I tak Cię kocham – wydalanie o trzeciej w nocy (ocena 3/10)


Kumail Nanjiani, grany przez samego siebie, jest komikiem występującym w podrzędnym chicagowskim klubie w stand-upie, jeszcze dorabiającym jako kierowca Ubera. Na jednym z występów poznaje przeciętnej urody blondynkę Emily (Zoe Kazan), którą zaprasza do współdzielonego obskurnego mieszkania. Tam na dmuchanym materacu przechodzą do seksu na pierwszej randce. Wszystko byłoby zgodnie z regułami współczesnego podrywu, gdyby Kumail nie był Pakistańczykiem związanym ze swoją tradycyjną rodziną. Na regularnych rodzinnych „obiadkach” matka sprowadza mu kolejną pakistańską piękność – kandydatkę na żonę. Zasada aranżowanych małżeństw jest w tej kulturze nie do przeskoczenia. Kumail jest oporny na naprawdę wyjątkowe wdzięki potencjalnych kandydatek ograniczając się jedynie do gromadzenia ich zdjęć w pudełko po ciastkach. Emily odkrywa prawdę o kulturowych ograniczeniach swojego chłopaka i natychmiast z nim zrywa. Kilka dni później jednak ląduje w szpitalu z trudną do rozpoznania chorobą (na przykład podczas zakupów niewinne uderzenie w kostkę powoduje niewspółmierne konsekwencje). Kumail, mimo zerwania, nie pozostawia dziewczyny samej sobie, poznając przy okazji rodziców (Holly Hunter i Ray Romano) dziewczyny, z którymi spotkania unikał wcześniej jak ognia.


No to mamy wyzwanie recenzenckie. Film jest bowiem chwalony, na seansie ludzie się dobrze bawią, a nawet wzruszają. Nasi przyjaciele chwalą film na twitterze.

Jak rzadko kiedy mamy z Gosią dokładnie to samo zdanie – film jest dla nas koszmarkiem, którego nie da się oglądać. Pierwsze pół godziny jest tak denne, że gdyby nie kilka osób do sforsowania po raz pierwszy w historii byśmy wyszli z kina.


Film jest oparty na prawdziwych przeżyciach Kumaila, z ta jedną różnicą że wybranka jego serca Emily V. Gordon była naprawdę atrakcyjną kobietą.

I tutaj pierwszy poważny zarzut bowiem wybrana aktorka jest wprost koszmarna: brzydka, niechlujna, irytująca. To znaczy Kazan aż tak brzydka w realu nie jest, ale w tym filmie została, nie wiedząc czemu, tak fatalnie ukazana. Jak mając do wyboru pakistańskie lachony można wybrać coś tak przeciętnego?

Motywacja bohatera jest głównym problemem tego filmu. Gość zakochuje się w jakieś paskudzie, a jednocześnie chce zachować rodzinne wzorce kulturowe. A nie ma tam miejsca na odstępstwa: zaniechanie ślubu w formie zaaranżowanej z przedstawicielką tej samej religii powoduje ostracyzm i zerwanie jakichkolwiek więzów. Matka nawet nie może spojrzeć na syna, gdy ten zdecyduje się na związek z białą kobietą. Kumail więc był w realnej sytuacji między młotem a kowadłem. Problem w tym, że filmowa rzeczywistość tego zupełnie nie oddaje, bo albo ktoś chce zostać w ramach kręgu kulturowego i pokornie żeni się z pakistańską laską, albo ma na to wyjebane i „rucha” blondynę. Niestety nie widać cienia motywacji bohatera, podejrzewam że był on tak przywiązany do swojej historii, że zapomniał ukazać tego w scenariuszu, który napisał wspólnie ze swoją wybranką Emily V. Gordon.

Jest taki krótki moment, w którym jeszcze film jest do uratowania. A to głównie dzięki dobrej roli rodziców. Szczególnie Holly Hunter gra tutaj wyraziście (chociaż Gosi nawet ona się nie podobała). Ale wątek szpitalny też zostaje w końcu skopany przechodząc w hollywoodzką chałę.


Możemy jeszcze zrozumieć, że sami zainteresowani nie dali radę z przełożeniem tej zbyt osobistej dla nich historii na język filmowy. Ale nie można przejść obojętnie obok poziomu poczucia humoru tego filmu. Owszem większość sali się śmiała, ale to że ludzie chichrają się z głupich żartów nie jest jeszcze powodem do zachwytu. Ten film jest bowiem jak większość stand-upów – prostacki humor, który bardziej żenuje niż śmieszy. Kwintesencją jest scena, w której Emily chce o 3 w nocy wyjść z domu żeby się pisząc dosłownie "wysrać". Jest też żenujący żart o 11 września i kilka równie słabych o terroryzmie. Widać Amerykanie, podobnie jak niektórzy nowoPolacy ze Smoleńska, poczuli potrzebę żeby się z takich ludzkich tragedii naśmiewać.

Film zupełnie nie potrafi odnaleźć balansu pomiędzy rzeczami humorystycznymi, a poważnymi. Mógłby być taką paralela stand-upów, gdzie wykonawcy próbują śmiać się ze swoich codziennych przypadków, nawet jeżeli nie były one do końca śmieszne. Ale jak tutaj śmiać się z sytuacji, gdy ukochana kobieta jest w śpiączce i nie wiadomo czy się obudzi. Nie udaje się przejść z poziomu jajcarnego na poważny, a to była pewna szansa dla tego filmu.


Popularność i propaganda za tym filmem wynika również z potrzeby afirmowania wielokulturowości. Proszę bardzo jakim fajnym gościem może być Pakistańczyk i nawet z ISIS potrafi się naśmiewać. I jeszcze próbuje łączyć utrzymanie trudnej w ryzach kultury pakistańskiej z kontaktami ze zwykłą amerykanką. Nie bójmy się więc przyjmowania uchodźców krzyczy podprogowo ta produkcja.


Są filmy, na które ludzie chodzą bo się o nich dużo mówi. Są takie, z których widzowie się śmieją tylko dlatego że są postrzegane jako śmieszne. Są też tak głupie pod względem poczucia humoru, że ludzi to śmieszy. „I tak Cię kocham” – podpada pod wszystkie te kategorie. Ostrzegamy – to jest słaby film, nieśmieszny, głupi i szkodliwy. Lepiej sobie darować wizytę w kinie i nie sugerować się pozytywnymi opiniami. Pennywise się nie zna. Dodatkowo wpisuje się w teorię "klątwy Jordana", że każdy film którego akcja toczy się w Chicago musi być chałą.


Zwiastun:

polska premiera – 5 stycznia 2018

produkcja: USA

rok: 2017

gatunek: komedia, dramat, komediodramat?

  • reżyseria: Michael Showalter

  • scenariusz: Kumail Nanjiani, Emily V. Gordon

  • obsada: Kumail Nanjiani, Zoe Kazan, Holly Hunter, Ray Romano, Zenobia Shroff, Anumpam Kher

Aktualizacja:

Film obejrzany po dwóch latach podczas pokazu plenerowego robi całkiem pozytywne wrażenie i trzeba zwrócić honor Pennywise. Albo tak się gusty zmieniają, albo sprawdza się zasada, że dopiero drugie obejrzenie pozwala na obiektywną recenzję.

Ostatnie posty
Search By Tags
Nie ma jeszcze tagów.
Follow Us
  • Twitter Social Icon