31 Warszawski Festiwal Filmowy


Skończył się 31 Warszawski Festiwal Filmowy. Wciąż najlepsza, mimo wysypu innych przeglądów i festiwalików, filmowa impreza w Polsce. Tegoroczna edycja po bardzo słabej jubileuszowej ubiegłorocznej zdecydowanie zahamowała spadającą atrakcyjność. Było całkiem przyzwoicie i dało się wybrać interesujące obrazy. Kwestie sportowo-zawodowe spowodowały konieczność ograniczenia maniakalnego (jak w latach ubiegłych) siedzenia przez 10 dni w kinie. W efekcie udało się obejrzeć „zaledwie” 28 filmów – najmniej od kilkunastu lat.

Kilka filmów zasługuje jednak na szczególnie wyróżnienie i pozwoli dobrze zapamiętać te kilka dni spędzonych w salach Multikina i Kinoteki:

  • Przebaczenie – fiński obraz o tym jak jedno zdarzenie drogowe zmienia całe życie i jak trudno się w sytuacji stresującej zachować odpowiednio

  • Strategia – rewelacyjnie zrealizowany film, historia jednej z najkontrowersyjnych historii sportowego dopingu, świetne zdjęcia

  • Schneider kontra Bax – czarna komedia, pełna absurdu, zaskakujących sytuacji i zwrotów akcji

  • Demon – znakomita reżyseria Marcina Wrony i rewelacyjne role drugoplanowe

  • Klezmer – teatralny leśny film o trudnym aspekcie zachowań Polaków w trakcie eksterminacji narodu żydowskiego

Było też kilka filmów wartych obejrzenia, chociaż może nie genialnych jak australijski Powrót, polski Hel, amerykański dokument Deep Web, czy amerykańska Mandarynka.

W zakresie rozczarowań dominuje konkurs dokumentu, jeszcze na siłę upchany na poranne seanse: takie filmy jak Bracia, Futbol i Horyzont to sugestia że dokument to albo meganudy albo gadające głowy.

Co raz mocniej rozczarowuje również kino bałkańskie, które grzęźnie w rozliczeniowym duchu wojny z lat 90-tych: Ojczyzna, Słońce w zenicie, Życie jest jak trąbka to filmy mocno przeciętne.

Bardzo mnie rozczarował polski Nowy Świat (polskie filmy na WFF zawsze trzymały jako taki poziom, a tutaj dno) i filmy nagradzane przez jury (Wróble, Idol, Daleko na północy). Słabiutki jest też weekend familijny, ale widać że dzieciakom się podoba.

Festiwal to przede wszystkim filmy, ale jednak bardzo istotne są wszystkie inne aspekty organizacyjne. Na pewno strzałem w dziesiątkę jest podtrzymanie organizacji w Złotych Tarasach i Kinotece – jak jeszcze ktoś pamięta jeżdżenie autobusami i metrem po mieście to wie o czym piszę. Rewolucyjnym rozwiązaniem jest możliwość płatności za bilety kartą – aż nie sposób pomarzyć że za jakieś 10 lat będzie możliwy zakup biletów przez internet. Znacznie poprawiła się również synchronizacja napisów, z którą był problem na poprzednich edycjach. Fajnie również że nie ma reklam, a ceny biletów utrzymują się na przystępnym poziomie. Lepiej jest również zorganizowana przedsprzedaż – nie ma już dantejskich scen z lat sprzedaży biletów w Skarpie. Największym plusem warszawskiego festiwalu jest bezapelacyjnie rewelacyjna frekwencja – na tych samych filmach w normalnym repertuarze kina będą świecić pustkami.

Najbardziej kontrowersyjnym zwyczajem od ubiegłej edycji jest niewpuszczanie spóźnialskich. Fakt że masowe spóźnianie przeszkadzało innym widzom, ale tak drastyczne rozwiązanie nie jest chyba dobre. Są różne przypadki – ktoś miał seans w Kinotece, ktoś utknął w korku, ktoś nie zdążył zjeść obiadu – niech sobie wejdzie i spóźniony obejrzy film za karę np. w pierwszym rzędzie.

Mocno irytujące są od kilku lat również werdykty jury, którzy chyba żyją w innym świecie. W klasyfikacji publiczności trudno szukać wyróżnionych przez „fachowców” – a już nagradzanie takich obrazów jak Neonowy Byk przeczy masowej popularności festiwalu warszawskiej. Proponuję przenieść te jury do Wrocławia niech się podniecają nowymi horyzontami.

Ogólnie było nieźle i miejmy nadzieję że od tego festiwalu będzie co raz lepiej.

Ostatnie posty
Search By Tags
Nie ma jeszcze tagów.
Follow Us
  • Twitter Social Icon