"Fusi" - figurki wojskowe, heavy metal i nauka tańca


Islandzkie kino regularnie „gości” na polskich ekranach (kin studyjnych jedynie - rzecz jasna) dzięki filmom wyreżyserowanych przez Dagur Kári. Jego „Noi Albinoi” (2003 rok), Zakochani widza słonie (2005 rok) oraz Dobre Serce (2009 rok) zostało przychylnie przyjęte przez krytyków i cieszyły się przyzwoitym zainteresowaniem widzów. Niewiele wiec myśląc dystrybutor (Against Gravity) wprowadza kolejny obraz Fúsi (może trochę niefortunnie równolegle do innego filmu islandzkiego „Barany. Islandzka opowieść”).


Tytułowy bohater to człowiek … góra. Tusza naprawdę robi wrażenie i głównym tematem filmu mogłoby być jego problemy zdrowotne. Fúsi pracuje na lotnisku przy pakowaniu bagażu do samolotów. W domu ma swoją pasję: to rekonstrukcja bitwy z II wojny światowej: pół pokoju zajmuje stół na którym odwzorowany jest teren i lokalizacja dywizji.

Mieszka z matką, pasją żołnierską dzieli się z sąsiadem, ma uporządkowane życie (chociaż czujemy że nie zawsze wszystko było OK). Lubi także muzykę metalową i chińskie jedzenie. Całkiem spoko gość. Jego życie odmienia jednak znajomość zawarta na … kursie tańca. Dziewczyna o imieniu Sjofn (ona akurat jest smieciarką) też ma mocno specyficzny styl życia, więc trafił swój na swego.

Sam film ma dwa problemy: po pierwsze jest zbyt ponury, nawet jak na standard islandzkiego kina. Nie za bardzo widzę powód żeby śledzić mocno przygnębiające życie dwóch bohaterów. Drugi problem to bardzo przeciętna fabuła, w zasadzie niewiele się dzieje, a jak już akcja zmienia tor to jest to zmiana przewidywalna i mało ciekawa.

Obejrzeć się da, ale iść do kina nie ma sensu. Może kiedyś, w jakimś AleKino, jak ktoś ma problemy z usypianiem.



Ostatnie posty
Search By Tags
Nie ma jeszcze tagów.
Follow Us
  • Twitter Social Icon