Wujaszek Wania

Nadspodziewanie tradycyjna, jak na oczekiwania wobec Wyrypajewa, adaptacja popularnego tekstu Antoniego Czechowa.

Dramat w czterech aktach z „życia ziemian”. Akcja toczy się w domku gdzieś na prowincji. Opiera się na interakcjach domowników (lekarz, profesor, ziemianin, kobiety) – rosyjskiej inteligencji końca XIX wieku.

Jeżeli ktoś oczekiwał uwspółcześnienia, aktualnych aluzji, albo uatrakcyjnienia nowoczesnymi sposobami teatralnego przekazu, z czego Wyrypajewa jest znany, to może czuć się rozczarowany. Jedynym wyzwaniem dla widza jest brak przerwy pomiędzy aktami, które rozdziela jedynie opadająca kurtyna. Ze sceny natomiast płyną jakby żywcem wyjęte z dramatu Czechowa dialogi. Mogą one zachwycić co najwyżej zwolenników prozy rosyjskiego dramaturga.

 

W projekt zaangażowana została plejada doświadczonych aktorów. Akcenty dostali rozłożone równomiernie. Początkowo króluje Maciej Stuhr, ważne epizody ma Dyrektor Andrzej Seweryn, a w drugiej fazie na pierwszy plan wysuwa się żona reżysera Karolina Gruszka. Za wiele uwag do aktorstwa mieć nie można, chociaż trudno wyróżnić kogoś jakąś nadzwyczajną interpretacją.

 

Jeżeli czymś uwodzi ten spektakl to scenografią. Las drzew obok domku wygląda tak naturalnie, że aż wydaje się pachnieć. Chociaż w drugiej godzinie nawet to zaczyna nudzić.

 

Połączenie Czechowa, z renomą reżysera oraz dobrą obsadą skutkuje sukcesem Teatru Polskiego. Widownia wypełnia się mimo wygórowanych cen biletów. A pretensjonalna warszawska publiczność nagradza aktorów owacją na stojąco. Czy słusznie? Można wątpić. Nam osobiście szkoda dwóch stów wydanych na dobre miejsce na parterze.

 

Fotografia: Katarzyna Chmura

Mąż i żona

Fredro, czyli nie moja bajka.

Ale inscenizacyjnie należą się pochwały. Dosyć odważne erotycznie. Szczególnie podobała mi się aktorka grająca pokojówkę.

Fotografia: Magda Hueckel

Jacek Cygan w Polskim. Życie jest piosenką

Taka sytuacja zdarza się może raz na rok, a może nawet rzadziej. Ale dzięki nim warto szukać kolejnych propozycji kulturalnych. Bo jak się trafi w końcu na spektakl tak uroczy – to satysfakcja jest nadzwyczajna.

Nie ma nawet sensu rozczulać się nad zaletami spędzonego na Kameralnej Sali Teatru Polskiego wieczoru. Są bowiem wzruszające piosenki, niezwykłe wykonie kojarzonej z Jackiem Kaczmarskim piosenki w wersji hiszpańskiego (Pal, a nie Mury) przez Andrzeja Seweryna, jest znakomite, inteligentne i dowcipne prowadzenie Jacka Cygana (tekściarza, jak sam o sobie mówi). Jest nawet satyryczny monodram o nadwadze. Prawdziwie zauroczyła mnie mniej znana Lidia Sadowa i to nie ze względu na długie nogi w kropkowanych pończochach.

Wzruszający, nostalgiczny, porywający spektakl. Pozycja obowiązkowa: i na pierwszą i na ostatnią randkę, i w większym towarzystwie i samotnie.

Co ciekawe na widowni, oczywiście wypełnionej po brzegi (szkoda że małej, ale jej kameralność też miała urok), było dużo młodzieży, która równie dobrze bawiła się (czasami nawet lepiej) co starsi. Polski ma zdolność przyciągania na widownie młodzieży szkolnej i to ich duży plus. Andrzej Seweryn ze względu na konszachty z władzą był ostatnio krytykowany – ten spektakl pokazuje jakże niesłusznie. Teatr Polski robi znakomitą robotę stając się może liderem kulturalnym warszawy – nie tylko polska klasyka teatralna, ale również wzruszająca podróż po meandrach wielkich przebojów. I po co nam w takim razie Opole? ….

Ukraiński Dekameron

Poszedłem do Polskiego bardziej z powodu zbyt rzadkiego odwiedzania tego miejsca. Teraz nie ma większych problemów z kupnem wejściówki (dzięki portalowi ewejsciowki), a koszt 22 zł nie wymaga nawet skomlenia o akredytację. Nastawiłem na godzinkę, a całość trwała, bagatelka: trzy i pół!!!

Pod względem scenografii i kostiumów to jeden z najlepszych spektakli ostatnich lat. Polski zawsze wyróżniał się w tych elementach, ale tym razem przeszli samych siebie.

Narracyjnie jest powiązanie swojskich klimatów z tradycją ukraińską. Rzecz dzieje się na terenach wiejskich i dotyczy różnych, z początku komicznych sytuacji, typu: nakrycie kochanka przez męża, seks popa z młodą mężatką (za przyzwoleniem naiwnego męża wierzącego w anioła, który ma spłodzić z jego żoną przyszłego papieża). Ale zaczyna się pojawiać Śmierć i jej dwie córki, ładne zresztą, Dżuma i cholera (Natalia Sikora!!!), Diabeł z, dla odmiany, synami. Nie ma tutaj konfliktu pomiędzy mocami niebiańskimi i piekielnymi, a nawet co poniektórzy mają się ku sobie.

Powoli z błazeństwa i komizmu na pierwszy plan wychodzą tematy poważniejsze. Aż do doskonałej kulminacyjnej sceny rozmowy córek z Matką Śmiercią. Czy istnieje życie po jej interwencji? Czyż to nie najważniejsze pytanie dla naszego życia na ziemi?

Klimaty ukraińskie są trochę na uboczu, ale jest wiele scen mających na celu pokazanie tradycji i tożsamości narodowej. Dużo jest symboli religijnych, tańca, muzyki (na żywo). Motyw ukraiński ukazują przede wszystkim sceny zbiorowe, najczęściej taneczne, znakomicie schoreografowane. Jak podsłuchałem od gadających za mną pań, jedna miała symbolizować indywidualizm narodu (każdy chodzi w swoją stronę), który powoli przeradza się we wspólne działanie, na rzecz wyższego (pewnie narodowego) celu. W zasadzie polska kultura jest bardzo uboga o nawiązywanie do tematów tego naszego sąsiada, jak na razie na topie jest jedynie Majdan (wcześniej Pomarańczowa Rewolucja, o której już prawie zapomniano) i Wołyń.

Oczywiście finisz o 22.15 trochę mi zredukował plany na wieczór, ale im dłużej myślę o tym przedstawieniu tym bardziej jestem zachwycony.

ANDA - przy zimowej herbatce

Anda to przedstawienie bardzo kameralne. Zlokalizowane na dole w knajpce Teatru Polskiego. Krzesełka przy stolikach, herbatka zimowa, albo jak ktoś nie zmotoryzowany to coś mocniejszego, ciasteczko. Idealny klimat do kabaretowych piosenek.

 

Spektakl poświęcony jest postaci i twórczości Andy Kitschmann – aktorki kabaretowej, dziennikarki, kompozytorki, pieśniarki, pierwszej polskiej dyrygentki. Szerokiej publiczności Anne Weiner Kitschmann dała się poznać głównie jako autorka tekstów i muzyki licznych kabaretowych piosenek, które wykonywała, z własnym akompaniamentem w popularnych warszawskich kabaretach – "Miraż", "Czarny Kot" i "Argus". Po I wojnie związała się ze środowiskiem artystycznym Lwowa. Od 1918 do 1921 pisała utwory dla tamtejszego kabaretu "Czwórka", w którym także występowała. Od 1922 pracowała jako dyrygent we lwowskim Teatrze Miejskim, stając się pierwszą Polką, która osiągnęła sukces w tej zdominowanej przez mężczyzn profesji. W 1946 roku zamieszkała w Krakowie, gdzie współorganizowała "Kabaret siedem kotów" i pracowała na prestiżowym stanowisku kierownika muzycznego krakowskich teatrów, komponując muzykę do wielu spektakli.

 

Przedstawienie oparte jest na prezentacji utworów Andy wykonywanych przez Ewę Makomaskę w akompaniamencie Zbigniewa Rymarza. Pomiędzy utworami prezentowane są informacje o Andy i historyczne wywiady, rozmowy, wypowiedzi. Pozwala to zachować odpowiednie tempo i zarazem jest dla widza kopalnią informacji o tej - trochę zapomnianej - artystce.

Nie jest to moja bajka, bo ciężko mi wczuć się w teksty, ale są one często bardzo dowcipne, a jeszcze częściej całkiem głębokie i mądre. Miło spędzony wieczór.

Natalia Sikora śpiewa Niemena

Na małej scenie Teatru Polskiego wystąpiła Natalia Sikora ze śpiewaną poezją Norwida.

 

Odpowiednio ubrana do tego repertuaru: biała bluzka, czarne spodnie, boso. Męczące, jednostajne piosenki. Przerywane czytanymi tekstami Norwida wyświetlanymi niechlujnym pismem na tle dziwnych obrazków.

 

Nie jest to łatwy repertuar, ale jak ktoś zna i lubi Norwida to będzie zachwycony. Inni mogą się trochę namęczyć, bo na pewno nie jest to dobry sposób, żeby polubić tak ciężką poezję.

 

Norwid był wielkim autorytetem mojej młodości. Okres komunistyczny sprzyjał wielbieniu jej poezji, mocno niepokornej. Ale faktem pozostaje, że niewiele z tego rozumiałem, i do dziś nie jest to „moja bajka”. Stąd zapewne mam niezbyt entuzjastycznej podejście do koncertu Sikory.

Ale przyznać trzeba że głos ma bardzo mocny i charakterystyczny.

Please reload