"Pięćdziesiąt twarzy Blacka" - dla jaj


Na pierwszy rzut oka film „Pięćdziesiąt twarzy Blacka” jest dokładnie taki, jaki sobie można wyobrazić. Czyli bezkreśnie głupi, z żenującymi żartami i źle zrealizowany. Ale jak ktoś się przełamie i wysiedzi cały seans, to może odnaleźć pewne ciekawe elementy.


Przede wszystkim twórcy na 100% zrzynają z pierwowzoru. W zasadzie scena po scenie. Oczywiście w swoim stylu, ale jednak. No i jak tak się poważnie zastanowić, to trudno stwierdzić, że ten film jest jakoś wyraźnie gorszy od adaptacji książkowego bestselleru, którym w kinach męczono w lutym 2015 roku. A niektóre sceny są nawet nakręcone lepiej. Oczywiście przegięcie pały (dosłownie) na każdym kroku też męczy, ale jak mam oglądać smuty z wersji Sama Taylora-Johnson – to bez wahania wybieram głupotę przynajmniej celową i kontrolowaną w wersji Michaela Tiddesa. Nie przypadkiem największą torturą jaką serwuje Black swojej „kochance” jest czytanie pierwowzoru książkowego. Sam pamiętam mękę jaką znosiłem próbując ugryźć to dzieło.


Drugi element to sprytne nawiązanie do innych filmów. Jest tego cała masa i widać że twórcy mają podobnego zajoba na punkcie kina jak redakcja wodaiogien.com. Osobiście przebudziłem się jak było wyraźne nawiązanie do mojego ukochanego filmu „Whiplash”. A było tego o wiele więcej i nawet warto poczytać o tym na forach.

Oczywiście do wizyty w kinie nie zachęcam – tak złośliwy nie jestem. Ale dla „jaj” (a są wielokrotnie w tym filmie) można sobie obejrzeć. Przynajmniej galerię zdjęć.


Dla fanów tego rodzaju humoru powinno się pisać osobną recenzję – ale w skrócie zapewniam ich: „jest dobrze”. Trudno mi zaakceptować że niektóre rzeczy ludzi jednak śmieszą – ale faktem bezspornym jest że na moim seansie część publiczności zaśmiewała się wielokrotnie.


Ostatnie posty
Search By Tags
Nie ma jeszcze tagów.
Follow Us
  • Twitter Social Icon