Aberracje Ekstraklapy

18/07/2016

Jeszcze nie opadł pył po kuriozalnym EURO, a już piłkarzyki wróciły na ligowe boiska. Zresztą jeszcze w trakcie rozgrywek we Francji z pucharów odpadła Cracovia. A tak się martwiliśmy ich awansem.

Na razie bilans pucharowy jest tylko minimalnie lepszy od San Marino, bo udało się jeden mecz wygrać, a dwa zremisować. Pasy już odpadły, Piast odpadnie w tym tygodniu, a Legia i Lubin jeszcze mają szanse.


Kolejne kuriozum polskiej ligi to fakt, że dwie najlepsze drużyny pozbyły się swoich trenerów. Ich gra z nowymi „kołczami” nie prezentuje się jakoś znacząco lepiej, bo Piast i Legia jeszcze nie wygrały meczu.


Nie dziwne więc że pierwsza kolejka to było kuriozum. Typowana na mistrza Lechia przegrywa w Płocku. Jagiellonia dominuje na Łazienkowskiej i sędzia musi ją przepraszać za remis. Skompromitowana po pucharach Cracovia jest liderem. Krakowskie drużyny mają komplet punktów – Wisła wygrała po pięknym strzale jakiegoś nieznanego zawodnika. Na zakończenie Terma utopiła Arkę.


Najwięcej dyskusji wzbudziła nowa Liga Plus Sekstra z Pazdanem i ładnymi dziewczynami na widowni.

EURO 2016

09/07/2016

Piłką nożną się co prawda już nie interesuję, ale że na EURO-2016 byłem, cztery mecze obejrzałem na żywo, to parę słów napiszę.


Faktem jest, ze oprócz meczów Polaków to prawie nic nie widziałem, a nawet po powrocie do Polski jakoś nie ekscytowała mnie ta finałowa rozgrywka. Jakby ktoś dwadzieścia lat temu powiedział, że opuszczę chociażby jedną minutę takiej imprezy jak Mistrzostwa Europy w piłce nożnej, to uznałbym go za szalonego. A teraz takie możliwości – internet, telewizor w każdym hotelowym pokoju – i nawet się nie chce zerknąć. Cóż, może za pokutę obejrzę sobie Olimpiadę w RIO.


Niewiele, naprawdę niewiele brakowało, żeby przedmiotem tego felietonu był medal, a może nawet zwycięstwo polskiego zespołu. To co jeszcze dwa lata temu wydawało się nierealne – czyli poważne zaistnienie na mistrzowskiej imprezie – stało się faktem. Może ktoś z boku powie, co to za impreza, na której wygrywa grająca całe mistrzostwa piach Portugalia, w półfinale jest Walia, w ćwierćfinale Islandia, z grupy wychodzą obie Irlandie. No nie da się ukryć, że poziom stał łagodnie mówiąc na żenująco niskim poziomie, ale była szansa to wykorzystać. To że się nie udało położy się cieniem na sukcesie, jakim było dotarcie do ćwierćfinału.


Szczęścia w tym wszystkim było oczywiście wiele. Począwszy do fartownych eliminacji – abstrakcyjnie szczęśliwa wygrana z Niemcami i ratowane remisy ze Szkocją. Poprzez niemniej korzystne losowanie: z drugiego koszyka zamiast zmanierowanej (aczkolwiek piłkarsko klasę przed nami) Ukrainy – a można było trafiona Włochy czy Chorwację, po chyba jedną z najsłabszych drużyn mistrzostw Irlandię Północą (a w czwartym koszyku były również Walia i Islandia). Czy z grupy Francja, Włochy, Walia byśmy wyszli? Pewnie nie. A tak mieliśmy autostradę do finału. Szczęśliwie też ułożył się układ meczów, szczególnie pojedynek z Niemcami tuż po kompromitacji skacowanych banderowców. Remis Szwabom pasował i nie musieli kłaść wszystkiego na jedną kartę. Aczkolwiek trzeba zaznaczyć, że to Milik był najbliższy zwycięstwa.


Dalsza drabinka to już bajka, wyśmiewana zresztą przez Włochów. Ale szansik był niesamowity. Do dobra, znowu ktoś powie że piłkarsko byliśmy dużo słabsi i od Portugalii, i od Szwajcarii, a nawet od Ukrainy. Ale jak się ma taką szansę to trzeba ją wykorzystywać. Wykorzystała Dania, wykorzystała Grecja, wykorzystała Szwajcarią, którą już Węgrzy mogli z łatwością z turnieju wywalić. Niemożliwe jest jednak możliwe. A tak to pozostanie w pamięci bardziej strzał Błaszczykowskiego z Marsylii, niż parady Fabiańskiego z Saint-Etienne.


Oczywiście w Polsce umiaru, jak zwykle, nie potrafiono zachować. Ja rozumiem że Pazdan zagrał dobrze, że chłopak z sąsiedniego osiedla, absolwent mojego liceum, gdzie wuefu uczył go mój kumpel z ławy szkolnej, że w Zamościu obściskiwałem go po wyciągnięciu z 2:0 na 2:3. Ale do kurwy nędzy ileż można się nim podniecać? Najlepiej tą piłkarską fobię podsumował Lewandowski, ale ten lekkoatletyczny, Michał:
No i zaczynamy zabawę. Jutro eliminacje na 800m Mistrzostw Europy w Amsterdamie. Ciekawe czy ktoś w PL ma z tego powodu flagę na aucie?? A może ktoś wziął wolne w pracy żeby zobaczyć najlepszych Polskich lekkoatletów w akcji?? W sumie po co... mamy w naszej reprezentacji tylko Mistrzów Świata i Rekordzistów Świata, nic wielkiego
Właśnie ten wpis mnie natknął żeby sobie obejrzeć olimpiadę w RIO i kibicować polskim sportowcom. Flagi, jak jakiś burak, na samochód sobie nie wywieszę, ale Lewandowskiemu kibicować będę, nawet jeżeli przyjdzie siedzieć do 4 w nocy.


Wracając do piłkarzyków, to trzeba oddać co królewskie Nawałce. Z grupy zawodników przeciętnych (Pazdan, Glik, Mączyński, Kapustka, Jędrzejczyk, Milik), tudzież sfrustrowanych (Lewandowski, Krychowiak, Fabiański, Błaszczykowski) stworzył zespół, który – jeszcze raz to napiszę – mógł zostać Mistrzem Europy. Co ciekawe Nawałka większych sukcesów trenerskich wcześniej nie odnosił – jedno mistrzostwo z Wisłą. Nie umywa się do takiego Frania Smudy. A reprezentacyjnie jaka przepaść. Jakżeż taka drużyna by się przydała 4 lata temu: wtedy autostradę do strefy medalowej mieliśmy jeszcze łatwiejszą, jeszcze krótszą i swoje ściany. Ale nie, uparli się na tego Nikodema Dyzmę polskiej myśli trenerskiej.


Prawdziwym testem sprawności Nawałki będą jednak eliminacje do Mistrzostw Świata. Wbrew podśmiechujkom w internecie grupę mamy ekstremalnie trudną. Zawsze niewygodny rywal skandynawski, groźna Rumunia, nieobliczalna Czarnogóra (mieli takie eliminacje, że wszystkich lali), i trudne wyprawy na Kaukaz. Nie będzie to spacerek, no chyba że moja absencja przyniesie szczęście.


Wróćmy jeszcze do EURO-2016, bo wypadałoby coś napisać o rozstrzygnięciach. „Nie ma już silnych drużyn” – jak to podsumował Kartofliska (Radek). Jedna w mojej ocenie pozostała. Niemcy. Tylko nie potrafiła tego przedłożyć na zwycięstwo. Może sędziowie ich skrzywdzili, ale z taką gra to powinni wszystkich jechać jak Brazylię w Brazylii. Druga drużyna, której gra mnie zachwyciła to … Ukraina. Ale cos tam było innego, może chlanie po meczu z Niemcami to przesada, ale chyba nie jest przypadkiem ze wszystkie wschodnie – niektórzy rozkminiając że prawosławne - drużyny (Rosji widziałem tylko kawałek) tak szybko odpadły. A trzecia to Szwajcaria. Ta pogoń za Polską w drugiej połowie naprawdę robiła wrażenie: parada Fabiańskiego, poprzeczka, magiczne wyrównujące nożyce. Tak jak piszemy że to Polska to dziadostwo mogła wygrać, to niewykluczone że Szwajcaria byłaby drugą Grecją. A tak to wygrał Ronaldo – Real zawsze rządzi.


Osobny temat to historyczne sukcesy Walii i Islandii. To co łączy te sukcesy to nacisk na defensywę. Władze futbolowe od kilku lat robią wszystko żeby mecze były bardziej interesujące, żeby padało w nich więcej goli. Tylko zabrali się do tego od dupy strony, czyli przy majstrowaniu z przepisem o spalonym. Preferowanie gry ofensywnej miało spowodować że rozsypie się worek z bramkami. Tymczasem efekt jest dokładnie odwrotny. Obrońcy są tak zakręceni z tymi przepisami, że coś takiego jak pułapki ofsajdowe (jedna z najfajniejszych taktyk z lat mojej młodości) straciły sens, a pół drużyny robi wszystko żeby nie stracić bramki. I takie są efekty. Wyniki jednobramkowe to chleb powszedni tych mistrzostw. Co prawda dało to szanse takim kopciuszkom jak Walia, Islandia, czy tez Polska. Ale z drugiej strony drużyny grające naprawdę ładną piłkę rozbijają się o mur obronny. Czyli skończy się tym że Niemcy zwolnią grzebiącegowdupie, zatrudnią jakiegoś obrońcę i z palcem - notabene - w dupie, ale w brzydkim stylu wygrają Rosję. Zakład?


Na końcu przyszedł czas na napisanie czegoś o wydarzeniach kibolskich. A trochę się tego nazbierało, chociaż najmniej ze strony polskich fanów. Aczkolwiek nowa koalicja południowo-środkowo dwukrotnie szukała atrakcji w Marsylia. Która zresztą była główną areną mocniejszej strony kibicowania, a Anglicy na wiele lat stracili renomę w chuligańskim świecie. Zresztą klimat tej całej arabskiej Marsylii, akurat idealnie pasował do awantur. Nie było się też bez incydentów na stadionach (race, bójki Chorwatów), a także przed finałem w Paryżu. Czy to tylko przygrywka do zapowiadających się jako najbardziej kibolskie w historii mistrzostw w Rosji?


Ale i tak to całe EURO2016 miało jeden, jedyny cel. Przykryć to co się dzieje na krajowym podwórku, i wcale nie mam na myśli – jak myśliciel Petru – Trybunału Konstytucyjnego. Kariera pucharowa krakowskiego debiutanta była tak przebojowa, że już chyba nikt nie żałuje Pasiastego awansu do pucharów. Hutnik w dalszym ciągu pozostaje jedynym klubem, który nie skompromitował się w rywalizacji pucharowej. Jeszcze mocniejszy akcent nadszedł z Kielc. Zawsze tamtejsze układy właścicielskie były zagadką, ale teraz przeszli samego siebie. Inwestor z Senegalu bije na głowę nawet pamiętnego Katarczyka ratującego stocznie. Przynajmniej weszło mogło się wykazać.

Podsumowanie rundy zasadniczej

25/06/2016

Czas na małe podsumowanie „sezonu” piłkarskiego w Polsce. Bo właśnie jak Bóg przykazał powinien się skończyć po 30 kolejkach. Ale Reformatorzy, którym w głowie jedynie pieniądze, męczą nas bezsensowną runda finałową. Wydarzenia z ostatniej kolejki po raz kolejny skompromitowały to rozwiązanie, i myślę że w Chorzowie sobie ten cały regulamin na bardzo długo zapamiętają. Zresztą o ich losie i tak będzie decydował Komitet, który ma orzec sprawę jednego punktu Lechii (wtedy znowu w Bielsku sobie popamiętają).

Paranoja na miarę Piłkarskiego Pokera.

„Ale to jest ostatnia kolejka” – mówi prezes Czarnych Zabrze

„Jest pan pewien że ostatnia?” – odpowiada sędzia międzynarodowy.

AKTUALIZACJA (12 kwietnia 2016) - no i faktycznie okazało się że ostatnią kolejkę rozegrała Lechia, która wycofała swoją skargę i straciła punkt przez co wpadła do "małej" tabelki z Podbeskidziem i Ruchem, dając chorzowianom awans do ósemki. Rozważamy nową zakładkę na naszym blogu kulturalnym: "KABARET" - i tam będziemy pisać o polskiej ekstraklasie

No dobra, ale nie czas rozpływać się nad aberracjami innych, czas pośmiać się z własnych marzeń i przewidywań.

 

1) Piast Gliwice.

Oczywiście od początku było wiadomo, że wiara w tą drużynę jest mocno życzeniowa. Na wszelki wypadek przed pierwszym meczem w szerszym gronie („dziennikarskim”) zabezpieczyłem swoją reputację prognozą: „nic z tego Piasta nie będzie”. Ale że aż taki piach będą grali to się w najczarniejszych snach nie spodziewałem, ambitnie śledząc ich mecze. Paradoks polskiej piłki polega jednak na tym, że nadzieja wciąż może być żywa. Do lidera Piastunki tracą 2 oczka, czyli wygrana na Łazienkowskiej zmieniłaby wszystko – podobnie jak rok temu zwycięstwo Lecha. Ale Piast to nie Lech i szanse na to są iluzoryczne.

 

2) Walka o mistrzostwo.

Każde inne rozwiązanie od mistrzostwa Legii byłoby sensacją. Ale to polska liga, a dla Legii jak zwykle największym rywalem jest sama Legia, jak ktoś to ostatnio trafnie zauważył. Niby mają ciśnienie na tytuł jak Ryszard Petru na konto w banku, ale zdarzają im się wpadki nieczeczańskie, czy nawet dwa remisy w ostatnich meczach. A jeszcze jak co roku jarają się pucharem. Największy problem w tym, że jedynym poważnym rywalem jest wypunktowany wyżej Piast (Lech na który jeszcze długo liczyłem skończył się jak Metallica po Kill’em All). Ale nadzieja umiera ostatnia.

 

3) Zagłębie Lubin

Rewelacja wiosny. Zawsze czułem do tego klubu nic sympatii, która po ostatnim meczy na Reymonta zamieniła się w solidny sznur. Szczerze im życzę pucharów, szczególnie że rywali mają mało sympatycznych (Cracovia, Michniewiczowska Pogoń, masakrycznie w tym sezonie poturbowany Lech i chyba najgroźniejsza z tego towarzystwa Lechia – Podbeskidzie to już raczej skończyło sezon, chyba ze jeszcze punktowo wymoszczą Lechię - sama się jednak wymościła i do grona walczących o puchary dołącza Ruch). I jeszcze jedno mi się w przypadku Lubina marzy: aby pokonali 28 kwietnia Legię i na zakończenie rundy byli świadkiem sensacyjnego świętowania mistrzostwa w Gliwicach.

 

4) Wisła Kraków

Trafnie przewidziałem że największym wrogiem upadłej (w porównaniu do ostatnich dekad) Wisły będzie ich trener. Niestety szybko się w tym połapali, i go zmienili. Zaowocowało to serią meczów, które powinny wynieść ich do górnej ósemki, grzebiąc moje nadzieję. Ale na przeszkodzie stanęło Zagłębie Lubin. Wisła kadrowo i piłkarsko przewyższa o klasę każdy zespół dolnej grupy (no może poza Ruchem, który jakoś z niczego się tam znalazł - OK już go nie ma, a Podbeskidzie powiększa grono kandydatów do spadku), ale że ma 2 punkty przewagi nad grupą spadkową – to nie można tracić nadziei. Co prawda jest ona pokroju mistrzostwa Piasta, ale jak z tych dwóch spełni się jedno …

 

5) Spadkowicze

Chyba najciekawsze pytanie przed rundą dodatkową. Patrząc na potencjały drużyn to walka będzie na noże. Osobiście stawiam że z ligi polecą Jagiellonia Białystok i Śląsk Wrocław. Wiem że to pewnie mocno nietypowa prognoza. Ale czuję że zadecydują wewnętrzne problemy. A dlaczego nie Górnik? Bo wygra trzy kolejne mecze (derby z Ruchem, wyjazd ze zmasakrowaną konfliktami Jagą i u siebie z mającymi podobne problemy Śląskiem). Kadrowo najsłabsze są w mojej ocenie Łęczna i Korona, ale mają większą motywację i mniejsze problemy wewnętrzne. Termalika nie po to właziła do ekstraklasy żeby nie spaść, poza tym powinna zostać za zasługi w postaci pogromu Legii. A po całym zamieszaniu najśmieszniejszej - nie dla wszystkich oczywiście - będzie jak spadnie PBB, które ze dwa dni było w górnej ósemce.

 

6) Rachunek sumienia

Wymaściłem na żywo trzy mecze: Łęczna-Piast żeby zobaczyć ówczesnego lidera i popodziwiać piękne ziemie Lubelszczyzny, i Legia-Górnik oraz Legia-Ruch bo miałem darmowe wejściówki na Łazienkowską.

  • Największa niespodzianka: Termalica-Legia

  • Najlepszy mecz: Legia-Lechia

  • Najgorszy mecz: Terma-Korona

  • Najsympatyczniejszy mecz: Wisła-Podbeskidzie

  • Największa kompromitacja - historia jednego punktu Lechii Gdańsk

Rusza Ekstraklasa

25/06/2016

Zima zimą, luty lutym, ale przez kretyński regulamin jeszcze przed walentynkami wraca umiłowana ekstraklasa.

 

Normalnie mało się nią pasjonujemy, bo od spadku Hutnika minęło 20 lat, a Blazers jeszcze nie wpadli na pomysł żeby grać z Legią i Lechem, ale tegoroczne rozgrywki są na tyle ciekawe że warto o nich parę słów napisać.

Cele na maj 2016 są dwa, bardzo ważne, ale niestety mało realne: spadek Wisły do drugiej ligi (znaczy się do pierwszej, powiedzmy „na zaplecze”) i brak mistrzostwa Legii. Czyli dokładnie tak, jak przystało na polskiego kibica, nieważne jak tam u nas na zagrodzie, ważne żeby sąsiadowi spaliła się chałupa.

 

Co do Wisły, to ten szansik pojawił się nieoczekiwanie, bo raczej można było ją kwalifikować w górnej ósemce. A tym czasem seria porażek pod koniec jesiennej części sezonu, przy mocno wyrównanej stawce, usadowiła Białą Gwiazdę tuż nad strefą spadkową. W połączeniu z coraz lepiej grającym Górnikiem nastrajało to optymistycznie takich, którzy znienawidzili ten klub od dzieciństwa.

 

Pierwszy wiosenno-zimowy mecz tylko z wyniku podtrzymuje te nadzieje. Wisła zagrała we Wrocławiu całkiem nieźle, i w praktyce zasłużyła co najmniej na remis, o ile nie na zwycięstwo. Ale jak się ma pecha to już się tak ciągnie. Głupi błąd w obronie i fart „niepotrafiącego łapać piłki” Pawełka spowodowały, że to gospodarze zgarnęli wszystkie punkty. Ale patrząc na grę krakusów, to obawiam się rychłej serii zwycięstw, a do ósmego miejsca w tabeli jest wszystkiego 5 punktów. Co prawda do ostatniego jest jeszcze mniej, bo 2, ale jakoś terminarz z pojedynkami z Łęczną, Podbeskidziem i Koroną powinien skłaniać trenera Pawłowskiego do patrzenia w górę tabeli.

 

Jak już jesteśmy przy Łęcznej, to dość niespodziewanie na tym stadionie rozpocząłem tegoroczny rok kibolski. Przyjazd gliwiczan, w których do tej pory pokładałem spore nadzieję w kontekście zaszkodzenia Legii, okazał się wystarczającą (oprócz wiadomego sentymentu do Łęcznej) zachętą.

Po wymarznięciu dwie godziny na stadionie w Łęcznej, raz że przeszedł mi sentyment do tego miejsca, dwa że przestałem wierzyć w przeciętny piłkarsko Piast Gliwice. Grali jak piłkarze ręczni: monotonnie rozgrywając piłkę po obwodzie, nawet można było wyróżnić wśród napastników środkowego. Obrona Łęcznej (która według prognozy spotkanego przed meczem dziennikarza z Kielc miała być osłabiona i popełniać błędy) spisywała się bez zarzutu i praktycznie przez cały mecz lider nie stworzył żadnej klarownej sytuacji. Za to Łęczna grała całkiem przyzwoicie: w pierwszej połowie groźnie z kontry, a w drugiej już przejęła inicjatywę na boisku i była bardzo blisko wygranej. Ale i tak nie wróże im wywiezienia punktów z Reymonta w kolejnej kolejce.

 

Najfajniejszy w Łęcznej jest widok sznura samochodu po meczu, wracających do Lublina. Chyba Motor bardziej by pasował do tej ekstraklasy.

 

Jakby nie mało było rozczarowań to jeszcze Cracovia rozbiła Górnik (raz że Pasy wygrały, dwa że rywal Wisły o utrzymanie dostał bęcki), a w niedzielę Legia przejechała się po Jadze w stylu podobnym do wydarzeń na trybunach dwa lata temu – słynne zdjęcie jagiellonia.rar.

 

Najciekawszy piłkarsko chyba był mecz w Poznaniu. Termalika mimo końcowego wyniku grała naprawdę solidną piłkę i momentami mogła liczyć nawet na zwycięstwo. Nie ukrywam, że kibicuję słonikom na złość wszystkim, za upokorzenia. Jeszcze w tym wieku maltretowali nowohucką potęgę. Niech teraz cała Polska dostaje od nich w dupe.

 

A co do Lecha, to po cichu na nich jeszcze liczę w wyścigu mistrzowskim, i niech 12 punktów straty do Legii nie myli. Bo kto wie, czy po podziale punków nie będzie to dystans jednego meczu. Legia ma ciężkie wyjazdy, w tym właśnie na Bułgarską i może trochę punktów pogubić.

 

W poniedziałkowym meczu Pogoń wyciągnęła Koronę, a ja co nie wyszedłem z pokoju to padała bramka. Na tyle mnie to zirytowało, że zakończyłem historię tej potyczki na remisie, mimo że sprawozdawcy uprzedzali że już kiedyś Pogoń wyciągnęła Koronę z 0:2. Ale wyprawa na monodram do Klubu Komediowego jawiła mi się jako ciekawsze wydarzenie.

 

Za tydzień derby Śląska i ważny wyjazd Legii do Lubina. Lech chyba ma teoretycznie trochę łatwiej z marniutkim Podbeskidziem – według powszechnej opinii - pierwszym kandydatem do spadku.

Kolejny skandal biletowy?

25/06/2016

Do końca stycznia trwał proces zbierania zamówień na bilety na mecze EURO2016 we Francji. Ta faza zamówień – już po losowaniu – pozwalała zapisać się na mecze konkretnego zespołu. Wiedząc z kim i gdzie zagra Reprezentacja Polski (przynajmniej w fazie grupowej, bo potem to już wiadomo ….) każdy kto chciał zobaczyć zespół Nawałki na tej imprezie przy odrobinie wysiłku mógł złożyć zamówienie.

 

Oczywiście każdy zdawał sobie sprawę z małego prawdopodobieństwa uzyskania wejściówek – takie imprezy zawsze cieszą się ogromnym popytem, szczególnie wśród polskich fanów. Toteż powszechnym procederem było zamawianie biletów na wszystkie mecze grupowe, a co więksi optymiści zapisywali się również na tzw. bilety warunkowe (czyli wejściówki na mecze w przypadku awansu danego zespołu do kolejnej fazy turnieju). Jedyną zagadką był rozdział biletów pomiędzy posiadaczami kart kibica, a tymi bez. Osoby, które posiadają karty początkowo miały mieć pierwszeństwo, ale potem PZPN trochę złagodził tą zasadę.

 

Zaskoczenia nie było. W połowie stycznia pojawiły się informacje prasowe, że polscy fani złożyli najwięcej zamówień, a najbardziej „rozchwytywanym” meczem był spotkanie z Niemcami.

 

Szacunkowo liczba zamówionych biletów dziesięciokrotnie przekraczała przeznaczoną dla polskich kibiców ilość. Dla uproszczenia załóżmy sobie na potrzeby tej notatki, że prawdopodobieństwo wylosowania biletu wynosiło 10% (nie wnikam, że na mecz z Niemcami pewnie było znacznie niższe, a dla osób bez karty jeszcze niższe).

 

Od 2 lutego na polskich forach zawrzało. Okazało się że UEFA blokuje środki na kartach kredytowych, które stanowią jedyną formę płatności. Co więcej większość fanów miała zablokowane środki na wszystkie bilety, które zamówili. Powoli euforia rosła. Stonował ją artykuł na portalu Gazety w godzinach popołudniowych, sugerujących że to jedynie blokady, a losowanie właściwe będzie później.

 

Jednak autor artykułu nie znalazł zrozumienia, raz że wszyscy chcieli być szczęściarzami, dwa że wiarygodność tego źródła wśród kibiców jest na poziomie dna.

 

Środa przyniosła kolejne argumenty dla „szczęśliwie wylosowanych”. Po pierwsze zablokowane środki na kartach kredytowych zaczęły być realizowane. A w połowie dnia UEFA zaczęła rozsyłać maila o pozornie jednoznacznej treści: „Twój wniosek został zaakceptowany”. W dalszej części maila jednoznacznie informowano o przydziale biletów. Nikt nie doszukiwał się haczyków w treści maila. Entuzjazm na forach był olbrzymi. Szczęśliwi kibice zajęli się organizacją transportu i noclegów (niektórzy już nawet zaczynają handlować – aczkolwiek chętnych jest mało, bo wszyscy wylosowali).

 

Czy aby ich radość nie jest przedwczesna?

 

Przeanalizujmy statystycznego kibica, który złożył zamówienie na trzy mecze grupowe. Prawdopodobieństwo wylosowania jednego meczu wynosiło wspomniane 10%. Wylosowania trzech meczów grupowych w ramach jednej aplikacji wynosiło 0,1%. Owszem jednej osobie mogło się to udać, w końcu w totolotka też ktoś wygrywa. Mi się również udało. Cóż – fart (zawsze byłem w czepku urodzony …). Ale po otrzymaniu maila zadzwoniło do mnie w ciągu kilku godzin przynajmniej 10 znajomych. Każdy z nich wylosował taki sam zestaw (jedni mieli karty kibica, inni nie, wielu jeszcze wylosowało warunkowe). Przy poprzednich losowaniach też dzwonili, tylko ze smutkiem że nic nie wylosowali i pytaniami czy nie mam coś załatwić. Jakie jest prawdopodobieństwo zdarzenia, że 10 losowych osób wylosowało ze swojej aplikacji wszystkie bilety na mecze grupowe? Otóż wynosi ono:

0,0000001%

 

Co więcej, każdy z dzwoniących utrzymywał, że ma co najmniej 10 innych znajomych, którzy również byli szczęśliwcami. Przykładowy sms? "Dostałe 24 bilety na mecze grupowe, 24 warunkowe - wszystkie na które aplikowałem". Czyli w takiej próbce losowej powiedzmy 100 osób trafiło coś z prawdopodobieństwem 0,1%. Łączne prawdopodobieństwa takiego zdarzenia wynosi:

0,000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000001%

 

Co więcej nie było ani jednej osoby, której by się nie powiodło (gdzieś tam na jakimś forum były pojedyncze głosy, ale tak pojedyncze jak przy poprzednich losowaniach tych którym się udało). Szczęśliwi znajomi z płaczem mówili mi, że nigdy nic nie wylosowali, a teraz wylosowali wszystko. UEFA uszczęśliwiła Polskę. Lampka kontrolna musiała się zapalić.

 

Co się mogło stać?

Owszem mogło być tak, że chwalą się tylko ci którym się udało, ale jakoś poprzednio pojawiały się jedynie głosy smutnych - niewylosowanych. Poza tym własna aplikacja święcąca zdarzeniem o prawdopodbieństwie 0,01% (bo jeszcze wylosowałem warunkowy na 1/8) była twardym dowodem że próbka losowa jest prawidłowa.

 

Czy może statystyka umarła i wszyscy laureaci Nagrody Nobla z jej licznych odłamów powinni zwrócić kasę? Najlepiej do UEFA…. Co prawda statystyka już raz umarła, i to nie dalej jak dwa lata temu, i to w dodatku w Polsce, podczas wyborów samorządowych, ale jak przekonywali najważniejsi ludzie w państwie, w tym Prezydent kraju, tak było.

 

Załóżmy jednak że statystyka dalej funkcjonuje, a w matematyce 2+2 to wciąż 4. Co się mogło stać?

Pierwsza moja myśl to błąd systemu. Ot komputer coś sobie tam losował i wszystko uznał za przydzielone. Pewnie prawdopodobne, informatycy może to potwierdzą. Nie wiem jaki tam jest system, ale już kilka (nieporównywalnie mniejszych) wpadek przy losowaniach się zdarzało.

 

Drugi trop to celowe działanie UEFA (polecam wnikliwą analizę przysłanych maili – jeden mój znajomy twierdzi że to wcale nie informacja o przydziale). Jak wiadomo wczoraj pozyskano ogromne środki przeznaczone na zakup biletów. Oprócz tych, którzy mieli wczoraj szczęśliwy dzień, było wielu takich, którzy musieli żonie oznajmić że ich karta kredytowa została obciążona kwotą 10 tys. zł i nici z weekendowych zakupów (a dzieci się nakarmi dopiero w kwietniu po wpływie wyczekiwanych 500 zł). Co prawda oprocentowanie depozytów w Szwajcarii jest niskie, ale zawsze przetrzymanie takiej kasy przez pewien okres czasu jest zyskowny – skala zgromadzonych środków jest bowiem ogromna.

 

Co będzie dalej? Czy dopiero pod koniec lutego kibice dostaną maile że jednak nie otrzymają biletów, z których już się cieszą? Czy ktoś z dziennikarzy się ogarnie i wcześniej napisze o problemie? Czy wszyscy dostaną bilety i na pierwszym meczu Polaków 12 czerwca na stadion w Nicei zostanie wpuszczonych 60 tys. kibiców na 6 tysięczny sektor? Nie wiem, z taką organizacją jak UEFA jestem w stanie sobie wszystko wyobrazić.

 

AKTUALIZACJA - skandalu na szczęście nie było. Bilety spokojnie dotarły do wszystkich szczęśliwych "wylosowanych" - spotykamy się we Francji, o ile terroryzm i życie pozwoli.

Legia Warszawa - Piast Gliwice

25/06/2016

Konia z rzędem temu, kto by przypuszczał jeszcze pół roku temu że przyjazd Piasta Gliwice na Łazienkowską będzie w połowie grudnia pojedynkiem na szczycie ligowej tabeli. Legia grała latami o mistrzostwo z Górnikiem, Widzewem, Wisłą, więc tak nowy rywal jest jakiś dziwaczny.

 

Ale w liderowaniu Piasta nie ma nic przypadkowego. To świetnie zorganizowany zespół i grupa - jak na naszą ligę – bardzo dobrych piłkarzy. Także na Legii gliwiczanie pokazali charakter.

 

Pierwsza połowa była wyjątkowo nędzna. Piłkarze nie mieli litości dla kibiców, którzy mimo kiepskiej pogody i huraganowego wiatru przybyli na stadion. Gra była schematyczna, niedokładna, nic nie wskazywało że jest to mecz na szczycie. Minimalnie lepsze okazje bramkowe mieli goście, ale i tak można było sobie darować pierwsze 45 minut.

 

W drugiej połowie Legia, jak to często bywa z niczego, wyszła na prowadzenie. I wtedy przez moment mecz zaczął przypominać pojedynek o mistrzostwo. Piast niezrażony niepowodzeniem solidnie budował kolejne akcje, i dwukrotnie gospodarze wybijali niechybnie zmierzającą do siatki piłkę z przed końcowej linii. Także Legia miała w tym okresie szanse na podwyższenie prowadzenia i pewnie rozstrzygnięcia rywalizacji, ale dostrzegało się w poczynaniach gospodarzy nonszalancję. W końcu Piast zasłużenie wyrównał.

 

Mecz ponownie siadł. To nawet Piast wykazywał więcej zaangażowania. Legioniści nie zrażeni faktem że utrzymujące się 5 punktowa przewaga to jednak – mimo dzielenia punktów – solidny kapitał atakowali tak od niechcenia. Nic dziwnego że publika nie pożegnała ich przychylnie, szczególnie że nie raczyli nawet przybić piątek z dzieciakami.

 

Można mieć wrażenie, że Legioniści cały czas lekceważą przewagę Piasta i myślą że mistrzostwo samo się wygra. Zobaczymy czy będą tacy „do przodu” jak przyjdzie im walczyć o dogonienie śląskiego rywala grając decydujący mecz na ich terenie. A nie należy zapominać o goniącej czołówkę lokomotywie z Poznania.

Pseudoderby Warszawy

25/06/2016

W ostatniej kolejce mazowieckiej 3 ligi zaplanowano mecz z podtekstami – rywalizację rezerw warszawskiej Legii z odradzaną Polonią Warszawa.

Legia ma swoim zwyczaju (podobnie zresztą jak nasz krakowski rywal) wyrzucać rezerwy poza miasto – większość meczy rozgrywanych jest w podwarszawskim Nowym Dworze Mazowieckim. Także mecz z Polonią wyznaczono te 30 km od Stolicy. Już to samo w sobie jest absurdem (derby poza miastem), ale idiotyzmów w sobotę było znacznie więcej.

Polonia czemu trudno się dziwić chciała wspierać swoich piłkarzy w tym dla nich szczególnie prestiżowym pojedynku. Działacze Legii ocenili że sektor gości na ten mecz nie jest możliwy do otwarcia (ciekawe czemu jak jest on użytkowany od wielu lat). Odrobiną rozsądku wykazał się Mazowiecki Związek, który nakazał rozegranie meczu z obecnością kibiców rywala. Niestety uczynił to na tyle późno, że przesłana przez Polonię lista wyjazdowa została przez Legię odrzucona, jako przysłana zbyt późno. Przyznajcie – zabawy na poziomie dzieci z piaskownicy.

 

Polonia nie odpuszcza i mimo remonty Wisłostrady wyrusza z rana. Dojeżdża po 1,5 jeździe (brawa dla Policji za wytyczenie trasy na najbardziej remontowane odcinki) pod sektor spędza tam 30 minut i wraca. Ciekawe jakie są koszty publiczne takiej wyprawy z siedmioma radiowozami.

 

Legia przyjeżdża w około 40 osób i też po 30 minutach meczu i brakach „atrakcji” zawija się na pociąg powrotny. Miejscowy Świt gra akurat mecz wyjazdowy w Otwocku. Pod koniec meczu atmosferę derbową podtrzymuje pięć nastoletnich dziewczynek bluzgających na Polonię.

 

Mecz niewiele lepszy, dość powiedzieć że pierwszą i jedyną w tym meczu klarowną sytuację widzimy dopiero w 87 minucie – dzięki czemu rezerwy Legii wygrywają 1:0. Postawa i gra polonistów tragiczna – a to chyba dla nich najważniejszy mecz w rundzie. Czarno widzę odrodzenie w tej formie czarnych koszul.

 

W dodatku jest przeraźliwie zimno i naprawdę trzeba mieć dużo samozaparcia żeby przeżyć te pseudoderby Warszawy – ale redakcja portalu wodaiogien dała radę.

Elminacje Mistrzostw Europy

25/06/2016

 

Eliminacje do Mistrzostw Europy we Francji były trzecimi z kolei, w trakcie których udało się zaliczyć wszystkie mecze. W efekcie trwająca od 2005 roku seria obecności na wszystkich meczach o punkty ma już rekordową długość – pewnie unikalną nie tylko na skalę naszej reprezentacji.

 

Już po losowaniu było wiadomo, że atrakcyjność obecnych eliminacje będzie słabiutka: wyjazdy na Wyspy i do Niemiec nie zapowiadały się zachęcająco. Jedynie Gibraltar (czytaj Portugalia) i Gruzja jako tako turystycznie się trzymały. Rzeczywistość była jeszcze gorsza, przez co - poza w miarę dobrą grą piłkarzy (na którą i tak mam wyj….) - niewiele ciekawego będzie do wspominania.

 

Zdecydowanie najfajniejszy listopadowy wyjazd to Tbilisi: dobre połączenie lotnicze, fajny hotel na dworcu, specyficzny miejscowy klimat , ciekawa kuchnia i turystyka. Udało się zaliczyć zarówno zwiedzanie (Kazbek - znany szczególnie alpinistom i Wardzia - XII-wieczne miasto-klasztor wykute w skale), jak i atrakcje miejscowe (impreza z tradycyjnej gruzińskiej knajpie, pub Warszawa). Do historii tego wyjazdu przejdzie unikalne zdjęcie fanów Reprezentacji wykonane przez naszego fotografa po meczu. Z samego meczu można tylko wspomnieć zamieszanie z wieszaniem i zdejmowaniem flag oraz przyzwoitą jak na taki wypad liczebność.

 

Dosyć ciekawe wypadł również wrześniowy pobyt w Faro, a to przede wszystkim dzięki wyprawie z ekipą Sul. do samego Gibraltaru: poranna pobudka, awaria koła na autostradzie, kontrola psów przed wjazdem, małpki na górze i kierowanie manualną skrzynią biegów - pozostaną w pamięci. Poza tym kiepski hotel w Faro, imprezka nad zatoką, stateczek na plażę i telefony z Polski od upierdliwego pracodawcy. Mecz zupełnie bez historii, poza motywem niezainteresowanego piłką Dam. który olał pierwszą połowę i pojechał na konsumpcję.

 

Marcowy wyjazd do Dublina to była droga przez mękę: międzylądowanie w Londynie, zatrucie alkoholowe już na pierwszej „kolacji” (15 minutowa droga do pubu, zamieniła się w 2 godzinną gehennę z powrotem do hotelu), brzydkie miasto (nic poza wytwórnią piwa i parkami), słaba pogoda. Z meczu można tylko wspomnieć akcję Mar. który mając bilet na sektor gospodarzy odpalił jako jedyny racę przez co został szybko zlokalizowany i drugą połowę spędził poza stadionem.

 

Wrześniowy mecz we Frankfurcie to było główne zagrożenie przerwania passy: zły termin z uwagi na kwestie zawodowe, samochodowe i brak biletów (skandaliczny system dystrybucji PZPN) powodował, że było ryzyko odpuszczenia. Na szczęście na ostatnią chwilę udało się zorganizować wyjazd. A w kwestii biletów przydał się wspomniany Mar. który swoim doświadczeniem ułatwił nam zakup miejscówek za przystępną cenę. Fajny motyw był też przy wejściu, dzięki któremu jedna osoba obejrzała mecz za darmo. Fatalnie w Niemczech było z hotelami i  w drodze powrotnej uratował nas tylko przyjacielski Magdeburg – którego zwiedzanie zrekompensowało męki wyjazdu.

 

Glasgow wydawał się najtańszym wypadem, a tymczasem hotel, lot i szkocka whisky mocno nadszarpnęła budżet. Atrakcją turystyczną był wypad pociągiem do Edynburga, pięknego miasta, w którym można byłoby spędzić na zwiedzaniu kilka dni. W Glasgow poza pubem Piper i muralami nic ciekawego. Mecz - poza dramatycznym przebiegiem na boisku - bez historii. Jedyny plus do obecność liczniejszej niż ostatnio delegacji z Hutnika.

 

Szkoda jednak że nie było barażu. Teraz męczące mistrzostwa w beznadziejnej Francji i prawdziwy hit - wrześniowy Kazachstan – czyli tam gdzie nie pojechaliśmy 10 lat temu, bo jeszcze nie wiedzieliśmy ze trzeba jeździć wszędzie.

Please reload