"Ojcowie i córki" - technika: dobry, zły reżyser

March 22, 2016

Film „Ojcowie i córki” wszedł na polskie ekrany w połowie lutego, czuli akurat w okresie epidemii grypy w Warszawie. Zaskakująco krótko zagościł w kinach i, co nam się rzadko zdarza, umknął w tym chorobowym okresie. Na szczęście w warszawskim kinie Luna, w ramach cyklu Tanie Poniedziałki, prezentowane są filmy, które już zeszły z afisza, ale albo były na tyle popularne że wciąż gromadzą liczną publiczność, albo – tak jak w przypadku „Ojcowie i córki” – ich dystrybucyjna żywotność była niespodziewanie krótko.

 

Pomysł kina Luna w dziesiątkę i dodatkowo opłacalny dla kina. O ile najczęściej na seansach w tym kinie liczba widzów jest jednocyfrowa, o tyle na poniedziałkowe seanse ustawia się kolejka do kasy, a w kinowym foyer zbierają tłumy. Świetny pomysł zakrywający trochę niedogodności kina z ogromną tradycją. Niestety obecnie dwusalowy obiekt, dodatkowo z niespecjalnie wygodnymi fotelami, kiepskim sprzętem, a przede wszystkim z problemami dźwiękoszczelnymi (oprócz filmu Ojcowie i córki doskonale było słychać podkład muzyczny z równolegle wyświetlanych Córek dancingu) nie ma za bardzo racji bytu, chyba że czymś się wyróżnia. Luna próbuje szukać jakiegoś pomysłu na swoją tożsamość (przeglądy, festiwale, spotkania, a nawet improwizowany teatr), a jednym z tych przejawów jest poniedziałkowy cykl dzięki czemu można było się na własnej skórze przekonać, czy krótki żywot tego amerykańskiego dramatu nie był niesprawiedliwy.

Okazało się jednak, że nawet po seansie trudno rozstrzygnąć ta kwestię. Film opowiada o pisarzu, autorze poczytnych powieści i laureacie nagród, który ma żonę i malutką córeczkę.

Niestety jak to w życiu idylla – trochę nie bez winy samych bohaterów – kończy się w jednej tragicznej chwili. Przy okazji taka nasuwająca się refleksja, że przyczyną wielu wypadków samochodowych może być kłótnia z kierowcą. Samochód to naprawdę nie jest odpowiednie miejsce do roztrząsania rodzinnych dylematów.

Jack dostaje od życia kolejne ciosy: utrata żony, choroba, problemy finansowe, ryzyko utraty opieki nad ukochaną córką, porażka zawodowa. Ale miłość do małej Katie trzyma go przy życiu i determinuje do podjęcia walki ze złym losem.

Akcja tego wątku jest prowadzona bardzo atrakcyjnie dla widza, może jest minimalnie zbyt sentymentalna, ale to takie czepianie się na siłę. Przede wszystkim rewelacyjną prace aktorską odrabia Russel Crowe, który gra wprost znakomicie swoją postać. Nie łatwą, co trzeba podkreślić, bo już samo zagranie choroby i ataków padaczki jest niezwykle trudne. Aż zaskakująco, że tak lubiany przez krytyków trud w ukazaniu postaci chorego człowieka, nie doczekał się wysypu zachwytów i nagród. Ale to może sprawa mankamentów tego filmu, do których zaraz przejdziemy. Oprócz Crowe świetnie wypadają dwie role drugoplanowe, wujostwa które i tak przybite Jacka oskarża o spowodowanie wypadku i próbuje odebrać mu córkę.

Co prawda Bruce Greenwood pojawia się na krótko na ekranie, a Diane Kruger jeszcze krócej, to ich postawa wprost wstrząsa widzem (równie mocno co samym Crowe).

Od ich pojawienia się na ekranie już nie mamy wątpliwości komu kibicujemy i mimo widocznych wad Jacka za niego trzymamy kciuki. Jakby było mało plusów to jeszcze dostajemy w tym wątku uroczą Kylie Rogers w roli małej Katie – córki, która podobnie jak wszyscy oprócz wujostwa woli zostać z ojcem, nawet chorym i spłukanym.

A na dokładkę wspaniała Jane Fonda.

I wszystko byłoby OK, no może trochę byśmy sobie ponarzekali na przewidywalność i zbytnią sentymentalność filmu, gdyby reżyser ograniczył się tylko do tego jednego wątku. Niestety równolegle z walką Jacka o utrzymanie ojcostwa, mamy rozgrywający się 17 lat później wątek dorosłej już Katie, koszmarnie źle zagranej przez Amandę Seyfried.

Katie - już pełnoletnia - jest psychologiem dziecięcym, nawet osiąga sukces. Trauma z dzieciństwa powoduje jednak, że ma problem natury osobistej, generalnie jej stosunki z mężczyzna nie należą do udanych (w praktyce właśnie ograniczają się do stosunków). Akurat „wchodzimy” w jej życie, gdy pojawia się szansa na obiecywanego przez ojca 17 lat wcześniej księcia z bajki – i właśnie ten związek jest fabułą drugiego, niestety równoległego wątku. O ile w pierwszym wątku wszystko jest dobrze, jak nie bardzo dobrze (scenariusz, aktorzy, zdjęcia, tempo, zmuszenie widza do przyjęcia sympatii jednej strony), o tyle w drugim jest wszystko tak źle, że ma się wrażenie że to osobny film stworzony przez innego reżysera. Pierwszą porażką jest obsada aktorska. Amanda może i jest ładna, ale gra tak fatalnie że aż człowiek ma ochotę rzucić wszystko i wyjść z kina. Wtóruje jest niestety napotkany partner grany przez Aarona Paula.

Tworzą chyba najgorszą parę aktorską, jaką można było stworzyć. Nie pomaga im co prawda scenariusz, który jest naszpikowany scenami tak idiotycznymi, że aż wydaje się nie prawdopodobne żeby to było możliwe: pozostawiona prezerwatywa, nieudana wyprawa na kolację do rodziców, roztrząsanie problemu w taksówce, czy wreszcie absurdalne, a może nawet celowo komiczna scena próby powrotu do związku. Jakby tego mało to również warstwa realizacyjna kuleje: zdjęcia są rozedrgane, muzyka nie buduje napięcia, ale co tam napięcia – tutaj już nie ma napięcia. Można tylko obojętnie przyglądać się Katie, bo trudno wczuć się w jej problemy życiowe, jak jest tak nieciekawa i tylko szlaja się po ekranie, ale filuternie podrywa przy czwartym piwie facetów w barze. Jedynie „podwątek” z ratowaniem czarnoskórej dziewczynki (przyzwoicie przynajmniej zagrana na tle tej beznadziei aktorskiej) mógłby trochę podratować, ale po pierwsze też jest niedopracowany scenariuszowo, po drugie lekko schowany za głównym wątkiem nowego związku Katie.

Jakby mało było tego że te nierówne filmy wciąż się przeplatają, to jeszcze reżyser podjął się ambitnej (według niego) próby połącznie czasoprzestrzeni. Przez to kilka razy widzimy dorosłą Katie i swoją małą odpowiedniczkę. Jest to zrobione tak sztampowe, że aż ręce opadają.

Przed wizytą w Lunie zastanawiałem się co jest z tym filmem nie tak. Słyszałem kilka negatywnych opinii, a fakt szybkiego wyparowania z warszawskich ekranów też dawał do myślenia. Zagadka się rozwiązała w trakcie seansu, i tak naprawdę trudno coś doradzić. U mnie jednak ta lepsza część z genialną rolą Crowe przeważyła i wyszedłem z kina zadowolony ze spędzonych dwóch godzin. Ale jak mi się przypomina ta Amanda i ten Aaron to aż mnie nosi. Myślę, że jednak warto się nad tym filmem pochylić, może nawet lepiej w domowych warunków, zawsze można minuty poświęconej dorosłej Katie wykorzystać do zaparzenia sobie herbatki.

 

 

Please reload

Ostatnie posty
Please reload

Search By Tags

I'm busy working on my blog posts. Watch this space!

Please reload

Follow Us
  • Twitter Social Icon