"Creed: Narodziny legendy" - podstarzały Rocky

January 7, 2016

 

O boksie (może bardziej o bokserach) powstawały filmy znakomite, kultowe i kasowe. Ostatnio może jest znacznie gorzej, bo pewnie formuła (talent, problemy, odrodzenie, trening i końcowa walka) się trochę wyczerpała i ciężko wymyślić coś nowego.

 

Niestety najnowszy film z tego gatunku „Creed: Narodziny legendy” ma całą masę usterek. Fabuła jest słabiutka: główny watek naciągany, do tego dochodzi słabiutki motyw romansowy (piosenkarka tracąca słuch), niepotrzebny wątek nowotworowy i pewnie masę nieścisłości w zasadach walk bokserskich (co chwilę mamy bohaterów którzy mają jakieś magiczne bilanse zwycięstw przez nokaut). Rozczarowują również sceny walki: ktoś niezorientowany mógłby pomyśleć, że na ringu to głównie się krzyczy i obraża rywala słownie.

 

Ale ma ten film też plusy, dla których warto wybrać się do kina. Pierwszym plusem jest scena symulacji walki bokserskiej przed telewizorem z filmem Rocky. Jak nam mało tej legendy za chwilę pojawia się we własnej osobie. Rozrusza trochę ten film swoim cynizmem i poczuciem humoru. Szkoda że dolepiono Sylwestrowi bezsensowny wątek, ale i tak jakoś daje radę do samego końca – do ostatniego stopnia schodka w finałowej scenie. I świetna jeszcze jest atmosferka – typowo piłkarska – finałowej walki na Godison Park w Liverpoolu (aczkolwiek nie jestem pewien czy w świątyni Evertonu można w pierwszym rzędzie paradować w szaliku FC Liverpool).

 

Można przymknąć oko na wszelkie niedoskonałości fabuły rozkoszując się nawiązaniami do genialnej serii o pewny włoskopochodzącym walczaku bokserski. Fakt że lepiej sobie obejrzeć w domu po raz kolejny najlepsze filmy z tej serii, ale z kina w trakcie Creed też nie wyjdziecie zawiedzenie, jak uwielbiacie Rocky’ego.

Please reload

Ostatnie posty
Please reload

Search By Tags

I'm busy working on my blog posts. Watch this space!

Please reload

Follow Us
  • Twitter Social Icon