303. Bitwa o Anglię – pieniądze, pieniądze, pieniądze (ocena: 4/10)


Najjaśniejszy Panie, do prowadzenia wojny potrzebne są trzy rzeczy: pieniądze, pieniądze i jeszcze raz pieniądze”.

Wypowiedź Gian-Jacopo Trivulzio, marszałka Francji do Ludwika XII można sparafrazować dla producentów filmów wojennych. Aby taka wyglądała produkcja przynajmniej przyzwoicie niezbędne jest zaangażowanie odpowiednich środków, umożliwiających wizualizacje działań wojennych. W innym przypadku powstają filmy, których miejsce jest co najwyżej w programie stacji telewizyjnych. Nie ma oczywiście gwarancji, że większy budżet uratowałby polsko-brytyjską koprodukcję o polskich lotnikach, bo wiele pomysłów jest już wynikiem zaniedbań samych twórców.


Polski lotnik Jan Zumbach (Iwan Rheon – „Gra o tron”) korzystając ze szwajcarskiego paszportu, udając handlarza zegarków, przedziera się przez okupowaną Francję. Zdesperowany dociera do swoich kolegów w Anglii czekających na angaż w brytyjskich siłach lotniczych RAF. Wielu z nich bez znajomości języka i potwierdzonych umiejętności lotniczych, traktowani są jako zło niechciane. Dodatkowo dochodzi do konfliktów z angielskimi żołnierzami, którzy często nie wahają się wypomnieć szybkiej porażki kampanii wrześniowej, będąc jednak bardziej zazdrośni o zacieśniające się kontakty Polaków z ich koleżankami z pracy. Gdy powstaje nowy polski Dywizjon 303 pierwszy dzień operacyjny polscy żołnierze uczczą całonocną imprezą. Nie przeszkadza im to z zapałem rozpocząć służbę, bo o zabijaniu niemieckiego wroga marzyli od czasu ucieczki z pokonanej we wrześniu 1939 roku - Polski. W krótkim czasie wyczyny polskiego dywizjonu docierają do dowódców i mediów. Polscy lotnicy - z niechcianych stają się bohaterami i wybawicielami Wielkiej Brytanii. Ale już po wojnie ich bohaterski czyn ponownie zostaje zapomniany z uwagi na konieczność utrzymywania przez aliantów dobrych kontaktów z radzieckim sojusznikiem.


Bohaterstwo żołnierzy Dywizjonu 303 to znana doskonale, chociaż zupełnie pomijana w kinie, chlubna historia polskiego akcentu w trakcie II Wojny Światowej. Ale nawet ona została przedstawiona w brytyjskiej (polska kooperacja jest doklejona chyba tylko ze względu na udział Marcina Dorocińskiego) produkcji w sposób chaotyczny. Już początek jest pełen chybionych scen: kradzież samolotu, nielegalne pończochy, męski pocałunek. A może lepiej było naszkicować tło historyczne i sytuację militarną? W końcu nie każdy musi być tak doskonale obeznany w sytuacji jak polski widz.


Odrobinę lepiej wychodzi kilkudziesięciominutowy fragment przygotowań do służby, głównie dzięki elementom komediowych, wykorzystującym zderzenie zapału i mocnego charakteru Polaków z brytyjskimi przepisami i formalizmem (całkiem zabawna scena u okulisty). Niestety także tutaj sprawną narrację psuje na siłę wplatany wątek kobiecy, który będzie psuł narrację już do końca filmu. Co prawda sama koncepcja ukazania trudności służby kobiet w armii może i jest interesująca, nie pasuje jednak do głównego nurtu tego filmu.


Te początkowe zróżnicowanie poziomu filmu traci jednak na znaczeniu w momencie, gdy nie ma już innego wyjścia i trzeba pokazać bitwę powietrzną. Jakość scen bitewny stoi na żenująco niskim poziomie. Brak budżetu (10 mln USD to jednak zbyt mało na tego typu produkcję, udane filmy wojenne dysponują kwotami kilkanaście razy większymi) i środków na bardziej wyrafinowane efekty specjalne zastępowane są najprostszymi środkami wizualizacyjnymi. Kolejne sceny wyglądają bliźniaczo i ograniczają do zbliżeń lotnika w kokpicie i strzelania seriami niczym w filmach science-fiction sprzed kilkudziesięciu lat. Atmosferę ma budować symfoniczna muzyka w tle i źle dopasowane efekty dźwiękowe. Po prostu zęby bolą oglądając te sceny. Twórcy chyba sobie zdają z tego sprawę i próbują coś wykombinować, osiągając przy okazji odwrotny efekt do zamierzonego. Dla przykładu w jednej ze scen domontowane są przebitki autentycznych zdjęć z działań wojennych - jednak tylko w jednej scenie, przez chwilę, bez konsekwencji. W drugiej części filmu zastępowane jest to scenami z retrospekcji wojennych (tragiczne wspomnienia Polaków z okrucieństw niemieckich), mającymi uzasadnić motywacje polskich lotników. Niestety wygląda to wręcz żałośnie, a widz gubi się w tym wszystkim, nawet nie wiedząc kto kogo akurat teraz i dlaczego goni samolotem, czy też ostrzeliwuje. Brakuje tutaj elementarnej wizji i koncepcji bitewnej, czyżby na konsultantów i historyków już zabrakło budżetu? Z zadaniem efektownego ukazania bitwy poradzono sobie nawet w … teatrze – warszawskie przedstawienie „Piloci” to przeciwny biegun atrakcyjności i wizualności w porównaniu do dokonań z filmu „303. Bitwa o Anglię” (kto był w Romie na znakomitym spektaklu autentycznie może nie przetrwać wizji filmowej).


Widowiska nie da się już w tym momencie uratować … niestety także coraz gorzej jest również z wersją narracyjną, która rozłazi się na kilka odrębnych wątków. Wciąż pozostaje kwestia molestowania żołnierki podczas służby, w przypadku polskich lotników pojawiają się elementy skrajnego wyczerpania, a nawet braku regularnych wypłat wynagrodzenia. O wątkach romansowo-imprezowych nawet nie ma sensu wspominać, bo wyglądają wyjątkowo żałośnie.

W tym całym chaosie zwraca uwagę zasygnalizowana w kilku scenach kwestia utrzymania zasad moralnych w trakcie walki: a to zaoszczędzenie zestrzelonego pilota, a to godne potraktowanie martwych Niemców, a to dłuższa sekwencja polskiego pilota, który ma zahamowania przed zabijaniem ludzi. To bardzo ciekawy motyw, który mógłby być materiałem do wykorzystania w filmie o akcentach pacyfistycznych. Tutaj jednak zupełnie nie pasuje. A koncepcja, że Polacy byli nie tylko bohaterscy, ale i krystaliczni moralnie nie wybrzmiewa wystarczająco przekonująco. Twórcy bowiem porzucają ten wątek w pewnym momencie przechodząc do skrajnie patetycznego polskiego patriotyzmu. Od początku sygnalizowane są angielskie przytyki do Polaków: nie właściwe ich traktowanie, obśmiewanie, lekceważenie, a w momencie gdy okazują się bohaterami karykaturalny sposób uhonorowania. Kwintesencją tego podejścia jest końcowa scena, za długa i bodajże najgorsze w całym filmie, odnosząca się do potraktowania Polaków po wojnie. Jest ona tak zła i patetyczna, że można twórców podejrzewać o celowe obśmianie polskiego podejścia do zdrady aliantów. A płonące kieliszki wódki to już praktycznie profanacja słynnej sceny z filmu Andrzeja Wajdy.


Będąc przy patriotyzmie nie sposób odnieść się do zachwytów o powstaniu, po latach milczenia, dwóch filmów o Dywizjonie 303. Żadna w tym jednak pociecha, gdy są to obrazy tak słabej jakości. Nie da się właściwie uhonorować tych bohaterskich czynów produkcjami zrobionymi za małe pieniądze, nie przemyślanymi, nie spójnymi, z licznymi błędami reżyserskimi. Za dwa tygodnie w kinach pojawi się polska wersja Dywizjonu 303, która również nie zapowiada się najlepiej. Wszystko wskazuje za to, że polscy lotnicy zostaną poprzez kino potraktowani jak żołnierze wyklęci – lata pominięcia, a następnie fatalnie zrealizowane produkcje („Historia Roja”, „Wyklęty”). Obowiązkiem każdego jest więc strofować twórców, którzy nawet mając dobrą wolę opowiadania o polskiej, chwalebnej historii, robią to w sposób tak nieumiejętny, godzący wręcz w dobre imię bohaterów. Przypadkowy widz po obejrzeniu produkcji na tak niskim poziomie realizacyjnym bynajmniej nie zachwyci się bohaterstwem Polaków, a zasmuci poziomem filmu.


Jeżeli za cokolwiek można film „303. Bitwa o Anglię” pochwalić to dobór aktorów. Iwan Rheon, jako główna postać radzi sobie całkiem przyzwoicie, a co najważniejsze jest wszechobecnie znany dzięki kreacji serialowej. Marketingowo dobrze również wygląda zatrudnienie syna Mela Gibsona (z drugiej strony może lepiej nie zachęcać nikogo do oglądania tej produkcji). Stefanie Martini w roli dyskredytowanej przez kolegów z pracy blondynki zachwyca urodą, dzięki czemu stereotypowe opinie o Angielkach można włożyć między bajki. Najlepiej wypada natomiast Marcin Dorocińskiego, co jest może nawet największym jego sukcesem: zagrać tak dobrze w tak złym filmie mógł tylko aktor wybitny. Każda scena, w której pojawia się Dorociński przypomina prawdziwe kino, a nie jak cała reszta telewizyjnego produkcyjniaka. Dorocińskiego jest co prawda za mało, można nawet dziwić się, że zdecydował się po przeczytaniu scenariusza na angaż, ale widać że szuka on miejsca w tego typu produkcjach (zagrał w równie słabym filmie brytyjskim „Katyń. Ostatni świadek”).


Niestety filmu „303. Bitwa o Anglię” w kinie oglądać się nie da. To prawdziwa męką dla oczu i inteligencji widza. Możliwe, że w wersji telewizyjnej wiele niedociągnięć uchodzi uwadze, ale to marna pociecha.

Dodatkowo po latach braku produkcji o polskich lotnikach mamy dwie premiery – podobne nawet w tytułach, z bezsensownymi aluzjami „plakatowymi” o tym samym. We wrześniu trudno będzie odróżnić przed kasą „który film jest który”. To kolejne bezsensowne działanie, nie mające nic wspólnego z poważnym potraktowaniem tego jakże ważnego dla Polaków tematów. Można się śmiać z poziomu patetyzmu Amerykanów, ale oni traktują produkcje historyczne z odpowiednią powagą, i jak już coś robią to z głową. I tego pomyślunku chyba najbardziej brakowało twórcom „303. Bitwa o Anglię”.


Zalety:

  • Dorociński

  • tematyka

  • kilka niezłych żartów

  • epizody o moralnej postawie w czasie wojen


Wady:

  • telewizyjna realizacja

  • sceny powietrzne

  • chaos scenariuszowy

  • patetyczna propaganda antyaliancka

  • wątek kobiecy


Zwiastun:

Tytuł oryginalny: Hurricane: Squadron 303

Polska premiera: 17 sierpnia 2018

Dystrybucja: Kino Świat

Produkcja: Polska, Wielka Brytania

Rok: 2018

Gatunek: wojenny


  • Reżyseria: David Blair

  • Scenariusz: Alastair Galbraith, Robert Ryan

  • Obsada: Iwan Rheon, Milo Gibson, Stefanie Martini, Marcin Dorociński

Ostatnie posty
Search By Tags
Nie ma jeszcze tagów.
Follow Us
  • Twitter Social Icon