Kandyd, czyli optymizm

01/24/2018

Jak to w Ateneum – jeden wieczór boski, a już kolejny – przeciętny, o ile nie słaby.

 

Spektakl bardziej dramatyczny niż muzyczny, czym mnie trochę rozczarował. Pierwszy akt zwyczajnie nudny i bardzo słabo zagrany. Drugi już dużo lepszy, ale dla odmiany zbyt wiele nawiązań politycznych. Liczyliśmy na dużo więcej.

Artur Andrus - Wieczór Kabaretowy

01/23/2018

Fantastyczny program. Prawdziwa perełka. Inteligentne teksty, znakomite piosenki i cięty żart andrusa. Co ważne, prawie uniknął swoich politycznych poglądów (w końcu można go spotkać w Szkle Kontaktowym). Wszyscy zgodnie byliśmy zachwyceni.

"Ojciec" - demencja

04/24/2017

Nie widziałem jeszcze w Teatrze Ateneum owacji na stojąco po spektaklu. A tak było w przypadku trudnego i smutnego przedstawienia „Ojciec”. Temat demencji starczej ukazany w bardzo ciekawy sposób. Nie jest łatwo widzowi połapać się w fabule. Pod koniec wszyscy wiemy, że nie wszystko było realne. Czujemy się trochę, jak główny bohater – wręcz mistrzowsko zagrany przez Opanię. I nawet jeżeli w trakcie seansu bywa smętnie wychodzimy na Jaracza przygnębieni w obawie, że taka starość może i nas spotkać.

 

Ważny, pożyteczny spektakl – chwała za podjęcie tego tematu.

"Błogie dni" - zmarnowany temat

02/06/2016

Teatr Ateneum nie przestaje nas zadziwiać. Realizowane są tam tak świetne przedstawienia, że aż jesteśmy dumni z lokalizacji blisko siedziby naszego portalu. A trafiają się również spektakle mocno przeciętne. 

Błogie dni niestety zaliczają się do tego grona. Przedstawienie, które spokojnie mogłoby nie powstać, nie wnosi nic ciekawego, i co najgorsze jest zrealizowane i zagrane przez wybitnych aktorów - jak za karę. 

Rzecz dzieje się w jakimś domu starców, albo sanatorium leczniczym. Wchodząc na scenę widzimy siedzącego na wózku Jana Peszka – jak się później dowiadujemy byłego znanego aktora (lekko autobiograficzne). Po rozpoczęciu akcji poznajemy drugą bohaterkę – emerytowaną dyrektorkę szkoły graną przez Jadwigę Jankowską Cieślak

Interakcja tych dwóch postaci jest przewidywalna do bólu i jeden lekki zwrot akcji tego nie zmienia. Spektakl wlecze się niemiłosiernie i z radością przyjmujemy końcowy wyjazd jednego z bohaterów. 

Tak znamienici aktorzy nie bardzo mają co zagrać, ale to co grają też nie wypada jakoś przekonywująco. Tematyka sztuki mogłaby być świetnym motywem do ukazania starości, choroby, samotności, ale jakoś w widzach nie wywołują swoją gra wielkich emocji, czy nawet nie zmuszają do zastanowienia. Młodsza część widowni trochę się podśmiewuje, starsza raczej patrzy ze smutkiem. 

Chyba czegoś aktorsko zabrakło, bo ani Peszek, ani tym bardziej męcząca swoim charakterystycznym głosem Cieślak nie wyzwalają wielkich (w moim przypadku żadnych) emocji. A są tutaj sceny z których można było coś więcej wyciągnąć (pocałunek, taniec, kłótnia). Już najlepiej prezentuje się pielęgniarka, albo ochroniarz sprzątający zbita szybę.

Spektakl do zapomnienia w trakcie minutowego powrotu z Ateneum do siedziby wodaiogien.com

"Mary Stuart" - Ostatnia godzina życia

01/11/2016

Tylko w połowie zapełniona sala, uboga scenografia, niepełnosprawny niemowa próbujący zaprosić na spektakl i niezrozumiale wrzeszcząca w głębi sceny jakaś staruszka. Nic nie zapowiada wielkiego przedstawienia w Teatrze Ateneum. A takowe w reżyserii Agaty Duda-Gracz zaistniało na scenie przy ulicy Jaracza.

 

Maria Stuart” z Powiśla to przede wszystkim popis aktorski: Agaty Kuleszy jako Królowej Szkocji, Przemysława Bluszcza jako stojącego w tym samym miejscu przez półtorejgodziny kata oraz genialnego Tomasza Schuchardta w roli niepełnosprawnego, prawie niemego syna i pomocnika kata.

 

Królowej Szkocji została godzina życia: postawmy się w jej sytuacji, co prawda jest wierząca ale czy pewna ze jej istnienie duchowe będzie miało jakiś ciąg dalszy? Że jej starania i dążenia zaowocują dla przyszłych pokoleń? Sama proroczo jest przekonana że jej sława nie minie, ale czy aby na pewno wszystkie jej czyny były właściwe, jak ma spory problem żeby sobie przypomnieć kiedy uczyniła coś dobrego dla prostego ludu.

 

Przerażająca perspektywa ostatniej godziny życia, z której Królowa z Warszawskiego Powiślu wychodzi zwycięsko – dumnie stając w finałowej scenie przed publicznością wymownie milcząc podczas „wygłaszania” ostatniego słowa.

 

Porażający i znakomity spektakl Teatru Ateneum, który ma w ostatnim czasie dobra serię, co nas szczególnie cieszy z uwagi że z siedziby naszego portalu na ulice Jaracza mamy 90 sekund drogi ...

"Dziewice i mężatki" - Znakomita charakteryzacja

04/25/2017

Najnowsza premiera (12 grudnia 2015) warszawskiego Teatru Ateneum to adaptacja mało popularnej (i jednej z ostatnich) sztuki Moliera („Uczone białogłowy”) wystawiona pod tytułem „Dziewice i mężatki”, z wykorzystaniem przekładu Tadeusza Boya-Żeleńskiego w reżyserii Janusza Wiśniewskiego.

 

Rzecz dotyczy (oczywiście) skrywanych marzeń kobiet, stosunków z mężczyznami i różnorakich konfiguracji małżeńskich. Sam tekst – mimo że komediowy – nie jest łatwy i sporym wyzwaniem jest zainteresować współczesnego widza. Fabułą Moliera obecnie tłumów do teatru się nie przyciągnie.

 

Twórcy spektaklu udanie jednak podołali wzywaniu.

Pierwszym znakomitym zabiegiem była rewelacyjna charakteryzacja i kostiumy aktorów. Na scenie pojawiają się postacie tak dziwaczne, że momentalnie przykuwające uwagę widza, dzięki czemu może również zainteresować ich rola w przedstawieniu. Niektóre makijaże są tak doskonałe, że nawet popularni aktorzy (Ciunelis, Opania) są trudni do rozpoznania.

W sztuce bardzo subtelnie uwypuklone są wątki erotyczne (ale bez przekraczania granic dobrego smaku), które przykuwają uwagę widza i wywołują uśmieszki, bo jak wiadomo ten temat jest zawsze aktualny.

Świetna jest również scenografia, w zasadzie skromna, ale jednak w trakcie spektaklu znakomicie zorganizowana. Wykorzystane są również efekty wybuchowe i pirotechniczne, co nie pozwala spokojnie usiedzieć w wygodnych fotelach Teatru Ateneum.

 

Nie za długi – bo niewiele ponad godzinny – spektakl jest więc próbą uatrakcyjnienia Moliera na warszawskiej scenie teatru. Czy to się uda, to mocno wątpię. Ludzie wyszli ze spektaklu ukontentowani, ale frekwencja kilka dni od premiery na dużej scenie Teatru Ateneum nie jest powalająca.

Szkoda gdyby pomysłowość i trud twórców adaptacji z Ateneum poszedł na marne.

Please reload