Zimna wojna – beznadziejna miłość (ocena: 5/10)


Beznadziejna miłość = beznadziejny film? Aż tak źle nie jest. Aczkolwiek nagradzanie Pawła Pawlikowskiego za reżyserię pozostaje jedną z ciekawszych zagadek współczesnego polskiego kina.


Powojenna Polska. Wiktor (Tomasz Kot) z Ireną (Agata Kulesza) prowadzą nabór do zespołu pieśni i tańca „Mazurek”. Nad organizacją czuwa „polityczny” menadżer (Borys Szyc). Na jednym z castingów zostaje wybrana Zula (Joanna Kulig), harda blondynka podająca się za góralkę. Nad dziewczyną wisi wyrok w zawiasach, a plotki głoszą nawet o próbie zamordowania ojca. Mazurek robi wielką międzynarodową karierę, a Zula staje się ostoją zespołu. Jednak czy takie talenty muzyczno-taneczne nie marnują się w ogarniętej stalinizmem Polsce?


Jeżeli przyjąć, że najważniejszym elementem filmu jest scenariusz, a tak w zasadzie powinno być, to Pawlikowski zawodzi. Zresztą już po raz drugi, bo w tym aspekcie bardzo mierna była również „Ida”. „Zimna wojna” jest czystym melodramatem. Problem w tym, że napięcia uczuciowego pomiędzy bohaterami zupełnie nie widać. Film to zbiór kilkunastominutowych scen rozgrywających się w odstępie kilku lat i kilkuset kilometrów. Zamiast okazywania uczuć bohaterowie próbują naprowadzić odbiorcę filmu, co się z nimi w tych odstępach wydarzyło. Uwierzyć w to, że Wiktora z Zulą łączy wielka miłość nie sposób. Jakby pokazać te sceny w oderwaniu to co najwyżej można by orzec, że łączy ich stosunek czysto zawodowy.


Tomasz Kot, który tak znakomicie radził sobie w rolach Ryszarda Riedla i Zbigniewa Religi jest zupełnie bezbarwny i nieprzekonywujący. To najsłabsza rola w karierze tego znakomitego aktora. Na ile jest to wina słabego ukierunkowania reżysera (po raz kolejny cieniem kładzie się nagroda za reżyserię), ubogich dialogów, a na ile braku pomysłu samego Kota – nie ma sensu dociekać. Joanna Kulig jest znakomita jak śpiewa, jak tańczy i jak droczy się z partnerem. Ale również u niej nie widać cienia wielkiego uczucia, jakie powinno wynikać z fabuły. Kwintesencją nieudanie ukazanego związku uczuciowego jest kuriozalna scena finałowa, mogąca aspirować do najbardziej pretensjonalnego zakończenia polskiego filmu. Po takim finale trudno rozkoszować się poziomem artystycznym produkcji Pawlikowskiego.


A szkoda, bo jednak wiele artyzmu w tym filmie można wyodrębnić. Pawlikowski po raz kolejny zdecydowany się na surowy styl: czarnobiały, prawie kwadratowy kadr. Trochę jest to powtórzeniem pomysłu zabiegu z „Idy”. Ale w „Zimnej wojnie” pasuje jeszcze bardziej. Ta surowa forma koresponduje z przedstawionym obrazem rzeczywistości, zresztą nie tylko polskiej, i nawet nie tylko komunistycznej. Jest to bowiem wizja raczej karykaturalna i groteskowa, niżli ponura i przygnębiająca. Komunizm jest tutaj potraktowany jako ustrój, w którym można było żyć, kochać się, a nawet osiągać międzynarodowe sukcesy. Co więcej ucieczka z niego to były zwykły spacer podczas zagranicznego turnee. Szczytem okrucieństwa aparatu władzy jest podwiezienie na dworzec i wsadzenie do pociągu. Fantastycznie wprost obrazuje to trzy wybitne, acz drugo-, a nawet trzecioplanowe kreacje aktorskie: Borysa Szyca, Adama Ferency i Adama Woronowicza. Sceny z ich udziałem to prawdziwy rarytas.


Przy okazji Pawlikowski unika tym filmem krytyki, która dotknęła, w wielu aspektach słusznie, jego poprzedni film, pomimo tak wielkiego sukcesu jakim była nagroda oscarowa. „Zimna wojna” w dużej mierze abstrahuje od stosunków polityczno-społecznych w Polsce, a jeżeli już to ukazuje je w, paradoksalnie do formy, kolorowych barwach.


„Zimna wojna” to tak naprawdę film muzyczno-taneczny. Sceny występów estradowych nakręcone są z niezwykłych wyczuciem, i to niezależnie, czy wykonywane są fragmenty ludowe, na cześć Wodza Stalina, czy to jedynie potańcówka w rytmach rock'n'rolla. Wielka zasługa w tak doskonale zrealizowanych zdjęć. Łukasz Żal jako operator w dużej mierze uratował tę produkcję. Fantastycznie ujął zarówno tańce, jak ujęcia statyczne. W zasadzie przenosząc się z kraju do kraju, zmieniając lata, dzięki przemyślanym kadrom czujemy klimat każdego z ukazywanych miejsc. Co prawda jak to słusznie stwierdzono w filmie: „Warszawa to Paryż Europy Wschodniej”, ale jednak ukazać samymi zdjęciami różnicę pomiędzy tymi stolicy było zadaniem trudnym, a Żal w sposób znakomity sobie z tym poradził.

Pod względem muzycznym może co najwyżej irytować motyw przewodni, ale to także dlatego że jest niemiłosiernie katowany w procesie promocji filmu.


Można jeszcze w wielu aspektach krytykować Pawlikowskiego, chociażby zupełnie zbędna, przerwana kreacja Agaty Kuleszy, która chyba tylko wystąpiła jako łącznik do Idy. Ale trzeba uczciwie przyznać, że film Pawlikowskiego ogląda się z dużą przyjemnością, dla wielu pewnie nawet z sentymentem. Co prawda od filmów nagradzanych i tak bardzo promowanych medialnie można oczekiwać więcej. „Zimną wojnę” należy jednak potraktować jako słabą historię opowiedzianą w sympatyczny sposób. Tylko tyle i aż tyle. Ogląda się dobrze, zapomina się szybko. Kto by się przejmował tak beznadziejnym uczuciem?


Widzów wybierających się do kina (film w dystrybucji od 8 czerwca) należy jeszcze uprzedzić, że tytuł nie odnosi się do napięcia politycznego pomiędzy dwoma blokami w II połowie XX wieku. Tytułowa zimna wojna to napięcie pomiędzy kochankami. Napięcie, które niestety jest najbardziej widoczne wyłącznie w tym tytule.


Zwiastun:

Polska premiera: 8 czerwca 2018

Dystrybutor: Kino Świat

Produkcja: Francja, Polska, Wielka Brytania

Rok: 2018

Gatunek: melodramat, historyczny


  • Reżyseria: Paweł Pawlikowski

  • Scenariusz: Paweł Pawlikowski, Janusz Głowacki

  • Zdjęcia: Łukasz Żal

  • Obsada: Joanna Kulig, Tomasz Kot, Borys Szyc, Agata Kulesza, Cédric Kahn, Jeanne Balibar, Adam Ferency, Adam Woronowicz

Ostatnie posty
Search By Tags
Nie ma jeszcze tagów.
Follow Us
  • Twitter Social Icon