bez internetu. Potem już można było samemu wszystko ogarniać:

Autobus – 4 wyjazdy w tym jeden połączony z podróżą promem do Szwecji

Samochód – 23

Samolot - 13

 

Towarzystwo

Najważniejszy, ale najbardziej zmienny element wyjazdów na Reprezentację. To nie fanatyzm ligowy, tutaj ludzie jeżdżą po kilka lat i im przechodzi. Jak ktoś jeździł więcej niż 5 lat to był już weteranem, a było takich niewielu. Wynalazków typu Bobo nie biorę pod uwagę.

Spośród moich znajomych na wyróżnienie zasługuje przede wszystkim Aluh, który przeszedł okres od celebrytki do kibolki. A jeszcze zarzeka się że może wróci.

 

Statystyka towarzystwa wyjazdowego kształtuje się następująco:

Gosia (Woda) – 31 (Manchester, Gelsenkirchen, Dortmund, Hanower, Bruksela, Baku, Erewań, Lizbona, Helsinki, Belgrad, Wiedeń, San Marino razy 2, Belfast, Maribor, Praga, Murcia, Pireus, Podgorica, Kiszyniów, Charków, Wembley, Faro, Tbilisi, Dublin, Frankfurt, Glasgow, Nicea, Paryż, Marsylia, Saint-Etienne)

Lucero – 9 (Manchester, Lizbona, Helsinki, Belgrad, Dortmund, Klagenfurt, Wiedeń, Bratysława, Belfast)

Jerzman – 9 (Baku, Erewań, Lizbona, Klagenfurt, Wiedeń, Klagenfurt, Bratysława, Belfast, Kiszyniów)

Aluh – 8 (Erewań, San Marino, Słowacja, Belfast, Maribor, Praga, Murcia, Pirues) + 23 bez nas, w tym USA, RPA, Kazachstan

Łukasz Kielce – 6 (Erewań, Belgrad, Wiedeń, Klagenfurt, Belfast, San Marino)

Łukasz Sulejówek – 6 (Charków, Wembley, Faro, Tbilisi, Frankfurt, Glasgow)

Dominik Kielce – 5 (San Marino, Belfast, Nicea, Paryż, Saint-Etienne)

Martin – 5 (Podgorica, Charków, Wembley, Maryslia, Saint-Etienne)

Iwona - 4 (Wembley, Faro, Tbilisi, Glasgow)

Gryzu - 4 (San Marino, Lwów, Kowno, Pireus)

Krzychu Ząbki - 3 (Charków, Tbilisi, Frankfurt)

Perełka – 2 (Belfast, San Marino)

Magda B. – 2 (Dortmund, Wiedeń)

Włodek - 2 (Hanower, Bratysława)

Daniel Dublin – 2 (Charków, Marsylia)

 

Alkohol

Temat rzeka. Nawet nie na osobny artykuł, a na całą książkę. Może kiedyś powstanie.

Statystyka jest następująca:

Wyjazdy alkoholowe 30 tj 75%

Bezalkoholowe 10 tj. 25% - warto wymienić: Manchester, Dortmund, Kowno, Lwów, Maribor, Budapeszt i Wiedeń z Sindbadem, Praga, Podgorica, Frankfurt

 

Nie sposób w skrócie nie wyróżnić kilku melanży – w kolejności nieprzypadkowej, siedem grzechów głównych:

  1. EURO w Wiedniu, czyli: segregacja śmieci, klubokawiarnia, impreza po meczu, Prater

  2. Upojenie w Dublinie, czyli: 9 setek whisky i 5 piw do kolacji (na głowę, … na moją głowę)

  3. Tokaj w każdej bramie, czyli: Węgry, wino, koszykarki, wkurwiony Lucero, brak zielonej karty, bus z Krosna

  4. Mułzumański śmietnik w Baku, czyli: polska wódka + miejscowa zagryzka = kilkudniowa niezdolność do pracy

  5. Majątek w Lizbonie, czyli 5 tys. zł w 8 godzin

  6. Kielecka wódka w Dublinie, czyli detoks Ally

  7. Szkockie sknerusy w Helsinkach, czyli „gdzie są banany” Jana Paterka

 

Stosunek do piłkarzy - od fanatyzmu poprzez niechęć do obojętności

Pasja do jeżdżenia na Reprezentację nie wzięła się z niczego. Pierwsze mecze miały cel typowo piłkarski i najważniejszą rzeczą był wynik sportowy. Potem przeważał bakcyl kibolski, ale i tak pozytywny wynik był jak najbardziej wskazany.

Przełomem stał się Leo, który był trenerem tak przereklamowanym i zwyczajnie wkurwiającym, że ciężko było jego drużynie kibicować. Na EURO-2008 przyłapałem się na tym, że wcale tracone gole przez naszym grajków mnie nie martwią, a nawet przeciwnie.

Epicentrum niechęci do piłkarzyków to oczywiście polskie EURO-2012. Bramka Czechów we Wrocławiu sprawiła mi tyle radości, co niegdyś gol Adamczuka strzelony Angolom w Chorzowie.

Później były jeszcze incydenty w Kiszyniowie i niechęć do Roberta Lewandowskiego.

Teraz teoretycznie powinno wrócić wszystko do pozytywnej normy, w końcu sukcesy Reprezentacji są efektem między innymi ziomala Michała Pazdana. Ale nie stać mnie na nic więcej niż na obojętność. Mecz ze Szwajcarią – chyba najbardziej emocjonujący w historii polskiej piłki nożnej – przestałem z kamienną miną, jedynie marząc o powrocie do Polski.

 

Fundusze:

Nie ma co ukrywać, że specjalnie się nie oszczędzało na tych wyjazdach. Ale i tak największy koszt stanowiły imprezy. Czasami droższy hotel ze względów logistycznych (Podgorica, Kiszyniów).

Niezwykle droga okazała się wyprawa do Francji z uwagi na konieczność ciągłego przemieszczania: Warszawa-Nicea-Paryż-Marsylia-Saint Etienne. Same autostrady to ponad 2 tys. zł.

Pod względem szaleństwa restauracyjnego zabójcza była wyprawa do Lizbony, a szczególnie jeden wieczór. Wyciąg z karty nie kłamał - wydałem ponad 5.000 zł w trakcie 8 godzin.

Pewnie mogłem zamiast jeździć kupić sobie mieszkanie i żyć spokojnie siedząc na kanapie przed wyjebistym telewizorem. Ale czy na pewno byłby wówczas szczęśliwszy?

Podsumowanie statystyczne:

Mecze: 104, w tym:

Wyjazdy: 40

Krajowe: 64

 

Kraje – 32

Stadiony:

Zagraniczne - 39

Krajowe - 15

 

Duże imprezy: 4 (13 meczów) Niemcy-2006, Austria-2008, Polska-2012, Francja-2016

Szacowany łączny koszt - 270.000 zł

Pierwszy wyjazd: Londyn (Anglia – Polska)

Debiut wodaiogien: Manchester (Anglia – Polska)

Ostatni wyjazd: Saint-Etienne (Szwajcaria – Polska)

 

Najniebezpieczniejszy wyjazd: Belfast (Irlandia Północna – Polska)

Największa awantura: Bratysława (Słowacja - Polska)

Najlepszy doping: Bruksela (Belgia - Polska)

 

Najliczniejszy wyjazd: Londyn (Anglia – Polska 2015)

Najskromniejszy wyjazd: Charków (Ukraina – Polska)

 

Najtrudniejsze wejście na stadion: Maribor (Słowenia – Polska)

Najtrudniejsze dojście pod stadion: Podgorica (Czarnogóra – Polska)

 

Alkoholowy wyjazd: Belgrad (Serbia - Polska)

Największy kac: Klagenfurt (Chorwacja - Polska)

Największa beka: Wiedeń (Austria – Polska na EURO2008)

„Uzo”wy wyjazd: Pireus (Grecja – Polska)

 

Najgorszy nocleg: Klagenfurt (Niemcy-Polska)

Beznoclegowy wyjazd: Dortmund (Niemcy – Polska)

Najlepszy nocleg: Zamek Razay (przed marsylską Ukraina – Polska)

Najdłuższy nocleg: Wiedeń (Austria – Polska)

 

„600 km taksówką”: Baku (Azerbejdżan – Polska)

Pieski wyjazd: Erewań (Armenia – Polska)

Urodzinowe wyjazdy: San Marino (San Marino – Polska)

Samotny wyjazd: Kowno (Litwa – Polska)

 

Plażowy wyjazd: Murcia (Hiszpania - Polska)

Wypoczynkowy wyjazd: Maribor (Słowenia – Polska)

Turystyczny wyjazd: Paryż (Polska - Niemcy)

 

Najdroższy wyjazd: Lizbona (Portugalia-Polska)

Najtańszy wyjazd: Lwów (Ukraina-Polska)

Najgłupszy wyjazd: Pireus (Grecja – Polska)

 

Kibolski wyjazd: Kowno (Litwa – Polska)

Filmowy wyjazd: Nicea (Polska – Irlandia Północna)

Seksowny wyjazd: Kiszyniów (Mołdawia - Polska)

Hutniczy wyjazd: Lwów (Ukraina - Polska)

Szalony wyjazd: Charków (Ukraina – Polska)

 

Najgorszy wynik: Murcia (Hiszpania – Polska)

Największe emocje: Dortmund (Niemcy – Polska)

Najlepszy mecz: Lizbona (Portugalia – Polska)

Najsłabszy mecz: Lwów (Ukraina – Polska)

To już koniec

Polska - Portugalia

Decyzja - szczegółowo opisana w poprzednim wpisie - okazała się strzałem w dziesiątkę.

Na mecz 1/4 finału na Powiśle docieram 40 minut przed rozpoczęciem. Spokojnie jeszcze o godz. 19 zaliczyłem wydarzenie kulturalne.

Zero problemów z zaparkowaniem.

Wejście również bez tłoku.

Na 35 minut przed meczem jestem już przed telewizorem. Gosia też siedzi gotowa: z piwkiem, szalikiem, miską chipsów, i - tutaj nic się nie zmieniło - z nosem w komórce.

Ponieważ jeszcze 30 minut - to odpalam internet. Wi-Fi działa bez zarzutu, nie to co na Saint-Denis.

Na 5 minut przed godz. 21 idę po napoje.

Zero kolejki.

Jest nawet kwas chlebowy - czuję się jak na stadionie w Kijowie, również na ćwierćfinale, tyle że 4 lata temu, i bez Polski.

Zasiadam wygodnie, nie muszę wstawać, śpiewać, denerwować się o miejsce. Widok mam idealny.

Nikt nie patrzy na mnie wilkiem, że nie cieszę się po bramce Lewandowskiego.

W przerwie lecę do kibla. 2 minuty - i z głowy. Szok. Normalnie zawsze był problem żeby zdążyć na drugą połowę.

Dałem rady jeszcze poczytać sobie książkę.

Nasze grajki nie dają rady pokonać grającej w dziesiątkę Portugalii, więc szykuje się dłuższe posiedzenie.

Gosia odstępuje piwo. Normalne 4,8%, a nie jakieś popierdułki 0,5%.

Nic nie szkodzi że się znowu chce lać, bo wizyta w kiblu zmieści się w trakcie zmiany zawodnika.

Dogrywka już na leżąco. Wciąż odczuwam zmęczenie tą dawką 104 meczów. Ale nawet nie narzekam, że tak długo muszę się gapić na tą bezsensowną dyscyplinę sportu.

Karne. Kuba nie strzela. No cóż, jak się tyle lat grało w Wiśle Kraków ....

Po meczu ląduje w swoim pokoju prawie tak szybko jak w Podgoricy, gdy wróciłem do hotelu, jak jeszcze nie zaczęli wypuszczać miejscowych kibiców (bo się boi naszej setki wyjazdowiczów).

Sportowo udana impreza, ale taka szansa na medal się już na pewno nie powtórzy.

I tak wyczyn ponad stan, bo tak obektywnie to byliśmy słabsi i od Portugalii, i od Szwajcarii, a nawet od Ukrainy.

Mało kto wygrywa dwa razy pod rząd konkurs rzutów karnych.

A Fabian faktycznie słabo broni karne. Może pomysł z Borucem szalony, ale pewnie by wypalił.

Fajnie że Pazdek wytrzymał bez błędu cały turniej. Tylko niech nie idzie do Barcelony.

Można spokojnie iść spać, nie trzeba tłoczyć się przed metrem, i pół nocy chlać wódki.

Jak ktoś myśli, że jeszcze zmienię zdanie, i namówi mnie na jakiś wyjazd - to może już tracić wszelką nadzieję.

Podsumowaie spotkania:

koszt - zero złotych

alkohol - jedno piwo

nastrój - znakomity

Na kanapie

Polska-Czechy. Wrocław

Wrocław – mój ulubiony stadion z ery EURO2012. W dodatku mecz bez Lewandowskiego. Więc pomimo środka tygodnia i możliwości wyjazdu z Warszawy dopiero o 15 – trzeba jechać.

Stadion we Wrocławiu fajny, ale dojazd jak zwykle fatalny. Stanie w korku tylko dlatego że jest jakiś badziewny wjazd na parking pod stadionem. Jakoś w końcu udaje się zaparkować blisko stadionu.

Potem przebrnięcie trzech kontroli, na które nie można narzekać w kontekście wydarzeń z tego samego dnia z Hannoweru.

 

Meczyk całkiem fajny, dwie szybko strzelone bramki, potem piękny gol Czechów i ambitna gra mimo towarzyskiego charakteru – widać że dublerzy chcą zapracować na wyjazd na Euro. Da się Czechom strzelać bramki we Wrocławiu Panie Smuda? Da się?

 

Na meczu mamy ubaw z zakręconego kibica Czech siedzącego koło naszej ekipy. Teksty „Centruj kurwa”, „Skalar dwie” należą do naszych ulubionych. Na stadionie we Wrocławiu dużo lepszy doping niż na Narodowym i bardziej urozmaicony. Dodatkowo na stadionie normalnie działa internet (w Warszawie za cholerę nie działa) więc wyjątkowo szybko mija oglądanie piłkarzyków.

 

Po meczu zawijamy się sprawnie, wyjeżdżamy bez większych problemów na autostradę i pomijając postój na Orlenie w cztery godziny dobijamy – dzięki poprawie infrastruktury drogowej – w Sulejówku. Teraz przerwa zimowa i następne mecze na wiosnę.

 

Najbardziej intrygujące będzie losowanie EURO i rozwój wydarzeń, czy w ogóle ta impreza się odbędzie, bo na mój gust na dziś to powinna być bezwzględnie odwołana.

Centruj kurwa

Polska-Islandia. Narodowy

Kolejny mecz towarzyski zorganizowano na Stadionie Narodowym, zapewne z uwagi na zarezerwowanie tego stadionu na ewentualny baraż – którego naszym grajkom udało się uniknąć.

 

Rywal w sumie dosyć atrakcyjny, bo Islandia to rewelacja eliminacji. Na to wydarzenie przyszli chyba wszyscy, których jeszcze nie było na meczu na Narodowym. Więc wyglądało to jeszcze gorzej niż poprzednio. Wielu miało problem ze sforsowaniem zwykłych, niezbyt stromych schodów na Narodowym. Jedyna zaleta to w miarę rozsądna temperatura i niskoalkoholowe piwo (3,4%).

 

Ponieważ na mecz zawitał mój przyjaciel z Hutnika to sobie zaaplikowaliśmy zestaw obowiązkowy, czyli piwko na chacie, dyskusja o problemach naszego ukochanego klubu, kebab i na mecz. Trochę nas zirytowały gol Kapustki (Cracovia), ale ogólnie siedzieliśmy za bramką do której piłka wpadała pięć razy więc specjalnie nie narzekaliśmy.

 

Po meczu odprowadzam Prezesa na pociąg, bo dzień później już poważna piłka na trzecioligowym poziomie: odwieczna rywalizacja Hutnik-Beskid.

W towarzystwie Prezesa

Elminacje - podsumowanie

Eliminacje do Mistrzostw Europy we Francji były trzecimi z kolei, w trakcie których udało się zaliczyć wszystkie mecze. W efekcie trwająca od 2005 roku seria obecności na wszystkich meczach o punkty ma już rekordową długość – pewnie unikalną nie tylko na skalę naszej reprezentacji.

 

Już po losowaniu było wiadomo, że atrakcyjność obecnych eliminacje będzie słabiutka: wyjazdy na Wyspy i do Niemiec nie zapowiadały się zachęcająco. Jedynie Gibraltar (czytaj Portugalia) i Gruzja jako tako turystycznie się trzymały. Rzeczywistość była jeszcze gorsza, przez co - poza w miarę dobrą grą piłkarzy (na którą i tak mam wyj….) - niewiele ciekawego będzie do wspominania.

 

Zdecydowanie najfajniejszy listopadowy wyjazd to Tbilisi: dobre połączenie lotnicze, fajny hotel na dworcu, specyficzny miejscowy klimat , ciekawa kuchnia i turystyka. Udało się zaliczyć zarówno zwiedzanie (Kazbek - znany szczególnie alpinistom i Wardzia - XII-wieczne miasto-klasztor wykute w skale), jak i atrakcje miejscowe (impreza z tradycyjnej gruzińskiej knajpie, pub Warszawa). Do historii tego wyjazdu przejdzie unikalne zdjęcie fanów Reprezentacji wykonane przez naszego fotografa po meczu. Z samego meczu można tylko wspomnieć zamieszanie z wieszaniem i zdejmowaniem flag oraz przyzwoitą jak na taki wypad liczebność.

 

Dosyć ciekawe wypadł również wrześniowy pobyt w Faro, a to przede wszystkim dzięki wyprawie z ekipą Sul. do samego Gibraltaru: poranna pobudka, awaria koła na autostradzie, kontrola psów przed wjazdem, małpki na górze i kierowanie manualną skrzynią biegów - pozostaną w pamięci. Poza tym kiepski hotel w Faro, imprezka nad zatoką, stateczek na plażę i telefony z Polski od upierdliwego pracodawcy. Mecz zupełnie bez historii, poza motywem niezainteresowanego piłką Dam. który olał pierwszą połowę i pojechał na konsumpcję.

 

Marcowy wyjazd do Dublina to była droga przez mękę: międzylądowanie w Londynie, zatrucie alkoholowe już na pierwszej „kolacji” (15 minutowa droga do pubu, zamieniła się w 2 godzinną gehennę z powrotem do hotelu), brzydkie miasto (nic poza wytwórnią piwa i parkami), słaba pogoda. Z meczu można tylko wspomnieć akcję Mar. który mając bilet na sektor gospodarzy odpalił jako jedyny racę przez co został szybko zlokalizowany i drugą połowę spędził poza stadionem.

 

Wrześniowy mecz we Frankfurcie to było główne zagrożenie przerwania passy: zły termin z uwagi na kwestie zawodowe, samochodowe i brak biletów (skandaliczny system dystrybucji PZPN) powodował, że było ryzyko odpuszczenia. Na szczęście na ostatnią chwilę udało się zorganizować wyjazd. A w kwestii biletów przydał się wspomniany Mar. który swoim doświadczeniem ułatwił nam zakup miejscówek za przystępną cenę. Fajny motyw był też przy wejściu, dzięki któremu jedna osoba obejrzała mecz za darmo. Fatalnie w Niemczech było z hotelami i w drodze powrotnej uratował nas tylko przyjacielski Magdeburg – którego zwiedzanie zrekompensowało męki wyjazdu.

 

Glasgow wydawał się najtańszym wypadem, a tymczasem hotel, lot i szkocka whisky mocno nadszarpnęła budżet. Atrakcją turystyczną był wypad pociągiem do Edynburga, pięknego miasta, w którym można byłoby spędzić na zwiedzaniu kilka dni. W Glasgow poza pubem Piper i muralami nic ciekawego. Mecz - poza dramatycznym przebiegiem na boisku - bez historii. Jedyny plus do obecność liczniejszej niż ostatnio delegacji z Hutnika. Szkoda jednak że nie było barażu.

 

Teraz męczące mistrzostwa w beznadziejnej Francji i prawdziwy hit - wrześniowy Kazachstan – czyli tam gdzie nie pojechaliśmy 10 lat temu, bo jeszcze nie wiedzieliśmy ze trzeba jeździć wszędzie.

najsłabsze elminacje od lat

Niemcy, Frankfurt

mecz bez historii (kibolskiej przynajmniej)
bilety do ogarnięcia bez większych problemów - więc nie było się co denerwować na przewał pzpnu
największe odkrycie to nowy sposób na "tańsze" wejście na niemiecki stadion
doping bez rewelacji
Niemcy to już dramat (może poza w miarę estetyczną oprawą)
w sumie można było na spokojnie obejrzeć piłkarzyków
najfajniejszy balet po meczu

Bez biletów

Gruzja, Tbilisi

Dzień Pierwszy – środa/czwartek czyli LOT

 

Może i trochę (ale nie dużo) przepłaciliśmy za lot Warszawa-Tbilisi, ale przynajmniej mieliśmy darmową dowózkę na Okęcie (dzięki L. i O.) i spokojny transport do hotelu. Wiadomo że inne opcje były tańsze (Wilna, Budapeszty, Katary, Kutaisy), ale co narodowe linie lotnicze to narodowe.

 

Na lotnisku widoczne już pierwsze ekipy, ale prawdziwą furorę w samolocie robi Kasia Pakosińska z Kabaretu Moralnego Niepokoju – to taki sygnał że cały wyjazd to będzie jeden wielki kabaret (no może poza tym razem nadzwyczaj normalnym wynikiem piłkarskim).

 

Co robimy przed lotem i w trakcie – na to pytanie może być tylko jedna odpowiedź analogiczna do odpowiedzi na pytania przysyłane esemesami „jak tam? co robicie?” – odpowiedź brzmi „pijemy”. Cudem na pokładzie i lotnisku nie dochodzi do żadnych incydentów – nie to co w Budapeszcie (pozdrowienia dla ekipy Jastrzębia) i w Tbilisi (pozdrowienia dla deportowanego dyplomaty) – i jakoś szczęśliwie lądujemy na lotnisku w stolicy Gruzji.

 

Na lotnisku zakręcamy się wokół KP = fotki, autografy, pytania po co lata do Gruzji, w efekcie wychodzimy na końcu. Bierzemy do taxi jeszcze jakąś zaplątaną dziewczynę niekibolkę, która chce w środku nocy szukać autobusu i jedziemy do centrum. No i się zaczynają akcje z taksówkarzami – gościu z lotniska nie wie jak dojechać do hostelu w centrum. Jakimś cudem dowozimy laskę i sami też docieramy do hotelu – dzięki Opatrzności mamy w charakterystycznym miejscu i przynajmniej nasz adres nie budzi szoku u taksówkarzy. Później się dopiero dowiadujemy że popularnym stwierdzeniem w Gruzji jest że lepiej mieć córkę dziwkę niż syna taksówkarza.

 

W hotelu mimo wczesnej pory widoczne odpowiednie ekipy, dwójka wraca z miejscowymi „dziewczynkami” i lekko straszy ją mój tekst że hotel nieczynny. Oczywiście oświadczam im że przyjechałem tutaj nie na mecz tylko na dupy, ale że oni przyjechali na mecz a zabrali się chwilowo za dupy to jakoś nie rozumieją sarkazmu.

Dostajemy pokój przy samej recepcji, co ma swoje konsekwencje w kolejne noce i udajemy się mocno ulalani – co będzie już świecką tradycją podczas tego wyjazdu – na kilka godzin snu.

 

 

Dzień Drugi – rekonesans po Tbilisi.

 

Pewnie biorąc pod uwagę ilość promili z Okęcia i samolotu, cały dzień byśmy przespali ale hałas kibolski i esemesy „gdzie jesteście?” skutecznie nas wyrwały ze sporym stężeniem promili we krwi. Co zrobić? Idę kolejno: po piwo, do kantoru, po kebaba, po drugie piwo. No dobra, najedzeni i nawaleni mamy trochę siły na rekonesans tbilijski.

 

Okazuje się że mieszkamy na głównym dworcu kolejowym otoczonym przez megasyfski bazar. Próbujemy się jakoś przebić przez ten brud i hałas wzmacniany klaksonami samochodów.

Jak już większość wie, w takich krajach obowiązuje zupełna samowolka, pieszy nie ma pierwszeństwa, ale i tak przełazi tam gdzie sobie chce, nie obowiązują żadne przejścia dla pieszych, światła też nie specjalnie – obowiązkowe jest tylko trąbienie. Chociaż trzeba im przyznać że z sygnalizacją świetlną mają udane rozwiązanie – na każdym sygnalizatorze jest odliczanie ile jeszcze dane światło się będzie świeciło - i jest to system nie tylko w stolicy, ale i w najmniejszym miasteczku gdzie jest sygnalizacja świetlna.

 

Powoli tracąc nadzieję na wyjście z tego syfu i odnalezienie knajpy z kawą i alkoholem naszym oczom ukazuje się zarys budowli natychmiastowo bezbłędnie rozpoznanej jako stadion. Czyli blisko na stadion – nie jest źle. Przed stadionem zresztą kończy się strefa powszechnego handlowania, a nawet lokalizujemy knajpę, w której jak się okazuje będziemy dogorywać do końca dnia.

 

Stadion jak stadion – z zewnątrz syfny, ale wewnątrz w miarę przyzwoity. Oczywiście swobodnie sobie wchodzimy na trybunę i można połazić wszędzie gdzie się chce – jeszcze jesteśmy na tyle niepijani że nie wszędzie nam się chce. Strzelamy parę fotek i ruszamy do knajpy.

 

Wystrój knajpy – jak dla mnie bajka – wczesny Gierek, a może nawet późny Gomułka w zabitej dechami polskiej miejscowości. Nie kumamy menu, nie dogadujemy się nawet po rusku, więc zamawiamy losowo jakieś dania, plus wódeczkę i piwo na rozruch.

Najpierw nam podają jakąś misę zupy na trawie z mięsem czym już się w sumie najadamy, mija trochę czasu i wjeżdża ich danie narodowe – pierogi z rosołem i mięsem w środku – tyle że porcja 10 sztuk szokuje bo każdy pieróg słusznych rozmiarów. Szkoda nam trochę marnacji, bo po drugim już jestem megasyty, mimo pobudzania apetytu wódeczką. Już zupełnie nam opadają ręce jak nam jeszcze wjeżdża na stół placek z serem na pół stołu – tyle to nie zjemy do końca wyjazdu. Okazję wykorzystują cygańskie dzieciaki, które dostają od nas kilka pierogów i tą słoną pizze. Zaletą knajpy jest też dobre wi-fi: przy wódeczce, dymie papierosowym, brudnym kiblu obejrzeć mecz NBA – tego jeszcze nie przeżyłem.

 

Z biesiadowania wyrywa nasz esemes od ekipy Sul. że są na stadionie. Ruszam ich odnaleźć – miła niespodzianka bo akurat jak się zbliżam do stadionu grają próbę Mazurka Dąbrowskiego. Witam się z ekipą na tyle specyficzną że jest tam więcej kobiet niż chłopów – obczajamy do końca stadion – który już zaczyna być pilnowany i częściowo zamykany dla „zwiedzających” i wracamy do knajpy.

 

Tam zaczynamy biesiadowanie w większym gronie, czyli kolejna flaszeczka, Sul. testuje specjały gruzińskie, integracja z sąsiednim stolikiem dzięki czemu odkrywamy gruzińskie wino i nawiązujemy międzynarodowe przyjaźnie, głośne śpiewy – tak nam mija ten powitalny dzień w Tbilisi. Co ciekawe ta półdzienna biesiada kosztuje nas tyle co obiad bez alkoholu w przeciętnej warszawskiej knajpie – więc jest dobrze.

 

Dobrze nabombieni przypominamy sobie o treningu naszych piłkarzyków – wracamy na stadion. Niestety okazuje się że trening przeszedł nam koło nosa, ale i tak wbijamy się na stadion, a ja nawet na murawę. Czaruję jedną z bramek dzięki czemu dzień później piłka do niej ani razu nie wpada (to dlatego nasze orły dopiero w drugiej połowie cos strzeliły). Trochę głośnych śpiewów i zmywamy się na odpoczynek, bo plan na kolejny dzień mamy obfity.

 

Pod hotelem jeszcze dogaduje się z taksiarzem na poranną wycieczkę i mimo hałasu w naszym hotelu uderzamy w kimę.

 

 

Dzień Trzeci – Kazbegi i meczyk

 

W dniu meczowym wybieramy się na wycieczkę pod górę Kazbek – Sul. pożyczonym samochodem, my taksą. Niezbyt dobry pomysł dzień po imprezie – co prawda tylko 150km ale kręte drogi dają się we znaki zmęczonym żołądkom. Nasz taksiarz od początku marudzi że się tam nie da wjechać, dowozi nas na granicę ruską (tam śpiewamy odpowiednia piosenkę) i twierdzi że pod górę nie da się podjechać (jak się później okazuje jego auto faktycznie by nie dało rady). Miejscowi taksówkarze próbują nas naciągnąć, ale czekamy na ekipę Sul. która ma terenowe auto i się nie pierdoli z takimi przeciwnościami losu.

Zabierają nas do siebie – co prawda jedna osoba kilkukilometrowy odcinek musi przeżyć w bagażniku – ale jakoś dajemy radę. Droga na górę to co prawda tylko 5km, ale naprawdę tylko napęd na cztery koła nas ratuje. Podjeżdżamy pod klasztor skąd rozciąga się piękny widok na zaśnieżony pięciotysięcznik. Tam oczywiście spotykamy Polaków, zwiedzamy klasztor, robimy sobie fotki – rezygnujemy oczywiście z alpinistycznej wyprawy.

Wracamy równie emocjonująco na dół i uzgadniamy że taksiarz pokaże nam dobrą knajpę przed samym Tbilisi – w efekcie czego mamy półdzienną głodówkę i prohibicję.

 

Taksiarz pokazuje nam jeszcze pierwszą stolicę Gruzji i tam wreszcie lądujemy w knajpie. Szybki tradycyjny gruziński i obiadek i powrót do stolicy. Na miejscu jeszcze twarde negocjacje cenowe z taksówkarzem – liczą sobie i oszukują, ale wiadomo lepiej mieć córkę w burdelu …..

 

Trochę oddechu w hotelu i ruszamy pod stadion. Tam nawet widoczne miejscowe ekipy Dynamo, ale raczej panuje atmosfera przyjazna. Pod wejściem kisimy się półtorej godziny i w końcu nas wpuszczają na stadion.

Tam kretyńsko zamiast iść na swój sektor wbijamy się na górę (co ciekawe bez żadnej kontroli, ja nawet biletu nie wyciągałem) i rozwieszamy flagi na pół stadionu. Dobrze to wygląda tylko że nie wiem jak byśmy tych flag pilnowali podczas meczu na gruzińskich sektorach. Miejscowi orientują się że tak nie może być i zaczyna się awantura o zdejmowanie flag. W efekcie tylko sprytniejsi, znaczy mądrzejsi, którzy wywiesili na przeznaczonym dla nas sektorze flagi mogą je reprezentować, reszta ląduje na krzesełkach albo zostaje w plecakach. Dodatkowo nie wszyscy dobrowolnie przyzwalają na odwiązywanie ich flag i zaczynają się małe sprzeczki z ochroną/policją. W efekcie jest trochę ganiania i zamieszania na sektorze, ale miejscowi chyba słusznie dochodzą do wniosku że lepiej nie dolewać oliwy do ognia.

 

Sam meczyk to raczej żenada z naszej strony – doping beznadzieja, jakieś drobne scysje, trochę piro – ogólnie najnudniejsze 2 godziny z całego wyjazdu. Piłkarzyki coś tam strzelają więc niektórzy są zadowoleni.

Nas bardziej zajmuje pomysł wyniesienia krzesełka po meczu. Piłkarzyki dziękują nam za doping (jak w Mołdawii był to nie dziękowali).

 

Słówko o miejscowych – mają swój sektor kibolski, prezentują tam jakieś hasła, ale ogólnie na stadionie jest tumult, krzyki i gwizdy – trudno to nazwać dopingiem. Gwiżdżą i na hymnach i jak im śpiewamy o ruskiej prostytutce, gwiżdżą nawet jak ich drużyna atakuje – także trudno wyczuć czy coś im się podoba czy są wkurwieni.

 

Po meczu trochę zamieszania, bo nie udaje się ekipie Sknerusów wynieść krzesełka, odpuszczamy, wbijamy się w taksówki (tam nie ma problemu z taksą nawet jak 25 tysięcy ludzi wychodzi z meczu – niech sobie ktoś spróbuje zamówić taksówkę po meczu na Narodowym) i jedziemy do hotelu.

 

Tam walimy wygraną przeze mnie w dziecinnie prostym zakładzie flaszkę, później jeszcze jedną ale wydaje się mknieniem oka czas który nam to zajmuje.

Wydarzeniem dla potomności będzie sesja zdjęciowa naszej ekipy – efektem jest zdjęcie które wygra najprawdopodobniej wszystkie sportowe konkursy fotograficznie roku – tak godnie jak my to nie prezentuje się nawet reprezentacja Australii w rugby.

 

Po „domówce” ruszamy na miasto – do knajpy o swojskiej nazwie „Warszawa”. Docieramy oczywiście z przygodami, bo taksówkarze nie znają knajpy, która jest 20 metrów od ich najważniejszego placu (tego na którym kiedyś Gruzinów ratował nasz Prezydent). „Warszawa” to knajpa w stylu przekąski-zakąski – dobra pomysł ktoś miał. W Warszawie oczywiście balanga na całego – nawet celebryci: Borek i Hajto. Walimy kilka luf i ruszamy do bardziej spokojnego wyszynku. Tam „7” zamawia wszystkim piwo – bez uzgodnień – jak mieszać to mieszać – i szamamy gruzińskie żarcie. Oczywiście nie wszyscy wytrzymują tempo – D. ucieka do hotelu, a „7” wali kimę na stole.

 

Pada pomysł co by zrobić sobie niewinny żart – o dziwo kelnerzy przystają na naszą propozycję. Płacimy rachunek i cichutko wychodzimy z knajpy za drzwi obserwując przebieg wypadków. Kelner preparuje rachunek na 1000GEL (2 tysiące zł) i rusza budzić „7”. Uruchamiamy wszystkie sprzęty nagrywające i umieramy ze śmiechu. Ale „7” dobudzić ciężko – ma już swoje promile w organizmie. Żart udaje się więc tylko częściowo, ale i tak mamy największą bekę wyjazdową.

Ostatecznie ładujemy nieprzytomną „7” do taksy i wracamy do hoteli udając się na zasłużony odpoczynek.

 

 

Dzień Czwarty – Czacza

 

Może i byśmy pospali ale spanikowana po nocnych imprezach obsługa hotelu łazi o 12 i budzi wszystkich żeby się wymeldować – nie bierze pod uwagę że niektórzy mają jeszcze dwie noce opłacone.

 

Jak już nas obudzili to dzień przeznaczamy na Tbilisi. Ja skupiam się spożywaniu miejscowej wódki o nazwie czacza – dobry specjał i daje w hebel. Uskuteczniamy zwiedzanie – zaczynając rzecz jasna od dużo mniej obleganej – niż poprzedniej nocy – „Warszawy” – kilka luf i od razu lepiej.

 

W centrum Tbilisi jakieś polityczne wiece, pewnie PSL przed wyborami samorządowymi w Polsce (co tłumaczy ich sukces), bierzemy więc taksę i ruszamy na wieżę widokową z restauracją, która góruje nas miastem. Jazda tą taksą też przejdzie do historii ruchu kibolskiego w Polsce – filmik został nagrany, gościu jechał uliczkami o szerokości samochodu – niektóre na początku się wydawały na węższe – i jeszcze napotkał na przeszkodę w postaci zamkniętej – sklął bo nie było na kogo trąbić i jakoś nawracał.

 

Na wieży – taki tbilijski Disneyland dla dzieci, pewnie w lecie jest tam dobra zabawa dla maluchów – spotykamy zmarnowaną ekipę Sul. (dzięki za szal) i parę ekip w knajpie. Ogólnie z góry piękny widok – szczególnie po zmroku – na miasto z którego wybija się rozmiarami Kościół Świętej Trójcy – co nam wskazuje konieczność odwiedzenia tego miejsca.

 

Mój plan picia tylko czaczy idzie w pizdu bo ekipa z Dublina daje znać że jest flaszka do wypicia przed ich nocnym odlotem. Zjeżdżamy więc z wieży kolejką i po przygodach z taksówkarzami docieramy na kwadrat na flaszeczkę, którą spożywamy przy sympatycznych rozmowach o sporcie, polityce, życiu i podróżach.

Wracamy nawaleni do hotelu i organizujemy sobie wycieczkę na kolejny dzień.

 

 

Dzień Piąty – Vardzia i wybory

 

Ruszamy na całodzienną wycieczkę z nowym przewodnikiem – ten klasa sama w sobie: trzy języki biegle, malarz, entuzjasta Gruzji, nawija nam całą drogę. Docieramy najpierw do kompleksu religijnego z muzeum etnograficzno-archeologicznym, a potem do słynnego miasta w skale na kilka tysięcy ludzi.

Męczące, ale owocne w przeżycia i zdjęcia zwiedzanie wieńczymy obiadkiem w drodze powrotnej i setami czaczy.

 

Do stolicy wracamy - zmęczeni jak Robert Lewandowski w 18 minucie meczu z Gibraltarem - blisko północy, jeszcze małe spojrzenie na samorządową elekcję w Polsce, kilka piwek, bo czaczy w hotelu nie mają i ostatnia noc w hotelu.

 

 

Dzień Szósty – Sameba

 

Wymeldujemy się w południe z hotelu i ruszamy na deszczowe zwiedzanie Tbilisi. Przy okazji odkrywamy alternatywę do taksówek czyli taniutkie metro, które w dodatku wie gdzie jechać.

 

Ruszamy do Soboru Trójcy Świętej – gigantycznej budowli sakralnej. Wokół syf i walące się ruiny, a za płotem złoto i diamenty. Co ciekawe to budowla sprzed 10 lat – naprawdę robi wrażenie. Potem dla odmiany szwendamy się po gorszym obliczu stolicy – domy bez ścian, ogólny syf, brud i ubóstwo – w Polsce nawet w najbiedniejszych miastach na obrzeżach 30 lat temu nie dało się czegoś takiego doświadczyć.

 

Ruszamy jeszcze kolejką na górę z pomnikiem Matki Gruzji, obok zamek i w dół kolejką. Podczas powrotu w dół mamy awarię jak nasza gondola akurat zawisa w najwyższym punkcie, trochę strachu, ale jakoś na rezerwowym zasilaniu docieramy na dół.

 

Żeby pożegnać Tbilisi ruszamy do „Warszawy” i knajpy gdzie „7” miał płacić 2tys. zł.

Na lotnisko docieramy taksą – gościowi co prawda świecą się czerwone kontrolki – ja w takich przypadkach nie jadę, ale jemu nie przeszkadza.

 

Na lotnisku ostatnie ekipy kibolskie, siedzimy kilka godzin i szczęśliwie wylatujemy z Gruzji.

 

Na Okęciu miła niespodzianka w postaci oczekującego, mimo rannej pory, na nas L. z karteczką „Hutnik Hool’s”. Warszawskie korki i we własnym łóżku kilka godzin snu przed wyprawą do Wrocławia na Szwajcarię.

 

Kolejny wyjazd zagraniczny zaliczony, po Faro i Tbilisi jakoś zwyczajnie będzie w przyszłym roku pojechać do Dublina, Frankfurtu i Glasgow.

kuchnia, zwiedzanie, imprezy

Anglia, Wembley

nas na tym "wyjeździe" ponad 20 tysięcy plus kilka tysięcy na sektorach gospodarzy
wywieszany 248 flag, brakuje jedynie flagi "DUBLIN"
widoczne wszystkie ekipy od ekstraklasy po C-klasę
szczególnie aktywne ekipy z Pomorza: przed meczem scysja band dwóch gdyńskich klubów, w drugiej połowie wjazd na murawę przedstawiciela bandy szczecińskiej
miażdżymy gospodarzy dopingiem, oprawą i pirotechniką
stadion w porównaniu do starego Wembley zupełnie bez klimatu, ale oczywiście dla większości wczorajszej naszej bandy przeżycie na miarę wrzucania sobie zdjęć na TwarzoKsiążkę
po meczu piłkarzyki (za wyjątkiem Gwiazdy z Dortmundu) podchodzą na bezpieczną odległość 30 metrów, Kapitan od Biletów rzuca swoim fanom nawet koszulkę
po meczu melanż i świętowanie awansu - do zoba w Rio de Janeiro

żarty żartami, ale podziękowania dla wszystkich którzy zaliczyli te elminacje, nie bacząc na kozojebców, dziurawy dojazd do Kiszyniowa i cyrki z meczem w Charkowie

Wyjazd na 20 tys.

Ukraina, Charków

dojazd elegancki, duża część drogi z Kijowa rewelacja - jak na zachodzie

stadion obczailiśmy, Charków wygląda w nocy na całkiem ładnie niasteczko

 

 

od nas 50 osób na sektorze, z tego 1/3 wchodzi dopiero w przerwie


5 flag: "Libiąż Polska" "Sulejówek" "Dublin" "Edynburgh. Szkockie sknerusy on tour" "Nowa Huta"
kilka razy coś krzyknęliśmy


ogólnie ze wszystkim problemy: z wejściem bez biletów, z flagami ...


Ukrainców komplet, ale młyn niewiele większy od naszej ekipy, machają dwoma flagami czerwono-czarnymi, trochę nas obczajali, ale ja nie widziałem żeby do czegos konkretnego doszło

49 osób

Mołdawia, Kiszyniów

podróż przez Ukrainę to jednak dramat, były odcinki gdzie 2 godziny przejechaliśmy 50km, na granicach też długo, nawet na mołdawskiej mimo że byliśmy sami o północy staliśmy ponad godzinę z groźbą szczegółowej kontroli bagażu

 

W Mołdawii drogi już dużo lepsze, stolica też wygląda przyzwoicie, stadionik niewielki, kameralny

 

mecz bez historii ale za to dzialo się po ....
od nas sektor pelny, ale doping mocno przeciętny
niektórzy nawet śledzili wydarzenia na murawie za co zostali odpowiednio po meczy "wynagrodzeni"

pirotechnika w trakcie hymnów
Moldawianie też odpalają i mają jakąś sektorówkę
w drugiej połowie trochę rac z tego jedna ląduje na murawie, jak się później okazuje istotna dla naszych pilkarzyków
po końcowym gwizdku "Wielka Gwiazda ligi mistrzów" zbiega z boiska w trakcie dwóch sekund, reszta tez nie kwapi się podziękować ludziom którzy przebyli 1000 albo i więcej kilometrów

po meczu korzystając z faktu że mieszkamy w hotelu na stadionie idziemy wyjaśnić sytuację z piłkarzami i okazuje się że to wina kiboli bo rzucona raca wybiła nasze gwiazdy z rytmu meczowego
także dalej się podniecajcie tymi pedałami i klaskajcie wielkiemu napastnikowi z Pruszkowa

szacunek jedynie dla Krychowiaka

chlanie i Lewandowski

Czarnogóra, Podgorica

Od nas na sektorze około 60 osób, którzy praktycznie cudem dotarli na miejsce, z tego większość normalnej ekipy i trochę "wynalazków". Z tego wyróżnia się ŁKS Łódź, GKS Tychy i pojedyncze osoby z innych ekip.

 

Po dłuższym namyśle decydujemy się wywiesić 10 flag (Jarocin, Jelenia Góra, ŁKS, Tychy, Szczytno, Nowa Huta, i trzy flagi emigracyjne). Kilka razy krzyknęliśmy "piłka nożna dla kibiców", "Jesteśmy zawsze tam ..." oraz pozdrowienia dla pzpn (ten popularny okrzyk m.in. po obu bramkach).

 

Około 15 minut po wejściu polskich przedstawicieli policji zwijamy flagi i wychodzimy, ale wracamy po opuszczeniu sektora przez "przedstawicieli prawa" - taka zabawa jak z dziećmi. Z normalnym dopingiem ruszamy dopiero w ... 91 minucie spotkania. Nie mamy żadnych transparentów, nie ciśniemy po "farbowanych lisach". Trochę wymiany gestów z gospodarzami, którzy w naszym kierunku najczęściej cisną "Russia ...".

 

Po meczu podstawiają nam autokar pod sam sektor, ale ja już zawijam się do pobliskiego hotelu. Większość ekip finalnie nie dojeżdża.

Czarnogórcy oczywiście żywiołowio, z licznymi incydentami. Przy karnym dla nas rzucają w ... swojego bramkarza, potem w Tytonia petardami hukowymi, w drugiej połowie znowu w Tytonia krzesełkami. Doping mają bardzo nierówny, nie zgrywają dwóch trybun. My w te 40 osób się przebijamy z dopingiem, strasznie lubią w Czarnogórze pzpn bo nie mogą znieść naszych bluzgów ;-).
Na wejście prezentują oprawę z jakimś ich bohaterem, ale nie wiem o co chodziło.

Wyjazd fajny, Podgorica straszna dziura, szkoda że nasze ekipy nie dojechały, na plus uroda miejscowych panien :)

problemy z dotarciem

Narodowy, mecz otwarcia EURO2012

wstyd się trochę przyznać, ale poszliśmy na ta "imprezę" pod tytułem mecz otwarci, na usprawiedliwienie mam tylko to ze mieszkam 15 minut od stadionu i z poprzednich imprez nabyłem umiejętność kupowania biletów na te gówniane imprezy po cenie nominalnej:

1) w kwestii organizacji muszę jako wróg tej jebanej PO przyznać ze było bardzo dobrze, jedyne do czego można się przyczepić to liczba wejść (zaledwie trzy na cały stadion), cała impreza otwarcia, te tańce na plus

2) w kwestii dopingu też muszę przyznać że nie było tragicznie, wiadomo że były chwile ciszy, ale jak Grecy próbowali coś krzyknąć to szybko ich nasze lemingi zakrzyknęli

3) na mecz się mało patrzyłem, cieszyło mnie jak Grecy strzelili bramkę, dziwny pewno jestem?

szopka

Grecja, Pireus

w zasadzie nie to ma za bardzo co pisać o tym wyjeździe, ale że nie ma chyba jeszcze żadnej relacji to coś skrobnę korzystajac z faktu że stężenie alkoholu we krwi spadło mi poniżej dwóch promili
ot kolejny zaliczony wyjazd


zdecydowanie na plus trzeba ocenić frekwencję, mecz o czapkę gruszek, a nasz sektor szczelnie wypełniony
przypuszczam że dla miejscowej polonii było to spore wydarzenia, bo tak na oko to 80% sektora to byli nasi rodacy tutaj mieszkający


ciężko było przez to ogarnąc towarzystwo, a nawet doszło do małej scysji mojej ekipy po meczu z amatorami dopingu za pomocą dmuchania w jakiś długi przedmiot wydający wkurwiajacy dźwięk - nasz rodak jakoś nie przyjął naszej krytyki wyrazonej w prostych acz dosadnych slowach i poleciał nas sprzedać do wroga numer jeden, ale jakoś się rozeszło po kościach


Grecy chyba totalnie olali ten mecz, nie wiem jak u nich jest z kadrą, trochę byłem rozczarowany, bo jak usłyszałem mecz towarzyski z Grecją to od razu postanowiłem jechać z nadzieją na atrakcje kibicowskie, a wyglądało to jak nasz mecz w Serbii


z Polski troche kumatych ekip było, dzięki temu byla oprawa kibolska, ale tym razem bez żadnych prowokacji i pretencji ochrony, ktora co nas zdziwiło była złozżna z naszej emigracji


oczywiście jak nie było atrakcji to sobie sami je zaczęlismy organizować, ale jako wróg alkoholizowania się na wyjazdach pominę to w relacji, jedynie pragnę podziękować ekipie z hotelu Fidias która nas szczęśliwie dotransportowała do miejsca noclegu - co nie bylo łatwe z uwagi na fakt ze w Grecji UZO rządzi


wejście na Akropol kosztuje 50 zl i jeszcze zabrali nam szaliki

UZO

Hiszpania, Murcia

Nasz sektor szczelnie wypełniony, około 1500 osob, wyjątkowo niski odsetek "Januszy"
z ekip na mój bardzo subiektywny ogląd najlepiej widoczne: Jaga, Radomiak, Widzew, Góral Żywiec, Odra Wodzisław, LKS Łódź


doping na dość dobrym poziomie - pomimo warunków atmosferycznych (temperatura w Murci o godzinie 20.00 dochodziła do 40 stopni) - najlepiej wychodzi "Ole Ola - tylko Polska biało czerwona"


mało miejsca na wywieszanie flag - wiele fan nie znajduje miejsca


w drugiej połowie baloniada i trochę pirotechniki - podczas której Hiszpanie dostają "białej gorączki"
były momenty że byliśmy glówną atrakcją na stadionie - wszystkie oczy i flesze na nas skierowane
przez moment pojawia sią transparent antyITI
zero pretensji do pilkarzyków, nawet pocieszamy w 2 polowie Kuszczaka

gospodarze przyjaźnie nastawieni, ale totalny piknik, rusza ich tylko biegający z bębnem ich legendarny kibic, poza tym to trąbki i buczenie
sympatycznie natomiast bylo jak zarzucil "Polonia"
na zdecydowany minus gwizdy przy naszym piro - czyżby się bali ze im sie stadion spali?

o ile z Hiszpanami nie bylo spięć o tyle bardzo agresywne zachowanie policji, w pojedynczych incydentach zawiniętych kilkanaście osob, szczególnie ostre spięcie w przerwie meczu
z tego co negocjujemy po meczu wynika że mają ich wszystkich wypuścic po spisaniu - nie wiem jak sie skończylo bo trafia nam się transport do Alicante i się zawijamy

ogolnie organizacja meczu na tragicznym poziomie: stadion w szczerym polu, fatalnie wydzielony sektor gości, po meczu brak transportu, policja agresywna i prowokująca, ochrona zagubiona i wydygana, nikt nie mówi słowa po angielsku


a u nas się "mądre głowy" boją o organizację EURO - spokojnie moglibyśmy zbudować stadion nawet w Niecieczy (bez urazy)

z Hutnika Kraków symboliczna delegacja z jedną flagą

Upał

Słowenia, Maribor

Dwie godziny przed meczem okazuje się, że Słowency nie wpuszczają na polski sektor osób które nie mają biletów z czerwonym paskiem, czyli mają takie które zostały załatwione od miejscowych
po krótkich negocjacjach, sytuacja się zaognia i dochodzi do starcia


po starciach część osób proóuje jeszcze wejść na sektory słoweńskie, ale tam dosyć skrupulatnie sprawdzają dowody osobiste, ogólnie udaje sie to około 30-40 osobom którzy tworzą drugi sektor


kilka prowokacji ze strony Słowencow w stylu rzucanie gazetami rozchodzi sie po kościach
z perspektywy tej grupy doping naszego sektora przeciętny


za to Slłwency pokazali sie z dobrej strony, dodatkowo dużo pirotechniki
teraz po meczu miasteczko Maribor znowu cichnie

brak biletów

Irlandia Północna, Belfast

w telegraficznym skrócie:

1) my z Polski w składzie: Hutnik, Korona, Widzew + "A. którego imienia wymieniać nie można na tym forum ;-)" - kilkudniowy melanż w Dublinie
2) dojazd Dublin-Belfast z sympatyczną acz mocno piknikową ekipą autokarowa
3) przed meczem atrakcje oglądamy zza szyby autokaru,
4) na mecz nie wchodzą wszyscy z uwagi na ceny biletów, ceny niestety nie spadały, wejście z bramą udało się nielicznym
5) w przerwie meczu małe spięcie z sąsiednim sektorem, cały mecz obustronna prowokacja, kontrowersyjna flaga, obustronne bluzgi, dużo pirotechniki
6) doping najbardziej urozmaicony z dotychczasowych, wielki szacun dla osób które aktywnie się w to ostatnio angażują, no i fajny repertuar "pomeczowy"
7) po meczu trafiamy pod mityczny most, gdzie krótkie spięcie, potem pod Tesco gdzie króluje "promocja"

trzeba powiedzieć szczerze, Belfast wpisuje się w najlepsze eliminacje kibicowskie od lat (a może nawet w historii), a to jeszcze nie koniec

wojna pod mostem

San Marino

trochę się działo, ale to nie miejsce żeby się nad tym rozwodzić

hymnu w ogóle nie kojarzę, ale rozkminiacze z "kibice net" na podstawie telewizorka już sobie popisali

nareszcie jakiś przyzwoity doping

na mecz to w ogóle nie wiem czy ktoś patrzył ;-)

incydenty

Ukraina, Lwów

kibicowsko z obu stron dużo rozczarowanie, rozumiem że mecz towarzyski, na grę podopiecznych geniusza Leo nie da się patrzeć, ale i tak biorąc pod uwagę miejsce rozgrywania powinniśmy się pokazać z lepszej strony

Ukraińcy również słabiutko, ich młyn wyglądał mizernie

Lwów jak Lwów - mi się nie podobobał
ale i tak najbardziej przerąbane to przejechać granicę

ten kto przyznawał EURO2012 Ukrainie na pewno nie miał "przyjemności" przekraczania samochodem tej granicy

granica

Austria, Klagenfurt i Wiedeń

Wyjazd na euro jest poprzedzony wielką awanturą o wylosowane i opłacone bilety, stąd dużo wątpliwości, czy w ogóle jechać. Jeszcze aspekt trenersko-piłkarski (powołania LB, obywatelstwo R.G.) dodatkowo zniechęca, ale zwycięża poczucie kibicowskiego obowiązku.

Na Niemcy wyruszamy dwa dni przed meczem, jak przystało na kibiców nowohuckiego klubu, ... z Warszawy. Do Krakowa docieramy po przedarciu się przez korki na remontowanej obwodnicy Grójca blisko północy i przez noc zażywamy nowohuckiego powietrza.

Sobotni poranek przynosi kolejny bój w jednej z firm kurierskich pt „dajcie nam nasze bilety”. W efekcie wyruszamy do Austrii dość mocno opóźnieni. W samochodzie następuje premiera prawdziwego hitu wyjazdu: piosenek kibicowskich w wykonaniu konkretnych zespołów, dzięki czemu płyta jest w trakcie całego wyjazdu przesłuchana kilkadziesiąt razy.
Przebijamy się przez Czechy, Słowację, krótki postój w Bratysławie – zlewamy otwarcie mistrzostw, bo dostajemy info że nasze ziomki z województwa świętokrzyskiego już są za Wiedniem. Docieramy do wskazanego miejsca przed Grazem – tam krótki postój, oglądamy połówkę meczu Portugalia-turcja i posilamy się Sznapsem. Moja osoba budzi powszechne oburzenie z uwagi na prowokacyjną koszulkę Republiki Federalnej Niemiec.
Zapada kretyńska w konsekwencjach decyzja coby dojechać do Klagenfurtu i poczuć atmosferę meczu. Docieramy do tej Małogoszczy (bez obrazy dla kibiców Wiernej) około północy i ręce nam opadają z wrażenia, że ktoś podpierdolił miasto. Szukamy więc przez dwie godziny na tej wsi noclegu, niestety miejscowi plantatorzy kukurydzy i buraków nie mają wolnych miejsc w stodołach. Parkujemy więc pod miejscowym sexszopem i udajemy się na luksusowy nocleg za 30EURO w obozie koncentracyjnym

Rano żeby zabić wkurwienie tym luksusem za bądź co bądź 100zł od łebka, pykamy sobie chwilę na fliperach i opuszczamy z wyjątkową ulgą ten obóz zagłady. Nie bez trudu odnajdujemy w gąszczu uliczek tej metropolii drogę na stadion, znajdując nawet jakąś w miarę rozsądną knajpę, gdzie poranną wiejską depresję leczymy pożywnym śniadaniem polewanym trunkami wysokoprocentowymi. Ponieważ nie wszyscy mamy bilety na mecz z faszystami udajemy się na stadion coby obczaić sytuację. Ceny biletów dość wysokie więc tylko szwendamy się pod stadionem omijając plantacje kukurydzy. Mijając centrum prasowe bluzgamy jednego z dziennikarzy gazety W., który się tam zaplatał. W końcu podejmujemy decyzję o kontynuowaniu chlania w tym wkurwiającym kurorcie. Jedna osoba od nas leci do kafejki internetowej zarezerwować nocleg w Grazu – cena nie gra roli, byleby mieć pewność że opuścimy tą wiochę równo z końcowym gwizdkiem sędziego.

W knajpie toczymy dyskusję z ekipą z Zabrza (która biorąc pod uwagę nasze uwarunkowania na scenie kibicowskiej, jest nad wyraz przychylnie do nas ustosunkowana), a potem wylewamy żale kibicom ze Stolicy odnośnie procedury odbioru biletów.
W każdym razie wstawiamy się nieźle i w drodze na stadion jesteśmy najbardziej "awanturującą się" ekipą, co znowu szkodzi najbardziej pismakom – tym razem ekipa iti musiała przyjąć na klatę nasze bluzgi – imo należy nam się za nasze poświęcenie Królewskie od kibiców z Warszawy.

Wchodzimy na stadion kombinując wniesienie flagi. Kasują mi plecak w depozycie, ale flaga sprytnie przerzucona zostaje zawieszona na całkiem niezłym miejscu. Przed meczem na stadionie chlejemy piwsko dopiero przy 4 kubku orientując się o fakcie jego bezalkoholowości – trudno przeżyć wydanie tylu kasy na siki.
Mecz jak mecz – najpierw mamy konflikt z gości którzy klaskali na hymnie, potem ze stewardami. Ogólnie piknikowo.

Po meczu odbiór plecaków w depozycie. Mi się udało bo wyczytali mój plecak i jakoś odebrałem, inni tam jeszcze kilka godzin czekali.
Jedno jest pewne: EURO2012 w Polsce będzie gigantycznym sukcesem w porównaniu z tym austriackim bajzlem.

Lecimy do Centrum (!!!!), pakujemy się w furę i spierdalamy z ogromnym żalem mając świadomość że jeszcze musimy tu przyjechać na jeden mecz.
Koło 2 w nocy docieramy do Grazu i okazuje się że są w Austrii również normalne miasta, a nawet mają stadion – całkiem ładny – w otoczeniu budynków, a nie w środku pola buraków. Oblewamy sukces naszych grajków winem owoców „Kwiat Lipy” zakupionym jeszcze w Polsce za 4 zeta i dość późno kończymy ten grunwaldzki dzień.

W poniedziałek dzielimy się na dwie ekipy: jedna wraca do kraju, druga zostaje na imprezowanie w Bratysławie.




Drugą cześć wyjazdu spędzamy w Wiedniu. Docieramy tam w nocy przed meczem z Fritzami. Ulica Baumgasse odnaleziona po długich poszukiwaniach pozostanie najmilszym wspomnieniem EURO 2008. Jeszcze robimy na dobranoc flaszkę, rano po pijaku wprowadzamy samochód do garażu – i zaczyna się dzień meczu.
Pierwszy pojedynek w hotelu z przedstawicielem firmy dystrybuującej bilety kończy się obopólnym porozumieniem, dzięki czemu wydaje nam się że wszyscy obejrzymy mecz. W hotelu odbierając bilety spotykamy naszych Piłkarzyków załamanych jakby już wszyscy wiedzieli jak się skończy piłkarsko ta przygoda. Tylko Wielki Trener „jestem wart 800 tys euro rocznie, a chyba więcej” tryska humorem.

Wracamy na naszą Baumgasse, gdzie zaopatrujemy się w pobliskim spożywczaku i rozpoczynamy imprezę. Już w dobrym humorach ruszamy na Prater, gdzie niestety zostajemy oszukani przez jedną z ekip z Pomorza, co powoduje, że jednak nie wszyscy mecz obejrzeli na żywo.

Po raz kolejny awantura o wniesienie flagi, znowu przerzucenie daje efekt.

Na meczu próbujemy rozkręcić okrzyki związane z wydarzeniami z pewnej austriackiej piwnicy, ale niestety ekipa piknikowa jest wyjątkowo mało kumata.

Po meczu jeszcze tylko kebab i wieczorna impreza. Rozkminiamy trochę mecz:
"może i był ten karny",
-"spalony był przy bramce u nas"
- "nie no przecież nie było, bo żaden Polak a nawet Europejczyk nie był na pozycji spalonej"
itp

Kolejne dni trochę nam się zlewają, ale mają podobny schemat:
Poranna wizyta w Klubokawiarni, przy której wszystkie speluny w Polsce wymiękają
Potem wizyta u buka,
Jakiś obiad
Popołudniowe picie
Spanie względnie oglądanie tych nudnych mistrzostw połączone z liczeniem zysków u buka
Chlanie do białego rana

Z tego schematu wyróżniają się imprezy w chińskiej restauracji, gdzie za pierwszym razem nas wyrzucają za trzymanie nóg na krzesłach, a już dzień później muszą znosić gromkie: Chiny, Chiny, Chiny – Sk…….
Oraz niedzielna impreza na Praterze, gdzie przechodzimy samych siebie, możemy z uwagi na wysoką wygraną naszych piłkarzyków w ostatnim meczu 3ligi

Dzień meczu z Chorwatami jest prawdziwą męką, dobrze że choć jedna osoba jest w stanie prowadzić samochód. Jakoś docieramy do Klagenfurtu, kupujemy brakujący bilet i nowym patentem wnosimy flagę na stadion.
Tym razem trochę lepsze ekipy na stadionie, ale i tak towarzystwo znowu piknikowe.
Z uwagi na słabe samopoczucie robimy sobie „bekę” i jeden z nas udaje piknika zadając pytania „Ile trwa pierwsza połowa?”, „Dlaczego był aut, jak piłka się odbiła od bandy?” itp. nawet nie wzbudzając zdziwienia innych małokumatych
Po meczu przedzieramy się przez pole kukurydzy i wracamy do Wiednia.

Po drodze na autostradzie fatalny wypadek przed Grazem - dwa auta w tym jedno polskie - poważnie zmasakrowane. Na stacji benzynowej spotykamy jedną z lepszych ekip jaką widzieliśmy na tym wyjeździe: z Płocka. Okazuje się że również inna ekipa na krakowskich blachach miała przygodę w postaci dzika który im uszkodził samochód. Śmieszna sytuacja, bo wezwali pomoc i w jednej chwili na stacje zajechało chyba z 12 samochód psów.

My bez przygód docieramy do Wiednia, a dzień później po pożegnaniu w Klubokawiarni, obiedzie na Słowacji, zmęczeni trafiamy do Polski.

Uff, dobrze że następne mistrzostwa w RPA – jak awansujemy przynajmniej pojedzie konkretna ekipa.
 

melanz

Serbia, Belgrad

Po losowaniu wydawało się oczywiste, że wyjazd na Serbie to hit wyjazdowy tych eliminacji: nieco ze blisko, to rywal wydawał się z punktu widzenia kibicowskiego bardzo interesujący. Do tego dochodził terminarz ostatniego meczu, z możliwością bezpośredniej walki o awans.
Jednak już spotkanie w Warszawie powoli weryfikowało te plany – frekwencyjna kompromitacja po polskiej stronie i zupełny brak zainteresowania Serbów. Piłkarsko też się rozstrzygnęło dla nas w sobotę, dla nich w sumie chyba też.

Emocje więc już opadły o wiele wcześniej i wyjazd przebiegał pod dyktando żartów i ostrego melanżu. Już w sobotę w Chorzowie oceniając dotychczasowe nasze dokonania w trakcie tych eliminacji, ze szczególnym uwzględnieniem szaleńczego wyjazdu na Kaukaz, robimy założenie o „idealnej” organizacji wyprawy do Belgradu.

Po wielu kłótniach i „przepychankach” ustalamy skład ekipy na 4 osobowy, program wyjazdu na samochodowy z bazą budapeszteńską. Rezerwujemy sobie kwaterkę w centrum Budapesztu za 50EUROsów u Zoltana, który zostaje później jednym z bohaterów wyprawy.

Po weekendowej zabawie w Chorzowie i odpoczynku na drugi dzień szykujemy się do wyjazdu w poniedziałek. Już rano „idealny” wyjazd staje pod znakiem zapytania, z uwagi na kontuzję nogi naszej damskiej jedynaczki w ekipie „G.” która ma poważny problem żeby zrobić parę kroków. Wizyta w aptece i dawka medycyny przeciwbólowej jakoś pomaga, choć coraz poważniej mam obawę jakim cudem dotrzemy na mecz, jak już na wstępie los płata figle.

W końcu jakoś ładujemy się do naszej prehistorycznej fury i do południa przynajmniej stolicę naszego kraju opuszczamy szczęśliwie. Druga połowa ekipy: „L.” i „R.” meldują się ze stolicy województwa świętokrzyskiego, gdzie w jedynym z mi znanym (oprócz stadionów Korony) miejscu, czyli ich galerii handlowej spokojnie na nas oczekują. Spokojnie do czasu, bo jak my zbliżamy się jakoś w miarę sprawnie do Kielc otrzymujemy info, że jeden z gagatków zapomniał paszportu co nakazuje mu powrót do swojej miejscowości. Dobrze przynajmniej że się zorientował w Galerii Kielce, a nie na granicy serbskiej. Docieramy więc już na luzie do Tesko, gdzie posilamy się i ruszamy do supermarketu w celu zaopatrzenia się w polskie piwo – do granicy słowackiej na tyle daleko, że imprezowa trójka zamierza czym prędzej rozpocząć melanż.

Po zameldowaniu się brakującego paszportu z kolejnym opóźnieniem ładujemy się do bryki i wyruszamy w kierunku Małopolski. Pomimo dobrej znajomości Kielc chęć ominięcia popołudniowych korków powoduje, że przebijamy się bocznymi uliczkami w okolicy starego stadionu Korony, co powoduje kolejne opóźnienie, bo w korek tak czy siak wpadamy.

Przed Krakowem mamy ustawkę z drugą ekipę, która planuje wyjazd dzień później, ale jest szczęśliwym posiadaczem biletów. Pojawia się problem w postaci gęstej mgły – kolejnej zarazy na tym wyjeździe – przez co nawet dotarcie do miejsca w którym byłem kilka razy powoduje kilkakrotne nawracanie i wypatrywanie. Ostatecznie docieramy na chatę do „K.” i odbieramy bilety. Rozrywkowa ekipa po dużej dawce browarów rozkminia miejscowy zwierzyniec, o ile pies zostaje zaakceptowany, o tyle z kotem raczej dominuje „kosa”. „L.” nie mogąc przeżyć kwoty jaka została wydatkowana na jego zakup goni go z szalikiem, co kot pewno zapamięta do końca swojego życia.

W każdym razie silimy się herbatką, odbieramy bilety, ustawiamy na nocleg w Budapeszcie i wreszcie w miarę sprawnie wyruszamy i bez większych problemów przemykamy przez Kraków. Po drodze jeszcze przystanek na obiadokolację w niewiadomo czemu nie ogrzewanej knajpie – ale jak na „idealnie” organizowany wyjazd nie było źle. Spore problemy na odcinku do Chyżne, gdzie mgła zdecydowanie opóźnia nasze dotarcie na granicę – z mojej strony "szacun" dla autokaru, który mnie wyprzedził i mogłem spokojnie podążać za nim przez ostatnie kilometry.

Po minięciu granicy towarzystwo uderza w „kimę”, a ja omijając zwierzęce przeszkody (jakieś sarenki sobie plasają) podążam ku granicy węgierskiej. Nawet wspinaczka na sporą górę, gdzie ośrodek Słowacy chyba saneczkowy mają, przechodzi (w odróżnieniu od drogi powrotnej) niepostrzeżenie. Krótki postój w miejscowości Zwoleń z obczajką gdzie jesteśmy i zaczynamy co raz poważniej myśleć o jakimś kimaniu przed granicą. Pomagają nam przy tym wspomnienia z filmów typu Hostel, Motel itp. W końcu jakieś 50km przed granicą w miejscu bez zasięgu i innych domostw znajdujemy idealne miejsce do akcji z podobnych filmów. Właściciel wrzuca nas do jakiegoś małego pokoju, z telewizorem gdzie lecą pornosy. Zmęczenie pierwszym dniem jednak daje znać o sobie i dopijając piwko usypiamy.

Jak ktoś doczytał do tego momentu, uprzedzam że to dopiero dzień pierwszy i to najmniej obfitujący w zdarzenia, a będą też aspekty futbolowe.

Drugi dzień rozpoczynamy od uczty w miejscowej stołówce, pomysł na śniadanie przemienia się w obiad z piwkem, może dzięki eksponującej swój biust kelnerce. Płacimy więc za poranny posiłek tyle co za cały nocleg, ale przynajmniej pełni energii wyruszamy. Poprawia się w dodatku pogoda, więc na dużym luzie uderzamy w kierunku Węgier i ślemy SMS coby Zoltan nas oczekiwał na kwaterze. Do Madziarów wkraczamy bez problemów, jazdę umilamy sobie naszym sztandarowy tematem rozmów, czyli planami utworzenia wielkiego klubu w małej świętokrzyskiej miejscowości. Mijamy granicę, docieramy do Budapesztu, gdzie bez większych problemów przejeżdżamy całe miasto lokalizując tylko za pomocą zwykłej papierowej mapy kwaterę Zoltana. Rozochoceni tym sukcesem planujemy, iż na kolejny wyjazd wyruszamy zaopatrzeni tylko i wyłącznie w podręczny globus. Rozkminka, iż Zoltan to młoda, cycata węgierka na nic się zdaje, drzwi otwiera nam facio w średnim wieku. Coś nam tłumaczy, że trzeba płacić za parkowanie, daje nam plany zwiedzania Budapesztu i tłumaczy coś tam cierpliwie po angielsku. Szybko go jednak spławiamy, rozpakowujemy się i planujemy wypad na miasto.
W eurosporcie powtórka naszego meczu z Chorzowa z Belgią, co powoduje w połączeniu z węgierskim komentarzem iż stawiamy że Zoltan jest komentatorem węgierskiego oddziału Eurosportu.
Przy wyjściu rozkminiamy sąsiadów, z których nasze zainteresowanie wzbudza szczególnie tajemniczy Laszlo – z wizytówką na drzwiach FILM. Czyżby kręcił pornole?
Nie minęło w sumie pół godziny jak miejscowe służby wlepiają na mandat pod blokiem za brak bileciku parkingowego – co biorąc pod uwagę raczej mało ekskluzywna okolicę trochę nas dziwi – to mniej więcej tak, jakby na Targówku (bez urazy dla mieszkańców) po 5 minutach straż miejska władowała mi mandat. Niewiele sobie z tego jednak robimy i uderzamy zrealizować plan zwiedzania, czyli kupno Tokaja w spożywczym i obalenie go w pobliskiej bramie z plastikowego kubka. Plan zostaje realizowany, i to kilkukrotnie, dzięki uprzejmości miejscowych sprzedawców, którzy nawet nam korkociągiem otwierają te Tokaje. Po powtórzeniu tych czynności kilkakrotnie, dzięki czemu zwiedzamy już pokaźną część budapeszteńskich bram, ładujemy się na typowo węgierskie żarcie – w chińszczyźnie prowadzonej przez gości z Szanghaju, którzy sprowadzili się na Węgry, ponoć, 10 lat temu. Gadamy sobie z Węgrami, którzy zupełnie nie kumają ani kibicowania ani piłki kopanej. Jakbym w Źródełku na Łazienkowskiej spotkał kibiców szachów to bym był równie ukontentowany tym dialogiem.
To ze przeżyliśmy ten posiłek pozostanie do końca mojego życia tajemnicą zakamarków ludzkiego żołądka. Kolejny przystanek to pub o nazwie Newada. Tam już zasiadamy na dłużej, chociażby z tego powodu że sił zaczyna brakować, a i plan zwiedzania (bram) w dużym procencie zrealizowany.
Przy okolicznym stolikach bardzo grzeczne (tylko na początku mieliśmy nadzieję że grzeSZne), w większości damskie towarzystwo. Połowa naszej ekipy rusza na dyskusje, czy też podryw, ale jak się później okazuje z miernym skutkiem, przez co knajpa otrzymuje od nas wizytówkę „lesbijskiej”. Dajemy też znać o sobie wokalnie. Jesteśmy uciszani przez lesbijskiej towarzystwo, ale niewiele sobie z tego robimy. W końcu pada hasło coby ruszyć zwiedzać – skrócę to zwiedzanie do stwierdzenia, iż po nieokreślonym okresie czasu (pewnie krótkim) znowu znajdujemy się w tej samej Newadzie.
Rekonstrukcja zdarzeń wskazuje, iż później wzięliśmy taksówkę, zgubiliśmy „G.”, taksówkarz nas gdzieś wywiózł, wróciliśmy po „G.” który sobie paliła na przystanku, rozkręciliśmy dym z taksiarzem, który chciał całą kasę, a my daliśmy mu może 20% i jakimś cudem dotarliśmy na kwaterę.
Zupełnie zapomnieliśmy, iż z kraju w tym czasie jechała nasza druga ekipa i jak się nie trudno domyślić – po dotarciu o 1 w nocy – nie była w stanie z nami się skontaktować – liczba 21 nieodebranych połączeń z lekka mnie zdołowała po obudzeniu, nie mniej jak megakac, po Tokajach i tej syfnej chińszczyźnie.

W dniu meczu jakoś dochodzimy do siebie: ja z „L.” idziemy na śniadanie i znowu lądujemy tym razem na zimnej chińszczyźnie. Zjeść się tego nie da, w dodatku na herbatę i kawę czekamy 20 minut – co kończy naszą przyjaźń z tym miejscem. Jeszcze ruszamy do kantoru, gdzie obsługuje ładna węgierka. Po powrocie na kwaterę liczba mandatów rośnie do 2. Przyjeżdża lekko wkurwiona ekipa, która przez nasze spanie musiała nocować w hotelu. Łapiemy oddech i na dwie fury wyruszamy na Belgrad.
Mały przystanek na stacji benzynowej w celu zakupu winiety na węgierską autostradę kończy się udaną akcją hool’s w postaci „promocji”. Za obiekt wybieramy sobie pojemniczek z miodem w kształcie misia, która pada naszym łupem. Droga do granicy serbskiej elegancką autostradą mija nam na kolejnych dyskusjach o budżecie, barwach i zgodach kibicowskich naszego wzorcowego klubu.

Na granicy serbskiej problemy. To żeby wziąć paszporty w końcu pamiętaliśmy, ale o zielonej karcie nikt już nie pomyślał. Koszt podróży do Belgradu w momencie rośnie nam na dwie fury o 1 tys. zł. Na szczęście „K.” na stacji benzynowej poznaje naszych wybawców. Ekipa z G. jedzie busem 8 osobowym w trójkę i zapiera naszą nieszczęśliwą szóstkę. Jeszcze tylko parkujemy gdzie pomiędzy Serbią i Węgrami, odzyskujemy nasze paszportu i ruszamy przy ostrej mgle i piwkowaniu do stolicy. Po drodze zero zabudowań, kilka naszych przystanków na potrzeby fizjologiczne w szczerym polu. W stolicy dla odmiany megakorki i podróż pod stadion zabiera nam sporo czasu, co biorąc pod uwagę brak posiłku od porannej nie zjedzonej chińszczyzny niespecjalnie nam jest na rękę. Ale i tak dziękujemy Opatrzności i nowym kolegom z G. za to że docieramy pod stadion.
Pod stadionem panuje ustrój państwa policyjnego, żeby przejść dalej – do knajpy w klubie tenisowym – musimy chować szaliki do siatki z flagą, bo „psy” w barwach nie puszczają. W końcu jednak docieramy na „szamę” i mamy siłę dalej użerać się z serbskimi debilami. Na bramce przy wejściu na stadion trzepią wybiórczo. Mnie na przykład dokładnie – rozumiem, że czepiają się flagi z napisem, ale to że zabierają drobne pieniądze jest już dla mnie zajebistym skandalem. Kupiłem bilet za 90 zł, na którym nie było nic napisane, że nie mogę drobnej kasy wnosić, a te kurwy wyrzucają mi całą zawartość portmonetki. Jebani serbscy złodzieje i tyle.
Na sektor wchodzimy na godzinę przed meczem, więc szansa na rozwieszenie flagi o długości 10,5metrów prawie zerowa, ale i tak się staramy. Serbowie nie wiadomo dlaczego zamykają bramę pomiędzy sektorami, przez co rozdzielamy się na dwie grupy. Próba przeprowadzenia „G.” do naszego sektora kończy się moją awanturą z psami. Cudem nie kończę w tym momencie swojej obecności na stadionie, a i tak wyzywam ich jeszcze z 10 minut – próbując przypomnieć sobie jakie bluzgi na nich miał Chorwat z którym kiedyś piłem w Dubrowniku.
Wymienianie ekip, które były, powiększyłoby o tyle tą relację, żeby zapchało serwer, więc wystarczy wspomnieć że byli prawie wszyscy i to ekipami konkretnymi. Doping taki sobie, ja tylko bluzgałem jak padało coś anty serbskiego („Wasze matki to Chorwatki” do teraz mi chodzi po głowie). Mecz chyba fajny: rezerwami ich przez moment jeździliśmy. Miejscowi – jak każdy widział kompromitacja – nawet jak mają kibicowsko protest, to nawet nie mają pikników? Serbia spada w naszym rankingu na dno i nic tego przez wiele lat nie zmieni.
Po meczu małe zamieszanie z uwagi na to że nas nie chcą wypuścić (dlaczego? Jak kibice gospodarzy cały dzień przesiedzieli w domach), ładujemy się do busa i wracamy. W busie rozkminiamy trochę mecz, na tyle nieudolnie że jedziemy po Kosie że był nie widoczny, a nikt nie zauważył jego zmiany n początku meczu. Ale ogólnie dominuje dołujący belgradzki klimat – kraj robi na nas jednoznacznie negatywne wrażenie. Nawet wypad Anglii tylko chwilowo wywołał radość w busie. Jeszcze przystanek na ich CPN gdzie spotykamy ekipę z Sosnowca z efektownymi czerwonymi czapkami. Chcą nam nawet podrzucić kogoś z Górnika, ale nasz bus już maksymalnie załadowany. W busie próbujemy obalić zakupioną 45% Sliwovicę, ale większość ekipy pada.

Na granicy wielkie dzięki ekipie z G. – polecamy im lekturę tej relacji – ładujemy się do naszych fur – nie pijący w dniu meczu z uwagi na wtorkowe balety „R” wsiada za kierownicę i bez większych problemów dowozi nas do Budapesztu. Parę przystanków po drodze na stacjach benzynowych bez przygód, a nawet bez „promocji” miodu.

W czwartek konturujemy zwiedzanie Budapesztu, czyli zaliczamy najpierw knajpę z węgierskim jedzeniem – tym razem naprawdę, gdzie spotykamy gościa o posturze szefa chuliganki Honvedu, a potem kontynuujemy zwiedzanie w knajpie irlandzkiej. Tam znowu spotykamy jakieś żeński zespół koszykarski, który w zamian za autografy otrzymuje od nas czerwone różyczki. Spotykamy również młode małżeństwo z Wysp Brytyjskich, które zapraszamy do nas na kwaterę Zoltana. Niestety w końcu nie docierają.
Ponownie korzystamy z miejscowej taksówki, i znowu gościu nas wiezie nie tam gdzie chcemy. Kolejna awantura z nim o kasę, chce nas nawet wieźć na komendę, ale w końcu rozchodzi się po kościach.

W piątek bierzemy się w garść i faktycznie zwiedzamy: tą ich górę i parlament. Obiad tym razem w Burger Kingu, gdzie mają trzy telewizory i oglądamy równolegle mecz Węgrów, nasz i zlewamy z pierwszej bramki dla Chorwatów. Wracamy na chatę – liczba mandatów 4 – ponieważ już lekko wymiękamy: pakowanko i wyruszamy w drogę powrotną. Jeszcze zakupy i wydaje się ze koniec wyjazdu, ale na przedmieściach Budapesztu widzimy jakieś wzmożone poruszenie. Szybko wyczajmy stadion i mecz. Pomimo protestów „G.” od razu ruszamy. Najpierw problem z kasą bo mamy tylko EURO i kartę. Na stacji benzynowej wymieniamy EURO na forinty, ale znowu nam biletów nie chcą sprzedaż, a dogadać się z nimi po angielsku nie idzie. W końcu ratuje nas jakiś gościu z DHL, który daje nam sponsorskie bilety. I tym sposobem wchodzimy w 60 minucie na ligowy mecz czwartej z trzecią drużyny ligi węgierskiej. Stadion gospodarzy – Ujpesztu całkiem fajny, mecz na jak to mów „L.” pełniej żyle, gospodarze w 92 minucie wyrównują na 1:1 – nasza radość większa niż po bramce Murawskiego. Ujpeszt ma wielką tradycję: powstał w 1885, grał z dwoma polskimi klubami, dwukrotny mistrz Węgier. Ale jesteśmy zadowoleni że tak nam się przypadkiem trafiło.

Powrót już bez historii – poza przystankiem urodzinowym na tej górze saneczkowej na Słowacji, gdzie obalamy szampana. Pewno jaka ostatnia z ekip wracamy do kraju. Jeszcze krótka wizyta w Krakowie, nocleg w świętokrzyskim i od soboty dochodzenie do siebie. Tak wyglądał – w „telegraficznym skrócie” – wzorcowy wyjazd ELEURO 2008.

Budapeszt

Azerbejdzan, Baku / Armenia, Erewań

z Tbilisi przyjechalismy 600 km taksowka !!! za 170 dolarow na cala trojke, takze jak ktos bedzie jechal z Baku do Erewania przez Tbilisi to nie ma problemu

dzis lazilismy po tym Baku, ladn ale strasznie wielkie miasto
bilety na mecz mozna kupic od konikow za 2 dolary (to i tak podwojna przebitka, bo cena na bilecie to 1 dolar)

 

1. Azerowie dobrze w 1polowie, ale skompromitowali sie opuszczaniem stadionu w 80minucie. Azerowie troche agresywni pod koniec meczu - rzucanie butelkami z woda. Ormanie slabo na poczatku meczu, ale rewelacyjnie w 2polowie i po meczu. W obu przypadkach trybuny dziwnie zapelnialy sie (w Erewaniu w przerwie), mysle ze wpuszczali ludzi za darmo. W mojej ocenie miejscowi kibice na plus, poza opisanymi sprawami.
2. W Baku zdziwienie, w Erewaniu opad szczeny po ryku miejscowych.
3. w Baku u konikow po 2 dolary, w Erewaniu w kasach po 9 USD. W obu przypadkach bez problemow.
4. W transporcie probowalismy wszystkiego: taksy, busy (marszrutki), pociag. Ogolnie bez problemow, podroze sprzyjaly zawieraniu znajomosci, a nasza wyprawa pociagowa z Baku i marszrutkowa z Tbilisi wymagala by osobnych relacji.
5. Na stadion taksowki,metro, albo pieszo, oba stadiony blisko centrum
6. Jak sie czlowiek na znak protestu przeciwko komunie w mlodosci nie uczyl ruskiego to musial nadrabiac na migi, ale ogolnie nie bylo zle. Angielski sporadycznie, nawet w dobrych knajpach byly problemy
7. W hotelach bardzo pozytywne, ale to dzieki perfekcyjnej organizacji naszych kompanow. My mielismy problemy w Baku w prywatnej kwaterze, ale to tez temat na osobna relacje
8. Zdjec bylo duzo, wiekszosc nie do publikacji ;-)
9. Dla mnie Armenia rewelacyjna, Baku miasto inwestycji i problemow z mulzumanskimi zwyczajami, Tbilisi miasto ulew
 

Kaukaz

Please reload