"Czas próby" - przełamanie



Dość nieszczęśliwie przetłumaczony na „Czas próby” (lepiej już było zostawić angielski tytuł) zaczyna się jak romans. Dwóch młodych pracowników służby ochrony nabrzeża przybywa na randkę, ten ważniejszy - dla akcji filmu - zakochuje się w dziewczynie w futrze, w którym wygląda jak niedźwiadek. Ona też czuje miętę (w końcu za mundurem … ) i nawet mu się oświadcza (lata 50-te to były, więc niezły motyw). On najpierw nie chce, ale potem musi chcieć. Jest na tyle obowiązkowy, że prosi o zgodę swojego dowódcę. Ale to dobrze że nasz bohater jest sumienny i regulaminowy (jeszcze lepiej że nie do końca), bo to się przyda w lepszym wątku tego filmu.


Dziewczyna jest ładna i to jest pewnie pierwszy powód dłuższej jej obecności na ekranie.


Z minuty na minutę jednak ta piękność irytuje, a już w drugiej części jak wpada w zaspę (pozostali bohaterzy mają ociupinkę większe problemy) to ręce opadają.

Drugim powodem obecności tej pani w takim natężeniu może być budżet, zapewne twórcy z jednej strony chcieli zrobić dwugodzinny film, a z drugiej trochę przyoszczędzić.


Na szczęście nie oszczędzają na wątku podstawowym, który rekompensuje wszelkie niedogodności początkowego romansu.


Otóż pokrótce: nasz bohater pracuje w morskiej straży granicznej. I przychodzi wielki sztorm. Jeden tankowiec ulega wypadkowi i wszyscy płyną mu pomagać. Niestety o tragedii drugiego w czasie tego samego sztormu nikt nie wie. Tylko czujność jednej osoby daje szansę. Nasz bohater zostaje wysłany na Mission Impossible.

Film jest oparty na prawdziwej historii, ale to co się dzieje na ekranie przekracza granice wszelkich emocji.


Ostatnio tak trzymałem kciuki w kinie za Francuza, który spacerował po linie. Tym razem akcja ratunkowa w czasie sztormu jest nakręcona wprost genialnie, w dodatku zrozumiale dla widza, który w każdym momencie ma świadomość w jakich tarapatach są bohaterzy. Wbija w fotel ten film.


Realizacja, montaż, efekty specjalne, napięcie, dialogi, intryga – wszystko gra w tym filmie. W dodatku swoją cegiełkę do sukcesu dokładają aktorzy. Moim ulubionym jest brak Afflecka, który w sposób genialny przejmuję inicjatywę na przełamanym tankowcu.


Byliśmy na tym filmie w IMAX 3D, ale zastanawiam się jeszcze nad wersją 4D w Arkadii.

Ostatnie posty
Search By Tags
Nie ma jeszcze tagów.
Follow Us
  • Twitter Social Icon