"Bulwar" - pożegnanie Robina Williamsa


Bulwar” wzbudza zainteresowanie głównie z uwagi na ostatnią kreację aktorską Robina Williamsa. I niestety po seansie ten jeden fakt pozostaje w pamięci, bo cały film jest, najłagodniej mówiąc, mocno przeciętny. A sama kreacja jest tak ponura i smutna, że aż się nasuwa skojarzenie iż praca przy tym filmie jeszcze mocniej zdołowała tego znakomitego, ponadczasowego, aktora.

Williams gra statecznego, przewidywalnego, szeregowego pracownika banku - Nolana, wiernego żonie i prowadzącego schematyczne życie. Poznajemy go akurat w sprzyjających dla niego okolicznościach – po 26 latach pracy na zwykłym stanowisku otrzymuje propozycję awansu na funkcję kierowniczą. Ale przyzwyczajonemu do swojej pracy Nolanowi, taka perspektywa nie wydaje się wcale intratna. Wprost przeciwnie, zaczyna zastanawiać się nad swoim życiem, powtarzalnością każdego dnia, sensem pracy i – wydaje się - udanego małżeństwa.

Wszystko zmienia potrącenie przechodnia w dzielnicy „czerwonych latarni”. Poznanie ulicznego geja Leo uruchamia ukryte w człowieku pasje i pożądania. Myliłby się jednak ktoś oczekujący płomiennego, erotycznego romansu i odkrycia w sobie homoseksualnej żądzy. To raczej próba odnalezienia w nowym związku sensu miłości, poczucia partnerstwa, przyjaźni, przywiązania … i takie tam pierdoły, które każdego z Was dopadną, tak mniej więcej po 40-stce (sorki za szczerość).

Robinowi Williamsowi przypadła na zakończenie kariery rola bardzo smutna, ponura, mroczna. Problem w tym, że trudno w niej odczytać prawdziwe motywacje bohatera. Nie pomaga w tym sztywnie (jak dla mnie koszmarnie źle) grający Leo - Roberto Aquire. Nie sposób przekonać widza, żeby taka postać wyzwoliła aż takie emocje i zmieniła tak schematyczne życie głównego bohatera. Zwyczajnie wydaje się niemożliwe żeby rzucać wieloletnią karierę zawodową i kochaną żonę dla tak mało atrakcyjnego (w praktyce odpychającego) "pedała z ulicy".

Mimo że film jest krótki, to twórcy próbują wrzucić w niego wiele wątków życia Nolana. Oprócz pracy i małżeństwa, dokładają jeszcze umierającego ojca. Rozumiem, że chcieli przez ten zabieg narracyjny wyostrzyć główny wątek – Nolan jest w stanie rzucić całe swoje życie żeby pojechać do Leo do szpitala. Niestety to kolejny błąd twórców Bulwaru. To nagromadzenie wątków zwyczajnie szkodzi filmowi. Nie ma kiedy ich bowiem uwypuklić i rozwiązać. Muszą zginąć w obliczu głównej narracji, która przez to staje się jeszcze mniej przekonująca. Niech każdy postawi się w sytuacji bohatera – czy naprawdę jest możliwe aż takie zauroczenie nowo poznanym partnerem, żeby zapomnieć o umierającym ojcu, kochającej żonie, czy nawet ważnej kolacji służbowej u szefa? Bez przesady. Jeżeli twórcy chcieli przekazać, jak wiele można poświęcić, żeby szukać nowego szczęścia w życiu, to zwyczajnie przeszarżowali, tworząc wizję tak nieprawdopodobną, że w żaden sposób nie do „kupienia” przez widza.

Dodatkowo reżyser popada – przynajmniej w pierwszej fazie filmu – w minimalizm, tworząc obraz zwyczajnie nudny (to dla mnie niewytłumaczalna skłonność twórców filmu określanych jako LGTB – ich „dzieła” w przeważającej większości są wolne, nudne i męczące – czyżby reżyserzy o takich skłonnościach nie wiedzieli, że jednak kino ma dostarczać głównie rozrywki? Efekt jest taki że nawet Woda omija te filmy szerokim łukiem). Później co prawda Bulwar trochę się rozkręca, ale to już musztarda po obiedzie. Bardziej dynamiczne sceny psują bowiem klimat filmu i momentami są wprost komiczne (bójka przed bankiem). Widz patrzy z politowaniem, zarówno na te sytuacje, jak i niemożność wytłumaczenia motywacji bohaterów.

Bulwar to niestety słaby film, ma wiele niedociągnięć, ale przede wszystkim już podstawowe założenie było nie do przełknięcia. Robina Williamsa zapamiętamy z dużo lepszych produkcji. Bulwar lepiej sobie darować. Zresztą gdyby nie te tragiczne okoliczności, zapewne nawet by nie trafił do szerokiej dystrybucji.




Ostatnie posty
Search By Tags
Nie ma jeszcze tagów.
Follow Us
  • Twitter Social Icon