"Alvin i wiewiórki: wielka wyprawa" - tropem klubów NBA

February 10, 2016

Wielka wyprawa” to już czwarty film z serii „Alvin i wiewiórki”, czyli gadające futrzaki o mocno rozrywkowym i bałaganiarskim stylu życia. Opiekujący się nimi Dave ma urwanie głowy, ale podobnie jak przy małych dzieciach dużo radości i satysfakcji.

 

Co prawda akcja nowego filmu dzieje się między pierwszą i druga częścią, ale nie ma to większego znaczenia. Można spokojnie ten film oglądać bez znajomości poprzednich (nawet lepiej).

 

Kluczem fabuły jest wyznanie Dave o zapoznaniu nowej dziewczyny, która jest lekarką (dość zapominalską bo nawet w restauracji paraduje ze stetoskopem). Wiewiórkom bardzo się podoba nowa sympatia swojego opiekuna (same by nawet chętnie ja schrupały), ale okazuje się że jest jeden szkopuł, w postaci dorosłego syna lekarki. Wydaje się on mocno antypatyczny i początkowo daje się we znaki małym zwierzątkom. Dodatkowo synalek uświadamia wiewióreczkom, że zapowiedź zmian rodzinnych może dotknąć także ich osobiście. A wie o czym mówi, bo jego ojciec w dzieciństwie porzucił rodzinę.

Rozmyślania na natury rodzinnej zajmują naszych małych bohaterów, szczególnie że ich damskie odpowiedniczki pojechały sędziować amerykańskiego idola.

 

Wiewiórki „wyczajają” pierścionek zaręczynowy i z przerażeniem dochodzą do wniosku, że do założenia nowej rodziny (może bez ich udziału) ma dojść podczas romantycznej wyprawy w Miami. Zamiast więc bałaganić w domu mają wielki cel unicestwienia pierścionka, a tym samym zburzenia perspektywy związku. Jak zwykle chcą dobrze (przynajmniej dla siebie), a wychodzi źle (dla wszystkich).

 Wyprawa do Miami jest za to przyczynkiem do nawiązania przyjaźni z największym do tej pory wrogiem – synem lekarki. Od nienawiści do przyjaźni jest zwykle bardzo blisko.

Szczególnie że pojawia się nowy rywal – agent, którego zawód miłosny był nierozerwalnie związany z wiewiórczą trójca, i jego motywacja do utrudnienia życia wiewióreczkom jest uzasadniona. Trochę mnie tylko rozczarowało, że jadąc tropem rywali Portland TrailBlazers nie wpadły na jakiś meczyk NBA tylko chlały i tańczyły. A jak przyszło podróżowac to małe nóżki stanowiły spory problem.

Sama fabuła może ma ręce i nogi, ale niestety zdecydowanie brakuje pomysłów. Poszczególne watki słabo się zazębiają. Zdecydowanie najlepszy jest wątek zmiany stosunków wiewiórek z synalkiem. Reszta jest słaba i na siłę. Braki scenariuszowe nadrabiają sceny muzyczno-taneczne, prawie jak w filmach indyjskich.

 

Jak ktoś lubi bardzo serię to i ten film mu się spodoba. Jak ktoś jeszcze nie widział to też może się usatysfakcjonowany. Ale podniecanie się po raz czwarty tym samym motywem: że wiewióreczki gadają, śpiewają, są nieznośne, ale mają dobre serce i dobrze chcą tylko wychodzi zawsze wtopa, zaczyna być nużące.

 

Please reload

Ostatnie posty
Please reload

Search By Tags

I'm busy working on my blog posts. Watch this space!

Please reload

Follow Us
  • Twitter Social Icon