"Creed: Narodziny legendy" - podstarzały Rocky


O boksie (może bardziej o bokserach) powstawały filmy znakomite, kultowe i kasowe. Ostatnio może jest znacznie gorzej, bo pewnie formuła (talent, problemy, odrodzenie, trening i końcowa walka) się trochę wyczerpała i ciężko wymyślić coś nowego.


Niestety najnowszy film z tego gatunku „Creed: Narodziny legendy” ma całą masę usterek. Fabuła jest słabiutka: główny watek naciągany, do tego dochodzi słabiutki motyw romansowy (piosenkarka tracąca słuch), niepotrzebny wątek nowotworowy i pewnie masę nieścisłości w zasadach walk bokserskich (co chwilę mamy bohaterów którzy mają jakieś magiczne bilanse zwycięstw przez nokaut). Rozczarowują również sceny walki: ktoś niezorientowany mógłby pomyśleć, że na ringu to głównie się krzyczy i obraża rywala słownie.


Ale ma ten film też plusy, dla których warto wybrać się do kina. Pierwszym plusem jest scena symulacji walki bokserskiej przed telewizorem z filmem Rocky. Jak nam mało tej legendy za chwilę pojawia się we własnej osobie. Rozrusza trochę ten film swoim cynizmem i poczuciem humoru. Szkoda że dolepiono Sylwestrowi bezsensowny wątek, ale i tak jakoś daje radę do samego końca – do ostatniego stopnia schodka w finałowej scenie. I świetna jeszcze jest atmosferka – typowo piłkarska – finałowej walki na Godison Park w Liverpoolu (aczkolwiek nie jestem pewien czy w świątyni Evertonu można w pierwszym rzędzie paradować w szaliku FC Liverpool).

Można przymknąć oko na wszelkie niedoskonałości fabuły rozkoszując się nawiązaniami do genialnej serii o pewny włoskopochodzącym walczaku bokserski. Fakt że lepiej sobie obejrzeć w domu po raz kolejny najlepsze filmy z tej serii, ale z kina w trakcie Creed też nie wyjdziecie zawiedzenie, jak uwielbiacie Rocky’ego.

Ostatnie posty
Search By Tags
Nie ma jeszcze tagów.
Follow Us
  • Twitter Social Icon