Uprowadzona księżniczka – ukraińskie oczy (ocena: 5/10)


Animacja ukraińska przerobiona na wersję angielską, pełnymi garściami czerpiąca z klimatu filmów Disnejowskich (ale tak sprzed 30 lat). Dobra propozycja dla młodszej widowni – szkolna wycieczka miała dużo uciechy. I tyle, ale może aż tyle, bo w końcu to jest grupa docelowa.


Zielonooka księżniczka - półsierota (z wisiorkiem po zmarłej matce – kluczowym w dalszym etapie fabuły) z nadopiekuńczym ojcem za żadne skarny świata nie ma ochoty (przynajmniej na początku) na zamążpójście. Zdecydowanie wolałaby przeżyć szaloną przygodę, o której dla odmiany nie chce słyszeć jej troskliwy, ale głupiutki ojciec-król.

Niebieskooki, dla odmiany, aktor uliczny grający dla nielicznej publiczności kiepskie przedstawienia o walce czarnoksiężników przy przywiązanej do pala księżniczce, napisane przez swojego kompana Lucka (brawo!), także ma swoje marzenia i ambicja.

Zielone i niebieskie oczy spotkają się w dość dramatycznych okolicznościach, a jak już z nich wybrną nie pozostaje nic innego jak żyć długo i szczęśliwie. Koniec. Ledwie piętnaście minut filmu.

Ale niestety nie: tuż przed pierwszym pocałunkiem księżniczkę porywa wir na kształt huraganu Katrina w Nowym Orleanie i nasza rezolutna piękność (acz fani animacji mają nieodparte wrażenie, że jakby znajoma z innych filmów) znajduje się na uchodźstwie niczym tysiące rodaków twórców tegoż filmu.

Jak to w bajkach zrozpaczony król naprędce organizuje konkurs: kto odzyska jego córkę dostanie Jej rękę, tron i całe królestwo. Na wyprawę rusza cała zgraja absztyfikantów, a także nasz niebieskooki aktorzyna i jego scenarzysta, który zresztą okazuje się potwornym tchórzem (kto wie, czy to nie immanentna cecha tego zawodu).

A dalej jest już z górki: kilka zwrotów akcji plus przewidywalny romantyczny koniec. Trochę za późno bo 80 minut to maks na jaki powinni sobie pozwalać twórcy tego typu produkcji.


Poprzeczka dla animacji spoza USA powinna być postawiona niżej, a więc Ukrainian Hollywood dostała duży kredyt zaufania, a przede wszystkim pełną kinową dystrybucję, także w multipleksach. Po części swoją szanse wykorzystało – co prawda recenzje nie są przychylne, ale sam fakt że spędziło na ekranach prawie dwa miesiące, świadczy o zainteresowania młodszej publiczności. I nie jest to tylko zasługa ładnego plakatu, bo sama fabuła jest całkiem przyzwoita. Oczywiście nie wychyla się poza animacyjne standardy, ale też nie można jej za wiele zarzucić (chyba że ma się zła wolę i takowe zadanie jak TUTAJ).


A kilka scena nawet pozostaje w pamięci, jak chociażby walka ze słodyczami (czyżby jakaś aluzja do kobiecych zmagań z dietą?), czy też stwór kamieni kupa. I właśnie z takimi trzecioplanowanymi postaciami jest najciekawiej, co prawda pojawiają się na kilka minut, ale budzą sympatię: jakieś motylosmoki, kotek/kocur, nieodłączny towarzysz-ptaszek, a następnie chomik, czy właśnie słodycze i kamienio- potwór, które na pewno rozbawiają najmłodszych, ale zostają zauważone również przez starszych którzy z przypadku lub obowiązku znaleźli się na seansie.


Jeżeli chodzi o głównych bohaterów to też jest przyzwoicie, można oglądać bez większego bólu. Wiadomo, że jest to wtórne i już było tołkowane w animacjach wiele razy, a nawet można przypomnieć sobie gotowe pierwowzory. Tylko czyż jakikolwiek maluch na tym filmie będzie się tym przejmował?


Animacja jest kolorowa, żywa, ale to wszystko co można o niej dobrego powiedzieć. Wygląda trochę jakby Ukraina była te 30 lat za współczesnymi możliwościami komputerowymi. Tylko, że to też jakoś specjalnie nie przeszkadza. Ot film, w starym disnejowskim stylu z takimi charakterystycznymi fajerwerkami.


Na plus należałoby także zapisać brak sprośnego poczucia humoru (acz na początku w scenie z wymiotami – próbowano, na szczęście porzucono ten pomysł w dalszej części fabuły), gdyby nie fakt, że komizmu tutaj praktycznie nie ma za grosz. Zabrakło pomysłów, a tchórzliwy Lucek jest raczej żałosny i mało wytrwały w swoim komediowym strachu (odrobinę lepiej jest z chomikiem, ale to postać trzecioplanowa, nie dająca oddechu fabule). Momentami nawet film popada w sferę poważną. Nie uratował tego też kiepski polski dubbing. No właśnie – dialogi. Kiepściuchno. Epatowanie ciągłym żartem o gorszym sorcie i kamieni kupie jest już raczej żałosne.


Muzycznie jest nijako. Piosenki wydają się wtłoczone jakby na siłę, gdy postanowiono, nie wiadomo z jakiego powodu, zrobić przerwę w fabule. Może jedynie fragment rockowy jest wart odnotowania. Polskie aranżacje jakoś specjalnie nie rażą, ale również nie mają szansy na większy rozgłos.


Wydaje się, że ta animacja miała większą rację bytu w kinach. W telewizji już raczej nie wzbudzi zainteresowanie, no bo jednym przyciskiem pilota można przeskoczyć na jakiś kanał z klasycznym Disneyem. Ale nie można powiedzieć żeby była jakąś totalną porażką, i może już za 20 lat ukraińskie studio nakręci swojego Shreka.


Zalety:

  • prosta fabuła

  • ciekawe stworki i postacie trzecioplanowe

  • ukierunkowanie na odpowiednią dla animacji grupę wiekową

  • walka z cukierkami

  • ładny plakat


Wady:

  • wtórność

  • przeciętna animacja

  • dialogi

  • niespójność muzyczna

  • spoilerowy tytuł


Zwiastun:

Tytuł oryginalny: Vykradena pryntsesa: Ruslan i Ludmila

Polska premiera: 22 czerwca 2018

Produkcja: Ukraina

Rok: 2018

Gatunek: animacja


  • Reżyseria: Oleg Malamuzh

  • Scenariusz: Yaroslav Voytseshek

  • Muzyka: Dario Vero

  • Polski dubbing: Aleksander Sosiński, Milena Staszuk, Józef Pawłowski, Wojciech Paszkowski

Ostatnie posty
Search By Tags
Nie ma jeszcze tagów.
Follow Us
  • Twitter Social Icon