"Gwiezdne Wojny - Przebudzenie Mocy" - złom i holenderska futbolówka

December 17, 2015

 

Nie, żebym nie oglądał w dzieciństwie - w latach 80-tych, czyli największym okresie popularności, Gwiezdnych Wojen. Naturaknie oglądałem, w dodatku po wystaniu biletu w kolejce.

Ale nie byłem tak nakręcony jak wielu moich kumpli z podstawówki, którzy potrafili godzinami opowiadać o tych wszystkich postaciach, zbierać jakieś figurki i tworzyć alternatywne scenariusze.

Na ostatni odcinek (wówczas „Powrót Jedi” 1983 rok) czekałem z wypiekami na twarzy i nawet wyrwałem się z wakacji z bratem (notabene Ojcem Założycielem wodaiogien.com) do Otwocka na jakiś seans.

 

Następne odcinki mnie już irytowały jako profanacja serii i skok na kasę widza, więc nawet nie specjalnie oglądałem (no może w telewizji fragmentami).

 

Od zawsze wiedziałem że coś jest „nie halo” w tym filmie i dopiero oświecił mnie zupełnie przypadkowo jeden z kandydatów na urząd Prezydenta RP, jak wszyscy nieprawidłowo interpretują tą w końcu kultową opowieść filmową.

 

W związku z nową cześcią nawet przez moment strzelił mi do głowy pomysł, żeby przed premierą odświeżyć poprzednie wersje, ale szybko uzmysłowiłem sobie, że przecież lepiej w tym czasie oglądać magiczną grę Portland TrailBlazers.

A jak ktoś nie wierzy ekscentrycznemu politykowi to tutaj ma garść dowodu, że GW (jeszcze ten skrót) to film propagandowy.

Ale dajmy spokój historii. Nową część można oglądać bez znajomości poprzednich, a jak się w mojej ocenie okazuje najlepiej nic nie wiedzieć o poprzednich epizodach.

Polskie kina chciały więcej zarobić, więc minutę po północy w nocy z czwartku na piątek zorganizowały pierwsze seanse.

 

Zainteresowanie tymi seansami przeszło chyba najśmielsze oczekiwania, bo obsługa kina zupełnie nie była przygotowana na takie dzikie tłumy (przez litość nie napiszę w którym kinie). Do samego wejścia na salę czekało się 20 minut (i to tylko dlatego że wepchałem się do środka kolejki), a do baru to pewnie z godzinę. W efekcie seanse zaczęły się nie jak zapowiadano o północy, ale blisko pół godziny później.

Ale to nawet dodawało atrakcyjności całemu wydarzeniu, więc jeszcze bombardowany pierwszymi recenzjami jaki to świetny, dopracowany i efektowny film, podszedłem z dużą nadzieją do Epizodu 7.

 

Żeby był porządek w tej kontrowersyjnej recenzji (dobra wiem - stracimy miliony czytelników naszego portalu, którzy są fanami Gwiezdnych Wojen) to napiszę zarówno o tym co mi się nie podobało, jak i o tym co mi się podobało. Porównanie długości tych dwóch „epizodów” niech będzie podsumowaniem mojej opinii o „Gwiezdne Wody – Przebudzenie Mocy”.

 

Epizod Jeden: Wady

  1. Fabuła. No dobra, to nigdy nie była silna strona Gwiezdnych Wojen i zawsze można było się doszukiwać nieścisłości, niedoskonałości i miałkości scenariusza. Ale tym razem jest naprawdę fatalnie. Można mieć przede wszystkim wrażenie, że przy zupełnym braku pomysłów ściągano rozwiązania scenariuszowe z poprzednich epizodów, a nawet innych filmów (Harry Potter, adaptacje Tolkiena, a nawet The Wall Alana Parkera). Niektóre sceny jakby żywcem zostały przeniesione, szczególnie z jawiącego się z perspektywy czasu jako najlepszego, pierwszego Epizodu 4 zrealizowanego w 1977 roku.

  2. Dialogi. Tutaj też nikt nie domaga się żeby było coś na miarę Tarantino, ale jakiś poziom powinno się trzymać. Niestety wypowiadane przez bohaterów teksty są tak drętwe, że najchętniej opodatkowałbym wynagrodzenie autora stawką 75%. Nawet polskie komedie romantyczne mają lepsze interakcje. Jak długo szukać równie fatalnych dialogów, na myśl przychodzi mi jedynie taki polski film, przez który swoją posadę stracił prezes warszawskiej giełdy.

  3. Efekty Specjalne. Tutaj już nie może być żadnego usprawiedliwienia, bo to w końcu seria która była prekursorem efektów specjalnych w kinie od lat 80-tych. Tymczasem jest mocno przeciętnie. Oczywiście są i walki, i miecze świetlne, i strzelanie, i statki kosmiczne, i pościgi, a nawet zapadająca się ziemia. Tyle tylko że to wszystko było też bez mała 38 lat temu. A w wersji w 2015 roku nie ma absolutnie żadnego nowego pomysłu. Jak w przypadku fabuły wszystko jest wtórne i już wielokrotnie wymyślone na kinowych ekranach. Jakby tak rozłożyć sceny na efekty pierwsze to zapewne każda miałaby jakiś pierwowzór: jak nie w poprzednich epizodach, to w innych filmach (niekoniecznie kultowych). Zupełnie nie wykorzystana jest technologia 3D – kilka razy nam statek kosmiczny wleci w okulary i tyle (to już nie wiem czy nie lepszy odbiór jest wersji 2D). Momenty dynamiczne przez to, zamiast emocjonujące, są męczące, trudno nawet zorientować się w tym hałasie i błyskach jak wygląda sytuacja bohaterów. No właśnie, bohaterów, przechodzę czym prędzej do punktu kolejnego.

  4. Bohaterowie. Dobrze że nie jest fanem poprzednich epizodów, bo miałbym mocnego porannego kaca (i tak mam). Co by nie powiedzieć, to bohaterowie poprzednich serii mieli jakiś urok i wzbudzali sympatię widza. To że nie ma ich już wśród żywych, albo gdzieś głęboko się ukrywają nie znaczy, że nie można było na ich miejsce wymyślić przynajmniej porównywalnych. Tymczasem główną postacią dominującą na ekranie od początku do końca jest zbieraczka złomu. Babsztyl tak antypatyczny, że nawet po pięciu piwach bym się nią nie zainteresował. Jej partnerem jest typowy „przerzut” (czyżby autorzy scenariusze śledzili wątek krakowski na forum kibice.net?), którego motywy działania są zupełnie nie wyjaśnione i nie przekonujące. W efekcie przez cały film – dla poprawności politycznej czarnoskóry – facio waha się, czy się przyznać że był po ciemnej stronie mocy, czy się nie przyznać – chociaż każdy mu na każdym kroku uświadamia, że i tak wiadomo że kłamie.

  5. Roboty. To co naprawdę kochałem w Gwiezdnych Wojen to dwójka robotów: moim zdaniem najfajniejsza para w historii kina. W epizodzie siódmym mamy robota jednego (drugi się pojawia epizodycznie) jako „reinkarnację” gadającego jedynie elektronicznie z poprzednich wersji. Już sam wygląd tego nowego przyprawia o „załamkę” – najbardziej kojarzy mi się z toczącą się futbolówką z mistrzostw Europy w Holandii przykrytą jakąś okrągłą czapką. Jest szansa na uratowanie sytuacji na samym początku, ale zbieraczka złomu nie chce go sprzedać za całkiem przyzwoitą cenę 60 porcji (sama za swój dzienny zbiór złomu dostaje pół porcji). Przez ta fatalną decyzję ten nieśmieszny i wkurzający robocik toczy się przez większość filmu, najczęściej wstydliwie chowając się przed kamerą za innymi postaciami. PROFANACJA. Wróćmy do przeszłości:

     

  6. Humor. Pomimo wielu wad kolejnych epizodów zawsze zachowany był jakiś cień humoru i żartobliwego podejścia do problemów. Tutaj zupełnie to zatracono. Nie ma w tym filmie ani jednego momentu, w którym możnaby się chociażby uśmiechnąć, a odpowiedzialny za humor robot z pkt 5 drażni i żenuje. A nie śmieszy.

  7. Długość. Nikt się nie przejął, że fabuły było wszystkiego na godzinę, wielki hit musi trwać ponad 2 godziny i nikt się nie będzie litował nad tymi którym się nie podobał. Niezrozumiałe jest dlaczego nie wyszedłem z kina po godzinie (a chciałem po 20 minutach jak poznałem holenderską futbolówkę), przez co musiałem jeszcze przeżyć wydłużaną do granic możliwości 30 minutową, niepotrzebną końcówkę – rodem jakby z najgorszych wzorców Władcy Pierścieni (ale tam jednak coś przed końcówką się działo).

     

Epizod Dwa: Zalety

  1. Harrison Ford. Pojawia się po jakiś 30 minutach filmu Han Solo (z kultowym operatorem statku) i od razu Epizod 7 łapie trochę klimatu. Niestety tylko na chwilę, bo Forda jest w Epizodzie 7 stosunkowo niewiele. A szkoda bo mógłby, przynajmniej częściowo, uratować film.

  2. Czarny charakter. Do ideału Darth’a Vader’a są co prawda lata świetlne, ale przynajmniej ta postać próbuje budować jakiś rys psychologiczny, ma jakieś emocje, rozterki, motywacje. Do momentu paradowania w kultowej masce jest całkiem dobrze, po zdjęciu troszeczkę gorzej, ale i tak na tle innych bohaterów jest tutaj jakiś pomyk nadziei (Nowej Nadziei).

  3. O jejku koniec. Prawie koniec, bo największą zaletą tego filmu jest to, że nie mam żadnej ale to żadnej ochoty iść na ten film jeszcze raz, przez co będę miał więcej czasu żeby oglądać Portland Trail Blazers.

  4. "Wodzie" się podobało, ale ma zamknięcie roku w korporacji więc pozytywna recenzja na wodaiogien.com będzie w okolicy lutego ....

Please reload

Ostatnie posty
Please reload

Search By Tags

I'm busy working on my blog posts. Watch this space!

Please reload

Follow Us
  • Twitter Social Icon