1000 DEN: Youtube Party, spektakl improwizowany

Jak umyć dziewicę

1 kwietnia, prima aprilis, kilka godzin po zwolnieniu Sa Pinto z funkcji trenera Legii (niestety nie przyszedł, może poszedł pić za darmo do Bar Ulubiona). Bilety bardzo tanie jak na ostatnie standardy Klubu Komediowego, bo 15 zł. Ludzi jak na poniedziałek godz. 21.00 – całkiem sporo, na pewno ponad 50. 

Rozgrzewki – dwie najgorsze z możliwych, czyli szałas-hałas, oraz masaż. 

Forma i pomysł bardzo ciekawy. Publiczność podaje jako inspiracje nazwę kanały na youtube, wybór filmiku, krótki fragment (najczęściej zbyt krótki) i improwizacja.

Publiczność była w dobrej formie i rzucała bardzo ciekawe kanały: od dziecinnego (Pan Śmietanka) poprzez „w szpilkach za kierownicą”, „wielkie konflikty” (wybrano Bóg kontra Szatan), „jak umyć dziewicę” Lorda Kruszwila, po gejowski. Pomysły improwizatorskie przeciętne (ktoś tutaj nie lubi 1000 DEN):

  • rozmowa bocianów

  • wizyta w escape roomie z rapem i tańczeniem

  • spotkanie przy kawie (właśnie ze śmietanką)

  • kłótnia w ZUSie.

Najciekawiej chyba wypadł kanał jeden z dziewczyny z publiczności Ola Bovska, która opowiadała o sobie (rzucenie studiów, zerwanie z chłopakiem, przeprowadzka z Katowic do Warszawy)w koszulce BatGril, co zainspirowało do odegranie scenki o synu rodziców udających superbohaterów. 

Półtora godzinny spektakl, z krótką przerwą. Co prawda można było odnieść wrażenie, że najlepiej bawili się sami improwizatorzy, ale to dobrze, że się bawią swoją zajawką.

Miłym akcentem było zaproszeniem wszystkich autorów inspiracji na scenę.

Dubbingi niszczą Porucznika Borewicza

Zegarek analogowy

Kultowy polski serial kryminalny, z niezapomnianą rolą Bronisława Cieślaka i łysego Piotra Fronczewskiego. Szokujące zbrodnie i iście bondowski, także ze względu na podejście do kobiet, styl polskiego milicjanta. Można było co prawda mieć obawy, że wykonawcy doskonale znają serial, jednak nie było to zauważalne – może jednak są już z młodszego pokolenia.

 

Prowadził, jak zwykle przy dubbingach, Michał Suffin ze swoimi sucharami, ale także zdolnością do wychwytywania najlepszych tekstów z „przebiegu”. Tym razem kobiece i niestety mało liczne, bo trzyosobowe grono wykonawców: Nora, Weronika i Kinga. To zdecydowanie za mało ludzi jak na dubbing, bo potrzebne są dłuższe oddechy, przy tak wyczerpującym zadaniu.

 

Przebojem wieczoru była oczywiście Kinga i jej pomysł na analogowy zegarek. Karolina udanie nawiązała natomiast do współczesnych sieci dyskontowych: jedna z pań Biedronka próbowała nawet wskrzeszać umarłego. Z inspiracji ciekawa była „podróż do Łodzi”, słabo wykorzystany „noktowizor”, oraz episkopat i stomatolog – które przypadły na scenę z pociągiem i drezyną.

 

Ze względu na skąpe stroje aktorek nie mogło zabraknąć akcentów seksualnych, a umożliwiły je takie inspiracje jak „rozwód”, „przygoda w Tajlandii”. Pełna golizny scena na motorówce (Yamaha) idealnie tutaj pasowała.

 

Dwuczęściowy spektakl cierpiał trochę na mało licznej obsadzie, jednak po raz kolejny się potwierdziło że kobiety w dubbingach (i nie tylko) są lepsze. U facetów zapewne byłby stok przekleństw.

Urodzinowa Tania Rewia pt.: "Pięciolatka"

5 Urodziny Klubu Komediowego

Wielkie święto w Klubie Komediowym. To już pięć lat, tej skazywanej przez wielu sceptyków na niepowodzenie inicjatywy.

Jako jedyny portal regularnie opisujący spektakle w piwnicy przy Nowowiejskiej mamy szczególną satysfakcję, że obserwujemy rozwój tego miejsca i zapał ludzi.

Klub Komediowy otwiera się na szersze kręgi, wychodzi poza zwyczajową improwizację, organizowane są tutaj coraz lepsze spektakle teatralne, przychodzą ciekawi goście, a nawet pojawiła się wzmianka o KK w wystąpieniu sejmowym. Jeżeli ktoś dalej traktuje to miejsce teatralne na warszawskiej mapie niepoważnie, to sam jest niepoważny.

 

Urodziny były huczne. Komplet publiczności. Trzygodzinny spektakl. Najlepsze kawałki z ostatnich przedstawień. Świetne aktorstwo. Dobra zabawa. Znamienici goście. A przede wszystkich charakterystyczna dla klubu atmosfera, żywy kontakt z publicznością. A na deser odśpiewane „sto lat” i tort z pączków, bo akurat urodziny przypadły w Tłusty Czwartek.

 

Prowadził oczywiście jak przystało na gospodarza Michał Sufin. W pierwszej części swoje żarty opowiadał Bartosz Młynarski. Sporo było fragmentów z „Fabularnego przewodnika”. Znakomity monolog dla antyszczepionkowców. Pojawiła się w wersji dialogowo-piosenkarskiej Katarzyna Kołeczek (znana jako Modna Pani – z jednego z bardziej popularnego spektaklu KK). Wszystkich rozgrzała do białości Kinga Kosik-Burzyńska jako Tina Turner – w znakomitym stroju i świetnym wykonaniu.

 

Po przerwie wystąpił gość specjalny – legendarny bard Jacek Kleyff. Kinga wystąpiła tym razem z monologiem syrenki warszawskiej wyraźnie skonfliktowanej z NIKE, w atrakcyjnym stroju – piersi okrywała jedynie czerń smogu. Pojawił się ciekawy motyw bazarowego handlu twórczością literacką. A także trud składania mebli na podstawie instrukcji oraz oświadczyny w dziale księgowości. Wydarzeniem jednak był kilkunastominutowy monolog Matyldy Damięckiej z amerykańskim akcentem jako doradca „jak być kochanką”. Na koniec jeszcze piosenka, także w wykonaniu Matyldy, z internetowym tłumaczeniem tekstu „last christmas”.

 

Prawie trzygodzinny spektakl, a jak można domniemać zabawa jeszcze trwała dłużej. To był wieczór godny takiego jubileuszu – w końcu w trudnych warszawskich warunkach przetrwać z takim produktem pięć lat i zwiększać zainteresowanie jest ogromnym sukcesem. STO LAT!

 

Zdjęcie: Marta Ankiersztejn_Fotografia

Kocham Bałtyk

Furiosa Agnieszki Przepiórskiej

Monodram Agnieszki Przepiórskiej inaugurujący jej projekt własnego teatru - Furiosa. Gościnnie w Klubie Komediowym, z tekstem Zośki Papużanki.

Bohaterka przyjeżdża nad polski Bałtyk z dzieciakami. Wakacje zorganizowane przez męża, który jednak ze względów służbowych ma dopiero dojechać. Kobieta jeździła nad polskie morze od dzieciństwa, ma nawet traumatyczne wspomnienie z przebierania mokrych majtek pod parawanem z ręcznika trzymanego przez matkę. Jej monolog to komentarz do współczesnego obrazu turystów nadmorskich i wspomnienia z przeszłości.

Monodram ma humorystyczno-groteskowy podtekst, jednak zawiera teksty bardzo krytyczne do zachowań społecznych. Krytykuje otyłość, obżarstwo, bezstresowe wychowanie dzieci. Także wspomnienia bohaterki mają negatywny wydźwięk, w sposób jawny oskarżający matkę i jej wychowanie. W efekcie bohaterka jest zmęczona życiem, niespełniona w małżeństwie, nie czerpiąca satysfakcji z macierzyństwa.

 

Przepiórska to mistrzyni monodramu, wielokrotnie to udowodniła. I także tutaj wyciąga z tekstu jak najwięcej. Dobrze się czuje na małej scenie piwnicy przy Nowowiejskiej wykorzystując liczne rekwizyty (wózek, krokodyle, piłkę, krzesełko), co ożywia spektakl. Jednak sam tekst na zbyt wiele nie pozwala: brakuje większej empatii, błyskotliwszego poczucia humoru, a przede wszystkim wyraźniejszej puenty.

 

Znawcy poprzednich monodramów Przepiórskiej mogą być więc trochę rozczarowani, ale za to Klub Komediowy pozyskał kolejne przedstawienie rozszerzając swoją działalność co raz bardziej poza standardowe w tym miejscu improwizacje.

Totalnie jaram się czymśtam, czyli historie spod Planu

Po północy

Sobota, godzina 23.45. De facto spektakl zresztą i tak rozpoczyna się po północy. Czy może być lepsza pora na improwizację? Rzecz jasna - nie może.

Ludzi sporo, ale do kompletu trochę brakuje. Bilety więc dostępne także dla tych mniej zapobiegliwych, albo takich co akurat przechodzili obok z jakiegoś melanżu. Chociaż raczej towarzystwo w miarę trzeźwe. Ceny 25-30 zł. Odkąd uczciwie płacimy, a nie sępimy na akredytacje zaczynamy mieć poczucie, ze odrobinę za drogie. Ale jak to mówi szef Michał Sufin: czynsz nie jest tani …

 

Piątka improwizatorów. Wieczór prowadzi Karolina Kosik Burzyńska. Jest również Weronika Nockowska oraz znany z dubbingowania Hubert Skrzyński. Na początek dwie rozgrzewki integracyjne: łapanie za palec i masaż. Te nadużywane formy rozpoczęcia zabawy nabieraj zupełnie innego wymiaru gdy obok siedzi długowłosa blondynka … Na deser jeszcze dwie nowsze rozgrzewki, pierwsza z pytaniem i odpowiadaniem rzędami („a kto tutaj przyszedł? – a my!”) oraz z zamykaniem oczu. I można rozpoczynać.

 

Spektakl nawiązywał nie tylko tytułem, ale również treścią do lokalizacji jakże bliskiej od piwnicy Klubu Komediowego. Stanowiły go krótkie scenki do inspiracji podawanej, przez dość senną już publiczność. Do każdej inspiracji zagrano dwie, czy to powiązane, czy nie – ze sobą, przebiegi.

 

1). Zakopcie go gdzie indziej

Oryginalna inspiracja, ale z braku innej została przyjęta. Scenkę stanowił wieczór kawalerski panów z Łomży. Bramkarz początkowo ich wyganiał, ale jak się okazało że jest krajanem nawiązał ciekawy dialog. Przyszły pan młody z organizacji wieczoru był niezadowolony, szczególnie gdy narzeczona chwaliła się imprezą na statku. Tymczasem na ławeczce w rozmowie dwóch dziewcząt, jedna skarży się na inwektywę jakoby była jak stara jak zdechły pies. Jest wieczór sylwestrowy, wiec rozwiązaniem może byś zapisanie tego problemu na papierze toaletowym i spuszczenie wody. Tyle, że w okolicy przechadza się chłopak z pieskiem, który łasi się do dziewczyny.

 

2). Dresiarz wiolonczelista-fizyk

Kolejnym zadaniem dla publiczności było wskazanie postaci nietypowej dla towarzystwa z Planu B. Znowu z braku laku wybrano jedyny tekst jaki padł, czyli „dresiarz”. Ale uzupełniono go faktem bycia fizykiem i zamiłowania do gry na wiolonczeli. O ile tę druga cechę udało się wykorzystać, o tyle pierwsza raczej nie. Dresiarz udzielał lekcji swojemu koledze jak trzymać wiolonczelę, aby ten mógł zagrać na chrzcinach. I tam właśnie przeniosła się akcja drugiej scenki.

 

Zrobiło się już blisko pierwszej w nocy, ale i tak organizatorzy zarządzili krótką, czyli taką która rozrasta się do 15 minut przerwę.

 

3). Mycie zębów pod Planem B

Co prawda aktywność publiczności po przerwie, a była już 1 w nocy, wzrosła w niewielkim stopniu, jednak padła najlepiej wykorzystana inspiracja na nietypową czynność – jakby w ramach skojarzenia z wymiotowaniem padło mycie zębów. Wykorzystano to do scenki, w którym narzeczona tuż przed ślubem przenosi się pod Plan B, gdzie zbyt często przebywa jej narzeczony. Pomysł aby przeprowadzić się do zadymionego klubu nabiera sensu, gdy dowiadujemy się o ciasnej kawalerce na Białołęce. Scenka uzupełniona jest o przyjazd matki i postać sprzątającego ciecia.

A tym czasem na ławce tuż obok spowiada przeklinający ksiądz, co jest nowym pomysłem kurii. Dowiadujemy się o jego porzuconej dziewczynie, oraz zwyczajach kardynałach, przyjmującego spowiedź podczas porannej toalety – również myje żeby. Dochodzi nawet do randki z tindera.

 

4). Krzywe nogi to styl życia

Kinga trochę wzięła do siebie te inspirację, ale udało się zagrać pod względem słowotwórstwa najlepszy przebieg wieczoru, a bardziej już nocy. Krzywe nogi były porównywane do łuku, u chłopaka o imieniu Łukasz, oraz do kształtu obu Ameryka. Pomiędzy nimi postała Panama, a bohaterka był również na Kubie. Ze względu na porę, nic dziwnego, że zaczął dominować podtekst erotyczny. Scenka miała charakter malarski i była związana z tworzeniem obrazu.

 

5). Kolekcjoner znaczków pocztowych

Na ostatnią inspirację ożywiła się pani z pierwszego względu, której należy się szacunek bo przesiedziała ze swoim chłopakiem spektakl pomimo gorączki. To się nazywa poświęcenie.

Przy okazji powstała świetna scenka rodzajowa zlokalizowana w toalecie.

 

Spektakl zakończył się o w pół drugiej i raczej tylko najbardziej zdeterminowani uczestnicy udali się jeszcze do Planu B, aby zobaczyć czy przypadkiem coś z wizji (lekko chorych) improwizatorów nie wydarza się w realu.

Pijane impro

Piątek, 28 grudnia 2018

Oczywiście nadkomplet – tytuł spektaklu przyciąga. Nastrój przedsylwestrowy – również. Obok sceny rozstawiono jednorazowe kieliszki i w pudełkach z lodem - liczne trunki wyskokowe.

 

Spektakl prowadzi Michał Sufin, który w swoim stylu rozpoczyna zabawę. Zarzeka się, że nie będzie żadnego oszukiwania, aktorzy faktycznie doprowadzą się do stanu odurzenia alkoholowego, co będzie skutkowało obniżeniem poziomu improwizacji. Smaczku dodaje fakt, że Klub Komediowy nie ma licencji na mocne alkoholowe, więc wykonawcy będą jedynymi na sali spożywającymi trunki wyskokowe.

Skład wykonawców bardziej kobiecy: cztery panie plus dwóch panów. Konwencja jest następująca: publiczność podaje inspiracje, ochotnik opowiada jakąś ciekawą historię ze swojego życia, po czym następuje toast i krótkie scenki improwizowane nawiązujące do inspiracji oraz opowiedzianej historii.

Katakumby

Karolina Norkiewicz opowiedziała o swojej przygodzie w Paryżu, gdy wieczorem wypiła zbyt dużo wina i zaspała na samolot, dzięki czemu finalnie otrzymała rekompensatę od linii lotniczej.

Improwizatorzy odtworzyli paryskie mieszkanie, gdzie snobistyczni gospodarze gromadzą zasoby majonezu. A następnie na lotnisko dochodzi do oskarżenia o posiadanie narkotyków oraz martwy pies odegrany przez jedną z dziewczyn.

Fuga

Osobista opowieść o ojcu, który nigdy nie mógł zakończyć rozpoczętego remontu.

Plankton

Kinga Kosik opowiedziała o swoim pobycie w Quebec.

 

Przerwa się przedłużała i na drugą część improwizatorzy wyszli w jeszcze lepszych nastrojach.

Wrzeciono

Ta nazwa skojarzyła się z warszawską dzielnicą i jednym z liceów do których uczęszczał aktor Klubu Komediowego.

Pomimo już mocnego wstawienia aktorzy odegrali najlepszą tego wieczora scenkę z oblężeniem pierwszego liceum dla dziewic, oraz zdrada nauczyciela WOSu.

Buława

Historia o figurce Świętego Jerzego.

Ciągoty

Mocno już wstawiona Weronika Nockowska opowiada o pocałunku ze swoim narzeczonym, na którym zostali przyłapani przez mamusię. Do tego mocna, chociaż uzasadniona pogarszającym się stanem ducha aktorów, scenka z wieczorem panieńskim i stripteaserem na OIOMie.

Grzyb

Kinga Kosik na ostatnią inspirację radośnie obwieściła, że ona ma grzyba.

 

Spektakl zakończył się o pierwszej w nocy, chociaż ochotnicy jeszcze zostali.

Musical Improwizowany

Czwartek, 27 grudnia 2018

Okres międzyświąteczny to prawdziwe oblężenie warszawskich przybytków kultury. Także Klub Komediowy zbiera żniwa. Na improwizowany musical piwnica przy Nowowiejskiej zapełniła się do ostatniego miejsca. Co ciekawe bardzo wiele osób zadeklarowało, że jest na tego typu spektaklu po raz pierwszy. Można było również zauważyć osoby starsze – co rzadkie w KK (może rodziny aktorów?).

 

Cały dochód ze spektaklu został przeznaczony dla 6-letniej chorej Kai, która leczy się w drogiej klinice w Niemczech. Zawsze jakiś dodatkowy grosz wpadł, oby przyczynił się do tego że Kaja wyzdrowieje.

 

Zespół aktorski w liczbie 7 osób: bardzo sfeminizowany, bo tylko jeden mężczyzna. Ale to w przypadku musicalu pozytywny zestaw – umiejętności wokalne pań są zazwyczaj lepsze niż panów. Inwencja twórcza też. Poza tym w improwizacji to zupełnie nie przeszkadza w przedstawianiu osób odmiennej płci. I tym razem męski rodzinek odgrywał także rolę kobiecą.

 

Nie mogło się (niestety) obejść bez rozgrzewek. Najgorszych z możliwych, czyli szałas-hałas, masaż (podobno niektórzy przychodzą tylko na to) i łapanie palców. Ale publiczność rozruszało, a wykonawcy bawili się doskonale.

 

Przyszedł czas na inspirację, czyli wybór przez publiczność tytułu musicalu. Pierwsza próba była nieudana, bo padł żartem jeden z poprzednich (bodajże „depresja w galarecie”). Druga próba została wygrana przez widza metoda „na przeczekanie”: po harmidrze przez salę przeszło: „smutek kolejarza” i nie było innego wyjścia niż zagrać takowy, premierowy i zarazem ostatni, jak to w improwizacjach, musical.

 

Z uwagi na trzeci dzień świąt nie mogło zabraknąć akcentów świątecznych, czyli: powrót ze słoikami, wspomnienie wizyty u rodziny narzeczowego, czekanie sióstr (jedna niezadowolona z prezentów) na zimnym dworcu na opóźniony pociąg. Motywem przewodnim stał się zakochany Maurycy, który wraz z bezdomnym podróżował na wagonie towarowym pełnym węgla. Jego ukochana (ona właśnie została odegrana przez mężczyznę) – córka kolejarza z Pendolino musiała wyjechać z ojcem do Włoch. Ten kraj także przewijał się kilkakrotnie – raz nawet w niezwykle dowcipnej wstawce w tym języku.

 

O ile wokalnie było przeciętnie, o tyle choreograficznie dziewczyny wykazały się inwencją, momentami nawet odważną. Publiczność wychodziła na typowo bożonarodzeniowy deszcz wyraźnie usatysfakcjonowana.

Maraton „Drunk History”

Wtorek, 27 listopada 2018, godz. 22.30

Wtorek godz. 22.30. Szacunek dla dość licznej publiczności. A ostatni widzowie wytrwali aż do w pół do drugiej w nocy!

Spektakl telewizyjno-komediowy. Po krótkim wstępie wyświetlane były programy Comedy Central cyklu „Drunk History”, których ideą jest: upić znanego aktora, albo celebrytę, który będzie opowiadał o konkretnym wydarzeniu, raz ważniejszym, raz epizodycznym, z polskiej historii. Opowiadana historia jest inscenizowana przez aktorów – a wiec całkiem poważna produkcja.

Efekt jest zabawny, ale także pouczający, pod taką żartobliwą „przykrywką” można dowiedzieć się wiele ciekawego dowiedzieć o naszej historii i kluczowych, ale także często zapomnianych postaciach.

W odcinkach zaprezentowanych podczas Maratonu przewijały się następujące historie:

  • Mieszko I – list do Czechów, przyjazd Dobrawy, chrzest

  • Świętosława – miłosne wybory córki Mieszka I

  • Królowa Bona – zaloty i dieta Zygmunta Starego

  • romans Napoleona z Panią Walewską

  • Maria Skłodowska-Curie: wynalazki, walka o uznanie jako kobiety-naukowca, nagrody Nobla

  • odzyskanie Niepodległości – miłostki Paderewskiego w kontekście jego żony i tajne (zabawne) spotkanie z Piłsudskim i Dmowskim

  • złamanie szyfru Enigma przez poznańskich matematyków

  • dzieje niedźwiedzia Wojtka w armii Andersa

  • wybór Hermaszewskiego do programu kosmicznego – świetne dialogi Gierka i Jaruzelskiego

  • produkcja filmów w hotelu Victoria w latach 70-tych PRL

  • Baksik i Gąsiorowski – historia oscylatora ekonomicznego i spółki ART-B

Wśród upitych narratorów: Ewa Kasprzyk, Marcin Bosak, Ryszard Kalisz, Popek, a także aktorzy kojarzeni z Klubem Komediowym: Karolina Norkiewicz i Kinga Kosik-Burzyńska.

Różnorodne również były rodzaje alkoholu serwowane narratorom: od wina i szampana (ale w dużych ilościach), po wódkę w drinkach i whisky. Szacunek należy się również aktorom, którzy musieli „grać” pod pijacki bełkot. Pomysł na program przyszedł z Zachodu, ale u nas, jak nigdzie indziej idealnie pasuje.

Widownia Klubu Komediowego szczelnie się zapełniła (wjazd za darmo), w dużej mierze osobami, które brały udział przy produkcji. Program prowadził reżyser serii Jan Macierewicz (dobre nazwisko) i Karolina Norkiewicz. Wszyscy mieli dobrą zabawę, chociaż można było zacząć trochę wcześniej – bo jednak wrócić do domu w środę o 2 w nocy z perspektywą kolejnego dnia pracy – to niezbyt mądry pomysł. Ale warto było zostać do końca, bo w finale pokazano jeszcze odcinek specjalny, ukazujący kulisy realizacji programu – wszyscy poza "narratorami" byli trzeźwi. Nie było więc łatwo.

Arnold S. ̶N̶i̶e̶ podglądaj - spektakl improwizowany

Poniedziałek, 26 listopada 2018

Poniedziałek godzina 21.00. Termin chyba tylko dla maniaków spektakli improwizowanych … zamiast odpocząć po pierwszym w tygodniu dniu pracy, zagrzać się w ciepłym mieszkanku – wizyta w piwnicy Klubu Komediowego. Zdecydowało się na nią około 40 osób – publiczność więc kameralna, jednak wystarczająca do dobrej zabawy (co prawda bywały spektakle improwizowane na 5 osób – i też się udawało, ale jednak było sztywno).

 

Bilet wstępu 15 zł – czyli cena atrakcyjna, aczkolwiek konstatacja że kilkuosobowy zespół zgarnia ledwie 650 zł za wieczór, każe wątpić w dobry interes tego rodzaju działalności. Improwizatorzy jednak robią to chyba głównie dla dobrej zabawy i możliwości podszkolenia warsztatu.

Grupa Arnold S. – jedna z wielu, jednak już charakterystyczna i wyróżniająca się swoim stylem. Ma swoje silniejsze punkty, które równoważą ewentualną monotonię (ileż można mieć pomysłów na te improwizacje?).

 

Rozgrzewka. Tutaj pierwszy plus. Nie było ani „szałas-hałas”, ani „masowania”. Była „wyobraźnia miejsca i osoby”, a na druga nóżkę rymowanie-jodłowanie do inspiracji publiczności: „noga” i „sowa” – zabawa stosunkowo trudna dla artystów i w sumie męcząca dla widzów (przede wszystkim na prawie minutę trzeba odłożyć piwo – co jest wyzwaniem przed spektaklem improwizowanym).

 

Jak już się towarzystwo rozgrzało (a aktorzy zawstydzili brakiem umiejętności tworzenia rymów częstochowskich), czas na kluczowy test – wymyślenie inspiracji. Miało nią być miejsce z dużą ilością pomieszczeń. Padło „kostnica” – ciekawe, nie przeszło. Przeszedł „akademik”, czyli miejsce znane wszystkim (no prawie), stosunkowo łatwe, zresztą improwizatorzy od razu przyznali, że byli w takowym - ostatnio.

  • Rozpoczęło się na recepcji, gdzie odbyła się standardowa (jak ktoś nie wie, kiedyś były jednopłciowe akademiki z zakazem wstępu płci przeciwnej) próba przemknięcia pod kontuarem Pani Cieć. Na szacunek zasługuje poświęcenie dziewczyny – na szczęście miała trwałe rajstopy.

  • Przenosiny do pokoju 202, gdzie królują gry komputerowe – ten wątek bardzo ciekawie się rozrósł, bo pojawiła się nawet twórczyni gier, a użytkownicy wpadli w czeluść internetu.

  • Przenosiny do pokoju niemowlaków, gdzie ujawnia się stary jak świat studencki problem, gdy często już podczas nauki pojawia się, zazwyczaj nieoczekiwana, ciąża. Ten pokój trochę słabiej wykorzystany.

  • Świetlica z telewizorem (widać pewien brak konsekwencji dziejowej – z jednej strony stare czasy wspólnej telewizji, z drugiej współczesne Internetu – ale to szczegół nie do wychwycenia dla widza po piwku) – wszyscy oglądają kultowy „Konwój”, ale jedna dziewczyna chce Sznuka i „1z10” – ta mania prowadzi ją do psychologa. Ostatecznie wszyscy złapią wabika – zaistnieje nawet ryzyko, że do udziału w zainspirowanym teleturnieju zostaną włączeni widzowie z pierwszego rzędu (pamiętaj: na improwizacji siadaj z tyłu!).

  • Akcja wraca kilkakrotnie na recepcję, gdzie rysuje się romans Cieciowej z jednym ze studentów. Całym akademikiem trzęsie jednak Zarządca, który niczym król na dworze przyjmuje kolejne delegacje i spełnia prośby o godzinę ciszy nocnej, czy szybszy Internet.

  • Świetnie wypada pokój do nauki – bo jest ... pusty.

  • Trochę mniej pomysłów było na palarnie.

  • Do jednego ze studentów przyjechała matka, jak można się było spodziewać nie był do końca zadowolony, szczególnie że pojawiła się także babka.

  • Jednym z najciekawszych miejsc okazała się jednak kaplica, w której upalony ksiądz musiał oddać obowiązek odprawienia mszy, z koniecznym wygłoszeniem listu do kolokwian (najlepszy neologizm spektaklu).

  • Pojawił się jeszcze 39-letni sprzedawca podróbek kosmetyków i uczestnicy kółka literackiego – to słabsze motywy.

Podsumowując - najprostsza chyba z możliwych inspiracja, ale w pełni wykorzystana. Arnold zdał egzamin.

 

Krótka przerwa, tak żeby wyrobić się do domu na 23 i zaczynamy drugą część. Tym razem inspiracją miała być ciekawa osoba. Ktoś pomysłowy z widowni rzucił „pracownika ubojni” – co przeraziło Arnolda, ale nie mogli już się wycofać. Nie było więc łatwo. Motywem przewodnim było wcielanie się aktorów w świnie. W końcówce okazało się, że zwierzęta te są agnostyczne, zdają sobie sprawę z losu najbliższej rodziny i chcą coś w tym zmienić, więc dochodzi nawet do rewolucyjnego zebranie. Świetnie wykorzystano zbitkę słów inkwizycja-kwizycja nawiązującą do kwiczenia zwierząt.

W środkowej części „przebiegu” Arnold próbuje odnaleźć inne sposoby wykorzystania tej „mięsnej” inspiracji: barbecu z mięsnymi potrawami, kolacja z weganką, wątpliwości odnośnie istoty uprawiania seksu, przegląd zwierząt leśnym, rozmowa z martwymi chomikami.

Ogólnie inspiracja była wyzwaniem dla Zespołu  - co ładnie podzieliło spektakl na część łatwą i przyjemną (Akademik) i dużo trudniejszą, nie jednoznaczną (Ubojnia).

 

Zabawa była więc udana. Pod warunkiem oczywiście, że ktoś lubi inspiracje, ale wszyscy zdawali się świadomi na co przyszli.

Dubbingi niszczą: Matrixa

sobota/niedziela, 24 listopada 2018

Świetna pora. O w pół do północy z soboty na niedzielę. Skończyło się o pierwszej w nocy. Nie wiadomo, czy to wpłynęło na frekwencję, czy już pewne zmęczenie formą, połączone z drogim biletem (35 zł za taką „zabawę” to jednak przesada). W każdym razie już nie ma takiego szału jak jeszcze rok temu – za to spokojnie można kupić bilet i znaleźć miejsce w pierwszym rzędzie (zalecane, żeby było dobrze widać).

 

Jak zwykle prowadzeniem zajął się Suffin, który dalej powtarza stare żarty, ale chyba ma tego świadomość że powinien poszukać czegoś nowego.

 

Film dla wielu kultowy, chociaż jedna z dziewczyn szczerze powiedziała, że zasnęła. Istniało więc ryzyko, że będzie za dużo wykorzystania wiedzy o fabule, ale wyglądało jakby nikt nie oglądał filmu.

 

A dobrano sceny najbardziej charakterystyczne, głównie z jedynki: zginająca się łyżeczka, rozbity wazon podczas rozmowy z Wyrocznią, telefon w biurze – ucieczka przed agentami, rozmowa z szefem – w tle robotnicy myjący szyby na zewnątrz, przesłuchanie z motywem zrośnięcia ust, pierwsza wizyta u Neo ekipy Morfeusz i tatuaż z króliczkiem, walka treningowa Neo-Morfeusz, próba przeskoczenia pomiędzy wieżowcami, jedzenie mięsa przez zdrajcę. Z późniejszych filmów w zasadzie trafił się tylko motyw z pokojem z wieloma monitorami i rozmową z postacią w bieli. Ten ostatni przelot był chyba najlepszy, bo Bartek Młynarski poszedł w  motyw Papieża i młodego księdza. Były oczywiście tradycyjne motywy z narkotykami, erotyką. Podczas przesłuchania dobry był motyw oceny produktów jednej z sieci handlowych. Więcej inwencji mają jednak zdecydowanie dziewczyny, ale także one nie unikają wulgaryzmów. Ciągle czekamy na przelot, w którym nie padnie żadne przekleństwo. Tym razem się ponownie nie udało. A okazja była chyba najlepsza, bo trudno sobie wyobrazić bardziej stonowany film do dubbingowa od Matrixa.

 

Suffin próbował trochę rozruszać publiczność, który i tak dobrze się bawiła, wymyślaniem inspiracji – padały tym razem ciekawe i pomysłowe słówka.

 

Ogólnie, poza tą ceną wstępu, wieczór na plus. Warto chyba ponownie obejrzeć Matrixa.

Fabularny Przewodnik po spędzaniu wolnego czasu

środa, 18 kwietnia 2018

Premiera. Trochę pechowa, bo już raz odwoływana z powodu choroby. Tym razem termin też mało przyjazny, z uwagi na mecz pucharowy Legii. Ale poświęciłem pierwsza połowę rywalizacji na łazienkowskiej dla Klubu Komediowego. I tak na złość trwało ponad dwie godziny – tak że prawie spóźniłem się i na drugą.

Pomijając jednak te osobiste niedogodności – siódmy odcinek tego cyklu jest świetny. Tak jak zwykle na znakomitym poziomie – największy ubaw był chyba z dwuwersowych powiedzeń chwalących ciało kobiece. Fantastycznie aktorsko – tutaj rola wujka szczególnie brawurowa (chyba Damięcka), świetna również Kołeczek jak coachująca. Moją uwagę zwróciły również bardzo dopracowane kostiumy. W Klubie nie ma nikogo odpowiedzialnego, podejrzewam że aktorzy z Sufinem sami się tym zajmują – tym większy szacunek.

Ogólnie więc bardzo dobrze, chociaż musiałem odpuścić ostatnią scenę, chętnie się wybiorę jeszcze raz.

Jak być lepszym

czwartek, 12 kwietnia 2018

Krótka przerwa na zapiekankę na Zbawiksie, małpkę z Carrefoura (bo 10 zł za winko w Klubie to trochę przesada) i drugi tego samego dnia spektakl w Komediowy, w nagrodę za poprzedni po cenie biletu ulgowego – 15 zł. Tym razem było naprawdę warto, nie tylko z uwagi na niższy koszt.

 

Nowy, przynajmniej dla mnie bo jeszcze nie byłem, cykl czwartkowych premier. Jak piszą organizatorzy: „spektakli obyczajowych, które z przymrużeniem oka opowiedzą na aktualne życiowe problemy współczesnych, wielkomiejskich i z reguły przepracowanych 30-latków”.

 

Silna ekipa pod dowództwem Bartka Młynarskiego. Tematem była pomoc specjalisty w różnych sprawach.

Najpierw rozgrzewka i znowu masaż, którego tym razem nie uniknęło. W ogóle koło mnie siedział gość, który aktywnie brał udział w spektaklu. Do tego jeszcze w postaci fali wyznanie siedzącej obok osobie: „jesteś przegrany”.

Bartek w przemyślany sposób prosił publikę o inspirację.

Rozpoczęło się od problemu osobistego i padło na związek starszej partnerki. Całkiem ciekawie rozegrana inspiracja, bo para z tym problemem dobrze radziła sobie w seksie.

Następnym wybranym problemem było gadulstwo i ta scenka wypadła najsłabiej.

Kolejna inspiracja związana z problemem zawodowym. Padło na brak zaufania. Świetna scena z fabryki pantofli.

Przerwa na siusiu i dokończenie zakupionej w spożywczaku małpki.

A zaraz na początku drugiej części – hit spektaklu. Coaching o randce oparty na zasadzie miłość do wojna. Świetnie zilustrowany slajdami. Głośne „auuu” było przewodnim okrzykiem już do końca, a celował w tym właśnie mój sąsiad.

Kolejnym zadaniem był problem prowadzącego terapię – wybrano trudność w doborze słów.

 

Półtorej godziny bardzo dobrej improwizacji, ze świetną sceną wojenną. Widać, że Zespół z doświadczeniem, rozbawił publiczność i pozostawił bardzo pozytywne wrażenie.

Musical Improwizowany

czwartek, 12 kwietnia 2018

  • Koszt - 35 zł, trochę za dużo.

  • Czas trwania - godzinka, trochę za krótko, ale przynajmniej bez przerwy

  • Ilość improwizatorów – siedmioro, trochę za dużo, plus ta ładna blondynka jako akompaniament

  • Rozgrzewka – standardowa: masaż, owacja, szałas-hałas

  • Inspiracja: „karły spacerujące po moście”.

 

Improwizatorzy przenieśli nas w okres wakacyjny do nadmorskiej miejscowości, z niższą frekwencją wczasowiczów, z powodu nadmiaru sinic w morzu (sinice bardzo fajnie odegrane przez dziewczyny). Przyjeżdża jednak para z Warszawy: Adrian – nerd, który boi się przebywać poza domek i dziewczyna – 30-latka pracująca jako barmanka w Teatrze Polonia na gwałt poszukująca partnera. Ze związku z Adrianem nic nie będzie, ale chłopak oferuje się w pomocy poszukania kogoś innego.

Tymczasem trójka dziewcząt, które także przyjechały głównie żeby szukać chłopaka, ale nie tak panicznie, siedzi w ciemności, bo zapomniały zabrać latarki. Mają za to dużo kosmetyków i tamponów. Z czasem orientują się, że przebywają na cmentarzu. Trzeci wątek dotyczy budki z goframi, gdzie pomagający matce syn oznajmia że wyjeżdża pracować w kabarecie, co ciekawe do Monako – nie wpadł na to żeby wybrać się do Warszawy, gdzie też można zrobić karierę w showbiznesie.

Nie jest łatwo znaleźć kandydata na męża, ale ostatecznie w dziewczynie zakochuje się chłopak od gofrów, z których dostępnością jest zresztą problem z uwagi na wolną od handlu niedzielę. Wyjeżdżają zakochani do Warszawy, a matce w budce z goframi bardzo chętnie pomaga Adrian. Tymczasem dziewczyny na cmentarzu muszą zmierzyć się z gadającymi: pieńkiem i mchem, oraz ich szefową sową z traumatyczną historią miłosną.

 

Jak widać Zespół, pod dowództwem charyzmatycznej Aleksandry Markowskiej, wyszedł obronną ręką z kiepskiej, w mojej ocenie, inspiracji. Było kilka trafnych żartów, całkiem przyzwoite piosenki i fajne choreografie (sinice). Scenki były też ciekawie urozmaicane przebieganiem oraz dźwiękowi. Ogólnie – na plus, chociaż jak zwykle mam wyższe wymagania J

Arnold S. – strumień świadomości

poniedziałek, 26 marca 2018

Pod nazwą „Arnold S.” kryje się grupa improwizatorów znana mi już wizualnie, ale jak to w tych grup, jak kiedyś w zespołach rockowych: czterech grajków – osiem zespołów. Ucieszyło mnie uczestnictwo mojej ulubionej dziewczyny z Klubu Komediowego, która głównie ogarnia organizacyjnie, co przy rosnącym zainteresowaniu (na dubbingach jest zawsze płacz żeby jeszcze kogoś wpuścić) jest zadaniem kłopotliwym. Nie wiem skąd nazwa, i czy ma jakiś związek z austriackim aktorem, który został amerykańskim ambasadorem, ale tak podejrzewam.

 

Arnold S. zagrał już kilka spektakli, ten był związany z reklamami. Frekwencja tym razem umiarkowany, ale poniedziałek – godzina 21, a Arnold pewnie nie ma takiej renomy jak chociażby Klancyk.

 

Krótka rozgrzewka na początek: chór z dyrygentem (trzy hasła” miau”, „kurwa mać” i „cmok”) oraz pokazywanie: hałas, szałas, taras. Ludzie się ożywili, dopili alkohol i czekali na impro.

 

Tym razem improwizacja pochodziła z materiałów filmowych, a publiczność jedynie wybierała numery od 1 do 10. Pod nimi kryły się reklamy, które były najciekawszym elementem wieczoru – to materiały mocno nieaktualne, nie wiem jakim cudem wyszperane np. norweski bank. Ale była również świetna reklama Heinekena. To był materiały tak niszowe, ze nawet padały wątpliwości czy autentyczne.

 

Po każdej reklamie zainspirowani aktorzy tworzyli kilka krótkich scenek. Ostatnio spotykałem się z dłuższymi sekwencjami improwizacyjnymi i dochodzę do wnioski, że jednak są ciekawsze, acz pewnie bardziej wymagające. Aktorów było sporo i trochę sobie przerywali. Nie zawsze scenki nawiązywały do filmów – najlepiej chyba wyszła inspiracja Kaszpirowskim: odliczanie po rosyjsku „adin, dwa, tri”. Bardzo ciekawy pomysł był z mówieniem zdania przez dwie osoby po jednym wyrazie.

 

Ogólnie dominowały scenki rodzajowe. Świetna była w akademiku: wizyta zakochanej w korepetytorze studentki, podczas której aktorzy wykazali się znajomością statystyki. Podobała mi się również z lansowaniem się nowym obuwiem, która dodatkowo wyszła poza scenę, bo buty były wyrzucane przez okno. Było tez trochę makabry: zawały osób (woźny i dyrektor szkoły) mających finansować pożyczką studniówkę.

 

Dużo było również interakcji miłosnych, nawet męski pocałunek. Aktorzy tutaj wykazali się pewną odwagą, a może niektórzy są parami (nie wiem, nie wnikam w życie osobiste aktorów z Klubu Komediowego).

 

Ogólnie wieczór przyjemny, ale bez jakiegoś wielkiego hitu, który zostanie na dłużej zapamiętany. Chętnie będą śledził rozwój Grupy Arnolda, bo mam wrażenie że jeszcze nie są do końca zgrani.

Komedia romantyczna

Niedziela, 26 lutego 2018

Bardzo nietypowy spektakl jak na Klub Komediowy, bo w konwencji dwójkowej. On, w ułańskiej czapce, jest przewodnikiem warszawskim, członkiem partii w której mogą być tylko mieszkańcy, a w ogóle uważa że poza Warszawą nie ma życia, wieśniacy to mieszkają na Siekierkach, a za granicami Warszawy jest wielka przepaść, a planeta Mars została kiedyś skolonizowana przez polskich osadników sprzed okresu zaborów. Ona przychodzi jak turystka z plecaczkiem i jest ze wsi (na której podobno nikt nie mieszka). Chcą być razem, ale to trudny związek, nawet pomimo poszukiwania ego przewodnika.

 

Bardzo ciekawy tekst Przemysława Nowakowskiego. Dobre aktorstwo Damięckiej i Nawrockiego. Interakcje aktorów są uzupełnione ciekawymi materiałami wideo, animacjami oraz muzyką.

To taki pełnoprawny i trochę sentymentalny jak na KK spektakl. Dobrze zagrany, ale nie jestem pewien czy pasuje. Nie wszystkim się spodobało, na premierze był nawet przykry incydent, ale nie mogę dojść co tam było takiego kontrowersyjnego.

Wieczór z Agnieszką

Piątek, 9 grudnia 2017

Bardzo ciekawa nowa konwencja utrzymana w stylu telewizyjnych rozmów ze znanymi postaciami. W Klubie Komediowych wyglądało to tak, że po krótkiej rozmowie improwizatorzy brali na warsztat inspiracje z wypowiedzi bohatera.

 

Tytułową Agnieszką jest Drotkiewicz, która nawet spłodziła jakąś książkę. Niestety jest ona najsłabszym elementem tego spotkania, brak charyzmy, piskliwy głos, słaba interakcja z gościem, kompletne zagubienie w klimacie Klubu Komediowego – no może komuś co najwyżej spodobały się długie nogi.

 

Gościem był Marek Bieńczuk, który też moim zdaniem średnio pasował do konwencji, ale takiej osobowości nie śmiem krytykować. Poza tym dla znawców jego twórczości mogły te cztery krótkie wypowiedzi być rarytasem. Bieńczuk opowiadał o twórczości, jedzeniu słodyczy, przyjemnością cielesnych i duchowych.

 

Improwizatorzy po każdej wypowiedzi odegrali krótką scenkę. Może ponownie zbyt późno pora wpłynęła, pomysły improwizatorskie że nie rzucały na kolana. Chyba najbardziej mi się spodobało, że w pierwszej części zagrała moja ulubiona dziewczyna z Klubu, która ostatnio najczęściej ogarnia wchodzenie tych tłumów, które goszczą w wyniku wzrostu popularności tego miejsca.

Klancyk nocą

Piątek, 8 grudnia 2017

Po udanej ubiegłotygodniowej wizycie przyszedłem na Klancyka - może ze zbyt wygórowanymi oczekiwaniami. A może dwa spektakle pod rząd zbyt wyczerpują możliwości improwizacyjne. Było więc pod względem pomysłów słabiej, ale za to konwencja – bardzo ciekawa.

 

Otóż zapraszana jest osoba z widowni, która opowiada o swoim życiu, a następnie grupa improwizuje scenki.

 

Na początek została wybrana młoda, ładna blondyna. Opowiedziała, ze wstaje rano przez swoim chłopakiem (z którym mieszka), bierze prysznic, je owsiankę, jedzie samochodem do pracy (ma ciężką nogę), pracuje z dziećmi – tego nie drążono, wraca do domu, gdzie je obiad, a wieczorem chłopak, ze swoim kolega omawiaj temat nieruchomości, mimo że ich nie stać na mieszkanie. Takie wynurzenia trochę wymagają, ale dziewucha dała sobie radę. Klancyk średnio to wykorzystał, aczkolwiek bardzo ciekawie aktorzy wchodzili w absurdalne role: owsianki, gąbki itp.

 

Po przerwie zgłosiła się jeszcze ciekawsza pani, która odwiedza w weekendy studiujące w Warszawie córki. Przyjeżdżają intercity gdzieś ze wschodu i przywozi im tradycyjne słoiki. Jedna dziewczyna studiuje psychologie, a druga sztuki artystyczne. Z mamusią spędzają ciekawy weekend, jak widać chodzą również do Klubu Komediowego. Mimo, że opowieść była jeszcze ciekawsza do interpretacja średnia, może niepotrzebnie poszła w kierunku zakonnicy, z którą kobieta kiedyś jechała pociągiem.

Dubbingi niszczą porno lat 90-tych

Czwartek, 7 grudnia 2017

Już sam tytuł gwarantował dobrą frekwencję, która jednak i tak przekroczyła moje przypuszczenia. I tak naprawdę to cudem dostałem się na jedną z ostatnich wejściówek.

 

Dodatkową atrakcją był prowadzący Michał Sufin, który z charakterystycznym poczuciem humoru opowiadał o męce testowania filmów tego rodzaju i próbie wyciągnięcia przynajmniej kilku minut dialogowych. Bo jeżeli ktoś się nastawił na „momenty” mógł być rozczarowany. Dla dubbingujących wybrano nieliczne sceny dialogowe, jak jeszcze bohaterowie filmu byli odziani.

Królowało Emmanuelle, ale było też mocniejsze porno (Faraon przypadł mi do gustu) – co można było rozpoznać już po dialogach. Także rozdźwięk geograficzny był szeroki – po napisach wynikało że było coś ze Skandynawii albo Holandii.

 

Dubbingujący mieli piekielnie trudne zadanie. Co ciekawe dużo lepiej radziły sobie dziewczyny. Ze dwa dubbingi wyszły znakomicie, reszta jednak przeciętnie. Brakowało wykorzystania inspiracji publiczności. Co ciekawe w przerwie się rozrzedziło, chyba niektórzy liczyli na mocniejsze scenki.

 

Ogólnie jednak sympatyczny wieczór, może tytuł można było bardziej zakamuflować.

Dubbingi sejmowe – nocne obrady

Piątek, 1 grudnia 2017

Nie jestem wielkim fanem dubbingów, ale korzystając z późnej pory zostałem. Frekwencja dużo niższa od Klancykowej, ale może to sprawa piątkowych melanży.

Czterech zawodników, dwie rundy, tym razem bez oceniania, więc na każdego przypadły po trzy numery.

Niespodziewanie odegrałem pewną rolę, bo zostałem wyznaczony do wymyślania numerów puszczanych materiałów, co jak podejrzewam i tak nie miało znaczenia. W pierwszej części miałem do wyboru od 1 do 12, a w drugiej aż do 5000, nie omieszkałem np. wybrać 69. A jeszcze po informacji o moim imieniu musiałem wysłuchać chóralnego „sto lat” (nie powinno się tego śpiewać na imieniny, a raczej na urodziny).

 

Część pierwsza:

  1. Janusz Kowalski

  2. Stonoga

  3. Janusz Korwin Mikke

  4. Minister Szyszko

  5. Cejrowski w TVP

  6. Adam Słomka w wywiadzie telewizyjnym

 

Część druga:

  1. Konwencja wyborcza SLD

  2. Jarosław Kaczyński

  3. Gotujący z Gmyzem - Andrzej Duda

  4. Donald Tusk w Szansie na sukces

  5. Lech Wałęsa

  6. Cejrowski na Targach Książki

 

Druga część to prawdziwe hiciory, w końcu był Prezydent, NadPremier i Prezydent Europy.

Uczestnicy starali się, ale wielkiego wrażenia nie zrobili. Wiem jakie to jest trudne, pewnie mam zbyt wysokie wymagania, ale było przeciętnie.

W mojej ocenie kawałki były również odrobinę za długie.

Co wcale nie znaczy, że momentami się dobrze nie bawiłem, tylko męczyło mnie to wymyślanie numerów. Może jak wlazłem za darmochę, to jednak moim obowiązkiem było włączenie się w zabawę?

Klancyk gra zaburzenia osobowości

Piątek, 1 grudnia 2017

Dawno nie byłem na Klancyku i może dzięki temu spotkała mnie miła niespodzianka. Przede wszystkim bardzo dobra frekwencja. Gdyby nie uprzejmość szefowej Klubu, to nie wiem czy w ogóle bym się dostał. Ale w nagrodę za dotychczasowe wspieranie Klubu zostaję zaproszony jako gość honorowy. W związku z tym zamawiam tradycyjnie grzane winko, bo wymarzłem się chwilę wcześniej na otwarciu wystawy fotografii ulicznej „Odwagi!”. Ale o tym gdzie indziej, tutaj o świetnym Klancyku.

Pierwszy pozytyw tego spektaklu to brak idiotycznych i denerwujących rozgrzewek dla publiczności. Klancykowi wystarcza jedynie standardowe pytanie kto jest pierwszy raz na improwizacji. Osoba prowadząca łapie kontakt z publicznością, a pozostała trójka aktorów przechadza się nerwowo wchodząc w rolę. Rozpoczyna się seans terapeutyczny. Pierwsza jego faza to przedstawienie każdej osoby (z osobna), i tutaj już mamy niespodzianki, bo ktoś może być kobietą, staruszkiem, albo małolatą. Po krótkim zapoznaniu publiczność daje inspirację skąd się wszyscy znają. I w drugiej fazie odgrywają oni klilkunastominutową scenkę. Jak się uda to wychodzi z tego prawdziwy majstersztyk improwizacji, a tak właśnie było w tenże piątkowy wieczór (Klancyk podobno gra w Komediowym w każdy piątek, ale to jest zazwyczaj dzień na inną aktywność kulturalną, więc pewnie dlatego ich od dłuższego czasu nie widziałem).

Pierwsza część to towarzystwo, które zna się z pogrzebu 100-letniego piekarza. Dwójka synów, jeden który pomagał ojcu, a drugi który wyjechał obrażony na wojaże. Do tego 50-letnia macocha, była niespełniona aktorka. Bohaterowie poszukują testamentu zaszytego w jedną z bułek, a jest ich tysiące. Czasami pojawia się również duch zmarłego, pojawia się nawet wątpliwość czy zgon tego stulatka był spowodowany li tylko starością.

Znakomita improwizacja, pełna pomysłów, neologizmów (motyw bułek) i poczucia humoru. Publika tez miała bekę np. z żartu do wdowy, że jak nie była ze zmarłym li tylko dla pieniędzy to testamentu: „nie szukaj”.

 

Przerwa na tradycyjną kolejkę do kibla w Komediowym, który jest chyba najsłabszym elementem tego miejsca, i druga, analogiczna w formie, improwizacja.

 

Tym razem mamy bardziej dojrzałych bohaterów, którzy poznali się na kursie spadochronowym: najstarszy jest jednocześnie najmłodszym uczestnikiem kursu, instruktorem jest charyzmatyczny żołnierz z doświadczeniem w wojsku, stawkę uzupełnia dojrzała kobieta – podwładna staruszka, niedoszła kochanka żołnierza. Dochodzi do egzaminu, a starsza para ma intencję odbudowy komuny i porywają samolot. Odrobinę tutaj, w porównaniu do pierwszej improwizacji, zabrakło pomysłów, albo panowie trochę opadli z sił. Ale nie zatarło to dobrego ogólnego wrażenia.

 

Muszę częściej tego Klancyka oglądać, bo postęp jest wyraźny. Jak i całego Klubu Komediowego (oprócz toalety – ale to nie ich wina).

1000 DEN gra horyzont zdarzeń

dzień bez samochodu

Myślałem, że już wszystkie grupy improwizacyjne widziałem, a tymczasem objawiła się nowa. I niestety nie zrobiła na mnie dobrego wrażenia, ale może dlatego że byłem pomiędzy piciem dwóch flaszeczek wódki.

 

W Klubie Komediowej niestety nie działał barek na dole, a dodatkowo byłem odrywany od spektaklu ważnymi telefonami. Więc może to nie do końca wina artystów, że podobało mi się średnio.

 

Spektakl podzielony na dwie improwizację. Z tematyki niewiele zapamiętałem. No cóż – „dzień bez samochodu”.

"Karol i Antek. Duet improwizowany" - bójka w przedszkolu

21 lutego 2017

Klub Komediowy rozpoczął właśnie czwarty roczek istnienia. Wszystkiego najlepszego od redakcji serwisu wodaiogien!!!

Na urodzinach nie byliśmy, ale postaramy się nadrobić aktywnością, której pierwszym wyrazem była wizyta na duecie improwizowanym. Jednego z występujących znałem, ale drugi był dla mnie nowy, co w światku improwizatorów jest zaskoczeniem. Jest tam bowiem tak jak kiedyś w kapelach punkowych, albo narodowych partiach politycznych: cztery osoby, pięć grup.

Rozpoczynają od dobrego kontaktu z publicznością, czyli wyśmiania rozłożonej w pierwszej rzędzie na krześle mojej osoby. Następnie negocjacje w kwestii inspiracji. Dobry dialog z panem w zielonych włosach i trupią czaszką na koszulce. Ostatecznie wyjątkowo pierwsza część bez inspiracji. Wyszło tak, że uzasadnione są podejrzenia o wcześniejszym przygotowaniu.

Małżeństwo w kryzysie. Terapeuta zalecił im schowanie telewizora do szafy. Dużym problemem w ich związku jest brak znajomości … geometrii: jak zdefiniować trójkąt, czy każdy kwadrat jets prostokątem, czy odwrotnie? Za ścianą grupa gejów. Terapia przynosi taki efekt, że na kolejną wizytę idzie sam mąż. Lekarz ma sam problemy ze sobą, dostaje jakiegoś tiku, który można zatrzymać jedynie przez podrzucenie. Pomiędzy panami zaczyna coś iskrzyć. Żona nabiera podejrzeń. Idą więc za radą do homoseksualnych sąsiadów, którzy właśnie szukają się do wycieczki na Seszele, tudzież Ibizę. Scena czteroosobowa w mieszkaniu gejów – grana przez dwóch aktorów – jest prawdziwym majstersztykiem. Akcja przenosi się na Ibizę, gdzie nasz bohater towarzyszy i broni się przed homoseksualnym gwałtem, z rozczuleniem tęskniąc za ukochanym terapeutą. Jedna z lepszych improwizacji, może nawet najlepsza, jaką widziałem.

Przerwa na siusiu i grzane wino, i panowie wychodzą po raz drugi. Tym razem wymuszają inspiracji. Pada na „bójkę w przedszkolu” – siedząca obok mnie dziewczyna pracuje w przedszkolu, więc ją natchnęło. Zaczyna się od sceny przy ksero (LINK). Agresja w korporacji. Ustawki na parkingu. Zmiana pracy, a w innej firmie jarają się wycinaniem kontynentów z kotletów. Końcowy etap to polowanie na dinozaura, świetnie wykorzystujące odgłosy z widowni.

Trochę słabsza druga część nie zmienia faktu, że jeden z najlepszych spektakli improwizowanych, jakie widziałem.

"Skóra" - jednoosobowa mafia z Białołęki

9 lutego 2017

Jednoosobowa mafia z Białołęki. „Skóra”, który przez trzy tygodnie wisiał na żyrandolu. Kobieta chodząca tam i z powrotem. Snob liczący wartość mebli w swoim mieszkaniu.

Dziewczyny z Hurt Lustera dały godzinkę jajcarnej improwizacji z seksualnymi aluzjami do szarlotki i młota rozbawiając do łez publiczność, która wypełniła Klub Komediowy.

Pierwsza w 2017 roku wizyta w Klubie Komediowym zdecydowanie „na plus”.

Wieczór Sylwestrowy

31 grudnia 2016

Poszliśmy na Sylwestra na spektakl do Teatru Komediowego. Było całkiem sympatycznie. Nieco że i tak mieliśmy darmowe zaproszenie, to jeszcze do tego biletu dostaliśmy kieliszek prosecco. Co prawda zabrakło akurat kielonków i ja dostałem w szklance, ale darowanemu koniowi w żeby się nie patrzy.

Przedstawienie zapowiadało się interesująco, bo to takie bardziej teatralne oblicze tego przybytku. Koprodukcja z Teatrem Studio, w zespole aktor teatru Narodowego, a autorem tekstu Michał Sufin.

I faktycznie jest bardzo ciekawie. Akcja dzieje się gdzieś w przestrzeni międzyplanetarnej, gdzie w podrzędnym hoteliku spotykają się różni odszczepieńcy. Akurat wszyscy – Polacy.

Siłą przedstawienie jest przede wszystkim tekst, który nawet nie jest łatwo zrozumieć. Nasiąknięty nowomową, pojęciami naukowymi świadczy o talencie autora. Jeden z monologów Damięckiej to prawdziwy majstersztyk.

Z wad: jest dość nierówno, momentami spektakl zamula, aktorzy grają dość różnie – są też słabsze elementy. Scena jednak jest za mało. No i może trochę jednak za długie.

Ogólnie jednak udane zakończenie teatralnego roku 2016, w którym udało się obejrzeć rekordową ilość: 161 spektakli!!!!

Humbuk przed meczem Legii

6 grudnia 2016

Wizyta w Klubie Komediowy bez aparatu, bez samochodu, bez biletu. Na hasło warszawa.pl pani bileterka obróciła się na pięcie i od razu wpuściła za darmochę. Następnym razem spróbuję z hasłem wodaiogien. Poprawiłem budżet Klubu dwoma grzanymi winami, chociaż to kiepski pomysł bo jednak trzeb wysiedzieć te 45 minut bez wizyty w toalecie.

To był dzień meczu Legii więc liczyłem, że będzie krócej, ale ekipa tak się rozkręciła, że już pierwsze kopnięcia piłki na Łazienkowskiej nam umknęły. Szczególnie prym wiodła Kinga Kosik-Burzyńska. W gorszej formie, bo zakatarzona była Karolina Norkiewicz. Ogólnie dobry wieczór. Gorzej że Legia wygrała, i po drodze jeszcze wypiłem całe wino u kota na Wiejskiej, a na Dobrej zjadłem megakebaba na maksa pikantnego.

Gangster Bożydar na wrzosowiskach

31 października 2016

Dostaliśmy zaproszenie, więc na Wieczór Krótkich Gier zabrałem, pewnie po raz ostatni, Wodę, która niby się chichrała, ale na koniec stwierdziła że to nie dla niej. Szczególnie ją irytuje bratanie się podczas rozgrzewek, typu masaż osoby siedzącej obok.

Klimat halloweenowy, więc nawet część publiczności się wyróżniała. Zrobiłem trochę fajnych zdjęć. Sam spektakl tez niezły, widać że improwizacja coraz lepiej wychodzi – pewnie kwestia wprawy.

Sufin i Młynarski + pijany element Solca

18 lipca 2016

Sufin i Młynarski znowu się umówili na godz. 18.00 nad Wisłą. Dobrze, że zawsze i tak się spóźniają kilkanaście minut. Tym razem jedna improwizacja, bez rozgrzewki, i bez słowa inspiracji.


Tematyka związana z porodem: akcja dzieje się w jakieś klinice, w której partner oczekuje na poród żony. Nie do końca jednak jest to normalna jednostka: asystent jest jakiś dziwny, lekarz ma niemieckie nazwisko, a sam poród przebiega niestandardowo. Fabuła zmierza wręcz do Dziecka Rosemary połączonego z kultem faszyzmu.

 

Chłopaki obrabiają łącznie chyba 6 postaci i widać że sa idealnie zgrani. Jedyne co mnie raziło to, że sami nie potrafią powstrzymać śmiechu ze swoich tekstów.


Ale wydarzeniem i tak było naruszenie spektaklu przez dwóch mocno wstawionych młodzieńców, którzy nawet wtargnęli na scenę, i to dwukrotnie: w drodze i przy powrocie z monopolowego. Chłopaki jakoś wybrnęli z tej sytuacji, cóż jak się wystawia przedstawienia na Solcu to trzeba być i na takie „atrakcje” przygotowanym.

Pi i przyjaciele

11 lipca 2016

Klub Komediowy - rezydujący w lipcu nad Wisłą - wydumał przedstawienie w poniedziałek o godz. 18. Ta specyficzna pora okazała się strzałem w dziesiątkę, bo tuż po zakończeniu (tak około 19.30) nadciągała nad Warszawę burza.


Tym razem specjalność zakładu, czyli improwizacje w wykonaniu PIP. PIP z powodu wyjazdu do ameryki drugiego „P” skurczył się do PI, ale za to dobrał sobie kolegów. Sufin i Młynarski pomogli.


Pierwsza część z Sufinem to służba zdrowia. Pacjent czekający 6 godzin na pomoc. Zakręcona pielęgniarka. Lekarz z problemem alkoholowym. Jak rozwiążą podejrzenie martwa sinicy przegubu po wszczepieniu WEFLONU (słowo inspiracji). Trochę za długie, ale całkiem przyzwoite.


Druga część to obóz harcerski: komendant, harcerz i kochanka komendanta. Trochę słabsze, też za długie, ale tragedii nie było.


W obu inspiracjach panowie dwoili się i troili, zmieniali postacie, świetnie im szło szczególnie udawanie kobiet. Może jeszcze brakuje trochę zgrania, jak w PIP, i nie wiedzą że 20 minut to maks na inspirację, ale potencjał jest.


Na koniec o rozgrzewce, którą stanowiło klaskanie w stylu piłkarskiej Islandii. Trochę mnie irytuje to przypisywanie im tego pomysłu, jako że nikt tego nei robił tak doskonale, jak nasz kompan wyjazdowy Szczena z Londynu. Powinien dostawać kilka złotych od każdego takiego klaskania, jak już się przeniosło nawet do Klubu Komediowego.

 

Fiedorczuk - nad Wisłą

4 lipca 2016

Klub Komediowy przenosi się w lecie nad Wisłę, gdzie pokazuje cała masę swoich przedstawień. To znakomity pomysł z wielu powodów:

  • wygodne leżaczki

  • piwko i hamburgery

  • za darmo

  • pięć minut drogi z siedziby wodaiogien.com

W poniedziałek standup w wykonaniu Wojtka Fiedorczuka. Lekkie spóźnienie (10 minut) i Wojtek zaczął z wysokiego C puszczając listę obecności i zaznajamiając się z publicznością. Która do łatwych nie należała i często naruszała słowotok jednego z najmniej wpływowych ludzi na świecie (rzekomo 23 pozycja). Były w skeczu Fiedorczuka momenty bardzo dobre, ale ogólnie trochę zabrakło pomysłów. Można więc było mieć pewien niedosyt, całość przedstawienia zamknęła się w 45 minutach. Chyba bardziej usatysfakcjonowani bylibyśmy gdyby połączył siły z innym artystą. Ale i tak narzekać nie można: darmo, wygodne, ładna pogoda i blisko do domu.

Hulaj - Inspiracje zdjęciami z Warszawy

30 marca 2016 roku

Grupa Hulaj wykorzystała do swoich inspirację Grupę Okno na Warszawę zbierającą ciekawe zdjęcia z Warszawy. Były więc kolejno:

  • kość mamuta z Kościoła Św. Anny w Wilanowie

  • rowerzysta jadący warszawską Pragą z jakimś sprzętem sanitarnym na bagażniku swojego pojazdu

  • pozostawione ubranie na przystanku przy ulicy Postępu – w środku mroźnej zimy

  • tabliczkę na ulicy Wyczółki skierowaną do kierowców w formie wierszowanej („nie rób huku na bruku„)

  • zdjęcie z warszawskich Łazienek ukazujące wejście do dawnego szaletu w rozmiarze krasnoludka

  • zdjęcie samochodu z warszawskiej Woli, pozbawionego kół i sprawiającego wrażenie unoszącego się w powietrzu

Było wiele fajnych inspiracji: stosunki panujące w sekcie religijnej, awantura w damskiej toalecie, czy też problemy twórcze pisarki przy dziecku z ADHD. Ogólnie świetna zabawa, i dobre wyczucie stylu przez Hulaj. Bardzo mi się podoba, że te grupy trafiają w bardzo ciekawe, niby współczesne ale ponadczasowe tematy, typu: związki międzyludzkie, rodzina, romanse itp. Unikają jak ognia polityki, co chyba przy obecnych podziałach w społeczeństwa jest najbezpieczniejszą taktyką. Już taki Fedorowicz na tej samej scenie trąci myszką.

Niektóre długopisy piszą wolniej odc. 2

1 marca 2016

W warszawskim Klubie Komediowym drugi odcinek spektaklu „Niektóre długopisy piszą wolniej”.

Jest to zbiór skeczów (w tym odcinku dwunastu) pozornie ze sobą nie powiązanych, ale można dostrzec pewne przenikające się elementy. Głównym motywem drugiego odcinka była postać nadopiekuńczej matki, która już w pierwszym skeczu w dość makabryczny sposób postanawia przeciąć pępowinę ze swoim 35-letnim synem.

 

Wszystkie „numery” stoją na bardzo wysokim poziomie, i pomimo często swojej absurdalności czerpią z codziennego życia przerysowując niektóre zachowania i postawy. Momentami aktorzy Klubu Komediowego śmieją się sami z siebie i z dominującej na tej scenie sztuki improwizacji. Co należy podkreślić „Długopisy” są spektaklem w pełni wyreżyserowanym (przynajmniej tak utrzymują twórcy, żeby się przekonać to należałoby obejrzeć występy dwukrotnie – co biorąc pod uwagę dobra zabawę wcale nie jest złym pomysłem).

 

Niezwykłą siłą tekstów jest ich ponadczasowość. Zapewne podobne żarty (z rodziny, z wierzeń, z zachowań, z kompleksów) są aktualne zarówno dziś, jak i lata temu, a pewnie również za kilka lat będą śmieszyć.

W spektaklu wykorzystywane są bardzo umiejętnie, ale bez zbędnej przesady techniki wideo, można więc poczuć się jak w samochodzie, którym jadą wspomniani matka z synem.

Twórcy przyznają się to inspiracji z anglosaskiego humoru takich grup jak: Monty Python, Mr.Show, Saturday Night Live, Key&Peele, The Birthday Boys.

„Niektóre długopisy piszą wolniej” to idealny spektakl na wieczorne odstresowanie się od kłopotów w pracy, w szkole, czy też złapanie oddechu od np. nadopiekuńczych rodziców.

Wieczór Szkoły Impro

29 lutego 2016

Pierwsza miła niespodzianka związana ze spektaklem „Wieczór Szkoły Impro”, to darmowy „wjazd”. Jest on w pełni uzasadniony faktem, że podczas tego spektaklu na scenie Klubu Komediowego bardzo często sami tworzą spektakl.

 

Po tradycyjnej rozgrzewce, również poprowadzonej przez jedną osobę z widowni zaprezentowały się nowe grupy impro. Poziom był nadspodziewanie wysoki. W przerwie do zabawy zaproszono publiczność, ale zabawa „freeze” wyszła przeciętnie, zabrakło pomysłów i inwencji.

 

Prawdziwym hitem była natomiast Randka w ciemno, co zawdzięczamy kandydatom, którzy przedstawiali trzy trudne postacie: Edytę Górniak po godzinach grzebiącą zmarłych, Andrzej Kmicica zakładającego zespół hiphopowy i Supermena z lękiem wysokości. Gorzej wypadła wybierająca, która miała problem z odgadnięciem nawet Kmicica.

Kolejna grupa improwizacyjna zaprezentowała, podobno po raz pierwszy w karierze, 10 minutowy Haroldzik. Było dużo interakcji, biegania po widowni i dobrej zabawy.

 

Na zakończenie ponownie przedstawiciele publiczności w zabawie „tylko pytania”, co jednak wyszło słabo, aczkolwiek jedna para dała radę.

Zabawa trwała do północy. To była dobra dawka improwizacji i godne zakończenie lutego w Klubie Komediowym.

Niektóre długopisy piszą wolniej

3 lutego 2016

Niektóre długopisy piszą wolniej” to jeden z niewielu spektaklów na scenie Teatru Komediowego przygotowanych od początku do końca, bez improwizacji.

 

Podzielony jest na 12 nie mających ze sobą powiązań scenek, od razu wiadomo o czym, bo nad sceną jest rozpiska.

  1. Krzesła. Okazuje się że meble ze sobą rozmawiają. Krzesło ze stolikiem na ten przykład. Bardzo poważne tematy i dylematy.

  2. Stand-Up: wychodzi trójka abstrakcyjnych kabareciarzy i każdy daje minutowe show. Najlepszy jest czeski Hitler z Ostrawy który chyba powinien być jako punkt nr 5. Banik rządzi

  3. Astronauci. Wyprawa w celu uratowania ludzkości staje pod znakiem zapytania z powodu nieznanego astronauty rozmawiającego z wężem w postaci własnej ręki.

  4. Rehabilitant. Dziewczyna bez ręki przychodzi do lekarza, który odstawia szopkę. Kończy się trzema scenariuszami, w tym w końcu wyjęciem ręki z rękawa.

  5. Hitler. To chyba zostało załatwione w pkt 2.

  6. Lamenty krakowskie. Nie wiem czemu krakowskie, jako nowohucianin jestem odrobinę urażony.

  7. Bobber. Świetna rozmowa pracownika o nazwisku Bobber ze swoim szefem. Nawiązania do bobrów są oczywistością, a dla szefa zaczyna się robić niebezpiecznie. Jeden z lepszych skeczów.

  8. Poród. Ciężarna przychodzi na porodówkę. Ma do wyboru porodu w różnych obrządkach, ale jakoś żaden niespecjalnie jej odpowiada (nic dziwnego). Więc decyduje się na aborcję poprzez przekłucie balona. Super skecz.

  9. Cwaniaki. Akcja dzieje się w pociągu. Natrętny pasażer neguje wszystko: od abonamentu po wczasy all inclusive. Ale za to gromadzi darmowy wrzątek do termosu.

  10. Denis.

  11. Baba analogowa.

  12. Warzywowy król. Ostatni skecz dzieje się w warzywniaku z francuskimi specjałami, gdzie ziemniak jest zakazany. Żona właściciela ma jednak romans z polskim sąsiadem i ukradkiem zajadają kapustę kiszoną.

Wieczór małych gier

3 lutego 2016

Pierwszy tydzień miesiąca to tradycyjnie w Klubie Komediowym czas na Wieczór Krótkich Gier – spektakl improwizowany, a którym występ poddawany jest różnym, najczęściej absurdalnym, regułom.

 

Zaczynamy od tradycyjnej rozgrzewki, która stałych bywalców może już powoli irytować.

  1. Pierwsza krótka gra to koszmar improwizatora: „coś innego”. Aktor stara się wczuć rolę, a prowadzący przerywa mu kwestie każąc powiedzieć coś innego. Trudno wydumać coś kilka razy pod rząd. Publiczność żeby utrudnić daje absurdalną sytuację: burdel i las.

  2. Następna gierka to freeze: czyli dwie osoby grają a czekające w kolejce zastępuje je w różnych pozach i rozpoczynają nowy wątek. Kilka razy się to świetnie w środę udało.

  3. Pytania polegają na improwizowaniu za pomocą jedynie zdań pytających. Jak ktoś się pomyli, zawaha, kręci to dostaje okrzyk „Giń”. Trudno być dowcipnym w pytaniu, ale czasami coś wyjdzie. Publiczność wymyśla dodatkowo miejsca np. winda, pustynia …

  4. Kolejna zabawa to mój ulubiony wykład. Tym razem gościliśmy na scenie profesora od lotnictwa, a tematem rozprawy była migracja skowronka białego. Przed wykładem zbierane są od publiczności różne przedmioty które wykładowca wykorzystuje w swoim przemówieniu: słuchawki, papierosy, owoc, papierosy, chusteczki … Najważniejsze w tej grze jest że osoba przemawiająca nie gestykuluje, a robi to wkładając swoje ręce drugi aktor. To znakomicie gra i jest dużo śmiechu. Świetne są również pytania od publiczności.

  5. Na koniec pierwszej części aktorzy staja i dyrygowani opowiadają historię. Tym razem była ona o Tutanchamonie – rolniku hodującym bobry. Nie jest to wcale łatwe, bo trzeba kontynuować wątek i jakoś go rozwijać.

 

Szybkie piętnaście minut, tym razem z dyscypliną czasową, bo wieczorem jeszcze jeden spektakl.

Zaczynamy druga część z grubej rury:

  1. W przerwie widzowie są proszeni o napisanie swoich tekstów na karteczkach. I one właśnie służą do zabawy podczas pierwszej improwizacji. Dwie osoby rozmawiając sobie wyciągają losowo karteczkę – odczytując tekst musza jakoś wybrnąć kontynuując wątek. Tym razem motywem przewodnim jest randka z Jamesem Bondem.

  2. Kolejna improwizacja jest rewelacyjna: Randki w ciemno. Jedna osoba idzie za drzwi, a pozostałe trzy „kandydatki” otrzymują od publiczności role. Tym razem wyobraźnia rozdzieliła następujące osoby: baletnica Batman, Forrest Gump mówiący wierszem, Karol Strasburger opowiadający śmieszne dowcipy. I zaczyna się standardowa randka w ciemno, czyli pytania, odpowiadający muszą się wczuć w swoje role, a na końcu zadaniem jest odgadnąć jakie grali role.

  3. Następnie scena zostaje podzielona na cztery pola i zaczynamy zabawę w style filmowe. Publiczność wybiera rodzaje: western, relacja z tour de pologne, horror, ambitne kino porno. I aktorzy zaczynają improwizować zmieniając style.

  4. Na koniec najgorsze rzeczy jakie może zrobić dany zawód: fryzjer, taksówkarz, nauczyciel, księgowy, szatniarz. Następnie żarty z filmów: Zmierzch, Wściekłe psy.

 

Ogólnie wieczór bardzo udany: najlepszy wykład i randka w ciemno.

Fedorowicz - Wieczór Trzeci

24 stycznia 2016

Wieczór Trzeci Jacka Fedorowicza zaczyna się z półgodzinnym opóźnieniem, ale organizatorzy przepraszają i rekompensują ten fakt lampką wina po spektaklu.

 

Pierwsza część wieczoru - w całości polityczna. Poglądy Fedorowicza są powszechnie znane, więc nie ma zaskoczeń. Aczkolwiek artysta lojalnie ostrzega i uprzedza, że musi już teraz wyrzuć z siebie całą żółć (bo potem może go zamkną) oraz że na sali mogą być statystycznie tacy którzy mają trochę inne poglądy (z reakcji wynika że jeżeli były to siedziały cicho) – tacy niech zacisną żeby „damyradę”.

Poziom żartów politycznych jest mocno przeciętny, wiadomo: prezes, kot, wyjście z UE (Fedorowicz paraduje z krawatem z flagą UE – jaki otrzymał rzekomo od Davisa), służalczość Prezydenta i Premiera. Wszystko na siłę i bez ikry, może jedynie brożka i Plac Zbawiciela naprawdę w miarę śmieszne. Pół godziny pitolenia i przerwa.

 

Druga część obyczajowo-historyczna. Na początku powtórzony żart o rybce i smartfonie. Potem naprawdę dobry żart o Polaku i złotej rybce („masz życzenie ale sąsiad dostanie dwa razy więcej” – „wyłup mi jedno oko”). Potem skecz Kolega Kierownik. I na koniec najlepsze kawałki Dziennika Telewizyjnego. Druga część o niebo lepsza, pewnie dlatego że stare skecze nie rdzewieją.

Hurt Luster - wyjazd z kochanką

30 grudnia 2015

Klub Komediowy rok 2015 zakończył występem improwizujących dziewczyn, czyli grupą Hurt Luster.

Nie było planowanej inspiracji od widowni, ale że ktoś zapomniał (jak zwykle) wyłączyć komórkę to sygnał telefonu dał początek przedstawieniu. Kochanek dzwoni do swojej dziewczyny (oboje w małżeństwie) poganiając ją do wyjazdu na romantyczny weekend na Majorkę. Ostatecznie jednak ląduje na Zalewem Zegrzyńskim, a zazdrosny mąż odnajduje sektę Hare Kriszna.

 

Do tego dochodzą jeszcze wątki poboczne: nastolatka z poczuciem niższości – głównie z powodu sześciu palców u stopy oraz nieprzygotowana studentka u seksistowskiego profesora.

 

Dziewczyny zgrabnie żonglują wątkami. Trochę brakuje myśli przewodniej. Ale widownia dobrze się bawi.

 

Udane zakończenie 2015 roku, który najprawdopodobniej był przełomowym w historii Klubu Komediowego.

Sobota wieczór

29 grudnia 2015

Sobota Wieczór to przedstawienie trzech grup improwizacyjnych (Hurt Luster, PiP show, Suffin/Młynarski).

 

Szóstka przyjaciół z jednego roku spotyka się co miesiąc, aby w kawiarnianej atmosferze powspominać i pogadać o swoim życiu.

Mamy 5 lat starszą od reszty księgową (określaną jako mama), której przekręty podatkowe grożą odpowiedzialnością karną. Niespecjalnie potrafi ją zrozumieć nieudolna dziewczyna, którego niczego w życiu nie ma (dzieci, męża …), ale za to jest zakochana w koledze z roku, który jest „wziętym” i bogatym prawnikiem – wciąż siedzącym na „komórce” i fanem zakupów na allegro. Czwarta postać to „mężczyzna pracujący”, który obecnie wozi kije golfowego bogatego kolegi prawnika, ale trudnił się również taksówkarzem, pilotem, stażystą w więzieniu. Kolejna postać to próbująca opowiedzieć historię o uderzeniu w twarz kobiety pracowniczka sklepu odzieżowego w galerii handlowej. A szósty uczestnik spotkań zapowiada co miesiąc, że już ma dość i więcej się z nimi nie spotka demonstracyjnie wychodząc przed końcem.

 

Improwizacja jest podzielna na siedem aktów:

1) wszyscy przy stole,

2) dziewczyny w samochodzie,

3) wszyscy przy stole,

4) para w pokoiku,

5) wszyscy przy stole,

6) prawnik z kierowcą na polu golfowym,

7) i na koniec wszyscy przy stole.

 

Godzinne przedstawienie zadziwia dojrzałością tekstową tak bardzo, że trudno uwierzyć że jest improwizowane.

 

Poczucie humoru, warstwa psychologiczna, ciekawe wątki i znakomicie odegrane postacie.

"Sobota wieczór" to zdecydowanie najlepsza improwizacja w Klubie Komediowym.

Sikora i Młynarski grają duet

29 grudnia 2015

Ponieważ kolega sceniczny Młynarskiego miał rodzinne obowiązki, tym razem na scenie Klubu Komediowego zaprezentował swoją improwizację duet Młynarski – Sikora.

 

Wieczór wigilijny, w drzwiach staje kochanka głowy rodziny (piękna piosenkarka). Jak się można domyślić żona nie jest specjalnie zachwycona („niech zje zupę i sp….”), syn mocno rozbawiony wykorzystuje sytuację do ujawnienia swoich kłamstewek. Panowie „MS” grają we dwójkę cztery osoby, co chwila zamieniając się rolami. Co prawda momentami strzelają gafy, ale jest to wliczone w ryzyko tej formy przedstawienia.

 

Pod przykrywką robienia sobie ze wszystkiego żartów jest głęboka warstwa psychologicznej obserwacji postaw ludzkich. I to jest siłą przedstawienia.

Wigilia trioduetów improwizowanych

22 grudnia 2015

Tym razem trzy grupy improwizacyjne związane z Klubem Komediowym skurczyły się do dwóch, ale „trójkąt” został zachowany dzięki końcowemu występowi wspólnemu.

 

Na „pierwszy ogień” poszły dziewczyny z Hurt Luster, które motywem przewodnim improwizacji uczyniły postać aktorki – często pokazującej na ekranie swoje wdzięki. Najlepiej z półgodzinnej interpretacji wyszedł fragment kopania grobu dla ukochanego psa aktorki, obserwowany przez odmawiających udziału w tym procederze grabarzy.

 

Po dziewczynach na scenę wpadł PiP Show i zaprezentował improwizację z amerykańskiego parku, gdzie pracują polscy imigranci. Co więcej podejrzani o przestępstwo kradzieży są polscy znani aktorzy (Dyląg i Żebrowski). PiP’owcy bardzo umiejętnie żonglują postaciami, scena rozmowy z nadzorcą parku, gdzie Piotr i Paweł grają postacie „na przemian” jest naprawdę dużym wyczynem.

 

Ponieważ grupa Suffin / Młynarski uległa redukcji o 50%, dwie wcześniej występujące zespoły wzmocnione jednoosobowo trzecią grupą, po przerwie (mającej trwać 5 minut, ale mocno przedłużonej) wystawili wspólny spektakl.

Efekt był znakomity. Improwizacja rodzinnej wieczerzy wigilijnej, nieco że była na czasie, to jeszcze miała olbrzymie pokłady humory i obserwacji społecznych. Wigilia w domu matki, obecnie podstarzałej babci, która rzadko się odzywa, ale jak już krzyknie to pozamiatane. Czwórka ekscentrycznych dzieci:

  1. Niedoszły duchowny, który z uwagi na uczucie do Agaty obecnie pracuje jako kierownik w salonie meblowym Agata, ale nie rozstaje się ze swoją sutanną (bo może)

  2. Będący na utrzymaniu starej matki bezrobotny alkoholik, mający w dodatku na karku zwolnienie warunkowe

  3. Syn z klasy średniej żyjący w konkubinacie za obopólną zgodą

  4. Córka – chłopczyca.

Wigilia mocno zakrapiana alkoholem nasiąknięta abstrakcyjnymi dialogami i pijackim śpiewanie kolęd.

Gdyby nie to że zbliżała się północ, a w perspektywie pozostał jeszcze obowiązek przystrojenia choinki, mocno bym żałował zakończenia występu po 40 minutach.

Fabularny przewodnik po trzecim trymestrze

22 grudnia 2015

„Fabularny przewodnik po …” jest spektaklem, można powiedzieć, najdojrzalszym w repertuarze Klubu Komediowego. Co nie oznacza że najpopularniejszym, bo miejsce to nierozerwalnie kojarzy się z improwizacją i dużą dozą artystycznego szaleństwa. „Przewodnik …” natomiast to spektakl bliski już poważnemu teatrowi – połączenie żartobliwego spojrzenia na otaczającą rzeczywistość, przerywana wstawkami muzycznymi.

 

Motywem przewodnim już trzeciej edycji Przewodnika jest macierzyństwo (tytułowy trzeci trymestr). Główny bohater – przyszły ojciec i amator gier komputerowych – po otrzymaniu „eska” od żony stawia się w szpitalu. A ponieważ to szpital polski, i to taki bardziej z klimatu filmów Barei, zanim dotrze do żony spotka go wiele niesamowitych przygód.

 

Poziom poszczególnych etapów jest bardzo równy, wybija się przede wszystkim brawurowy monolog nałogowej kochanki (Hello) oraz piosenka o dwulatku (... w dieslu).

Bardzo udany odcinek i z wytęsknieniem widzowie będą oczekiwać kolejnych wersji.

 

O coraz większej renomie Komediowego nie świadczy fakt, że na widowni można było spotkać i Janusza Zaorskiego i związanego z Klubem swoimi występami Jacka Fedorowicza.

Urodziny PiP Show

13 grudnia 2015

W niedzielę 13 grudnia na sam koniec dnia o godz. 21 swoje pierwsze urodziny obchodził zespół PiP Show, czyli Paweł Najgebauer i Piotr Sikora, znakomity duet improwizatorów Klubu Komediowego.

 

Panowie udali zdziwienie owacją jaką dostali na wejście, i zapowiedzieli tryptyk urodzinowy, czyli według ich analizy słowa tryptyk – trzy części wieczoru.

 

Pierwsza część to dwójkowa improwizacja oparta na motywie decyzji o wyprowadzce jednego współlokatora do nowej dziewczyny. Kolega nie do końca jest zadowolony z tego faktu i mocno komplikuje plany. Klasę improwizatorską artyści pokazuje szczególnie w momencie jak we dwójkę grają trzy osoby (w tym dziewczyną Anię) – momentami można się pogubić kto jest kto, ale Piotr i Paweł świetnie sobie z tym radzą.

 

W drugiej części do chłopców dołącza dziewczyna i grają improwizację opartą na motywie wojskowym, zbierania jagód i jedynej dziewczyny w oddziale. Ta część ma również fragmenty śpiewane. Zespół rozkręca się do tego stopnia, że nawet improwizują pojedynek na szable.

 

Do trzeciego etapu zostaje zaproszony przedstawiciel publiczności i trzeba przyznać że daje sobie znakomicie radę. Dziesięciominutowy pokaz o nazwie „Żółtodziób” rozgrywa się w klimacie sądowym na motywie decyzji o warunkowe zwolnienie. Widz grający sędzinę świetnie wczuwa się w improwizatorski klimat.

 

Całość trzyma naprawdę wysoki pomysł i trochę martwi jedynie deklaracja o zawieszeniu PiP Show w przyszłym roku z powodu wyjazdu jednego z uczestników.

Na zakończenie publiczność odśpiewała sto lat z nadzieją, że jednak cykl będzie kontynuowany.

Bitwa na dubbingi

12 grudnia 2015

W sobotę 12 grudnia odbyła się w Klubie Komediowym kolejna odsłona cieszącej się ogromną popularnością bitwy na dubbingi. Co prawda coś nam się pomyliło i myśleliśmy że mają być dubbingi sejmowe, ale jak już przyszliśmy to nie było co marudzić.

Mały problem był – o dziwo bo pierwszy raz się to zdarzyło w Klubie Komediowym – z biletami. Rezerwacje jakoś wyparowały, na widowni już komplet, a że przyszliśmy na ostatnią chwilę to dodatkowo czekała kolejka rezerwowa. Na szczęście dzięki uprzejmości miłych pań udało się dostawić stoliczki ze stołkami barowymi, i może trochę niewygodnie rozkoszować kolejnymi przelotami (przelot to takie określenie występu na dubbingach).

 

Bitwa na dubbingi to świetna zabawa dla oglądających, ale mocne wyzwanie przed występującymi. Na ekranie wyświetlany jest film klasy B, a delikwent musi na żywo podkładać głos. Nie ma takiej możliwości żeby wcześniej ktoś dany obraz oglądał, bo wybierane są filmy naprawdę klasy B (albo i niższej). Odpowiedzialny za dobór filmów syn właścicieli pierwszej wypożyczalni video w Radomiu o rozkosznej nazwie Promyk jest wybitnym fachowcem w zakresie tak słabych filmów (jak zawsze zdradza jego współprowadzący był tak niski że nie sięgał do półek z lepszymi kasetami).

 

Ocena poziomu danego przelotu jest uzależniona od trudności filmu. Zdecydowanie preferuję fragmenty zaskakujące dubbingującego, tylko że najczęściej zostają one skopane przez delikwenta.  Generalna prawidłowość jest taka, że im bardziej jajcarski fragment, tym gorszy dubbing. Ale niektórzy dają radę.

 

Niestety sobotnia edycja była bardzo słaba pod względem formy występujących, na co usprawiedliwieniem poza faktem sobotniego wieczoru (niektórzy noc wcześniej brali udział w maratonie improwizacji) był znakomity dobór filmów (czego tu nie było: i kosmici i czarodziej Azjata na dzikim zachodzie i tajemnicze próbki w laboratorium).

Występujące dziewczyny nie dawały rady i szybko odpadały, prowadzący był niezły w ćwierćfinale, ale półfinał totalnie skopał. Poziom lekko wzrósł dopiero w finale, szczególnie ministerialny przelot mi się podobał, ale ostatecznie wygrał ten drugi bardziej socjalny.

 

Ogólnie było słabo, na 14 przelotów może ze 3 trzymały jakikolwiek poziom. Za to można było się rozkoszować absurdalnością i beznadzieją dobranych filmów z wypożyczalni Promyk w Radomiu.

Musical Improwizowany

3 grudnia 2015

Klub Komediowy w swoich eksperymentach z tekstami improwizacyjnym zaszedł tak daleko, że postanowił stworzyć improwizowany musical. Każde przedstawienie jest wyjątkowe i jednorazowe – chociaż jeden z aktorów zadeklarował że za milion złotych zagrają jeszcze raz to samo. Za milion dla każdego.

 

Jak każde impro zaczyna się od rozgrzewki. Tym razem nielubiana przeze mnie część obróciła się przeciwko mojej skromnej osobie, która doznała zaszczytu masowania przez cały Musical Improwizowany.

 

Kolejnym elementem zabawy jest wyzwanie przed jakim staje publiczność, która musi wymyślić temat przewodni. Fachowcem jest tutaj nastoletni chłopak, który wielokrotnie zabłysnął pomysłowością. Tym razem wybór padł na następujące dwa motywy:

  1. Jednorożec na Mokotowie

  2. Wyjazd do wróżki w Radomiu

 

Dodatkowo trudność w tej formie improwizacji polega na tym, że jak w prawdziwym musicalu po części dialogowej następuje część śpiewana, a więc aktorzy muszą również zaimprowizować piosenkę i wspólne śpiewanie. Idzie im to naprawdę świetnie.

Niewątpliwego uroku przedstawieniu dodaje prześliczna dziewczyna grająca na pianinie - Joanna Kucharczyk.

 

Ogólnie było świetnie, nie podobało się jedynie słoikom z Radomia.

Wieczór Krótkich Gier

2 grudnia 2015

Wieczór krótkich gier to comiesięczna propozycja Klubu Komediowego skupiająca występujące na jej deskach (jakkolwiek górnolotnie to nie brzmi) grupy impro.

Zabawa oparta jest na kilku motywach z wykorzystaniem sztywnych zasad w improwizowanym przedstawieniu.

Jest więc zasada że można improwizować jedynie poprzez zadawanie pytań, a jakakolwiek wątpliwość czy aktor prawidłowo stosował się do tej zasady kończy się gromkim „GIŃ!”.

Jest zabawa w trakcie której aktorzy muszą na żądanie innych uczestników zmieniać „Coś innego” wypowiadaną kwestię.

Jest realizacja filmu z wybranym przez publiczność motywem w różnych gatunkach rodzajowych (western, film akcji, melodramat, bollywood, horror, teatr szekspirowski).

Zazwyczaj po przerwie jest zabawa z użyciem tekstów napisanych przez publiczność na karteczkach.

Jest w końcu improwizacja w udziałem dyrygenta. W tym przypadku motywem była opowieść o Jarosławie, piekarzu który nienawidził bieli.

 

Jak ktoś lubi teatr improwizowany to WKG to prawdziwy rarytas. Jak ktoś nie lubi też może kilka razy się pozytywnie zaskoczyć. Grudniowa audycja była nadzwyczaj udana, czego dowodem że piszący te słowa, którego trudno rozśmieszyć parę razy się uśmiechnął.

GAPA

1 grudnia 2015

Klub Komediowy zapoczątkował ostatni miesiąc roku zaproszeniem uczestników Grudniowego Akademickiego Przeglądu Artystycznego, czyli popularnej GAPA. Brać studencka dopisała i piwnica przy Nowowiejskiej pękała w szwach. Znaleźć miejsce siedzące graniczyło z cudem.

 

Na scenie zaprezentowało się trzech konkursowych (Michał Kowalski, Tomasz Szejka, Dominik Piechowiak) i jeden dodatkowy uczestnik StandUp. Nie jest to wbrew pozorom prosta forma ekspresji artystycznej i rozbawić publiczność nie przekraczając granicy przyzwoitości nie jest tak prosto. Niestety uczestnicy przeglądu studenckiego polegli na całej linii. Był to jeden z najbardziej żenujących wieczorów StandUpowych jakie miałem okazję usłyszeć. Jako taki poziom utrzymał jedynie Dominik dzięki motywowi karłów w bankomacie – i dlatego został zwycięzcą tego miniprzeglądu.

 

Na dokładkę w drugiej części wystąpił jeszcze jeden śmiałek, który mocno wersję komediową pomylił z wersją wulgarną i z trudem można było przeżyć jego erotyczny słowotok.

 

Sytuację trochę próbował ratować prowadzący Antoni Syrek Dąbrowski z doświadczonego zespołu Stand-Up Polska ale i tak nie zatarł kiepskiego wrażenia po poprzednikach. Miało być śmiesznie a wyszło żałośnie.

 

A więc było słabo, a jak na Klub Komediowy nawet bardzo słabo, jedyny plus to niska cena biletu (10 zeta).

Please reload