Marek Majewski i przyjaciele

September 27, 2017

Comiesięczna impreza kabaretowa odbywająca się w Domu Kultury na Łowickiej.

Gosia mnie na to wyciągnęła, bo akurat jej znajomi nie mogli. Wiedząc co mnie czeka - bardzo się poświęciłem. Raz że nie lubię jakoś tego miejsca (wąskie uliczki i problem z parkowaniem), dwa że cała zabawa ma mocny podtekst polityczny, a konkretnie antyprawicowy (czy też obecnie antyrządowy). Z mojej perspektywy wygląda to spotkanie sekty, która chce śmiechem się pocieszyć, że jeszcze wrócą stare czasy.

Zaparkować się udało, chociaż gorzej było z trafieniem na miejsce – ten dziwny układ uliczek. Na miejscu spory tłumek osób, oficjalnie miało się zacząć o 19.30, ale jeszcze pogaduszki i start około po 20.00. Niska sala, ale dobrze zaaranżowana, każdy ma przed sobą mały stoliczek, gdzie może sobie położyć zakupioną w kawiarni kawkę. Na sali znane osobistości: opozycyjny poseł, specjalista lotniczy, profesor literatury – trochę dziwi że taka elita gustuje w poczuciu humory tego poziomu.

Na scenę wpadł prowadzący, w butach na koturnie – zastanawiałem się ile razy będą śmichy chichy ze wzrostu prezesa. Zaczął od narzekania na brak sponsorów – to chyba spowodowało wzrost cen biletów (nie wiem, bo zdesperowana Gosia fundowała), ale za to pocieszał się lepszą frekwencją niż na opolskim kabaretonie znienawidzonego w tych kręgach Jana Pietrzaka.

Pierwsza moja kontestacja z tego wydarzenia to średnia wieku, chyba wyższa nawet niż na wakacyjnym ArtParku. Niewykluczone, że byłem najmłodszym uczestnikiem wśród publiczności. Bo na scenie zagościły dwie młode i ładne panie.

Zaczęło się jednak od barda. Zamiast o poezji było jednak o polityce. Najpierw ballada o przetrzymaniu ze  słusznym wnioskiem, ze ciągle musimy przeczekiwać a życie mija. Według autora najpierw trzeba było przeczekać zabory, potem wojnę, następnie komunę, a teraz dyktaturę „zer”. Biorąc pod uwagę moją prognozę dziewięciu kadencji dla PIS – nawet im trochę współczuje. Następnie była piosenka o „zerach” jakimi są Misiewicze, czyli jak widać dalej te kręgi żyją w takim wyobrażeniu (fajny tweet krąży jak to Misiewicze w spółkach skarbu państwa zarobili trzy razy więcej niż ponadpartyjni fachowcy z poprzedniej ekipy). Kolejny utwór o upadku poezji, jak rozumiem również w efekcie „dobrejzmiany”. Ta piosenka miała swoją odpowiedź, bo na scenę została przez M. Majewskiego poproszona profesor literatury, która zaśpiewała o tym że poezja się nie wyprowadza bo ma tutaj stały meldunek. Kolejną cegiełkę dołożył sam Majewski piosenką o nieszczęśliwych poetach, którzy zadowoleni są dopiero gdy cierpią za miliony. I tym faza poetycka została zakończona. Można było skupić się wyłącznie na politycznej.

 

Po kolejnych wynurzeniach gospodarza na scenie pojawiła się młoda youtuberka z Wrocławia, która przekroczyła wszelkie granice. Nawet Gosia po występie przyznała, że to było „słabe”. Młoda dziewczyna, całkiem ładna, ale nie obyta ze sceną (po występie było słychać jej komentarze zza kulis, bo zapomniała o przypiętym mikrofonie). Dziewucha ma wybitny kompleks Jarosława, przyniosła nawet ze sobą jego lalka, oczywiście niskich rozmiarów. Poziom żartu – nie skomentuje. Na plus jedynie jakość wykonania kukły i sposób podrabiania głosu NadPrezesa.

Gdyby już myślałem, że będę miał duży problem żeby wysiedzieć na tej żenadzie do końca niespodziewanie polityka się kończyła. Wyszło bowiem kolejna ładna dziewczyna, ale tym razem gustownie ubrana w ładną minispódniczkę. I zaczęła śpiewać kobiece przeboje z ubiegłego stulecia typu „Babę zesłał Bóg”. Śpiewała ładnie, widać też było obycie sceniczne – co wyróżniało ją od poprzedniczki. Na zakończenie pierwszej części jeszcze akcent polityczny, czyli wszyscy wykonawcy zaśpiewali o San Escobar (Waszczu! Pozdro), oczywiście na scenie po raz kolejny pojawiła się kukła Jarosława. Majewski uprzedził, że w drugiej części będzie kabaret Otto.

Przerwa na siku i zakupy w kawiarni, tudzież krótką pogawędkę i rozkminienie kiedy Makowski odszedł z OTTO.

Wyszło OTTO i pozamiatało. Widać niesamowite doświadczenie, inwencje, pomysły, zgranie i to co wyróżniało ich od zawsze – genialne poczucie humoru. Nagle polityczny sabat straceńców zamienił się w znakomity wieczór kabaretowy. Oczywiście OTTO też nie uniknęło momentów politycznych, ogranych (niemożliwe do wypowiedzenia zdanie po pijaku) i niesmacznych (problemy seksualne), ale z klasem to zakrywali rewelacyjnym przygotowaniem. Chapeau, Béa!

Dzięki OTTO niespodziewanie wieczór można uznać za udany. Powrót do auta, i w domu przed północą.

Please reload